E-mail

English






KIM JESTEM, CZYLI RODZINNA HISTORIA LĘKU

Sekret

Agata Tuszynska

Plus Minus,
Rzeczpospolita, 26 lutego 2005

(c) ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO AUTORKI


Ślub rodziców autorki
(c) ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO AUTORKI


Bogdan Tuszyński przed mikrofonem, lata 60.
(c) ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO AUTORKI

Ta książka jest we mnie od lat. Jak ta tajemnica. Od chwili, kiedy dowiedziałam się, że nie jestem tym, kim sądziłam, że jestem. Od momentu, kiedy moja matka Halina zdecydowała się powiedzieć mi, że jest Żydówką.

Miałam dziewiętnaście lat, ale nie od razu zdałam sobie sprawę ze znaczenia tych słów. Ani z ich konsekwencji. Minęło co najmniej dziesięć lat, zanim zaczęłam oswajać się z tą myślą, i jeszcze kilka, zanim potrafiłam coś z tym zrobić. Wychowałam się w polskiej rodzinie. Długo żyłam w schizofrenicznym rozdwojeniu, nie umiejąc ujawnić światu tej strasznej, jak sądziłam, prawdy. Ta książka jest zapisem mojej historii.

Urodziłam się w Polsce, w Warszawie, kilkanaście lat po wojnie. Miałam niebieskie oczy i jasne włosy, co stanowiło niezrozumiały powód do dumy dla mojej czarnookiej i czarnowłosej matki. Dziś wiem, że chciała mieć polskie dziecko z obawy, że mógłby je spotkać los podobny jej własnemu. I choć wojna wydawała się przeszłością, w nowej socjalistycznej Polsce, gdzie wszyscy mieli być równi, zdecydowała się ukrywać swoje pochodzenie. Nie pamiętam, kiedy moja matka powiedziała mi, że jest Żydówką. Nie pamiętam ani tamtego dnia, ani pory roku, ani miejsca przy stole lub oknie, ani tonu jej głosu, ani treści jej słów. Nie pamiętam takiej rozmowy. Nic nie pamiętam. Może powiedziała, że podczas wojny ukrywała się w piwnicy. To nie znaczyło nic więcej, w piwnicach i schronach ukrywało się wielu Polaków. Może powiedziała, że musiała uciekać przed Niemcami, znowu jak inni - ścigani przez Niemców, zabierani w łapankach, rozstrzeliwani na ulicach lub w lasach, zsyłani do obozów Polacy. Nie pamiętam, jak to zrobiła, ale na pewno nie zaczęła od prześladowań i muru, piętna, naznaczenia, żółtej łaty. Zaczęła opowiadać mi historie. Najpierw o firance. Potem o mufce i o popielicach. Potem o dorożce sprzed murów getta. Nie od razu. Powoli. Żeby było łatwiej.

Nie chciała, żebym miała garb. Była szczęśliwa, że urodziła niebieskooką dziewczynkę z jasnymi włosami. Dziewczynka miała polskiego ojca. Wychowywała mnie do życia w tym kraju. Nie chciała zrzucać dziecku na barki ciężaru, którego nie będzie w stanie udźwignąć. Nie chciała, żeby jej córka rosła w lęku i poczuciu krzywdy. Sądziła, że można cokolwiek zacząć jej mówić, kiedy będzie mogła to unieść i ewentualnie się bronić. Musiały minąć lata, zanim znalazłam w sobie siłę na przyjęcie tej wiadomości. Zanim dopuściłam ją do świadomości, która się przed tym broniła. Potrzebowałam czasu, żeby to przyjąć. Ciągle nie zaakceptować, ale rozważyć w sobie taką możliwość. I to się stało po kolejnych dziesięciu latach. Czy się stało? Czy mogę o sobie powiedzieć: jestem Żydówką? Nie.

Czy rzeczywiście moja matka opowiadała mi swoje wojenne historie? Czy opowiadała, czy może tylko chciała opowiadać, ale nie miała siły. Nie, nie wrogość pije się z mlekiem matki. Dziedziczy się lęk.

O futrze. Futro trzeba wietrzyć. Szczególnie tak porządne futro jak popielicowe. A jeszcze futro, które leżało przez kilka lat na przechowaniu po aryjskiej stronie. Kiedy mama ze swoją matką wyszły z getta i zamieszkały w pierwszej kryjówce, wychodziły wieczorami na spacer. Bały się, że ktoś je zobaczy i doniesie, ale chciały zaczerpnąć powietrza i rozprostować kości. Babka chciała też wietrzyć futro. Ale ono i tak zaczęło się rozłazić. Może już przedtem za długo dusiło się bez powietrza. Futro szybciej się psuje niż człowiek. Z bólem serca babka kazała je pociąć na kołnierze. Na powojennym zdjęciu w Zakopanem moja mama ma mufkę z popielic, których nie udało się uratować.

O firance. Ta historia to właściwie historia o soli. Ukrywały się z matką w niewielkim mieszkaniu na Krasińskiego 18, na IV kolonii, gdzie przed wojną mieszkały. U sióstr służących, które pracowały w sąsiedztwie. We wnęce kuchennej. Za firanką w granatową łączkę. Do jednej z sióstr, Helenki, przyszedł narzeczony. Ugotowała mu zupę, krupnik, ale nie dosoliła. Narzekał. Poszła pożyczyć sól do sąsiadki. A on postanowił sam jej poszukać. Za firanką. Mama miała dwanaście lat i wstrzymała oddech. Jej matka przytrzymała firankę. Zorientował się. Musiały się wyprowadzić.

O dorożce. Jeśli to prawda, że w ogóle opowiadała, musiała opowiadać nie po kolei. Historia o dorożce, mimo iż działa się najpierw, nie nadawała się do opowiedzenia jako pierwsza. Może w ogóle nie należało jej opowiadać? Kiedy moja mama wychodziła z zamkniętej dzielnicy żydowskiej na drugą stronę muru, było lato. Zimny sierpniowy dzień. Deszczowy. Nieduża dziewczynka z czarnymi warkoczami miała na sobie kilka par prążkowanych rajtuzów i dwie sukienki, jedna na drugą, a na to granatowy płaszczyk z kołnierzykiem i chusteczkę zawiązaną pod brodą. Szła ze swoją mamą, która trzymała ją mocno za rękę. Miały przejść przez budynek sądów na Lesznie. Wiedziała, że ma iść pewnym krokiem, bez wahania. Ciągle w tłumie, najlepiej w tłumie, jak inni, jak wielu, Żydów i nie-Żydów, interesantów, schodami na górę, korytarzami, i znów schodami, w dół. Tylko tyle. Aż tyle. Mozolnie. Nie zauważyła, jak matka zdjęła opaskę. Nikt nie zwracał na nie uwagi.
Nie pamięta twarzy tych ludzi, którzy wyrośli przed nimi jak kolejny mur. Kilku mężczyzn i jedna kobieta, też w chustce, spod której wychodziły kosmyki włosów. Bały się Niemców. Ale to nie byli Niemcy. - Żydówo, dawaj, co masz - usłyszały - bo zawieziemy cię na gestapo. Skuliły się, jak przyłapane na gorącym uczynku. Matka mojej mamy usiłowała się bronić, czemuś zaprzeczać, coś tłumaczyć, wreszcie prosić. Nic nie odnosiło rezultatów. I wtedy nadjechała dorożka. Polski dorożkarz z sumiastymi wąsami stanął w ich obronie. - Dajcie spokój tej kobiecie - krzyknął. - Czego od niej chcecie? Nie widzicie, że prowadzi dziecko, ledwo żywe ze strachu? - Wsiadajcie! - zwrócił się do nich. W pośpiechu wskoczyły do dorożki. Matka podała umówiony wcześniej adres. W jej głosie było coś więcej niż ulga. Ruszyli. Dziewczynka trzymała się poły jej płaszcza, kiedy mijali kolejne ulice. Jechali długo. Nie poznawały miasta, nigdy zresztą dobrze go nie znały. Zapadał zmierzch. Błyszczały sklepowe wystawy. Mijali tramwaje i czarne niemieckie limuzyny. Jakieś roześmiane towarzystwo wychodziło z narożnej restauracji. Ozdobne kapelusze kobiet wyglądały jak prosto od modystki. Nieco dalej, na dużym placu koło kościoła kilku chłopców kopało piłkę. Miasto było zajęte sobą. - Świat nie kończy się na Umschlagplatzu - myślały obie. Dorożka wjeżdżała w aleję Szucha, po chwili stanęła przed budynkiem gestapo. Dorożkarz odwrócił się na koźle: - A co? Myślałaś, Żydówo, że cię nie oddam tam, gdzie twoje miejsce? Uśmiechał się, popychając je w kierunku bocznego wejścia.

Na uciekinierów z getta czekali tam polscy policjanci. Zamknęli je w niewielkim pokoju i zażądali pieniędzy. Znowu strach był silniejszy niż jakiekolwiek inne uczucie. Zza drzwi słyszały głosy Niemców i stukot ich butów. W getcie znaczył śmierć. Dziewczynka patrzyła, jak jej matka zdejmuje z rąk pierścionek i obrączkę, a potem zegarek. Po chwili kobieta bez słowa zaczęła rozpinać płaszcz. Sięgnęła do paska od pończoch. Po kolei wyłuskiwała wszyte w płótno złote dwudziestodolarówki. Jedna, druga, trzecia, kładła je na drewnianym stole. Szósta. Stały teraz obie nieruchomo. - Mało - powiedział męski głos - mało. Nie miały już nic. Zapytała, czy może zatelefonować. Chwilę się naradzali, wymieniając sumy, od których dziewczynce kręciło się w głowie. Matka powtórzyła je matowym głosem w słuchawkę. Z kim rozmawiała, kto gotów jest za nas tyle zapłacić? Przychodził jej na myśl tylko jeden człowiek, mąż ciotki, który zorganizował ich ucieczkę z getta. Umówili miejsce i godzinę. Pod wskazanym adresem przekazano gotówkę. Były na aryjskiej stronie.

Moi rodzice zaczynali od zera. Wzięli ślub w 1955 roku, roku Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży i Studentów, kiedy do Warszawy pierwszy raz po wojnie zjechali młodzi ludzie z całego świata. Wkrótce zamieszkali w sublokatorskim pokoju we wspólnym mieszkaniu z dwiema innymi rodzinami. To był mój pierwszy dom, którego nie pamiętam. Po kilku latach otrzymali przydział na własne mieszkanie, co było rzadkim przywilejem dla młodych ludzi. Klocki jednakowych betonowych bloków stały równo na polu, na którym jeszcze niedawno kopano ziemniaki. W odległej od centrum dzielnicy miasta, robotniczej Woli, ulicę nazwano imieniem rewolucjonisty Marcina Kasprzaka. Szara fotografia z tamtych lat przedstawia dziwaczny wózek spacerowy na małych kółkach, z wywiniętymi bokami, stojący przy trzepaku, który wkrótce stał się sercem podwórka. W środku leży tłusta dziewczynka z wydętymi jakby drwiąco wargami. Nasze mieszkanie na pierwszym piętrze składało się z dwóch pokoi z kuchnią i balkonem. Było jasne i czyste. W łóżeczku z siatką szybko zaczęłam chodzić. Niewiele wcześniej moja jedyna babka, matka ojca, nie pytając nikogo o zgodę, zabrała mnie do kościoła i ochrzciła. Chrzestny zapomniał o uroczystości, grał w karty.

Ojciec pochodził z kolejarskiej rodziny z Łodzi. Mama miała krewnych jedynie w Warszawie. Moi rodzice byli młodzi i bardzo chcieli żyć. Bawić się i śmiać, zapomnieć o swoim wojennym dzieciństwie. Popierali nową rzeczywistość zgodną z ideologicznymi wytycznymi komunizmu. Podczas studiów na wydziale dziennikarskim działali w młodzieżowej organizacji ZMP, nosili czerwone krawaty, chodzili na wiece i klaskali na zebraniach kolektywu, pełni zapału dyskutowali tezy marksizmu i leninizmu. Chcieli budować swoje życie bez oglądania się wstecz. Stare płótna i złocone ramy wydawały im się przeżytkiem poprzednich epok, u siebie na ścianach wieszali reprodukcje paryskiej awangardy. Miro i Picasso, których wtedy nie umiałam nazwać po imieniu, straszyli mnie od dzieciństwa grymasami twarzy, wielością uszu i nosów. Pluszowe kanapy i biedermaierowskie fotele urągały nowoczesnej estetyce moich rodziców. Meble zamówili u modnego projektanta, który potraktował nasz salon jako eksperymentalny poligon dla swoich pomysłów. Połączenie czarnego metalu, szkła i jaskrawych plastyków tworzyło efektowną, lecz niezbyt funkcjonalną całość. Kolorowe krzesełka w kształcie odwróconych stożków z obciętymi wierzchołkami, na trzech nogach, stanowiły wymyślną torturę. Czerwone, żółte i zielone wiaderka ciasno opinały siedzenie. Trudno było na nich wysiedzieć, jeszcze trudniej się od nich uwolnić. Krajobraz modernistycznego kaprysu ratowały książki, z czasem coraz tłumniej wypełniające półki, których zawsze okazywało się nie dość.

Ojca pamiętam z domu słabo. Nigdy ich razem we wspólnym łóżku, nigdy przy stole ani na spacerze. Na mojej ulubionej fotografii mama siedzi ojcu na kolanach w plażowym koszu nad morzem. Obejmują się i śmieją, jakby wszystko jeszcze miało i mogło się zdarzyć.

Już w gimnazjum, w 1947 roku, ojciec założył szkolny radiowęzeł. Chciał być sprawozdawcą sportowym. Niedługo później zgłosił się na konkurs do radia, ale odrzucono go, twierdząc, że nie ma szans w zawodzie reportera z powodu zbyt "szpiczastego", jak to określono, głosu. Nie rezygnował.

- Tu helikopter, tu helikopter, mówi Bogdan Tuszyński - tak rozpoczynał relacje z kolejnych etapów dorocznego kolarskiego Wyścigu Pokoju na trasie Warszawa - Berlin - Praga. Głos mojego ojca znała cała Polska. Sport był wówczas sprawą narodowej wagi. Może z braku innych patriotycznych spełnień ten wyścig kolarski pasjonował wszystkich - dorosłych i dzieci. Wydawało się, że przez całe lata sześćdziesiąte przez te dwa majowe tygodnie nie działo się w kraju nic ważniejszego. Mężczyźni gromadzili się przed głośnikami na ulicach miast, skąd transmitowano kolejne górskie premie i lotne finisze. Radioodbiorniki nastawione na cały regulator w każdym niemal mieszkaniu odbijały się echem po osiedlowych podwórkach. Na moim także. Zewsząd dochodził głos mojego ojca. Napięcie dosięgało zenitu tuż przed metą. Miliony Polaków wstrzymywały oddech. Gdy był w dobrym humorze, pozdrawiał mnie na zakończenie. Relacje ojca z kolejnych etapów zmagań polskiej drużyny były czymś więcej niż tylko sprawozdaniem ze sportowego widowiska. Stawał się wyrazicielem zbiorowych uczuć, twórcą narodowej legendy. Dzielenie wspólnych emocji zbliżało go do słuchaczy i sprawiało, że wzajemnie czuli się sobie bliscy. Traktowano go jak swego. Ojciec, niewiele wtedy po trzydziestce, stał się postacią popularną w całym kraju. Gdzie tylko się pojawił - w sklepie, na poczcie, w kawiarni - poznawano go po głosie. Byłam z tego dumna.

Pamiętam kilka jego nocnych przyjazdów z daleka. Budził mnie w nocy, siadałam rozespana na podłodze, a on rozpakowywał pachnące dalekim światem walizki. Ich wnętrza były kolorowe, wzbierały szeleszczącymi ubraniami, apaszkami dla mamy, jedwabiem, cienką wełenką, której próżno było szukać w sklepach Galluksu, koronką, perfumami Chanel i niepowtarzalnym smakiem mlecznej czekolady Sucharda. On sam wydawał się inny, jakby miejsca, które odwiedzał, zostawiały na nim własne ślady. Trzeba było się od nowa do niego przyzwyczajać, do jego zapachu i dotyku rąk, a wtedy odjeżdżał znowu. Ojciec zawsze był w drodze. Zagraniczne wyjazdy w owych czasach, kiedy o paszport należało się każdorazowo starać, stanowiły wielki luksus. Były furtką do świata zupełnie nam nieodstępnego, którego zdobycze miały dla mnie smak coca-coli i czekoladek w błyszczących papierkach. Powroty ojca wyznaczały kalendarz naszej codzienności. Uczyłyśmy się czekać obie. Ja bardziej cierpliwie, mama mniej. Przysyłał z daleka kolorowe pocztówki. Układałam je w niezliczone konstelacje - moje dziecinne pasjanse na podłodze. Innsbruck, Tokio, Mexico City, Paryż, Berlin... już same nazwy miast wywoływały niepokój i niekończące się marzenia. Zanim poszłam do szkoły, dostałam w prezencie globus. Później zaczęłam zbierać mapy i uczyć się na pamięć stolic i flag obcych państw.

Ojciec coraz więcej pracował. I wszystko było nieco inaczej, kiedy byłyśmy same. Mama zabierała mnie do Kazimierza nad Wisłą, malowniczego miasteczka wśród wąwozów, w którym czas się zatrzymał. Rynek otoczony renesansowymi kamienicami z drewnianą studnią pośrodku przypominał obraz. Obok kościół farny i klasztor, tajemnicze ruiny zamku i góra Trzech Krzyży. Bawiłam się tam często z dziećmi, zwykle przyjezdnymi jak ja, na wielkim zalesionym wzgórzu położonym nieco na uboczu od innych dróg. Wśród paproci, w iglastej podściółce i mchu, na ścieżkach i w zaroślach natrafialiśmy czasem na kawałki kamiennych tablic. Składaliśmy je, próbując połączyć w płaskorzeźby dłoni, ptaków, ksiąg. Liśćmi omiataliśmy fragmenty napisów w niezrozumiałym języku. Odkrywaliśmy brzuch ziemi. Ktoś powiedział, że tu był żydowski cmentarz. Żydów nie znałam. Podobno kino z drewnianym sklepieniem, gdzie oglądałam dziecinne filmy, w tym samym miasteczku nad Wisłą, było kiedyś ich kościołem. Mówiono o nim "synagoga". Miałam trudności z zapamiętaniem tej nazwy. Czarno ubrane męskie postaci wypełniały obrazy i akwarele, jakie sprzedawali artyści na rynku. Na płótnach mieli brody, kapelusze lub małe okrągłe nakrycia głowy i loki okalające twarze. W ich oczach widziałam tęsknotę.

Moi rodzice - żyją do dziś - rozeszli się, kiedy miałam siedem lat. Nie wiedziałam, dlaczego ojciec nas opuścił. Nie wiedziałam, że moja mama zakochała się w innym mężczyźnie i zdecydowała się rozbić rodzinę. Długo stawiałam w przedpokoju kapcie ojca, wierząc, że wróci. Wstydziłam się przed koleżankami, że z nami nie mieszka, i mówiłam, że wyszedł tylko na chwilę. Sytuacja była tym trudniejsza, że wszyscy znali go i podziwiali. Dyrektorka szkoły mówiła o mnie "córka redaktora Tuszyńskiego". Wydawał mi się dzięki temu jeszcze ważniejszy, a tajemnica jego nieobecności bardziej wstydliwa. Tym większą wyrocznią było też każde jego słowo.

Zazdrościłam innym dziewczynkom białych sukienek do pierwszej komunii, długich, z koronkami, białych rękawiczek i wianka. Zazdrościłam pochodu w kwietnej majowej procesji i słów, które wypowiadały, dygając: "Święty, święty, święty - dyg - Pan Bóg zastępów...". Nie rozumiałam powodów, dla których mnie to ominęło. Ale nie pytałam o nie. Jakby gdzieś pod skórą czując, że jednak nie powinno mnie to dotyczyć.

Uczyłam się dobrze. Moje wypracowania o papierowym ptaku lub "Sercu" Amicisa kazano mi czytać na głos dla całej klasy. Recytowałam wiersze na akademiach. Przynosiłam piątkowe świadectwa i odznaki wzorowego ucznia. I mnie, i mojej mamie wydawało się to oczywiste. Moja fotografia jako przodownicy nauki wisiała w gablocie na niedalekiej ulicy Wolskiej, tuż obok jednego z niewielu domów towarowych w naszym mieście. Ojciec nie miał czasu jej obejrzeć. Latem pytał, czy gram w piłkę i jeżdżę na rowerze, zimą sprawdzał, czy chodzę na lodowisko. Jeździłam na obozy z harcerzami i zdobywałam wszystkie możliwe sprawności terenowe.

Chciałam być duża. Głównie dlatego, żeby w końcu zacząć żyć. Nie czekać, aż życie się zacznie. Chciałam być duża, bo dorośli wiedzą i nie boją się. Dziecinny mój świat pękł na dwie połowy, których nigdy nie udało się skleić. W miarę upływu lat coraz trudniej było mi uwierzyć, że kiedykolwiek stanowiły całość. Siła, w każdym znaczeniu, została po stronie ojca. Stanowczy, pewny siebie, znany, z zapleczem rozległej rodziny, mocno stał na ziemi i na własnych nogach. Mama, choć w związku z innym mężczyzną, wydawała mi się bezbronna.

Na święta Bożego Narodzenia ubierałyśmy z mamą choinkę. Pachniała lasem, jak gdzie indziej, ale nie była taka sama. Robiła wrażenie biednej krewnej, której wcale nie należy się odświętny strój. Najprawdziwsza i najweselsza była choinka u babci w Łodzi. Wisiały na niej aniołki, zabawki i orzechy, baletniczka w złotych pantofelkach i myszka w czerwonej czapeczce z dzwoneczkami. Na czubku świeciła gwiazda betlejemska. "Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi, wstańcie, pasterze, Bóg się nam rodzi...". Rozłożyste drzewko obsypywano papierowymi gwiazdkami, które babcia plotła wieczorami z pasków papieru ze swoimi siostrami. Pachniało drożdżowe ciasto. Czekano na święto narodzin. "Przyszli, znaleźli, dzieciątko w żłobie..." - śpiewano kolędy. Szykowano się na przyjęcie Zbawiciela.

Na naszym świątecznym stole leżał opłatek, ale wyglądał gorzej niż gdzie indziej. Długo nie rozumiałam, co symbolizuje. Wydawało mi się, że jest stary, zeszłoroczny, zawsze ten sam. Miał smak kurzu i kiedy należało się nim dzielić, czułam jedynie zażenowanie. Gdzieś był fałsz, ale nie umiałam go odnaleźć. Coś niewyjaśnionego, tajemniczego kryło się pod skórą tego dzieciństwa.

Najważniejszym zapachem mojego dzieciństwa była woń kuchni mojej ciotki Bronki, siostry dziadka. Uwielbiała gotować i częstować gości. Mieszkali w kolonii małych, drewnianych domków na Jazdowie, w środku miasta, nieopodal Sejmu i starych parków, jak na wsi. Już od wejścia czułam ten zapach, który po latach rozpoznałam jako zapach czosnku. Byłam w piątej klasie, kiedy ciotka z rodziną nagle wyjechała z Polski. W naszym domu przybyło kuchennych naczyń. Pojawiły się pękate gliniane miseczki na zsiadłe mleko i wielki wybór przyrządów do robienia ciasta. Plastykowe skrobaczki do czyszczenia makutry miały jeszcze smak keksów, szarlotek i niewielkich rogalików z rodzynkami. Moja matka z niepokojem i wypiekami na twarzy słuchała nocą zachodniego radia. A potem pisała za granicę długie listy. W miejscu nadawcy podawała coraz to inne wymyślone nazwiska. Podpisywała listy imieniem naszego psa, jamniczki Nutki. Bała się. Mój dziadek przestał wymieniać imię ukochanej siostry, a wkrótce potem położył się na tapczanie i nie chciał wstać. Z podsłuchanej rozmowy dowiedziałam się, że jego drzwi wysmarowano ekskrementami. Wyrzucono go z partii i posłano na wcześniejszą emeryturę. Przestał pracować.

Wiele lat później dowiedziałam się, czym był Marzec '68 roku w historii mojego kraju. Antyżydowska nagonka spowodowała ostatnią wielką falę emigracji Żydów z Polski. Wyjechali ci, którzy zdecydowali się zostać po wojnie i po pogromie kieleckim, nie skorzystali z możliwości opuszczenia kraju w 1956 roku. Ci, którzy najbardziej czuli się Polakami.

W ogródku na Jazdowie ktoś inny zbierał truskawki i wiśnie. Nawet w Łodzi nie było jak dawniej. Zachorowała babcia. Odwiedzaliśmy ją w szpitalu. Dopóki miała siłę, pisała do nas listy. Umarła podczas wakacji. Miałam dwanaście lat, ale nie ja płakałam na pogrzebie. Płakał ojciec. Przy pomniku z białego marmuru z fotografią w sepii, na której nie jest do siebie podobna, postawiono ławeczkę. Przyjeżdżaliśmy tam do niej, choć od początku wiedziałam, że tam najbardziej jej nie ma. Dużo później zdałam sobie sprawę, co znaczy dla mnie jej nieobecność.

Wszystkiemu musiałam stawić czoła sama. Ojca dzieliłam już nie tylko z jego nową żoną, ale i dwiema małymi córkami. Nie było babci, nie było pocieszenia. Nie radziłam sobie z upokorzeniem i nie wiedziałam, na czym polega moja wina. Z niedzielnych obiadów od ojca (zupa pomidorowa, kotlet schabowy, kompot z gruszek) wracałam najedzona i smutna. Nasz dom wydawał mi się pusty, a wysiłek, by ojciec mi przebaczył - daremny. Stawałam na przystanku tramwajowym w alei Niepodległości we wczesne niedzielne popołudnia. Byłam sama. Już zdecydowali się wypuszczać mnie samą na ulicę. Ściskałam w ręku sztywny banknot tysiączłotowy. Alimenty, suma, jaką ojciec co miesiąc od kilku lat dawał na moje utrzymanie. Sposób, w jaki moi rodzice po rozstaniu porozumiewali się ze sobą w mojej sprawie. Banknot był zwykle nowy, jakby wyjęty spod prasy drukarskiej. Wiedziałam, że nie mogę go zgubić. Kiedy byłam mniejsza, wyobrażałam sobie, że to duża suma. Później poznałam wartość pieniądza i zastanawiałam się, dlaczego tak mało jestem warta.

Potrzebowałam ojca. Nie umiałam mu wtedy powiedzieć, jak bardzo. Wydawał się chwilami taki daleki. Nie znajdowałam w sobie winy. Za późno zrozumiałam, że byłam dla niego nie tylko córką, ale i figurą na szachownicy w rozgrywce z moją matką. Nie umiał jej przebaczyć porzucenia i braku miłości. Ale ja o tym nic nie wiedziałam. W moich oczach i w mojej głowie to on odszedł z domu. Często miałam wrażenie, że mnie nie lubi, a więc może to jednak ja byłam powodem jego odejścia? Wracałam co niedzielę. Siadałam mu na kolanach. Żartował ze mnie, z moich dużych stóp, nosa, fryzury, ale nie umiałam się śmiać. Jego złośliwości bolały. Nawet to, że dużo czytałam, prowokowało kąśliwe uwagi. Wydawało mi się, że moje piątkowe świadectwa szkolne nie robią na nim żadnego wrażenia. Nie pamiętam pochwał z jego ust ani potwierdzenia, że spełniam jego oczekiwania. Nie wiedziałam, co zrobić, żeby go zadowolić. A tego chciałam.

Podobno był ze mnie dumny. Nigdy tego nie odczułam jako dziecko.

Pamiętam pocztówki z dzieciństwa, błyszczące, wielobarwne, czasem okrągłe lub bardzo długie. Wszystkie podpisywał "Tata". Kiedy dziś widzę kartkę, którą podpisuje tak samo jak przez tyloma laty, wraca tamten czas i tamta tęsknota. Zawsze pisał długopisem, parkerem, czarnym lub niebieskim. "T" stoi osobno na twardej nóżce, jego daszek - nakrycie łączy się niemal niewidzialną nitką z podstawą, także jest twarde i stanowcze. "A" wygląda jak "o" z niewielkim ogonkiem, zarysowanym łagodnie i łączy się z kolejnym "t" podobnym do krzyża, przyczepionego do małej literki "a". Tata. Mój tata. Kiedy to widzę, mam łzy w oczach.

Byłam w drugiej klasie liceum, kiedy mój kolega, rudy Arturek, wygłosił na lekcji wychowania obywatelskiego pochwalną mowę na temat Hitlera, który rozwiązał problem żydowski. Mówił, że oczyścił Polskę z "żydowskich parchów", o co bezskutecznie starano się przed wojną. Wychowawczyni, rusycystka, nie protestowała. Ciągle nie rozumiałam, o czym jest mowa. Nie rozumiałam, dlaczego mama rozpłakała się na filmie przedstawiającym warszawskie getto. Nie można jej było uspokoić. Nic nie wiedziałam o przedwojennej dzielnicy żydowskiej w Warszawie, a ulice Pawia i Miła z wierszy, które mi czytała, nie miały z tym nic wspólnego. Krawiec Izaak Gutkind mógł się nazywać Jan Kowalski, imię Izaak nie miało żadnego piętna, brzmiało jak Mieczysław lub Piotr. Żydzi byli dla mnie równie odlegli jak Egipcjanie, równie egzotyczni jak Indianie. Na pewno żadnego nie znałam. Długo żyłam w tym przekonaniu. Maturę zdałam z wyróżnieniem. Długo nie zdawałam sobie sprawy, że żyję w cudzej skórze. Nie miałam przeczuć. Nie zadawałam żadnych pytań. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mama, moja mama, jest Żydówką. Równie dobrze mogłaby być Chinką. Nie mogłam tak pomyśleć. Matka twierdzi, że zdecydowała się powiedzieć mi prawdę o swoim żydowskim pochodzeniu i wojennych losach, kiedy skończyłam dziewiętnaście lat. Ale ja tego nie pamiętam. Idąc za jej instynktem, ukryłam to nie tylko przed światem, ale i przed samą sobą. Potraktowałam jej tajemnicę jako upokorzenie i naznaczenie, coś, czego należy się wstydzić. Gdyby było inaczej, nie zataiłaby tego przede mną.

Ona milczała, żeby odgrodzić mnie murem, jak mówi, od wszystkiego złego, co mogłoby mnie w tym kraju spotkać z racji jej pochodzenia. Staram się zrozumieć, że był to dowód największej miłości matki do dziecka. Wielu ocalonych Żydów wolało po wojnie w Polsce milczeć o swoim pochodzeniu. Przeżyli i postanowili się od tego odciąć. Postanowili, że nigdy więcej nie będą Żydami. Lepiej się nie przyznawać, nigdy nie wiadomo, kiedy znowu na ciebie zapolują. Nie chcieli czuć się jak zaszczute zwierzęta. Tego lęku przed upokorzeniem chcieli oszczędzić swoim dzieciom. Wszystko było lepsze od pogardy.

Rodzina mojej matki mieszkała na terenach Polski od dwóch stuleci. Dziadkowie ze strony jej ojca - Przedborscy i Hermanowie - należeli na początku XX wieku do zasymilowanej "arystokracji" żydowskiej miasteczka Łęczyca, odległego o ponad 100 kilometrów od Warszawy. Mieli kamienice, drukarnię, skład win i wódek. Pracowali społecznie jako radni miejscy. Goldsteinowie, ze strony matki, byli biedniejsi i ortodoksyjnie religijni.

Kiedy wybuchła wojna, moja mama miała iść do drugiej klasy szkoły powszechnej. Pamięta, jak część łęczyckiej rodziny przyjechała do Warszawy i wszyscy razem przenieśli się do getta. Mieszkali tam blisko dwa lata w coraz gorszych warunkach. A potem kolejno zabierano ich na Umschlagplatz i wywożono do Treblinki. Pojechała prababka i babka, jej siostry i bracia, córka z rodziną, kuzyni i kuzynki. Ponad dwadzieścia osób. Ci, którzy zostali w getcie w Łęczycy, zginęli w obozie w niedalekim Chełmnie nad Nerem. Ocaleli tylko ci, którym udało się wyjść na aryjską stronę i ukrywać na fałszywych papierach. Prócz mamy i jej matki, którą zabito na ulicy pod sam koniec wojny, ocalała ciotka z synem. I jej siostra, zamężna za Polaka. Ich brat, mój dziadek, spędził pięć lat okupacji w niemieckim oflagu w Woldenbergu.

Byłam za mała, by rozumieć, co działo się w Polsce w marcu 1968 roku. Nie znałam powodów, dla których moja ciotka z rodziną opuściła kraj. Antysemicka nagonka wygnała z Polski tę resztkę Żydów, którzy po wojnie zdecydowali się zostać i czuli się tu u siebie. Atmosfera Marca '68 musiała przypomnieć matce okres polowania na Żydów i utwierdzić ją w przekonaniu, iż postępuje słusznie, izolując mnie od wszystkiego, co ma z tym jakikolwiek związek.

Za wszelką cenę chciała mi oszczędzić lęku i upokorzeń, jakie ją spotkały. Chciała mnie chronić przed polskim światem, który - wedle jej oceny - nie był wolny od zagrożeń. Zataiła przede mną prawdę, pozbawiając mnie prawdziwej tożsamości, w imię miłości i mojego bezpieczeństwa. Nie jest dla mnie jasne, dlaczego przez pierwsze lata umiejętnie zamazałam to w sobie, nie dopuszczając do świadomości mojej drugiej połowy. Żyłam nadal tak jak przedtem, jakbym nic nie wiedziała. A przecież w ukryciu, na aryjskich papierach mojej matki.

 

AGATA TUSZYŃSKA

Fragmenty książki "Rodzinna historia lęku", która ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa Literackiego.

O autorce

Agata Tuszyńska jest autorką m.in. biografii Isaaca Bashevisa Singera, pisarki Ireny Krzywickiej i findesieclowej aktorki Marii Wisnowskiej. Jej książki, wiersze i reportaże ukazały się w USA, Francji, Rosji, Włoszech, Szwajcarii i Izraelu. Jest laureatką nagrody PEN Clubu im. Ksawerego Pruszyńskiego.