|
HISTORIA SZEWCA MOJSZE SZNEJSERA
Robiłem buty, odmawiałem kadi
Rzeczpospolita , 2005

"To ja i moja żona Chaja. Już
w Legnicy, pod koniec lat 40."

"Tak wyglądam teraz, kiedy opowiadam
tę moją historię. Siedzę w tym warsztacie na ul. Kartuskiej
od 1960 roku."

"To moi wujkowie - Chaim i Symche
i ja, siedzę pierwszy z prawej, ten, co stoi, to mój brat
Abram. Nie pamiętam, kiedy to było zrobione, przed wojną na
pewno, albo w Radzyniu Podlaskim, albo w Łukowie."

"To ja i mój brat Abram, naprawiamy
buty. To było w Łukowie, chyba po 1932 roku, bo w 1932 umarł
mój ojciec i musieliśmy zacząć pracować, już nie chodziliśmy
do szkoły. Ja to ten pierwszy z prawej."
Nazywam się Mojsze Sznejser. Urodziłem
się piątego marca 1920 roku w Łukowie. Mój ojciec nazywał
się Dawid Josel. Był szewcem. Matka moja, Szajndla, z domu
Sosnowiec. Miałem dwóch braci i jedną siostrę. Mój brat nazywał
się Abram, a siostra nazywała się Chana. Ja byłem najstarszy,
potem brat i siostra, różnica wieku była dwa lata. A jeszcze
drugi brat to zmarł młodo, w latach trzydziestych jako dziecko
- Icek się nazywał. Mieszkaliśmy w Łukowie na ulicy Piłsudskiego,
koło kina, tam w mieszkaniu ojciec miał warsztat szewski.
Moja mama była bardzo ładna, pamiętam,
że nosiła szajtel - perukę. I ona uczyła tańczyć biedne dziewczęta.
Ja nie wiem, nie widziałem, ale ludzie mi opowiadali, że ona
uczyła tańczyć. Nic z tego nie miała, swoje biedne koleżanki
uczyła. To było w tamtych czasach, kiedy ja jeszcze nie istniałem.
Ona była dziewczyną jeszcze. Potem ona nie mogła uczyć, bo
miała rodzinę. I pomagała ojcu w pracy, on ją nauczył reperować
kalosze i fleczki robić. Jemu było niedobrze na serce, jak
ten klej śmierdział, więc ona sama reperowała buty. Oprócz
tego prowadziła dom. Gotowała dobrze, oo! dobrze. Wszystko
zrobiła, jak się należy. Najprzód ojciec pierwszy dostał.
Musiał. Tak, umiała gotować i piec. Wszystko było koszerne.
Wczwartek wszyscy chodzili do mykwy,
najpierw kobiety, potem chłopy. Była bardzo duża synagoga
i specjalne domy modlitwy. A kobiety wchodziły do synagogi
osobnym wejściem, i stały tam, gdzie młodzież uczyła się cały
tydzień. To było połączone z synagogą, były takie specjalne
okienka otwarte, żeby kobiety modlitwy słyszały i powtarzały.
Były jeszcze inne bóżnice, mniejsze. Chasydzi też mieli swoją
modlitewnię. Była też jesziwa i besmederesz. Pamiętam też
rabina, mieszkał nad rzeką, w mieszkaniu na piętrze. Nigdy
tam nie byłem. Ale pamiętam, że ludzie go nie lubili. Bo udawał
najmądrzejszego, chciał pokazać, że jest kimś, rządzić wszystkimi.
W sobotę nikt nie pracował. Nic nie
wolno było robić, nawet wody ciepłej ugotować. Świece, jak
się wypaliły, nie zapalało się ich już więcej. Jak ktoś miał
światło elektryczne, to ktoś inny przychodził je zapalić.
U nas była lampa naftowa i też, jak się już wypaliła, to nikt
jej do soboty później nie zapalał. Na szabas, na sobotę, wszystko
było przygotowane już w piątek. Mama przygotowywała czulent
i zanosiła go do piekarzy, bo ich piec był ciepły przez cały
piątek. Wstawiali wszystkie garnki, potem w sobotę otwierali
piec i wszystko było gorące. Przynosili czulent do domu i
wszyscy jedli. A jak ojciec zmarł, to było ciężko, mama na
święto Pesach szła macę robić, żeby zarobić na życie. No i
macę dostawała.
Ojciec mój zmarł, jak ja miałem niecałe
12 lat, w wieku lat 42. Pamiętam, że nie nosił brody, na głowie
zaś miał czapkę, taką jak w wojsku rosyjskim. On w takim wojsku,
jeszcze carskim, służył. To był dobry szewc, do niego sami
Polacy chodzili. Warsztat był najpierw w podwórku, a potem
od frontu, od ulicy. Ojciec nie był bardzo religijny, ale
szabas był przestrzegany. A jak ojciec szedł do bóżnicy, to
mnie brał ze sobą. Zawsze siedzieliśmy z lewej strony.
Pamiętam, że przed śmiercią ojciec
poszedł do szpitala, chory był na serce. A mojej matce się
przyśniło, że go położyła do ziemi. W tym czasie kolega do
ojca przyszedł, dał mu trochę wódki wypić i ojciec zmarł w
szpitalu. A potem ten jego kolega przyszedł do nas do domu,
pamiętam, był taki korytarz zamknięty, to on otworzył te drzwi
i zabrał kożuch ojca.
Święta pamiętam, Chanukę, Purim. Raz
przebrałem brata na Purim, i on miał szablę, prawdziwą szablę,
i poszliśmy do wujka, do brata ojca, do którego rzadko chodziliśmy.
To musiało być już po śmierci ojca, bo wcześniej, jak mali
byliśmy, to nie pamiętam, żebyśmy się przebierali. A na Pesach
to mama wszystko sama robiła w domu, piekła chały, gotowała
makaron. Talerze i garnki były na Pesach osobne, a jak nie
było, to trzeba było je czyścić. U mnie teraz jeszcze są,
tak jak w domu, osobne talerze.
W domu mówiono po żydowsku. Ale ja
także umiałem po polsku. Do szkoły powszechnej chodziłem,
ale tylko do czasu, aż mi ojciec zmarł, wtedy to koniec. Już
nie mogłem się uczyć, bo trzeba było do pracy. A potem tylko
na wieczorowe kursy. Ale pamiętam w szkole powszechnej nauczycielkę,
panią Cetnarską, ona uczyła polskiego, rachunków, wszystkiego.
A była inna szkoła powszechna, to sami Żydzi tam chodzili,
a nauczyciele polscy byli. Tam też chodziłem na religię. Raz
w tygodniu tam religia żydowska była. Chodziłem jeszcze do
chajderu, a potem do Talmud Tojre. Uczyliśmy się po hebrajsku.
Uczyliśmy się modlić i tłumaczyć na hebrajski. Uczył nas Josel
piekarz, a potem Awrum Żyto, on przyjechał z Izraela [z Palestyny]
i uczył nas hebrajskiego. Chajder, pamiętam, był prywatny,
w domu starego Nissenbauma, u którego myśmy się uczyli. Talmud
Tojre była w dużym, osobnym pomieszczeniu łączonym z bóżnicą.
Za to wszystko się płaciło. Tato był biedny, ale jak by nie
było, trzeba było płacić.
Łuków to było bardzo ładne miasto.
Były dwa kościoły, dwa gimnazja, 22. Pułk Strzelców. Było
ładne życie! Przed wojną w Łukowie było dużo Żydów. Mieli
piekarnie, jatki żydowskie były. Żydowska rzeźnia była w dużym
budynku niedaleko rzeki. W całym budynku były dwie rzeźnie:
polska i żydowska. Polska część była bliżej rzeki. Ale obie
rzeźnie były oddzielone, osobne wejścia i wyjścia. Jak w żydowskiej
części zrobili z mięsem coś nie tak i było niekoszerne, to
oddawali Polakom. A potem się policzyli pieniędzmi. Normalnie
to musiało być wszystko koszerne. A po prawej stronie Polacy
zarzynali świnie i inne zwierzęta. A cała krew spływała do
rzeki.
Tam w Łukowie przed wojną to też różni
Żydzi byli. Jak w każdym narodzie. Jednego Żyda, pamiętam,
zabili inni Żydzi. Dlaczego go zabili? Bo wydał drugich. On
się nazywał Jojne Bocian, był partyjny - komunista.
Byli także bogaci Żydzi. Na przykład
Gasman. On był szewcem, miał dużą firmę, inni szewcy pracowali
u niego. Duży dom wybudował ten Gasman. Byli jeszcze inni
bogaci Żydzi, przeważnie piekarze. Pamiętam, koło mostu mieszkał
jeden, miał bardzo duże mieszkanie. A jak dzieci szły do szkoły,
jakie by nie były - polskie czy żydowskie - i stały tak za
szybą, zaglądając do środka, to piekarz je wołał i dawał bułeczkę.
- Nie mam pieniędzy - mówiło dziecko, a on tylko mówił: -
Jedz, jedz, mama zapłaci. Zapłaciła czy nie, i tak dawał.
A jego brat Josel piekarz to był nauczycielem, uczył nas po
hebrajsku.
Życie z Polakami raczej zgodne było.
My żyliśmy z nimi jak z braćmi. Oni do nas przychodzili, to
my do nich chodziliśmy, bo to trzeba było iść wzajemnie. Jak
mój ojciec zmarł, to sąsiedzi przychodzili do matki i mówili:
pani sąsiadko, czemu pani po kartofle nie przychodzi? To ja
jeszcze pamiętam nazwiska tych sąsiadów: Chajkowski, Gołaszewski.
A jak szedł pogrzeb polski, to Żydzi też dali cześć, czapki
zdejmowali. Bo kipy się na ulicy nie nosiło, tylko czapki,
kapelusze. A jak już potem pracowałem i chodziłem tylko na
wieczorowe kursy, to zdarzało się, że młodzież chciała nas
bić, rzucać w nas kamieniami. Nas wtedy nauczyciele nie wypuszczali,
żeby w nas nie rzucali kamieniami.
Do nas z robotą przychodzili sami Polacy
- gospodarze, nauczyciele. A jak ojciec jednemu Polakowi buty
zrobił i matka je zanosiła, to brała mnie ze sobą i jak ja
przyszedłem, musiałem jego w rękę całować z szacunkiem. A
jeszcze powiem, co ja słyszałem, co opowiadali, że jeszcze
za cara był taki stary Polak z brodą, Kamiński, on miał osiemnaścioro
dzieci. To jak Ukraińcy chcieli rabina przez okno wyrzucić,
to on nie pozwolił, nie dał go z balkonu wyrzucić. To ja słyszałem,
że jak on zmarł, to wszyscy Żydzi na pogrzeb przyszli.
Ale pamiętam też jedno zdarzenie, to
było też na ulicy Piłsudskiego, tu kino było, a tu klub. Koło
klubu szedł jeden Żyd, tancerz, to w sobotę było, on szedł
do klubu, nie do bóżnicy. A szedł do bóżnicy inny Żyd z taką
brodą i go dwaj polscy oficerowie wojskowi złapali. Jeden
złapał tego Żyda za brodę i pociągnął. A ten tancerz, on umiał
się bić, widziałem, co on robi - jak rąbnął jednemu głową,
to drugi oficer uciekł.
Pamiętam, tam gdzie się bawiliśmy,
nie było polskich dzieci. Najczęściej graliśmy w piłkę. Ganialiśmy
na polu, to nas chłop przepędzał. Bo on tam zasiał i my mu
przeszkadzaliśmy i niszczyliśmy pole. Bardzo dużo było w Łukowie
dzieci. A był w Łukowie jeden żydowski dzieciak, on do gimnazjum
chodził, jedynak, syn bogatego malarza, to on na tych kółkach
na buty jeździł, na wrotkach. Jeden w Łukowie! A do kina to
chodziłem, pamiętam, bo mój brat pomagał w kinie. Jeden gość
nas wpuszczał, to siedzieliśmy tak po cichu. Filmy dobre i
różne były. Dali niedozwolone, ja i tak chodziłem.
Po śmierci ojca ja musiałem pracować.
Najpierw robiłem u jednego majstra. Chciałem, żeby złotówki
dołożył, on nie chciał, to poszedłem gdzie indziej. Do Mojsze
Onikmana. Tam pracowałem i mój brat także. Mam zdjęcie, jak
razem robimy z jeszcze jednym gościem - Lajbele Bomsteinem.
Tego Lajbele rodzony ojciec wydał Niemcom! Lajbele poznał
gdzieś dziewczynę, ona uciekała i ukrywała się przed Niemcami.
Lajbele znalazł Polaka i ukrył u niego tę dziewczynę, grożąc
mu, że go zabije, jeśli dziewczynie się coś stanie. Potem
on też się tam ukrywał, i inni jeszcze ludzie. Jego ojciec
dowiedział się, gdzie on jest, i wydał ich wszystkich. Zabili
całą rodzinę i wszystkich, którzy tam się ukrywali. Ojciec
sprzedał swojego syna!
Potem, to może był rok 1936, przyjechałem
do Warszawy, do wujka. Jak mieszkałem w Warszawie, to nie
miałem kontaktów z gminą żydowską, do synagogi nie chodziłem.
Tylko z pracy do domu. W soboty się nie pracowało, więc chodziłem
się kąpać na dzikie plaże, to policja ganiała. To na Pradze
było, tam się młodzież, studenci spotykali. A ja najpierw
pracowałem na Pańskiej, wujek mi załatwił, potem na Miłej
49, a potem na Zamenhofa 12, przy przejściu, tam takie przejście
było na drugą stronę. A młodzież spotykała się na Zamenhofa
26, wszystko nasi młodzi. Tam był taki punkt, gdzie ludzie
się spotykali, to to, to tamto gadali, sama młodzież. A to
rozróba była, fajnie było. Do domu wróciłem zaraz przed wojną.
W1939, wrzesień - październik, ja z
bratem Abramem uciekłem do lasu. Nie było łatwo, jedzenia
trzeba było szukać, uważać, jeden drugiego w lesie sprzedawał
też. Potem wskoczyliśmy do Brześcia. W Brześciu już było trochę
inaczej. W Brześciu łapali i wywieźli mnie na Białoruś, do
Homla, tam pracowałem w fabryce Selmasz. Ona była po Żydzie,
ta fabryka. Robiłem tam, co mi dali do roboty, jako taki do
młócki, sieczki. Mieszkałem w jednej rodzinie, u Żydówki.
Poprosiłem naczelnika, żeby dał węgiel na opał. Dali opał,
ale ona paliła dla siebie, a nie dla nas w mieszkaniu, to
zaraz stamtąd uciekłem. Wtedy już Niemcy łapali [w czerwcu
1941 Niemcy zaatakowały ZSRR], i pociągiem uciekłem do Kurganu,
to już było rosyjskie.
Tam pracowałem jako szewc. Wtedy jeszcze
nie byłem w mundurze. Potem mobilizowali do ruskiego wojska,
i zabrali mnie do Czelabińska, do fabryki aluminium. Wtedy
rozłączyłem się z bratem, on gdzie indziej był posłany. Tam
w Czelabińsku pracowałem na budowie. I mówiłem do naczelnika:
- Jestem szewcem. To on powiedział: - Pojedziesz i przywieziesz
narzędzia, będziesz reperować buty. A ja nie zrozumiałem po
rusku, nie zrozumiałem, że trzeba wziąć przepustkę, wsiadłem
w pociąg do Kurganu i pojechałem. Nie pamiętam, gdzie mnie
załapali, może to było w Ałma Acie albo gdzie indziej, ale
zabrali mnie z pociągu i mówią, że uciekłem z wojska. I potem
mnie wozili, już nie pamiętam, gdzie ten sąd był, gdzieś w
Rosji. Ja nic nie rozumiałem, oni wszyscy mówili po rosyjsku.
Dostałem karę śmierci, tyle zrozumiałem. Ale zaraz potem trzymali
mnie w więzieniu, gdzie - nie pamiętam. Jak długo - także
nie. Później zamienili mi wyrok na dziesięć lat robót, trochę
się nauczyłem po rosyjsku, to zrozumiałem.
Jak już zmienili mi wyrok, to wywieźli
mnie do Niżnego Tajgiełu, do łagru, i wypuścili na pustym
polu. Zmarznięty jak pies byłem. Ręce zmarznięte, nawet w
ubraniu spałem, nie było gdzie głowy położyć. Potem pobudowali
baraki i też w ubraniu spali, nie palili. Jeden naczelnik
łagru przyjechał z Moskwy i dał zarządzenie, żeby materace
dali. Jak już zacząłem tam pracować, to przyszedł jeden naradczik
[funkcjonariusz w obozie pracy] i mówi: - Ty pojedziesz do
Moskwy. Będziesz robił, a stamtąd pojedziesz do domu. To był
Żyd, też był w łagrze, ale był naradczikiem.
I pojechałem do Moskwy. W Moskwie robiłem
w łagrze jako szewc. Przywozili robotę z Kremla i wysyłali
potem na front. Reperowaliśmy buty. Około trzydziestu, czterdziestu
ludzi tam pracowało. Wszyscy w tym zakładzie musieli wyrabiać
normy. A największe normy ja robiłem, i to mnie uratowało.
Po czterysta, czterysta pięćdziesiąt procent robiłem, tak
codziennie, i miałem dobrą opinię. Oni na te normy patrzyli.
Ta opinia mnie uratowała. Była amnestia dla ruskich, i ja
popadłem jako ruski. Bo oni przeczytali w dokumentach, że
moje miasto Łuków, a tam pod Moskwą Wielkie Łuki, i ja przyjechałem
do domu jako ruski. To było w 1946.
Moja rodzina prawie cała zginęła w
czasie wojny. Nie wiem nawet, w którym roku zginęły moja mama
i siostra. Przeżył mój brat Abram, też był w Rosji, a potem
w Rumunii. Tam gdzieś w Novoselicy poznał swoją przyszłą żonę,
rumuńską Żydówkę. Zaraz po wojnie do Polski przyjechali już
razem. Z rodziny wujka Końskiego zginęli wszyscy, tylko jeden
się ostał - mój kuzyn Szlojme, czyli Stanisław Koński. Oni
zginęli w Warszawie, nie wiem, jak to się stało, że on przeżył.
On by mi opowiedział, ale ja się nie pytałem. Spotkałem też
kuzyna Zilbermana jeszcze w Brześciu, w 1939. On mówił: -
Muszę jechać do matki, bo została. Wrócił do matki i też zginął,
razem zginęli. Ona miała na imię Sonia. Z mamy rodziny zginęli
wszyscy z wyjątkiem wujka Mojsze Sosnowca. On też przeżył
wojnę w Rosji.
Jak wróciłem do Łukowa, to pamiętam,
że przyszli ludzie i zaprosili, żeby zabrać swoich z cmentarza
katolickiego. Ja wszedłem do grobu, otworzyłem, wykopaliśmy
trzech chłopów, dwie kobiety. Zabraliśmy na swój cmentarz.
A jeden Polak, pan Chołocki, jak mnie spotkał, to dał mi zdjęcie,
jak Niemcy wykańczali Żydów poubieranych w tałesy. On to zdjęcie
zrobił z ukrycia, siedząc na drzewie. Dał mi je, nic za to
nie żądał. Ja je dałem innym Żydom wyjeżdżającym na emigrację.
- Macie - powiedziałem - przyda wam się za granicą.
Do Dzierżoniowa przyjechałem już z
moją żoną Chają, z domu Sznajser. Ja Sznejser, a ona Sznajser,
to komedia była. Przyjechaliśmy razem z Rosji do Łukowa, a
potem do Dzierżoniowa, gdzie urodził się nasz pierwszy syn
Dawid Berek, 10 lutego 1947. A ja pracowałem tam w spółdzielni
jako szewc. Parę miesięcy tam pracowałem i przyjechał do mnie
wujek Mojsze, najmłodszy brat mojej matki. On w czasie wojny
też był w Rosji, a potem mieszkał z żoną i dziećmi w Legnicy.
I on mnie zabrał do Legnicy. Tam w Legnicy wzięliśmy z Chają
ślub, zrobiliśmy wszystkie papiery. Zapisaliśmy się po prostu
w Radzie Miejskiej. Poszliśmy, my i świadkowie, i to wszystko.
W gminie, przed rabinem, nie mieliśmy ślubu, wtedy nikt nie
chodził do gminy. (Przed wojną widziałem takie śluby, pod
chupą i z całą rodziną. Taki ślub brał mój wujek Mojsze Sosnowiec,
nie pamiętam już tylko, gdzie.) I pracowałem u tego wujka,
on też był szewcem. Wujek dał nam miejsce gdzie spać, takie
małe miejsce, ja tam z żoną tylko i z tym starszym synem,
to jeszcze dziecko było, na wózku, bo miał parę miesięcy.
A potem znalazłem mieszkanie i było w porządku. Potem jeszcze
miałem dwójkę dzieci, syn Szama urodził się w 1950, a córka
Syma w 1952.
Mój brat Abram po wojnie przyjechał
do nas, do Legnicy, ze swoją żoną Żydówką z Rumunii. Na początku
mieszkali u nas, dałem mu osobny pokój, potem znalazł inny
pokój i poszedł tam mieszkać. Dwa lata był i pojechał do Izraela.
Ja nigdy nie myślałem, żeby jechać. Ja chciałem tu siedzieć.
To mój kraj.
Po wojnie tu w Legnicy było bardzo
dużo Żydów. Bóżnica była na ulicy Chojnowskiej. Ja na święta
chodziłem do bóżnicy. Na szabas nie chodziłem, bo było dużo
ludzi, czasem pracowałem. Teraz w sobotę już idę do bóżnicy,
bo trzeba dziesięciu podtrzymywać. Ja umiem się modlić, tutaj
tałes też mam i zakładam, ale już nie wszystko, bo ja już
zapomniałem.
Wtedy było dużo ludzi. Była bóżnica
i był klub TSKŻ [Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów].
Ja i tu, i tu chodziłem. Do TSKŻ chodziłem zawsze wieczorem,
przyszliśmy, zagrali w domino, był bufet. Inne życie było
- żywe, do klubu chodziliśmy, do parku, co raz do kina. Ten
klub był na Nowym Świecie. Codziennie można było przyjść.
Przyjeżdżali artyści i grali, teatr żydowski był. Teatr też
był na Nowym Świecie. Przyjeżdżali z Warszawy, Wrocławia,
przedstawienia były po żydowsku. Polacy też tu śpiewali po
żydowsku. Kiedyś przyjechali z Wrocławia, a ja mówię: - Słuchajcie,
zaśpiewam wam piosenkę, ale bez pianina, żeby wszyscy słyszeli.
I ja im zaśpiewałem, oklaski były.
Święta były organizowane w bóżnicy,
ale byli tacy, co chodzili tutaj do klubu. A byli tacy Żydzi,
że nigdzie nie chodzili, nie chcieli się przyznać, że są Żydami.
A ja od początku chodziłem do klubu, nigdy nie myślałem, żeby
odejść. Bo nie można się zmieniać. Człowiek, który się zmienia,
nic nie jest warty. Bo on się co chwilę będzie zmieniać. A
ja będę, kim jestem, po co mam chodzić i kłamać? Nie można,
taki mam charakter. Tak samo moje dzieci, najstarszy syn nazywał
się Dawid Berek, po ojcu moim i dziadku z Radzynia, a drugi
syn Szama, to po moim drugim dziadku - Szymonie. I córka Syma
też.
Tu w Legnicy wszyscy wiedzieli i wiedzą,
że jestem Żydem. Przykrości żadnych raczej nie miałem. Tam,
gdzie mam zakład, na Kartuskiej, to wszyscy mnie znają dobrze.
Ja im mówię: - Taki jestem, inny nie będę. Ci, co mnie znają,
już z daleka na mnie wołają. Ze mną jeden Polak to czterdzieści
lat jeździ do lasu na grzyby. Czterdzieści lat, i nie chce
z nikim innym, tylko ze mną. On mnie nauczył te grzyby zbierać.
Taki człowiek jak brat - kiedyś potrzebowałem, żeby po córkę
do Świnoujścia pojechał, bo jechała z Danii, pytam się, czy
pojedzie, a on tylko zapytał, kiedy. Ja mu odpowiedziałem,
że dzisiaj, on zaraz wsiadł i pojechał. Tyle lat mnie zna
i do dzisiaj przychodzi do mnie do zakładu codziennie. Kiedyś
przyszedł buty naprawić i dogadaliśmy się. I tak już czterdzieści
lat.
Do partii należałem, ale nikogo nie
sprzedałem. Kierownik powiedział: - Trzeba donosić. A ja mówiłem:
- Nie. Bo on nie chciał tego, chciał tylko wiedzieć, z kim
ma do czynienia.
Później pracowałem w żydowskiej spółdzielni,
ona nazywała się Dobrobyt. Wujek też tam potem pracował. Spółdzielnia
była żydowska, ale pracowali też Polacy. Szewcy i cholewkarze,
jeszcze jakieś tam torebki robili. Potem zmienili nazwę na
Kilińskiego, ja tam pracowałem do 1960 roku, do czasu, jak
Gomułka to zlikwidował. A wujek zwolnił się i wyjechał za
granicę. Najpierw do Izraela, a stamtąd do Ameryki. A ja w
1960 otworzyłem zakład, siedziałem i robiłem te buty.
W 1968 roku pamiętam, że nie było przyjemnie,
jak tylko dotarł do nas do Legnicy cały ten szum. To tylko
Gomułka zrobił. Znaczy się nie on sam, tylko organizacja,
ale on najwięcej krzyczał: - Wszystkie Moszki do Dajana! I
ja wysłałem swoje dzieci, mówiłem im: - Co zrobić? Pojedźcie.
Myślałem, że tam będą mieli nowe miejsce, może dla nas zrobią
miejsce. Syn Szama pojechał do Izraela, a córka Syma do Danii.
Ja myślałem, że pojadę kiedyś do nich z żoną.
Szama poszedł w Izraelu od razu do
wojska. Zaraz potem był ranny i poszedł do rodziny, do kuzyna
mojej mamy, Icka Kopciaka. (Kopciakowie wyjechali do Izraela
wcześniej, a zanim wyjechali, mieszkali też w Legnicy, na
ulicy Dziennikarskiej. Icek pracował w Modelu. To była też
spółdzielnia pracy, wyrabiali tam czapki). Ale tam w Izraelu
Szama nie chciał u nich być. Któregoś dnia żona Kopciaka postawiła
jedzenie, i on dużo zjadł. Szama był bardzo chory, tylko jej
nic nie powiedział. A ona poszła do męża, który był w ogrodzie,
i powiedziała, że Szama dużo je. A okno było otwarte i on
to usłyszał. I zaraz mi napisał: Tata, już więcej tam nie
pójdę. I potem już nie miałem od niego wiadomości. Dowiedziałem
się tylko listownie, że nie żyje i że zostało tam po nim parę
złotych. To ja mogłem chociaż odpowiedzieć, żeby zrobili mu
za to pomnik na cmentarzu, ale nie pomyślałem wtedy, i nic
nie zrobiłem.
Syma w Danii wyszła za mąż i po mężu
miała nazwisko Gertner. Ona miała tam kontakt z gminą żydowską.
Mieszkała z mężem i teściową. Ja u nich byłem. Ta teściowa
to rosyjska Żydówka była, niezbyt miła kobieta. Jak moja córka
postawiła mi jeść, to ona jakoś tak dziwnie patrzyła. A potem
w 1993 roku moja córka też zmarła. Pochowana jest tam w Danii
na żydowskim cmentarzu.
A ja zostałem w Legnicy z Dawidem,
najstarszym synem. On nie chciał wyjeżdżać, bo nie chciał
mnie zostawić. Żona moja zmarła w latach osiemdziesiątych,
zaraz po tym, jak ten atom wyszedł w Rosji [katastrofa elektrowni
atomowej w Czarnobylu na Ukrainie w roku 1986]. Wyszła z samego
rana, zaciągnęła powietrze i nie mogła już wytrzymać. Niedługo
potem zmarła.
A syn mój tu w Legnicy się ożenił.
Ale potem wyrzucił swoją żonę. Bo ona powiedziała do mnie,
że jak jest w kuchni, to mnie nie chce widzieć. W moim domu!
To Dawid wziął ją i wyrzucił. A mieli dziecko, syna, Mariusz
ma na imię. To ona nauczyła go być przeciw ojcu. Jak Dawid
chciał ze swoim synem rozmawiać, to uciekał. Potem, jak on
ślub brał, to nie prosił ojca, jak mu się dziecko urodziło
- też nie zaprosił. Dopiero teraz mam jakiś z nim kontakt,
przychodzi od czasu do czasu, w końcu po trzydziestu pięciu
latach jestem dla niego dziadkiem! To wszystko dla Dawida
było ciężkie. A osiemnaście lat płacił alimenty. W końcu on
też umarł, w 2002 roku, cały rok modliłem się za niego, odmawiałem
kadisz. Ja wnukowi dużo rzeczy dałem po jego ojcu, bo Dawid
co chwilę coś dla niego kupował, mimo że nie mógł z nim rozmawiać.
A ja pracowałem dalej. I do dzisiaj
pracuję, bo chcę żyć normalnie. I tęsknię za Łukowem, moim
miastem, tam życie było fajne. Niedawno przyszedł gość i przyniósł
mi parę butów do reperacji. I pyta się mnie, czy nie jestem
z Łukowa. Bo mu mnie ktoś polecił, ktoś właśnie z tamtych
stron. Już mi dał robotę. A tak, to nie ma pracy, ale chce
się rozmawiać. A siedzieć tak i czekać śmierci? Trzeba chodzić.
Opowieści Mosze Sznejsera wysłuchał Jakub
Rajchman
Od ponad roku prowadzę w Polsce
projekt amerykańskiej Fundacji Centropa. Projekt nazywa się
"Świadek Żydowskiego Stulecia". Zapisujemy pamięć
o żydowskim świecie w przedwojennej Polsce, wysłuchujemy wspomnień
o Zagładzie, zapisujemy opowieści o życiu Żydów w Polsce powojennej.
Teksty ilustrujemy fotografiami. Nasza dokumentacja trafia
do archiwum Fundacji, jest dostępna na stronie internetowej:
www.centropa.org, będzie gromadzona w archiwach Muzeum Historii
Żydów Polskich i Żydowskiego Instytutu Historycznego. Mierzymy
się z czasem. Zbieramy okruchy pamięci o świecie, który już
nie istnieje. Anka Grupińska
|