|
KRZYSZTOF MAZOWSKI
Podróże z Kapuścińskim
Przegląd Polski,
Dziennik.com/przeglad
3 grudnia 2004
Ciekawe,
czy rzeczywiście Ryszard Kapuściński ma poczucie zmarnowanej
szansy, zmarnowanego życia? Czy nie zadowala go pozycja człowieka
okrzykniętego najlepszym reporterem świata? Czy rzeczywiście
tematy z piasku rozsypią się z czasem i zostanie sam piasek,
pustynia?
Lektura tekstów Kapuścińskiego to ożywczy
powiew na dnie zatęchłej piwnicy naszych czasów. Wydaje się
wręcz niemożliwe, aby ktoś potrafił przeżywać kolejne dni
życia z taką intensywnością i jasnością widzenia najbardziej
nawet niewyraźnych szczegółów. Jednocześnie musi to być straszliwa
męka, ból pod powiekami wywołany jaskrawością obrazu. Widzi,
jest świadkiem, jest świadom, a jednocześnie jest bezsilny.
To może porazić, to musi porazić, to może zabić. Przynajmniej
zabić człowieczeństwo, wywołać otępienie, obojętność. Jeżeli
nie jestem w stanie nic zrobić, mogę tylko wzruszyć ramionami
i pójść dalej. Mogę to też opisać, wyspowiadać się słowami
na kartce i w ten sposób rozgrzeszyć się, że nie jestem w
stanie nic zrobić.
Właściwie teksty Kapuścińskiego powinny
być zakazane. Teksty, Kapuściński pisze bowiem teksty. Tak
nazywa swoje pisanie. Potem to się drukuje, my to czytamy
i zaczyna się dziać coś niedobrego. Ale nie tak od razu. Najpierw
jest fascynacja. Ot, czytamy sobie Cesarza...
Przez wiele lat nie mogłem się zmusić
do przeczytania czegoś Kapuścińskiego. Co taki facet, który
w peerelu pracował w komunistycznych gazetach i komuniści
wypuścili go, aby pisał o świecie, może napisać o tym świecie?
Że Winnie Mandela to wspaniała bojowniczka o prawa człowieka?
Z góry założyłem, że nie dam się nabrać na takie teksty.
Nasza utrata wiary w wagę i sens wartości,
jakie to częste, jakie powszechne! Wszelkie dociekania o źródła
kariery światowej sprowadzają się do takich pytań: kto mu
pomógł? Kto mu załatwił? Jak to rozegrał? Nikomu nie przychodzi
do głowy, że to, co zrobił, co stworzył, zyskało uznanie,
ponieważ ma wartość! (Lapidaria II, s. 2621)
Mieszkając w Polsce słuchałem Radia
Wolna Europa, Głosu Ameryki i czytałem Przegląd Techniczny.
Kiedy sam zacząłem pisać w polskich gazetach, starałem się
unikać "sedna sprawy". Potem miałem przerwę w życiorysie
intelektualnym, spowodowaną emigracją. Nie wiem, może ta przerwa
trwa nadal, a może się już skończyła. W każdym razie przypadkowo
natknąłem się na Cesarza i nogi się pode mną ugięły, a w zamroczonym
emigracją umyśle zaczęły kiełkować jakieś dziwne myśli.
Tak więc czytamy sobie Cesarza i zaczyna
się proces chorobliwego uzależnienia od tekstów Kapuścińskiego.
Jest to coś, co nazwałbym połączeniem stanu iluminacji z obsesją.
Rozpoczyna się rozpaczliwe szukanie kolejnych książek, pożyczanie,
kupowanie, potem pochłanianie, najpierw łapczywe, a potem
przeżuwanie powtórne, powolne, aby strawić wszystko i niczego
nie uronić, aby utuczyć się tą strawą duchową, nasycić się
i nie dostać mdłości. Mam na myśli oczywiście te sartrowskie,
egzystencjalne. Mdłości jednak nadchodzą z powodu zaburzenia
stanu równowagi psychicznej. Jeżeli świat jest taki, jakim
opisuje go Kapuściński, to w zasadzie należałoby od razu wyskoczyć
przez okno, najlepiej z wysokiego piętra.
Kapuściński nie jest tylko pisarzem.
On jest kaskaderem uzależnionym od poziomu adrenaliny, ale
na Boga, taka dawka adrenaliny dla nas, zwykłych śmiertelników,
może być niebezpieczna. Nie wiem, może dla Kapuścińskiego
świat to Disneyland, a to, co opisuje, to tylko reportaże
z gabinetów osobliwości i tuneli grozy, albo podróżuje sobie
za pan brat z Herodotem i w ten sposób "wymyśla"
sobie, że ma dystans do tego wszystkiego, aby zachować zdrowie
psychiczne. To tylko taka przygoda z kartką papieru. Jeżeli
jednak ktoś nie ma takiego dystansu, bo jest tylko prymitywną
istotą reagującą na ból krzykiem i płaczem, tak jak drażniony
goryl w Lapidarium (II s. 191), to teksty Wielkiego Reportera
są porażające i jako takie powinny być zakazane.
W mojej gotowości do ryzyka może jest
trochę chłopięcej fanfaronady. Gdy przebrany za pilota, schowany
w rosyjskiej maszynie, leciałem do Górnego Karabachu, właściwie
byłem pewien, że wojskowi odkryją mnie. Była to w gruncie
rzeczy akcja niemożliwa do wykonania. Gdyby mnie złapano,
to zostałbym oskarżony o próbę porwania samolotu, a za tę
zbrodnię główną rosyjski kodeks przewidział karę śmierci.
Zapewne nie skazano by mnie naprawdę na karę śmierci, ale
z pewnością wylądowałbym w więzieniu. Gdy wszystko się jednak
skończyło pomyślnie, czułem satysfakcję: Znowu mi się udało.
To jest gra. Potrzeba atmosfery skrajnych napięć tkwi we mnie
głęboko. Bez wyzwania staję się ospały i nie jestem zdolny
do pisania. (Lapidaria II, s. 219)
Przypomina się w tym momencie film
Piękny Antonio2) z Mastroiannim, chociaż powinien być to raczej
Pieski świat3). Ale od ilu lat dozwolony jest ten film? Czy
już przeszliśmy okres dojrzewania i wiemy, że świat to nie
tylko kwiatki i motyle? A może wręcz przeciwnie, oglądamy,
czytamy i nie odczytujemy wcale tego wszystkiego, co naprawdę
jest napisane? Idziemy na ten film, bo są tam "mocne"
sceny, a nie dostrzegamy mechanizmów, które za nimi stoją.
Przemyciliśmy się na film od 18 lat mając 8? W ten sposób
możemy sobie spokojnie czytać przygodową książkę o Indianach
pisarza dla młodzieży Kapuścińskiego, a potem spać spokojnie.
Dzisiaj zresztą wiele osób kupuje książki
"na wagę". Kupuję, bo jestem inteligentnym człowiekiem,
bo chcę być "na bieżąco", kupuję, bo mówi się o
tym pisarzu. Książkę przekartkuje się wieczorem przed zaśnięciem
w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku polskiego inteligenta,
a rano postawi na półkę. Tak naprawdę książki czytają tylko
krytycy literaccy i witkiewiczowskie "ciotki kulturalne",
no i może emeryci, którzy i tak już nic nie mają ani do powiedzenia,
ani do stracenia. Stąd też lektura Kapuścińskiego nie wywołuje
ani rewolucji, nawet moralnej, ani fali samobójstw.
Mój ojciec kupuje codziennie kilka
książek. Przychodzi do domu wieczorem i zastanawia się, gdzie
je położyć, na którą półkę, gdzie jest podobny format, podobna
tematyka. Półek ciągle brakuje, ojciec majstruje nowe - często
z desek znalezionych na podwórku. Książki stoją już niekiedy
w dwóch, a nawet w trzech rzędach. Nie ma dostępu do pierwszego
ani drugiego, co tylko jest dobrym pretekstem, aby kupować
nowe książki, nawet te same, ale inne wydania... Trylogia
jest w pierwszym rzędzie od ściany i w trzecim, jeszcze dostępnym.
Książki Kapuścińskiego podobno gdzieś stoją bezpiecznie w
drugim. Ojciec mówi, że na pewno tam są, nie wie dokładnie
gdzie, ale żebym nie kupował... Ja jednak chciałbym coś przeczytać,
wygłodzony na emigracji intelekt domaga się kolejnej dawki
tekstów, nawet może to być kolejne Lapidarium. Biegnę do księgarni
i kupuję Autoportret reportera4), czyli Kapuścińskiego zmacdonaldyzowanego,
w przetrawionej formie. Książka wydana na fali rodzącego się
kultu Wielkiego Reportera. Czytam i nie mogę wyjść z podziwu.
Złota myśl goni złotą myśl, każdy kolejny cytat celniejszy
od poprzedniego, a wszystko to w oddramatyzowanej, bezpiecznej
formie, ot tak, usiąść sobie wieczorem na kanapie. Potem ustawię
sobie książkę na mojej półce w kolejnym rządku.
Cóż, musimy pogodzić się z tym, że
Kapuściński nie napisze już żadnej "nowej" książki,
nie będzie już żadnej nowej relacji z frontu walki. Będą za
to Lapidaria i Podróże z Herodotem5), będą podróże do wnętrza
jaźni, może nawet bardziej dramatyczne od przygód afrykańskich.
Lapidaria czyta się jak Biblię. Można otworzyć w dowolnym
miejscu, przeczytać fragment i mądrości wystarczy na cały
dzień. Można też masochistycznie przewracać kartkę za kartką
i połykać kolejne tekściki... Tam znajdzie się odpowiedź na
każde pytanie. To puenty, których wystarczyłyby na wiele książek.
Tymczasem Kapuściński rzuca je nam ot tak pod nogi, nie przejmując
się wcale Noblem, którego by dostał, gdyby do jakiejś celniejszej
puenty dopisał całą książkę. Straszne marnotrawstwo, a może
to brak czasu? Może maniera telewizyjna, gdzie na podanie
informacji, przyciągnięcie uwagi ma się tylko minutę. Kto
dziś ma czas i spokojną głowę na czytanie Zbrodni i kary?
Mamy tylko czas na zerknięcie na ekran telewizora. Zdążymy
zobaczyć kilka migawek ze świata i przede wszystkim prognozę
pogody i już wiemy, jak rano powinniśmy się ubrać do pracy.
Może zatem Kapuściński chce nas przechytrzyć, wykorzystać
nasze telewizyjne nawyki i strzela do nas celnym akapitem
w Lapidarium. Wie, że jesteśmy w stanie skupić się tylko na
chwilę. Chyba jednak nas rozgrzesza, widział tyle, niczemu
się nie dziwi. Jest mnożącym się w nieskończoność obserwatorem
zdarzeń, w których nie uczestniczy. Tak jak nie uczestniczy
w polskim życiu politycznym, którego prawie nie komentuje.
Po co?
Czy ma sens, aby na łamach tygodnika
literackiego dyskutować o chamstwie? Nie ma, ponieważ chamy
nie czytają takich tygodników. Dyskutowanie w takim piśmie
o hołocie mija się z celem, gdyż ona w ogóle nie czyta, nie
interesuje się takimi problemami, jak kultura, etyka. Chamstwo
jest zamknięte w sobie, szczelnie otorbione, zakute, niereformowalne.
(Lapidaria II, s. 265)
Kapuściński napisał już tyle, że z
jego tekstów można złożyć dowolną konstrukcję, własną książkę,
tak jak w Grach w klasy Cortazara. Można dopasować odpowiedni
cytat do dowolnej tezy i powiedzieć - no proszę, Kapuściński
tak powiedział. Ostatnio wydano parę publikacji opracowanych
na podstawie wywiadów i rozmaitych jego tekstów. Wspominałem
już o Autoportrecie reportera, książce, która nie powinna
się ukazać, bo robi tylko krzywdę Kapuścińskiemu. Obserwujemy
tworzenie się kultu Wielkiego Reportera. Ukazuje się mnóstwo
wywiadów, sprowadzających pisarza do poziomu czytelnika, działa
nieoficjalna strona internetowa, gdzie znaleźć można prawie
wszystko o Kapuścińskim. I dobrze to, i źle. Mam mieszane
uczucia. Brakuje jeszcze cytatów na transparentach. Byleby
tylko nie zachwiać proporcji. To fakt, że doświadczamy pewnej
próżni intelektualnej w Polsce, której nie jest w stanie wypełnić
Masłowska ani Kuczok. Tę próżnię wypełnia się zatem "nową
literaturą". Kapuściński spełnia wszystkie parametry
niezbędne do zaspokojenia najwybredniejszych gustów czytelników,
ale jeżeli ma być to tylko Kapuściński, to ja protestuję.
Jasne, że będę czytał, że będę czekał na kolejne publikacje,
będę podróżował z Kapuścińskim, tak jak on z Herodotem, będę
po prostu szukał mądrości tam, gdzie ona jest, ale na Boga,
nie chcę być człowiekiem jednej księgi.
Dla kogo pisze Kapuściński? Do kogo
apeluje, do czyich sumień? Polityków? Uważa ich za szalonych,
pogardza nimi. Polityka, pisze, jeżeli długo się nią zajmować,
paczy, korumpuje umysł. Do zwykłych ludzi? Tym brak ciekawości
świata. Ci nie czytają jego książek. Dla pięknoduchów, którzy
przeczytają jego teksty i powiedzą - jakie to ciekawe? Dla
senatów uczelni humanistycznych, które mogą przyznać doktorat
honoris causa? Kiedy Jan Karski przywiózł na Zachód relację
o zagładzie Żydów, nikt nie chciał mu wierzyć, albo inaczej
- udawano, że mu nie wierzą, bo tak było wygodniej. Kiedy
Kapuściński pisze Heban, wszyscy mu wierzą, ale czy coś z
tego wynika? Jakie to ciekawe, a jak dobrze napisane! Czy
jednak komuś przyjdzie do głowy, że sytuacja w obozach uchodźców
zakładanych przez ONZ jest niekiedy gorsza niż sytuacja więźniów
hitlerowskich obozów zagłady? I co to oznacza? Nie będzie
procesu w Norymberdze, bo nikt tu nie jest winien. "Wiele
rzeczy zaczynamy rozumieć późno, jeszcze więcej bardzo późno,
najwięcej - zbyt późno". A może wszyscy jesteśmy winni
i powinniśmy udławić się schabowym, aby sprawiedliwości dziejowej
stało się zadość? Może zatem powinniśmy umówić się tak - że
to wszystko, co pisze Kapuściński, to fikcja literacka, dać
mu Nagrodę Nobla i posłać na emeryturę. Niech już dłużej nie
wywołuje poczucia winy przy niedzielnym obiedzie. A może nie
powinno się wydawać takich książek, zakazać wręcz? Są takie
książki, po przeczytaniu których czytelnik czuje się lepszym
człowiekiem. Po lekturze Kapuścińskiego niestety nie, chociaż
zawsze można się pocieszyć:
W rezultacie często obserwujemy zatratę
wszelkich proporcji, wszelkiego rozsądnego umiaru. Choćby
pisanie o masakrach w Rwandzie - "mierć Afryki",
mimo że mieszkańcy tego kraju stanowią mniej niż 1 procent
ludności kontynentu. Albo wypowiedzi różnych intelektualistów,
że świat pogrąża się w wojnie, mimo że społeczeństwa, w których
toczą się wojny, to mniej niż 1 procent ludzkości. (Lapidaria
III, s. 367)
Kapuściński jest już na takim etapie,
że może opublikować praktycznie wszystko. Nawet swój notes
z telefonami i adresami znajomych i oczywiście odpowiednim
komentarzem. Ludzie to kupią i będą zachwyceni. Ja pewnie
też. Czemu więc nie wydać notatek z wykładów historii starożytnej,
prowadzonych przez prof. Izę Bieżuńską-Małowist?6)
Z Herodotem "spotkałem się"
dokładnie w tym samym miejscu, co Wielki Reporter, tylko dwadzieścia
lat później. Wykłady prof. Bieżuńskiej były senne. Ja też.
Siedziałem w tej samej długiej ławce, którą opisuje Kapuściński
- w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, i
nie chciało mi się myśleć o Herodocie. Książkę kupiłem za
90 zł w antykwariacie na więtokrzyskiej, a po zdanym (!) egzaminie
odprzedałem z niesmakiem w tym samym antykwariacie, ale już
za 60 zł. Kiedy ma się 20 lat, a w organizmie trwa wojna hormonów
ze zdrowym rozsądkiem i pragnieniem wiedzy, trzeba mieć kręgosłup
Kapuścińskiego, aby zachwycić się Herodotem siedząc na twardej
ławce Instytutu Historycznego UW7). Tymczasem my, nie tylko
ja, na tych samych ławkach dwadzieścia lat później, nienawidziliśmy
Herodota i nie odróżnialiśmy jego Dziejów od Anabasis Ksenofonta,
co miało znamienne skutki na egzaminach po pierwszym roku.
Wiadomo było, że na pierwszy rok przyjmuje się sporo młodzieży
z punktami za pochodzenie i na końcowym egzaminie u prof.
Bieżuńskiej będzie masowa egzekucja. Zajęcia były prowadzone
w sposób "represyjny", nieprzyjemny, sadystyczny
wręcz. Historię sprowadzono do intelektualnego wymiaru tabliczki
mnożenia, którą trzeba wykuć na pamięć i potem udzielić bezbłędnej
odpowiedzi. "Izunia" miała spojrzenie bazyliszka
i taki czar emanował z jej osoby, kiedy dostojnie wchodziła
po schodach w Instytucie. Wszyscy się jej bali, wszyscy, z
wyjątkiem Kapuścińskiego może, jej nienawidzili, a myśl o
końcowym egzaminie wywoływała globus histericus... Kiedy więc
usłyszałem "3+" z ust prof. Bieżuńskiej, pobiegłem
szybko do antykwariatu i sprzedałem Herodota. Teraz mi wstyd.
Teraz czytam Podróże z Herodotem i naprawdę mi wstyd. Nie
sądzę, aby mój egzemplarz Herodota był jeszcze w antykwariacie
na więtokrzyskiej, nie wiem, czy jeszcze jest ten antykwariat,
ale przy najbliższej bytności w Warszawie pójdę sprawdzić
i pewnie "odkupię" Herodota, bo przecież teraz też
są studenci historii, którzy go nienawidzą i pozbywają się
go po zdanym lub oblanym egzaminie.
Pisze więc sobie Kapuściński i ogarnia
go żal, że zmarnował swoje lata w Afryce:
Miałem okazję napisać tom reportaży
z wypraw do ruin, zrobić tom rozmów z pisarzami, z malarzami,
lepiej poznać tamtą muzykę i balet. W to miejsce napisałem
kilka książek o temacie z piasku - tj. o polityce afrykańskiej,
a więc o rzeczy najbardziej nietrwałej, złudnej i ulotnej
na świecie. Waga tematu książki w jakimś sensie warunkuje
ciężar samej książki. Oczywiście książka może być lepsza lub
gorsza, ale utwór poświęcony problemom odwiecznym i wielkim
ma większą szansę przetrwania niż rzecz o błahostkach. (Lapidaria
I, s. 162)
Czy zatem Kapuściński ma poczucie zmarnowanej
szansy, zmarnowanego życia? Czy jest pesymistą? Chwyta się
Herodota? Czy boi się, że z tematy budowane z piasku rozsypią
się niebawem, zostanie sam piasek, pustynia? Czy to tylko
kokieteria, nerwica natręctw pisarza? Chyba nie.
Na świecie żyje sześć miliardów ludzi.
To potencjalne sześć miliardów różnych interesów, ambicji,
sprzeczności, konfliktów. Naładowana taką energią nasza planeta
powinna dawno wylecieć w powietrze, przecież mamy bomby, jednak
świat istnieje, żyje w pokoju (w miarę), jakoś się rozwija.
Jak więc nie być optymistą? (Lapidaria III, s. 442)
----------------------------------------------------
Przypisy
1) Opieram się na wydaniu zbiorowym (I-III), Czytelnik, Warszawa
2003.
2) Piękny Antonio, 1960, ekranizacja powieści Vitaliano Brancatiego,
scen. Pier Paolo Pasolini, reż. Mauro Bolognini. Historia
impotenta, który musi najpierw zrobić coś niebezpiecznego,
aby być zdolnym do miłości fizycznej.
3) Pieski świat, 1962-64, reż. Gualtiero Jacopetti/Franco
Prosperi.
4) Autoportret reportera, Znak, Kraków 2004.
5) Podróże z Herodotem, Znak, Kraków 2004.
6) Prof. Iza Bieżuńska-Małowist w 1952 r. objęła stanowisko
kierownika Katedry, a od 1969 r. - Zakładu Historii Starożytnej,
które zajmowała do chwili przejścia na emeryturę w 1987 roku.
7) Instytut Historyczny UW, utworzony w roku 1930, wchodził
- obok Instytutu Historii Sztuki i Instytutu Archeologii -
w skład Wydziału Historycznego UW.
|