E-mail

English






HISTORIA SZEWCA MOJSZE SZNEJSERA

Robiłem buty, odmawiałem kadi

Rzeczpospolita , 2005

 

 

"To ja i moja żona Chaja. Już w Legnicy, pod koniec lat 40."

"Tak wyglądam teraz, kiedy opowiadam tę moją historię. Siedzę w tym warsztacie na ul. Kartuskiej od 1960 roku."

"To moi wujkowie - Chaim i Symche i ja, siedzę pierwszy z prawej, ten, co stoi, to mój brat Abram. Nie pamiętam, kiedy to było zrobione, przed wojną na pewno, albo w Radzyniu Podlaskim, albo w Łukowie."

"To ja i mój brat Abram, naprawiamy buty. To było w Łukowie, chyba po 1932 roku, bo w 1932 umarł mój ojciec i musieliśmy zacząć pracować, już nie chodziliśmy do szkoły. Ja to ten pierwszy z prawej."

Nazywam się Mojsze Sznejser. Urodziłem się piątego marca 1920 roku w Łukowie. Mój ojciec nazywał się Dawid Josel. Był szewcem. Matka moja, Szajndla, z domu Sosnowiec. Miałem dwóch braci i jedną siostrę. Mój brat nazywał się Abram, a siostra nazywała się Chana. Ja byłem najstarszy, potem brat i siostra, różnica wieku była dwa lata. A jeszcze drugi brat to zmarł młodo, w latach trzydziestych jako dziecko - Icek się nazywał. Mieszkaliśmy w Łukowie na ulicy Piłsudskiego, koło kina, tam w mieszkaniu ojciec miał warsztat szewski.

Moja mama była bardzo ładna, pamiętam, że nosiła szajtel - perukę. I ona uczyła tańczyć biedne dziewczęta. Ja nie wiem, nie widziałem, ale ludzie mi opowiadali, że ona uczyła tańczyć. Nic z tego nie miała, swoje biedne koleżanki uczyła. To było w tamtych czasach, kiedy ja jeszcze nie istniałem. Ona była dziewczyną jeszcze. Potem ona nie mogła uczyć, bo miała rodzinę. I pomagała ojcu w pracy, on ją nauczył reperować kalosze i fleczki robić. Jemu było niedobrze na serce, jak ten klej śmierdział, więc ona sama reperowała buty. Oprócz tego prowadziła dom. Gotowała dobrze, oo! dobrze. Wszystko zrobiła, jak się należy. Najprzód ojciec pierwszy dostał. Musiał. Tak, umiała gotować i piec. Wszystko było koszerne.

Wczwartek wszyscy chodzili do mykwy, najpierw kobiety, potem chłopy. Była bardzo duża synagoga i specjalne domy modlitwy. A kobiety wchodziły do synagogi osobnym wejściem, i stały tam, gdzie młodzież uczyła się cały tydzień. To było połączone z synagogą, były takie specjalne okienka otwarte, żeby kobiety modlitwy słyszały i powtarzały. Były jeszcze inne bóżnice, mniejsze. Chasydzi też mieli swoją modlitewnię. Była też jesziwa i besmederesz. Pamiętam też rabina, mieszkał nad rzeką, w mieszkaniu na piętrze. Nigdy tam nie byłem. Ale pamiętam, że ludzie go nie lubili. Bo udawał najmądrzejszego, chciał pokazać, że jest kimś, rządzić wszystkimi.

W sobotę nikt nie pracował. Nic nie wolno było robić, nawet wody ciepłej ugotować. Świece, jak się wypaliły, nie zapalało się ich już więcej. Jak ktoś miał światło elektryczne, to ktoś inny przychodził je zapalić. U nas była lampa naftowa i też, jak się już wypaliła, to nikt jej do soboty później nie zapalał. Na szabas, na sobotę, wszystko było przygotowane już w piątek. Mama przygotowywała czulent i zanosiła go do piekarzy, bo ich piec był ciepły przez cały piątek. Wstawiali wszystkie garnki, potem w sobotę otwierali piec i wszystko było gorące. Przynosili czulent do domu i wszyscy jedli. A jak ojciec zmarł, to było ciężko, mama na święto Pesach szła macę robić, żeby zarobić na życie. No i macę dostawała.

Ojciec mój zmarł, jak ja miałem niecałe 12 lat, w wieku lat 42. Pamiętam, że nie nosił brody, na głowie zaś miał czapkę, taką jak w wojsku rosyjskim. On w takim wojsku, jeszcze carskim, służył. To był dobry szewc, do niego sami Polacy chodzili. Warsztat był najpierw w podwórku, a potem od frontu, od ulicy. Ojciec nie był bardzo religijny, ale szabas był przestrzegany. A jak ojciec szedł do bóżnicy, to mnie brał ze sobą. Zawsze siedzieliśmy z lewej strony.

Pamiętam, że przed śmiercią ojciec poszedł do szpitala, chory był na serce. A mojej matce się przyśniło, że go położyła do ziemi. W tym czasie kolega do ojca przyszedł, dał mu trochę wódki wypić i ojciec zmarł w szpitalu. A potem ten jego kolega przyszedł do nas do domu, pamiętam, był taki korytarz zamknięty, to on otworzył te drzwi i zabrał kożuch ojca.

Święta pamiętam, Chanukę, Purim. Raz przebrałem brata na Purim, i on miał szablę, prawdziwą szablę, i poszliśmy do wujka, do brata ojca, do którego rzadko chodziliśmy. To musiało być już po śmierci ojca, bo wcześniej, jak mali byliśmy, to nie pamiętam, żebyśmy się przebierali. A na Pesach to mama wszystko sama robiła w domu, piekła chały, gotowała makaron. Talerze i garnki były na Pesach osobne, a jak nie było, to trzeba było je czyścić. U mnie teraz jeszcze są, tak jak w domu, osobne talerze.

W domu mówiono po żydowsku. Ale ja także umiałem po polsku. Do szkoły powszechnej chodziłem, ale tylko do czasu, aż mi ojciec zmarł, wtedy to koniec. Już nie mogłem się uczyć, bo trzeba było do pracy. A potem tylko na wieczorowe kursy. Ale pamiętam w szkole powszechnej nauczycielkę, panią Cetnarską, ona uczyła polskiego, rachunków, wszystkiego. A była inna szkoła powszechna, to sami Żydzi tam chodzili, a nauczyciele polscy byli. Tam też chodziłem na religię. Raz w tygodniu tam religia żydowska była. Chodziłem jeszcze do chajderu, a potem do Talmud Tojre. Uczyliśmy się po hebrajsku. Uczyliśmy się modlić i tłumaczyć na hebrajski. Uczył nas Josel piekarz, a potem Awrum Żyto, on przyjechał z Izraela [z Palestyny] i uczył nas hebrajskiego. Chajder, pamiętam, był prywatny, w domu starego Nissenbauma, u którego myśmy się uczyli. Talmud Tojre była w dużym, osobnym pomieszczeniu łączonym z bóżnicą. Za to wszystko się płaciło. Tato był biedny, ale jak by nie było, trzeba było płacić.

Łuków to było bardzo ładne miasto. Były dwa kościoły, dwa gimnazja, 22. Pułk Strzelców. Było ładne życie! Przed wojną w Łukowie było dużo Żydów. Mieli piekarnie, jatki żydowskie były. Żydowska rzeźnia była w dużym budynku niedaleko rzeki. W całym budynku były dwie rzeźnie: polska i żydowska. Polska część była bliżej rzeki. Ale obie rzeźnie były oddzielone, osobne wejścia i wyjścia. Jak w żydowskiej części zrobili z mięsem coś nie tak i było niekoszerne, to oddawali Polakom. A potem się policzyli pieniędzmi. Normalnie to musiało być wszystko koszerne. A po prawej stronie Polacy zarzynali świnie i inne zwierzęta. A cała krew spływała do rzeki.

Tam w Łukowie przed wojną to też różni Żydzi byli. Jak w każdym narodzie. Jednego Żyda, pamiętam, zabili inni Żydzi. Dlaczego go zabili? Bo wydał drugich. On się nazywał Jojne Bocian, był partyjny - komunista.

Byli także bogaci Żydzi. Na przykład Gasman. On był szewcem, miał dużą firmę, inni szewcy pracowali u niego. Duży dom wybudował ten Gasman. Byli jeszcze inni bogaci Żydzi, przeważnie piekarze. Pamiętam, koło mostu mieszkał jeden, miał bardzo duże mieszkanie. A jak dzieci szły do szkoły, jakie by nie były - polskie czy żydowskie - i stały tak za szybą, zaglądając do środka, to piekarz je wołał i dawał bułeczkę. - Nie mam pieniędzy - mówiło dziecko, a on tylko mówił: - Jedz, jedz, mama zapłaci. Zapłaciła czy nie, i tak dawał. A jego brat Josel piekarz to był nauczycielem, uczył nas po hebrajsku.

Życie z Polakami raczej zgodne było. My żyliśmy z nimi jak z braćmi. Oni do nas przychodzili, to my do nich chodziliśmy, bo to trzeba było iść wzajemnie. Jak mój ojciec zmarł, to sąsiedzi przychodzili do matki i mówili: pani sąsiadko, czemu pani po kartofle nie przychodzi? To ja jeszcze pamiętam nazwiska tych sąsiadów: Chajkowski, Gołaszewski. A jak szedł pogrzeb polski, to Żydzi też dali cześć, czapki zdejmowali. Bo kipy się na ulicy nie nosiło, tylko czapki, kapelusze. A jak już potem pracowałem i chodziłem tylko na wieczorowe kursy, to zdarzało się, że młodzież chciała nas bić, rzucać w nas kamieniami. Nas wtedy nauczyciele nie wypuszczali, żeby w nas nie rzucali kamieniami.

Do nas z robotą przychodzili sami Polacy - gospodarze, nauczyciele. A jak ojciec jednemu Polakowi buty zrobił i matka je zanosiła, to brała mnie ze sobą i jak ja przyszedłem, musiałem jego w rękę całować z szacunkiem. A jeszcze powiem, co ja słyszałem, co opowiadali, że jeszcze za cara był taki stary Polak z brodą, Kamiński, on miał osiemnaścioro dzieci. To jak Ukraińcy chcieli rabina przez okno wyrzucić, to on nie pozwolił, nie dał go z balkonu wyrzucić. To ja słyszałem, że jak on zmarł, to wszyscy Żydzi na pogrzeb przyszli.

Ale pamiętam też jedno zdarzenie, to było też na ulicy Piłsudskiego, tu kino było, a tu klub. Koło klubu szedł jeden Żyd, tancerz, to w sobotę było, on szedł do klubu, nie do bóżnicy. A szedł do bóżnicy inny Żyd z taką brodą i go dwaj polscy oficerowie wojskowi złapali. Jeden złapał tego Żyda za brodę i pociągnął. A ten tancerz, on umiał się bić, widziałem, co on robi - jak rąbnął jednemu głową, to drugi oficer uciekł.

Pamiętam, tam gdzie się bawiliśmy, nie było polskich dzieci. Najczęściej graliśmy w piłkę. Ganialiśmy na polu, to nas chłop przepędzał. Bo on tam zasiał i my mu przeszkadzaliśmy i niszczyliśmy pole. Bardzo dużo było w Łukowie dzieci. A był w Łukowie jeden żydowski dzieciak, on do gimnazjum chodził, jedynak, syn bogatego malarza, to on na tych kółkach na buty jeździł, na wrotkach. Jeden w Łukowie! A do kina to chodziłem, pamiętam, bo mój brat pomagał w kinie. Jeden gość nas wpuszczał, to siedzieliśmy tak po cichu. Filmy dobre i różne były. Dali niedozwolone, ja i tak chodziłem.

Po śmierci ojca ja musiałem pracować. Najpierw robiłem u jednego majstra. Chciałem, żeby złotówki dołożył, on nie chciał, to poszedłem gdzie indziej. Do Mojsze Onikmana. Tam pracowałem i mój brat także. Mam zdjęcie, jak razem robimy z jeszcze jednym gościem - Lajbele Bomsteinem. Tego Lajbele rodzony ojciec wydał Niemcom! Lajbele poznał gdzieś dziewczynę, ona uciekała i ukrywała się przed Niemcami. Lajbele znalazł Polaka i ukrył u niego tę dziewczynę, grożąc mu, że go zabije, jeśli dziewczynie się coś stanie. Potem on też się tam ukrywał, i inni jeszcze ludzie. Jego ojciec dowiedział się, gdzie on jest, i wydał ich wszystkich. Zabili całą rodzinę i wszystkich, którzy tam się ukrywali. Ojciec sprzedał swojego syna!

Potem, to może był rok 1936, przyjechałem do Warszawy, do wujka. Jak mieszkałem w Warszawie, to nie miałem kontaktów z gminą żydowską, do synagogi nie chodziłem. Tylko z pracy do domu. W soboty się nie pracowało, więc chodziłem się kąpać na dzikie plaże, to policja ganiała. To na Pradze było, tam się młodzież, studenci spotykali. A ja najpierw pracowałem na Pańskiej, wujek mi załatwił, potem na Miłej 49, a potem na Zamenhofa 12, przy przejściu, tam takie przejście było na drugą stronę. A młodzież spotykała się na Zamenhofa 26, wszystko nasi młodzi. Tam był taki punkt, gdzie ludzie się spotykali, to to, to tamto gadali, sama młodzież. A to rozróba była, fajnie było. Do domu wróciłem zaraz przed wojną.

W1939, wrzesień - październik, ja z bratem Abramem uciekłem do lasu. Nie było łatwo, jedzenia trzeba było szukać, uważać, jeden drugiego w lesie sprzedawał też. Potem wskoczyliśmy do Brześcia. W Brześciu już było trochę inaczej. W Brześciu łapali i wywieźli mnie na Białoruś, do Homla, tam pracowałem w fabryce Selmasz. Ona była po Żydzie, ta fabryka. Robiłem tam, co mi dali do roboty, jako taki do młócki, sieczki. Mieszkałem w jednej rodzinie, u Żydówki. Poprosiłem naczelnika, żeby dał węgiel na opał. Dali opał, ale ona paliła dla siebie, a nie dla nas w mieszkaniu, to zaraz stamtąd uciekłem. Wtedy już Niemcy łapali [w czerwcu 1941 Niemcy zaatakowały ZSRR], i pociągiem uciekłem do Kurganu, to już było rosyjskie.

Tam pracowałem jako szewc. Wtedy jeszcze nie byłem w mundurze. Potem mobilizowali do ruskiego wojska, i zabrali mnie do Czelabińska, do fabryki aluminium. Wtedy rozłączyłem się z bratem, on gdzie indziej był posłany. Tam w Czelabińsku pracowałem na budowie. I mówiłem do naczelnika: - Jestem szewcem. To on powiedział: - Pojedziesz i przywieziesz narzędzia, będziesz reperować buty. A ja nie zrozumiałem po rusku, nie zrozumiałem, że trzeba wziąć przepustkę, wsiadłem w pociąg do Kurganu i pojechałem. Nie pamiętam, gdzie mnie załapali, może to było w Ałma Acie albo gdzie indziej, ale zabrali mnie z pociągu i mówią, że uciekłem z wojska. I potem mnie wozili, już nie pamiętam, gdzie ten sąd był, gdzieś w Rosji. Ja nic nie rozumiałem, oni wszyscy mówili po rosyjsku. Dostałem karę śmierci, tyle zrozumiałem. Ale zaraz potem trzymali mnie w więzieniu, gdzie - nie pamiętam. Jak długo - także nie. Później zamienili mi wyrok na dziesięć lat robót, trochę się nauczyłem po rosyjsku, to zrozumiałem.

Jak już zmienili mi wyrok, to wywieźli mnie do Niżnego Tajgiełu, do łagru, i wypuścili na pustym polu. Zmarznięty jak pies byłem. Ręce zmarznięte, nawet w ubraniu spałem, nie było gdzie głowy położyć. Potem pobudowali baraki i też w ubraniu spali, nie palili. Jeden naczelnik łagru przyjechał z Moskwy i dał zarządzenie, żeby materace dali. Jak już zacząłem tam pracować, to przyszedł jeden naradczik [funkcjonariusz w obozie pracy] i mówi: - Ty pojedziesz do Moskwy. Będziesz robił, a stamtąd pojedziesz do domu. To był Żyd, też był w łagrze, ale był naradczikiem.

I pojechałem do Moskwy. W Moskwie robiłem w łagrze jako szewc. Przywozili robotę z Kremla i wysyłali potem na front. Reperowaliśmy buty. Około trzydziestu, czterdziestu ludzi tam pracowało. Wszyscy w tym zakładzie musieli wyrabiać normy. A największe normy ja robiłem, i to mnie uratowało. Po czterysta, czterysta pięćdziesiąt procent robiłem, tak codziennie, i miałem dobrą opinię. Oni na te normy patrzyli. Ta opinia mnie uratowała. Była amnestia dla ruskich, i ja popadłem jako ruski. Bo oni przeczytali w dokumentach, że moje miasto Łuków, a tam pod Moskwą Wielkie Łuki, i ja przyjechałem do domu jako ruski. To było w 1946.

Moja rodzina prawie cała zginęła w czasie wojny. Nie wiem nawet, w którym roku zginęły moja mama i siostra. Przeżył mój brat Abram, też był w Rosji, a potem w Rumunii. Tam gdzieś w Novoselicy poznał swoją przyszłą żonę, rumuńską Żydówkę. Zaraz po wojnie do Polski przyjechali już razem. Z rodziny wujka Końskiego zginęli wszyscy, tylko jeden się ostał - mój kuzyn Szlojme, czyli Stanisław Koński. Oni zginęli w Warszawie, nie wiem, jak to się stało, że on przeżył. On by mi opowiedział, ale ja się nie pytałem. Spotkałem też kuzyna Zilbermana jeszcze w Brześciu, w 1939. On mówił: - Muszę jechać do matki, bo została. Wrócił do matki i też zginął, razem zginęli. Ona miała na imię Sonia. Z mamy rodziny zginęli wszyscy z wyjątkiem wujka Mojsze Sosnowca. On też przeżył wojnę w Rosji.

Jak wróciłem do Łukowa, to pamiętam, że przyszli ludzie i zaprosili, żeby zabrać swoich z cmentarza katolickiego. Ja wszedłem do grobu, otworzyłem, wykopaliśmy trzech chłopów, dwie kobiety. Zabraliśmy na swój cmentarz. A jeden Polak, pan Chołocki, jak mnie spotkał, to dał mi zdjęcie, jak Niemcy wykańczali Żydów poubieranych w tałesy. On to zdjęcie zrobił z ukrycia, siedząc na drzewie. Dał mi je, nic za to nie żądał. Ja je dałem innym Żydom wyjeżdżającym na emigrację. - Macie - powiedziałem - przyda wam się za granicą.

Do Dzierżoniowa przyjechałem już z moją żoną Chają, z domu Sznajser. Ja Sznejser, a ona Sznajser, to komedia była. Przyjechaliśmy razem z Rosji do Łukowa, a potem do Dzierżoniowa, gdzie urodził się nasz pierwszy syn Dawid Berek, 10 lutego 1947. A ja pracowałem tam w spółdzielni jako szewc. Parę miesięcy tam pracowałem i przyjechał do mnie wujek Mojsze, najmłodszy brat mojej matki. On w czasie wojny też był w Rosji, a potem mieszkał z żoną i dziećmi w Legnicy. I on mnie zabrał do Legnicy. Tam w Legnicy wzięliśmy z Chają ślub, zrobiliśmy wszystkie papiery. Zapisaliśmy się po prostu w Radzie Miejskiej. Poszliśmy, my i świadkowie, i to wszystko. W gminie, przed rabinem, nie mieliśmy ślubu, wtedy nikt nie chodził do gminy. (Przed wojną widziałem takie śluby, pod chupą i z całą rodziną. Taki ślub brał mój wujek Mojsze Sosnowiec, nie pamiętam już tylko, gdzie.) I pracowałem u tego wujka, on też był szewcem. Wujek dał nam miejsce gdzie spać, takie małe miejsce, ja tam z żoną tylko i z tym starszym synem, to jeszcze dziecko było, na wózku, bo miał parę miesięcy. A potem znalazłem mieszkanie i było w porządku. Potem jeszcze miałem dwójkę dzieci, syn Szama urodził się w 1950, a córka Syma w 1952.

Mój brat Abram po wojnie przyjechał do nas, do Legnicy, ze swoją żoną Żydówką z Rumunii. Na początku mieszkali u nas, dałem mu osobny pokój, potem znalazł inny pokój i poszedł tam mieszkać. Dwa lata był i pojechał do Izraela. Ja nigdy nie myślałem, żeby jechać. Ja chciałem tu siedzieć. To mój kraj.

Po wojnie tu w Legnicy było bardzo dużo Żydów. Bóżnica była na ulicy Chojnowskiej. Ja na święta chodziłem do bóżnicy. Na szabas nie chodziłem, bo było dużo ludzi, czasem pracowałem. Teraz w sobotę już idę do bóżnicy, bo trzeba dziesięciu podtrzymywać. Ja umiem się modlić, tutaj tałes też mam i zakładam, ale już nie wszystko, bo ja już zapomniałem.

Wtedy było dużo ludzi. Była bóżnica i był klub TSKŻ [Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów]. Ja i tu, i tu chodziłem. Do TSKŻ chodziłem zawsze wieczorem, przyszliśmy, zagrali w domino, był bufet. Inne życie było - żywe, do klubu chodziliśmy, do parku, co raz do kina. Ten klub był na Nowym Świecie. Codziennie można było przyjść. Przyjeżdżali artyści i grali, teatr żydowski był. Teatr też był na Nowym Świecie. Przyjeżdżali z Warszawy, Wrocławia, przedstawienia były po żydowsku. Polacy też tu śpiewali po żydowsku. Kiedyś przyjechali z Wrocławia, a ja mówię: - Słuchajcie, zaśpiewam wam piosenkę, ale bez pianina, żeby wszyscy słyszeli. I ja im zaśpiewałem, oklaski były.

Święta były organizowane w bóżnicy, ale byli tacy, co chodzili tutaj do klubu. A byli tacy Żydzi, że nigdzie nie chodzili, nie chcieli się przyznać, że są Żydami. A ja od początku chodziłem do klubu, nigdy nie myślałem, żeby odejść. Bo nie można się zmieniać. Człowiek, który się zmienia, nic nie jest warty. Bo on się co chwilę będzie zmieniać. A ja będę, kim jestem, po co mam chodzić i kłamać? Nie można, taki mam charakter. Tak samo moje dzieci, najstarszy syn nazywał się Dawid Berek, po ojcu moim i dziadku z Radzynia, a drugi syn Szama, to po moim drugim dziadku - Szymonie. I córka Syma też.

Tu w Legnicy wszyscy wiedzieli i wiedzą, że jestem Żydem. Przykrości żadnych raczej nie miałem. Tam, gdzie mam zakład, na Kartuskiej, to wszyscy mnie znają dobrze. Ja im mówię: - Taki jestem, inny nie będę. Ci, co mnie znają, już z daleka na mnie wołają. Ze mną jeden Polak to czterdzieści lat jeździ do lasu na grzyby. Czterdzieści lat, i nie chce z nikim innym, tylko ze mną. On mnie nauczył te grzyby zbierać. Taki człowiek jak brat - kiedyś potrzebowałem, żeby po córkę do Świnoujścia pojechał, bo jechała z Danii, pytam się, czy pojedzie, a on tylko zapytał, kiedy. Ja mu odpowiedziałem, że dzisiaj, on zaraz wsiadł i pojechał. Tyle lat mnie zna i do dzisiaj przychodzi do mnie do zakładu codziennie. Kiedyś przyszedł buty naprawić i dogadaliśmy się. I tak już czterdzieści lat.

Do partii należałem, ale nikogo nie sprzedałem. Kierownik powiedział: - Trzeba donosić. A ja mówiłem: - Nie. Bo on nie chciał tego, chciał tylko wiedzieć, z kim ma do czynienia.

Później pracowałem w żydowskiej spółdzielni, ona nazywała się Dobrobyt. Wujek też tam potem pracował. Spółdzielnia była żydowska, ale pracowali też Polacy. Szewcy i cholewkarze, jeszcze jakieś tam torebki robili. Potem zmienili nazwę na Kilińskiego, ja tam pracowałem do 1960 roku, do czasu, jak Gomułka to zlikwidował. A wujek zwolnił się i wyjechał za granicę. Najpierw do Izraela, a stamtąd do Ameryki. A ja w 1960 otworzyłem zakład, siedziałem i robiłem te buty.

W 1968 roku pamiętam, że nie było przyjemnie, jak tylko dotarł do nas do Legnicy cały ten szum. To tylko Gomułka zrobił. Znaczy się nie on sam, tylko organizacja, ale on najwięcej krzyczał: - Wszystkie Moszki do Dajana! I ja wysłałem swoje dzieci, mówiłem im: - Co zrobić? Pojedźcie. Myślałem, że tam będą mieli nowe miejsce, może dla nas zrobią miejsce. Syn Szama pojechał do Izraela, a córka Syma do Danii. Ja myślałem, że pojadę kiedyś do nich z żoną.

Szama poszedł w Izraelu od razu do wojska. Zaraz potem był ranny i poszedł do rodziny, do kuzyna mojej mamy, Icka Kopciaka. (Kopciakowie wyjechali do Izraela wcześniej, a zanim wyjechali, mieszkali też w Legnicy, na ulicy Dziennikarskiej. Icek pracował w Modelu. To była też spółdzielnia pracy, wyrabiali tam czapki). Ale tam w Izraelu Szama nie chciał u nich być. Któregoś dnia żona Kopciaka postawiła jedzenie, i on dużo zjadł. Szama był bardzo chory, tylko jej nic nie powiedział. A ona poszła do męża, który był w ogrodzie, i powiedziała, że Szama dużo je. A okno było otwarte i on to usłyszał. I zaraz mi napisał: Tata, już więcej tam nie pójdę. I potem już nie miałem od niego wiadomości. Dowiedziałem się tylko listownie, że nie żyje i że zostało tam po nim parę złotych. To ja mogłem chociaż odpowiedzieć, żeby zrobili mu za to pomnik na cmentarzu, ale nie pomyślałem wtedy, i nic nie zrobiłem.

Syma w Danii wyszła za mąż i po mężu miała nazwisko Gertner. Ona miała tam kontakt z gminą żydowską. Mieszkała z mężem i teściową. Ja u nich byłem. Ta teściowa to rosyjska Żydówka była, niezbyt miła kobieta. Jak moja córka postawiła mi jeść, to ona jakoś tak dziwnie patrzyła. A potem w 1993 roku moja córka też zmarła. Pochowana jest tam w Danii na żydowskim cmentarzu.

A ja zostałem w Legnicy z Dawidem, najstarszym synem. On nie chciał wyjeżdżać, bo nie chciał mnie zostawić. Żona moja zmarła w latach osiemdziesiątych, zaraz po tym, jak ten atom wyszedł w Rosji [katastrofa elektrowni atomowej w Czarnobylu na Ukrainie w roku 1986]. Wyszła z samego rana, zaciągnęła powietrze i nie mogła już wytrzymać. Niedługo potem zmarła.

A syn mój tu w Legnicy się ożenił. Ale potem wyrzucił swoją żonę. Bo ona powiedziała do mnie, że jak jest w kuchni, to mnie nie chce widzieć. W moim domu! To Dawid wziął ją i wyrzucił. A mieli dziecko, syna, Mariusz ma na imię. To ona nauczyła go być przeciw ojcu. Jak Dawid chciał ze swoim synem rozmawiać, to uciekał. Potem, jak on ślub brał, to nie prosił ojca, jak mu się dziecko urodziło - też nie zaprosił. Dopiero teraz mam jakiś z nim kontakt, przychodzi od czasu do czasu, w końcu po trzydziestu pięciu latach jestem dla niego dziadkiem! To wszystko dla Dawida było ciężkie. A osiemnaście lat płacił alimenty. W końcu on też umarł, w 2002 roku, cały rok modliłem się za niego, odmawiałem kadisz. Ja wnukowi dużo rzeczy dałem po jego ojcu, bo Dawid co chwilę coś dla niego kupował, mimo że nie mógł z nim rozmawiać.

A ja pracowałem dalej. I do dzisiaj pracuję, bo chcę żyć normalnie. I tęsknię za Łukowem, moim miastem, tam życie było fajne. Niedawno przyszedł gość i przyniósł mi parę butów do reperacji. I pyta się mnie, czy nie jestem z Łukowa. Bo mu mnie ktoś polecił, ktoś właśnie z tamtych stron. Już mi dał robotę. A tak, to nie ma pracy, ale chce się rozmawiać. A siedzieć tak i czekać śmierci? Trzeba chodzić.

 

Opowieści Mosze Sznejsera wysłuchał Jakub Rajchman

Od ponad roku prowadzę w Polsce projekt amerykańskiej Fundacji Centropa. Projekt nazywa się "Świadek Żydowskiego Stulecia". Zapisujemy pamięć o żydowskim świecie w przedwojennej Polsce, wysłuchujemy wspomnień o Zagładzie, zapisujemy opowieści o życiu Żydów w Polsce powojennej. Teksty ilustrujemy fotografiami. Nasza dokumentacja trafia do archiwum Fundacji, jest dostępna na stronie internetowej: www.centropa.org, będzie gromadzona w archiwach Muzeum Historii Żydów Polskich i Żydowskiego Instytutu Historycznego. Mierzymy się z czasem. Zbieramy okruchy pamięci o świecie, który już nie istnieje. Anka Grupińska