|
Auschwitz 60 Lat Później
Pytania postawione Bogu
Rzeczpospolita, 29 stycznia 2005
Paweł Śpiewak
Armia Czerwona w lipcu 1944 roku wyzwoliła
Majdanek. Obozów zagłady w Sobiborze, Treblince, Bełżcu wyzwalać
nie musiała, bo Niemcy zlikwidowali je wcześniej, zabijając
tam niemal półtora miliona Żydów. Nie wyzwolili Ponar, Babiego
Jaru, obozu w Janowie, rozstrzelanych na kredowych wzgórzach
pod Zdołbunowem, gett w Warszawie, Łodzi. Setki tysięcy miejsc
zagłady okrywało milczenie. Gdy wojska radzieckie wkroczyły
do Auschwitz, w obozie nie było już straży i garnizonu. Więźniowie
przez kilka dni czekali na radzieckich żołnierzy.
21 stycznia Primo Levi pisał: "Ukazała
się naszym oczom pusta i surowa, biała jak okiem sięgnąć przestrzeń,
z latającymi nad nią krukami, śmiertelnie smutna". Nasłuchiwano
dudnienia artylerii. "Większość z nas - pisał Levi -
była w stanie zbyt wielkiego wyczerpania, by móc nawet oczekiwać...
Rosjanie nadeszli, kiedy Charles i ja nieśliśmy Somogyia niedaleko
za barak. Był bardzo lekki. Wyrzuciliśmy go na szary śnieg".
Primo Levi, włoski chemik, wyszedł z obozu fizycznie ocalony,
duchowo pokonany. Kilkanaście lat później popełnił samobójstwo.
Gdy myślę o Auschwitz, myślę o samotności ofiar, o tych wszystkich,
którzy zabijali i o tych, którzy nic nie zrobili, by zmniejszyć
liczbę ofiar. O istnieniu Auschwitz wiedzieli alianci. Meldunki
polskiego ruchu oporu dochodziły do Londynu i Waszyngtonu.
Jan Karski, polski kurier, rozmawiał w Warszawie z żydowskimi
przywódcami. Nikt z jego rozmówców nie miał wątpliwości, że
niemieckie władze dążą do wymordowania całego narodu. Karski
obszedł warszawskie getto. Premierowi Wielkiej Brytanii i
prezydentowi Stanów Zjednoczonych osobiście przekazał słowa
swoich rozmówców i opowiedział, co widział. Na wieść o upadku
powstania w warszawskim getcie Szmul Zygelbojm, przedstawiciel
Bundu w polskim emigracyjnym parlamencie, popełnił samobójstwo.
Lotnictwo sprzymierzonych mogło zniszczyć
linie kolejowe, zbombardować krematoria i komory gazowe. Mogło
niszczyć obozowe ogrodzenia. Wszak w 1944 roku co pewien czas
bombardowali fabryki obozowe. Być może udałoby się ocalić
przynajmniej część Żydów z Łodzi, z Węgier, Rumunii, Grecji.
Alianci pozostawili ofiary ich bezsilności i ostatecznemu
cierpieniu. Grzech czy błąd zaniechania musi być również zapamiętany,
choć jego ciężar gatunkowy jest odmienny niż wina Niemców
i niemieckiego państwa.
Obozy śmierci należały do niemieckiego
państwa, przez jego funkcjonariuszy były zaprojektowane, zorganizowane,
kierowane, nadzorowane. Eberhard Jackel, historyk ze Stuttgartu,
z całą mocą twierdził, że "nigdy przedtem w dziejach
nie zdarzyło się, by państwo ze swoimi przywódcami ogłosiło
i podjęło decyzję o masowym zabójstwie pewnej grupy ludzi,
włączając w to starców, kobiety, dzieci, i tę decyzję zamieniło
w rzeczywistość, posługując się wszystkimi dostępnymi władzom
państwa narzędziami". Wina Niemiec nie ulega wątpliwości.
Nie mieli wątpliwości nieliczni ocaleni. Szymon Datner, który
znalazł się w białostockim getcie, pisał zaraz po wojnie,
że Niemcy nie mają prawa uważać się za część cywilizowanego
świata. Podobne głosy słyszy się do tej pory. Nawet jeśli
pamiętamy o tym, że choroba nienawiści i antysemityzmu rozwijała
się w całym świecie zachodnim w postaci kryzysu duchowego,
kryzysu wiary, nawet jeśli przypominamy o grzechu pierworodnym
i złu tkwiącym w człowieku, to, jak pisał Karl Jaspers: "winy
Niemców to nie umniejsza. Do wybuchu doszło bowiem nie gdzie
indziej, lecz właśnie w Niemczech. Dzięki temu jednak nie
grozi nam absolutna izolacja. Wybuch u nas staje się pouczający
dla innych. Obchodzi wszystkich".
Holokaust był zbrodnią bez precedensu,
zbrodnią niepowtarzalną. Sens tej zbrodni oddają najlepiej
słowa kanadyjsko-żydowskiego filozofa Emila Fackenheima, który
twierdził, że wyjątkowość tego wydarzenia, tak odmienna od
tureckich mordów na Ormianach oraz cierpień ofiar Hiroszimy
i Nagasaki, wynika z dwóch przyczyn. Po pierwsze, inne zbrodnie
można w miarę racjonalnie wytłumaczyć szczególnymi politycznymi
okolicznościami, po drugie, "jedynie w przypadku Żydów
lud został wybrany do eksterminacji nie dlatego, że coś uczynił
lub żądał, ale dlatego, że istniał". Pierwszy raz w historii
ludobójstwo było celem samym dla siebie. "Auschwitz jest
złem dla czystego zła, erupcją demonizmu bez porównania i
analogii, a wskazanie na Żydów jest niemającym sobie równego
wyrazem tego, co rabini nazywają bezpodstawną nienawiścią".
W czwartek, 27 stycznia, w sześćdziesiątą
rocznicę wyzwolenia Auschwitz zebrali się więźniowie, świadkowie
wydarzeń i politycy. Chciałoby się, by uczciwie i bez zakłamania
mówili o odpowiedzialności i winie. By zamiast "Niemcy",
nie mówili tylko "naziści". By jasno powiedzieli,
że to były obozy zbudowane i zarządzane przez Rzeszę. Tam,
na terenie obozu, półprawdy, przemilczenia, okrągłe słowa
tylko oburzają, krzywdzą umarłych i żywych.
Mówimy o pamięci. Jakiej pamięci? Powtarzanie
nawet wielkich słów, słusznych wezwań w coraz bardziej ahistorycznie
nastawionej kulturze Zachodu, w otoczeniu nie zawsze przyjaznym
Żydom, w obliczu tylu uprzedzeń i politycznych interesów grozi
nam wszak nie tylko fałszowaniem historii, czego jaskrawym
przykładem są zwroty o "polskich obozach", ale również
rewidowaniem i degradowaniem pamięci.
Mówimy o pamięci, ale musimy wracać
do podstawowych pytań. Czy "ostateczne rozwiązanie"
i inne nazistowskie zbrodnie były ostatecznym "zniszczeniem
rozumu", czy ostateczną i najdoskonalszą formą technologicznej
i biurokratycznej "racjonalności"? Czy w Auschwitz
zamyka się niedokończony projekt nowoczesności, czy dopełnia
epoka irracjonalizmu? Możemy i musimy pytać o miejsce i znaczenie
religii, przede wszystkim chrześcijaństwa. Jedni powiadają,
że europejski, w tym chrześcijański antysemityzm był fundamentem
ideologii rasowej nienawiści, inni twierdzą, że nazizm jak
i komunizm były fundamentalnym buntem przeciw judaizmowi i
chrześcijaństwu, przeciw zasadzie "nie zabijaj".
Każde stanowisko wymaga uzasadnienia, każda odpowiedź rodzi
kolejne pytania.
Pamięć wymaga reprezentacji. Czy ogrom
zbrodni może wyrazić film, kultura masowa? Czy za pomocą stworzonych
przez reżyserów i aktorów symboli jesteśmy w stanie stworzyć
coś więcej niż zrytualizowana pamięć, która tyleż przybliża,
co oddala nas od doświadczenia Zagłady? Być może brak nam
języka, który byłby w stanie udźwignąć ciężar katastrofy.
Być może pisarze Zagłady, jak mówił Imre Kertesz, laureat
literackiej Nagrody Nobla, skazani są na klęskę już nawet
nie milczenia, ale gorszą, klęskę samotności i jeszcze bardziej
- klęskę niewypowiedzianego. Węgierski pisarz opisuje tamten
świat, wiedząc zarazem, że nic, żadne znane mu słowo nie jest
w stanie objąć i nazwać grozy, którą w sobie nosi.
Ofiary i historycy są świadomi rozpiętości
między tym, czego doświadczyli, a tym, co mogą wyrazić. Jedni
milkną, inni zostają pokonani przez nieodkupioną pamięć i
umierają samobójczą śmiercią, jak Paul Celan, Jean Amery,
Tadeusz Borowski czy Primo Levi. Tych granic między językiem,
metaforą, filozoficzną myślą a tragicznością nie sposób przekroczyć.
Bo jak można zmierzyć trzęsienie świata, gdy wszystkie instrumenty
pomiaru zostały zniszczone?
Pozostają pytania i modlitwa, o której
pisał w niezwykłej relacji z Auschwitz "Noc" Elie
Wiesel. "Człowiek wznosi się ku Bogu dzięki pytaniom,
które Mu zadaje. To jest prawdziwy dialog, mówił Mosze Stróż.
Człowiek zapytuje Boga, a Bóg odpowiada. My jednak nie rozumiemy
jego odpowiedzi. Nie potrafimy ich pojąć. Modlę się do Boga,
który jest we mnie, by dał mi moc zadawania Mu właściwych
pytań". Pamięć i modlitwa zawsze spotykają się z pytaniem
dlaczego? Dlaczego zabijano? Dlaczego ludy świata milczały?
Dlaczego Bóg Starego i Nowego Przymierza milczał?
PAWEŁ ŚPIEWAK
Profesor Paweł Śpiewak jest socjologiem
idei, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim
|