|
KIM JESTEM, CZYLI RODZINNA HISTORIA
LĘKU
Sekret
Agata Tuszynska
Plus Minus,
Rzeczpospolita, 26 lutego 2005
|
(c) ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO
AUTORKI

Ślub rodziców autorki
(c) ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO AUTORKI

Bogdan Tuszyński przed mikrofonem, lata 60.
(c) ZDJĘCIA Z ARCHIWUM RODZINNEGO AUTORKI
|
Ta książka jest we mnie od lat. Jak
ta tajemnica. Od chwili, kiedy dowiedziałam się, że nie jestem
tym, kim sądziłam, że jestem. Od momentu, kiedy moja matka
Halina zdecydowała się powiedzieć mi, że jest Żydówką.
Miałam dziewiętnaście lat, ale nie
od razu zdałam sobie sprawę ze znaczenia tych słów. Ani z
ich konsekwencji. Minęło co najmniej dziesięć lat, zanim zaczęłam
oswajać się z tą myślą, i jeszcze kilka, zanim potrafiłam
coś z tym zrobić. Wychowałam się w polskiej rodzinie. Długo
żyłam w schizofrenicznym rozdwojeniu, nie umiejąc ujawnić
światu tej strasznej, jak sądziłam, prawdy. Ta książka jest
zapisem mojej historii.
Urodziłam się w Polsce, w Warszawie,
kilkanaście lat po wojnie. Miałam niebieskie oczy i jasne
włosy, co stanowiło niezrozumiały powód do dumy dla mojej
czarnookiej i czarnowłosej matki. Dziś wiem, że chciała mieć
polskie dziecko z obawy, że mógłby je spotkać los podobny
jej własnemu. I choć wojna wydawała się przeszłością, w nowej
socjalistycznej Polsce, gdzie wszyscy mieli być równi, zdecydowała
się ukrywać swoje pochodzenie. Nie pamiętam, kiedy moja matka
powiedziała mi, że jest Żydówką. Nie pamiętam ani tamtego
dnia, ani pory roku, ani miejsca przy stole lub oknie, ani
tonu jej głosu, ani treści jej słów. Nie pamiętam takiej rozmowy.
Nic nie pamiętam. Może powiedziała, że podczas wojny ukrywała
się w piwnicy. To nie znaczyło nic więcej, w piwnicach i schronach
ukrywało się wielu Polaków. Może powiedziała, że musiała uciekać
przed Niemcami, znowu jak inni - ścigani przez Niemców, zabierani
w łapankach, rozstrzeliwani na ulicach lub w lasach, zsyłani
do obozów Polacy. Nie pamiętam, jak to zrobiła, ale na pewno
nie zaczęła od prześladowań i muru, piętna, naznaczenia, żółtej
łaty. Zaczęła opowiadać mi historie. Najpierw o firance. Potem
o mufce i o popielicach. Potem o dorożce sprzed murów getta.
Nie od razu. Powoli. Żeby było łatwiej.
Nie chciała, żebym miała garb. Była
szczęśliwa, że urodziła niebieskooką dziewczynkę z jasnymi
włosami. Dziewczynka miała polskiego ojca. Wychowywała mnie
do życia w tym kraju. Nie chciała zrzucać dziecku na barki
ciężaru, którego nie będzie w stanie udźwignąć. Nie chciała,
żeby jej córka rosła w lęku i poczuciu krzywdy. Sądziła, że
można cokolwiek zacząć jej mówić, kiedy będzie mogła to unieść
i ewentualnie się bronić. Musiały minąć lata, zanim znalazłam
w sobie siłę na przyjęcie tej wiadomości. Zanim dopuściłam
ją do świadomości, która się przed tym broniła. Potrzebowałam
czasu, żeby to przyjąć. Ciągle nie zaakceptować, ale rozważyć
w sobie taką możliwość. I to się stało po kolejnych dziesięciu
latach. Czy się stało? Czy mogę o sobie powiedzieć: jestem
Żydówką? Nie.
Czy rzeczywiście moja matka opowiadała
mi swoje wojenne historie? Czy opowiadała, czy może tylko
chciała opowiadać, ale nie miała siły. Nie, nie wrogość pije
się z mlekiem matki. Dziedziczy się lęk.
O futrze. Futro trzeba wietrzyć. Szczególnie
tak porządne futro jak popielicowe. A jeszcze futro, które
leżało przez kilka lat na przechowaniu po aryjskiej stronie.
Kiedy mama ze swoją matką wyszły z getta i zamieszkały w pierwszej
kryjówce, wychodziły wieczorami na spacer. Bały się, że ktoś
je zobaczy i doniesie, ale chciały zaczerpnąć powietrza i
rozprostować kości. Babka chciała też wietrzyć futro. Ale
ono i tak zaczęło się rozłazić. Może już przedtem za długo
dusiło się bez powietrza. Futro szybciej się psuje niż człowiek.
Z bólem serca babka kazała je pociąć na kołnierze. Na powojennym
zdjęciu w Zakopanem moja mama ma mufkę z popielic, których
nie udało się uratować.
O firance. Ta historia to właściwie
historia o soli. Ukrywały się z matką w niewielkim mieszkaniu
na Krasińskiego 18, na IV kolonii, gdzie przed wojną mieszkały.
U sióstr służących, które pracowały w sąsiedztwie. We wnęce
kuchennej. Za firanką w granatową łączkę. Do jednej z sióstr,
Helenki, przyszedł narzeczony. Ugotowała mu zupę, krupnik,
ale nie dosoliła. Narzekał. Poszła pożyczyć sól do sąsiadki.
A on postanowił sam jej poszukać. Za firanką. Mama miała dwanaście
lat i wstrzymała oddech. Jej matka przytrzymała firankę. Zorientował
się. Musiały się wyprowadzić.
O dorożce. Jeśli to prawda, że w ogóle
opowiadała, musiała opowiadać nie po kolei. Historia o dorożce,
mimo iż działa się najpierw, nie nadawała się do opowiedzenia
jako pierwsza. Może w ogóle nie należało jej opowiadać? Kiedy
moja mama wychodziła z zamkniętej dzielnicy żydowskiej na
drugą stronę muru, było lato. Zimny sierpniowy dzień. Deszczowy.
Nieduża dziewczynka z czarnymi warkoczami miała na sobie kilka
par prążkowanych rajtuzów i dwie sukienki, jedna na drugą,
a na to granatowy płaszczyk z kołnierzykiem i chusteczkę zawiązaną
pod brodą. Szła ze swoją mamą, która trzymała ją mocno za
rękę. Miały przejść przez budynek sądów na Lesznie. Wiedziała,
że ma iść pewnym krokiem, bez wahania. Ciągle w tłumie, najlepiej
w tłumie, jak inni, jak wielu, Żydów i nie-Żydów, interesantów,
schodami na górę, korytarzami, i znów schodami, w dół. Tylko
tyle. Aż tyle. Mozolnie. Nie zauważyła, jak matka zdjęła opaskę.
Nikt nie zwracał na nie uwagi.
Nie pamięta twarzy tych ludzi, którzy wyrośli przed nimi jak
kolejny mur. Kilku mężczyzn i jedna kobieta, też w chustce,
spod której wychodziły kosmyki włosów. Bały się Niemców. Ale
to nie byli Niemcy. - Żydówo, dawaj, co masz - usłyszały -
bo zawieziemy cię na gestapo. Skuliły się, jak przyłapane
na gorącym uczynku. Matka mojej mamy usiłowała się bronić,
czemuś zaprzeczać, coś tłumaczyć, wreszcie prosić. Nic nie
odnosiło rezultatów. I wtedy nadjechała dorożka. Polski dorożkarz
z sumiastymi wąsami stanął w ich obronie. - Dajcie spokój
tej kobiecie - krzyknął. - Czego od niej chcecie? Nie widzicie,
że prowadzi dziecko, ledwo żywe ze strachu? - Wsiadajcie!
- zwrócił się do nich. W pośpiechu wskoczyły do dorożki. Matka
podała umówiony wcześniej adres. W jej głosie było coś więcej
niż ulga. Ruszyli. Dziewczynka trzymała się poły jej płaszcza,
kiedy mijali kolejne ulice. Jechali długo. Nie poznawały miasta,
nigdy zresztą dobrze go nie znały. Zapadał zmierzch. Błyszczały
sklepowe wystawy. Mijali tramwaje i czarne niemieckie limuzyny.
Jakieś roześmiane towarzystwo wychodziło z narożnej restauracji.
Ozdobne kapelusze kobiet wyglądały jak prosto od modystki.
Nieco dalej, na dużym placu koło kościoła kilku chłopców kopało
piłkę. Miasto było zajęte sobą. - Świat nie kończy się na
Umschlagplatzu - myślały obie. Dorożka wjeżdżała w aleję Szucha,
po chwili stanęła przed budynkiem gestapo. Dorożkarz odwrócił
się na koźle: - A co? Myślałaś, Żydówo, że cię nie oddam tam,
gdzie twoje miejsce? Uśmiechał się, popychając je w kierunku
bocznego wejścia.
Na uciekinierów z getta czekali tam
polscy policjanci. Zamknęli je w niewielkim pokoju i zażądali
pieniędzy. Znowu strach był silniejszy niż jakiekolwiek inne
uczucie. Zza drzwi słyszały głosy Niemców i stukot ich butów.
W getcie znaczył śmierć. Dziewczynka patrzyła, jak jej matka
zdejmuje z rąk pierścionek i obrączkę, a potem zegarek. Po
chwili kobieta bez słowa zaczęła rozpinać płaszcz. Sięgnęła
do paska od pończoch. Po kolei wyłuskiwała wszyte w płótno
złote dwudziestodolarówki. Jedna, druga, trzecia, kładła je
na drewnianym stole. Szósta. Stały teraz obie nieruchomo.
- Mało - powiedział męski głos - mało. Nie miały już nic.
Zapytała, czy może zatelefonować. Chwilę się naradzali, wymieniając
sumy, od których dziewczynce kręciło się w głowie. Matka powtórzyła
je matowym głosem w słuchawkę. Z kim rozmawiała, kto gotów
jest za nas tyle zapłacić? Przychodził jej na myśl tylko jeden
człowiek, mąż ciotki, który zorganizował ich ucieczkę z getta.
Umówili miejsce i godzinę. Pod wskazanym adresem przekazano
gotówkę. Były na aryjskiej stronie.
Moi rodzice zaczynali od zera. Wzięli
ślub w 1955 roku, roku Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży
i Studentów, kiedy do Warszawy pierwszy raz po wojnie zjechali
młodzi ludzie z całego świata. Wkrótce zamieszkali w sublokatorskim
pokoju we wspólnym mieszkaniu z dwiema innymi rodzinami. To
był mój pierwszy dom, którego nie pamiętam. Po kilku latach
otrzymali przydział na własne mieszkanie, co było rzadkim
przywilejem dla młodych ludzi. Klocki jednakowych betonowych
bloków stały równo na polu, na którym jeszcze niedawno kopano
ziemniaki. W odległej od centrum dzielnicy miasta, robotniczej
Woli, ulicę nazwano imieniem rewolucjonisty Marcina Kasprzaka.
Szara fotografia z tamtych lat przedstawia dziwaczny wózek
spacerowy na małych kółkach, z wywiniętymi bokami, stojący
przy trzepaku, który wkrótce stał się sercem podwórka. W środku
leży tłusta dziewczynka z wydętymi jakby drwiąco wargami.
Nasze mieszkanie na pierwszym piętrze składało się z dwóch
pokoi z kuchnią i balkonem. Było jasne i czyste. W łóżeczku
z siatką szybko zaczęłam chodzić. Niewiele wcześniej moja
jedyna babka, matka ojca, nie pytając nikogo o zgodę, zabrała
mnie do kościoła i ochrzciła. Chrzestny zapomniał o uroczystości,
grał w karty.
Ojciec pochodził z kolejarskiej rodziny
z Łodzi. Mama miała krewnych jedynie w Warszawie. Moi rodzice
byli młodzi i bardzo chcieli żyć. Bawić się i śmiać, zapomnieć
o swoim wojennym dzieciństwie. Popierali nową rzeczywistość
zgodną z ideologicznymi wytycznymi komunizmu. Podczas studiów
na wydziale dziennikarskim działali w młodzieżowej organizacji
ZMP, nosili czerwone krawaty, chodzili na wiece i klaskali
na zebraniach kolektywu, pełni zapału dyskutowali tezy marksizmu
i leninizmu. Chcieli budować swoje życie bez oglądania się
wstecz. Stare płótna i złocone ramy wydawały im się przeżytkiem
poprzednich epok, u siebie na ścianach wieszali reprodukcje
paryskiej awangardy. Miro i Picasso, których wtedy nie umiałam
nazwać po imieniu, straszyli mnie od dzieciństwa grymasami
twarzy, wielością uszu i nosów. Pluszowe kanapy i biedermaierowskie
fotele urągały nowoczesnej estetyce moich rodziców. Meble
zamówili u modnego projektanta, który potraktował nasz salon
jako eksperymentalny poligon dla swoich pomysłów. Połączenie
czarnego metalu, szkła i jaskrawych plastyków tworzyło efektowną,
lecz niezbyt funkcjonalną całość. Kolorowe krzesełka w kształcie
odwróconych stożków z obciętymi wierzchołkami, na trzech nogach,
stanowiły wymyślną torturę. Czerwone, żółte i zielone wiaderka
ciasno opinały siedzenie. Trudno było na nich wysiedzieć,
jeszcze trudniej się od nich uwolnić. Krajobraz modernistycznego
kaprysu ratowały książki, z czasem coraz tłumniej wypełniające
półki, których zawsze okazywało się nie dość.
Ojca pamiętam z domu słabo. Nigdy ich
razem we wspólnym łóżku, nigdy przy stole ani na spacerze.
Na mojej ulubionej fotografii mama siedzi ojcu na kolanach
w plażowym koszu nad morzem. Obejmują się i śmieją, jakby
wszystko jeszcze miało i mogło się zdarzyć.
Już w gimnazjum, w 1947 roku, ojciec
założył szkolny radiowęzeł. Chciał być sprawozdawcą sportowym.
Niedługo później zgłosił się na konkurs do radia, ale odrzucono
go, twierdząc, że nie ma szans w zawodzie reportera z powodu
zbyt "szpiczastego", jak to określono, głosu. Nie
rezygnował.
- Tu helikopter, tu helikopter, mówi
Bogdan Tuszyński - tak rozpoczynał relacje z kolejnych etapów
dorocznego kolarskiego Wyścigu Pokoju na trasie Warszawa -
Berlin - Praga. Głos mojego ojca znała cała Polska. Sport
był wówczas sprawą narodowej wagi. Może z braku innych patriotycznych
spełnień ten wyścig kolarski pasjonował wszystkich - dorosłych
i dzieci. Wydawało się, że przez całe lata sześćdziesiąte
przez te dwa majowe tygodnie nie działo się w kraju nic ważniejszego.
Mężczyźni gromadzili się przed głośnikami na ulicach miast,
skąd transmitowano kolejne górskie premie i lotne finisze.
Radioodbiorniki nastawione na cały regulator w każdym niemal
mieszkaniu odbijały się echem po osiedlowych podwórkach. Na
moim także. Zewsząd dochodził głos mojego ojca. Napięcie dosięgało
zenitu tuż przed metą. Miliony Polaków wstrzymywały oddech.
Gdy był w dobrym humorze, pozdrawiał mnie na zakończenie.
Relacje ojca z kolejnych etapów zmagań polskiej drużyny były
czymś więcej niż tylko sprawozdaniem ze sportowego widowiska.
Stawał się wyrazicielem zbiorowych uczuć, twórcą narodowej
legendy. Dzielenie wspólnych emocji zbliżało go do słuchaczy
i sprawiało, że wzajemnie czuli się sobie bliscy. Traktowano
go jak swego. Ojciec, niewiele wtedy po trzydziestce, stał
się postacią popularną w całym kraju. Gdzie tylko się pojawił
- w sklepie, na poczcie, w kawiarni - poznawano go po głosie.
Byłam z tego dumna.
Pamiętam kilka jego nocnych przyjazdów
z daleka. Budził mnie w nocy, siadałam rozespana na podłodze,
a on rozpakowywał pachnące dalekim światem walizki. Ich wnętrza
były kolorowe, wzbierały szeleszczącymi ubraniami, apaszkami
dla mamy, jedwabiem, cienką wełenką, której próżno było szukać
w sklepach Galluksu, koronką, perfumami Chanel i niepowtarzalnym
smakiem mlecznej czekolady Sucharda. On sam wydawał się inny,
jakby miejsca, które odwiedzał, zostawiały na nim własne ślady.
Trzeba było się od nowa do niego przyzwyczajać, do jego zapachu
i dotyku rąk, a wtedy odjeżdżał znowu. Ojciec zawsze był w
drodze. Zagraniczne wyjazdy w owych czasach, kiedy o paszport
należało się każdorazowo starać, stanowiły wielki luksus.
Były furtką do świata zupełnie nam nieodstępnego, którego
zdobycze miały dla mnie smak coca-coli i czekoladek w błyszczących
papierkach. Powroty ojca wyznaczały kalendarz naszej codzienności.
Uczyłyśmy się czekać obie. Ja bardziej cierpliwie, mama mniej.
Przysyłał z daleka kolorowe pocztówki. Układałam je w niezliczone
konstelacje - moje dziecinne pasjanse na podłodze. Innsbruck,
Tokio, Mexico City, Paryż, Berlin... już same nazwy miast
wywoływały niepokój i niekończące się marzenia. Zanim poszłam
do szkoły, dostałam w prezencie globus. Później zaczęłam zbierać
mapy i uczyć się na pamięć stolic i flag obcych państw.
Ojciec coraz więcej pracował. I wszystko
było nieco inaczej, kiedy byłyśmy same. Mama zabierała mnie
do Kazimierza nad Wisłą, malowniczego miasteczka wśród wąwozów,
w którym czas się zatrzymał. Rynek otoczony renesansowymi
kamienicami z drewnianą studnią pośrodku przypominał obraz.
Obok kościół farny i klasztor, tajemnicze ruiny zamku i góra
Trzech Krzyży. Bawiłam się tam często z dziećmi, zwykle przyjezdnymi
jak ja, na wielkim zalesionym wzgórzu położonym nieco na uboczu
od innych dróg. Wśród paproci, w iglastej podściółce i mchu,
na ścieżkach i w zaroślach natrafialiśmy czasem na kawałki
kamiennych tablic. Składaliśmy je, próbując połączyć w płaskorzeźby
dłoni, ptaków, ksiąg. Liśćmi omiataliśmy fragmenty napisów
w niezrozumiałym języku. Odkrywaliśmy brzuch ziemi. Ktoś powiedział,
że tu był żydowski cmentarz. Żydów nie znałam. Podobno kino
z drewnianym sklepieniem, gdzie oglądałam dziecinne filmy,
w tym samym miasteczku nad Wisłą, było kiedyś ich kościołem.
Mówiono o nim "synagoga". Miałam trudności z zapamiętaniem
tej nazwy. Czarno ubrane męskie postaci wypełniały obrazy
i akwarele, jakie sprzedawali artyści na rynku. Na płótnach
mieli brody, kapelusze lub małe okrągłe nakrycia głowy i loki
okalające twarze. W ich oczach widziałam tęsknotę.
Moi rodzice - żyją do dziś - rozeszli
się, kiedy miałam siedem lat. Nie wiedziałam, dlaczego ojciec
nas opuścił. Nie wiedziałam, że moja mama zakochała się w
innym mężczyźnie i zdecydowała się rozbić rodzinę. Długo stawiałam
w przedpokoju kapcie ojca, wierząc, że wróci. Wstydziłam się
przed koleżankami, że z nami nie mieszka, i mówiłam, że wyszedł
tylko na chwilę. Sytuacja była tym trudniejsza, że wszyscy
znali go i podziwiali. Dyrektorka szkoły mówiła o mnie "córka
redaktora Tuszyńskiego". Wydawał mi się dzięki temu jeszcze
ważniejszy, a tajemnica jego nieobecności bardziej wstydliwa.
Tym większą wyrocznią było też każde jego słowo.
Zazdrościłam innym dziewczynkom białych
sukienek do pierwszej komunii, długich, z koronkami, białych
rękawiczek i wianka. Zazdrościłam pochodu w kwietnej majowej
procesji i słów, które wypowiadały, dygając: "Święty,
święty, święty - dyg - Pan Bóg zastępów...". Nie rozumiałam
powodów, dla których mnie to ominęło. Ale nie pytałam o nie.
Jakby gdzieś pod skórą czując, że jednak nie powinno mnie
to dotyczyć.
Uczyłam się dobrze. Moje wypracowania
o papierowym ptaku lub "Sercu" Amicisa kazano mi
czytać na głos dla całej klasy. Recytowałam wiersze na akademiach.
Przynosiłam piątkowe świadectwa i odznaki wzorowego ucznia.
I mnie, i mojej mamie wydawało się to oczywiste. Moja fotografia
jako przodownicy nauki wisiała w gablocie na niedalekiej ulicy
Wolskiej, tuż obok jednego z niewielu domów towarowych w naszym
mieście. Ojciec nie miał czasu jej obejrzeć. Latem pytał,
czy gram w piłkę i jeżdżę na rowerze, zimą sprawdzał, czy
chodzę na lodowisko. Jeździłam na obozy z harcerzami i zdobywałam
wszystkie możliwe sprawności terenowe.
Chciałam być duża. Głównie dlatego,
żeby w końcu zacząć żyć. Nie czekać, aż życie się zacznie.
Chciałam być duża, bo dorośli wiedzą i nie boją się. Dziecinny
mój świat pękł na dwie połowy, których nigdy nie udało się
skleić. W miarę upływu lat coraz trudniej było mi uwierzyć,
że kiedykolwiek stanowiły całość. Siła, w każdym znaczeniu,
została po stronie ojca. Stanowczy, pewny siebie, znany, z
zapleczem rozległej rodziny, mocno stał na ziemi i na własnych
nogach. Mama, choć w związku z innym mężczyzną, wydawała mi
się bezbronna.
Na święta Bożego Narodzenia ubierałyśmy
z mamą choinkę. Pachniała lasem, jak gdzie indziej, ale nie
była taka sama. Robiła wrażenie biednej krewnej, której wcale
nie należy się odświętny strój. Najprawdziwsza i najweselsza
była choinka u babci w Łodzi. Wisiały na niej aniołki, zabawki
i orzechy, baletniczka w złotych pantofelkach i myszka w czerwonej
czapeczce z dzwoneczkami. Na czubku świeciła gwiazda betlejemska.
"Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi, wstańcie, pasterze,
Bóg się nam rodzi...". Rozłożyste drzewko obsypywano
papierowymi gwiazdkami, które babcia plotła wieczorami z pasków
papieru ze swoimi siostrami. Pachniało drożdżowe ciasto. Czekano
na święto narodzin. "Przyszli, znaleźli, dzieciątko w
żłobie..." - śpiewano kolędy. Szykowano się na przyjęcie
Zbawiciela.
Na naszym świątecznym stole leżał opłatek,
ale wyglądał gorzej niż gdzie indziej. Długo nie rozumiałam,
co symbolizuje. Wydawało mi się, że jest stary, zeszłoroczny,
zawsze ten sam. Miał smak kurzu i kiedy należało się nim dzielić,
czułam jedynie zażenowanie. Gdzieś był fałsz, ale nie umiałam
go odnaleźć. Coś niewyjaśnionego, tajemniczego kryło się pod
skórą tego dzieciństwa.
Najważniejszym zapachem mojego dzieciństwa
była woń kuchni mojej ciotki Bronki, siostry dziadka. Uwielbiała
gotować i częstować gości. Mieszkali w kolonii małych, drewnianych
domków na Jazdowie, w środku miasta, nieopodal Sejmu i starych
parków, jak na wsi. Już od wejścia czułam ten zapach, który
po latach rozpoznałam jako zapach czosnku. Byłam w piątej
klasie, kiedy ciotka z rodziną nagle wyjechała z Polski. W
naszym domu przybyło kuchennych naczyń. Pojawiły się pękate
gliniane miseczki na zsiadłe mleko i wielki wybór przyrządów
do robienia ciasta. Plastykowe skrobaczki do czyszczenia makutry
miały jeszcze smak keksów, szarlotek i niewielkich rogalików
z rodzynkami. Moja matka z niepokojem i wypiekami na twarzy
słuchała nocą zachodniego radia. A potem pisała za granicę
długie listy. W miejscu nadawcy podawała coraz to inne wymyślone
nazwiska. Podpisywała listy imieniem naszego psa, jamniczki
Nutki. Bała się. Mój dziadek przestał wymieniać imię ukochanej
siostry, a wkrótce potem położył się na tapczanie i nie chciał
wstać. Z podsłuchanej rozmowy dowiedziałam się, że jego drzwi
wysmarowano ekskrementami. Wyrzucono go z partii i posłano
na wcześniejszą emeryturę. Przestał pracować.
Wiele lat później dowiedziałam się,
czym był Marzec '68 roku w historii mojego kraju. Antyżydowska
nagonka spowodowała ostatnią wielką falę emigracji Żydów z
Polski. Wyjechali ci, którzy zdecydowali się zostać po wojnie
i po pogromie kieleckim, nie skorzystali z możliwości opuszczenia
kraju w 1956 roku. Ci, którzy najbardziej czuli się Polakami.
W ogródku na Jazdowie ktoś inny zbierał
truskawki i wiśnie. Nawet w Łodzi nie było jak dawniej. Zachorowała
babcia. Odwiedzaliśmy ją w szpitalu. Dopóki miała siłę, pisała
do nas listy. Umarła podczas wakacji. Miałam dwanaście lat,
ale nie ja płakałam na pogrzebie. Płakał ojciec. Przy pomniku
z białego marmuru z fotografią w sepii, na której nie jest
do siebie podobna, postawiono ławeczkę. Przyjeżdżaliśmy tam
do niej, choć od początku wiedziałam, że tam najbardziej jej
nie ma. Dużo później zdałam sobie sprawę, co znaczy dla mnie
jej nieobecność.
Wszystkiemu musiałam stawić czoła sama.
Ojca dzieliłam już nie tylko z jego nową żoną, ale i dwiema
małymi córkami. Nie było babci, nie było pocieszenia. Nie
radziłam sobie z upokorzeniem i nie wiedziałam, na czym polega
moja wina. Z niedzielnych obiadów od ojca (zupa pomidorowa,
kotlet schabowy, kompot z gruszek) wracałam najedzona i smutna.
Nasz dom wydawał mi się pusty, a wysiłek, by ojciec mi przebaczył
- daremny. Stawałam na przystanku tramwajowym w alei Niepodległości
we wczesne niedzielne popołudnia. Byłam sama. Już zdecydowali
się wypuszczać mnie samą na ulicę. Ściskałam w ręku sztywny
banknot tysiączłotowy. Alimenty, suma, jaką ojciec co miesiąc
od kilku lat dawał na moje utrzymanie. Sposób, w jaki moi
rodzice po rozstaniu porozumiewali się ze sobą w mojej sprawie.
Banknot był zwykle nowy, jakby wyjęty spod prasy drukarskiej.
Wiedziałam, że nie mogę go zgubić. Kiedy byłam mniejsza, wyobrażałam
sobie, że to duża suma. Później poznałam wartość pieniądza
i zastanawiałam się, dlaczego tak mało jestem warta.
Potrzebowałam ojca. Nie umiałam mu
wtedy powiedzieć, jak bardzo. Wydawał się chwilami taki daleki.
Nie znajdowałam w sobie winy. Za późno zrozumiałam, że byłam
dla niego nie tylko córką, ale i figurą na szachownicy w rozgrywce
z moją matką. Nie umiał jej przebaczyć porzucenia i braku
miłości. Ale ja o tym nic nie wiedziałam. W moich oczach i
w mojej głowie to on odszedł z domu. Często miałam wrażenie,
że mnie nie lubi, a więc może to jednak ja byłam powodem jego
odejścia? Wracałam co niedzielę. Siadałam mu na kolanach.
Żartował ze mnie, z moich dużych stóp, nosa, fryzury, ale
nie umiałam się śmiać. Jego złośliwości bolały. Nawet to,
że dużo czytałam, prowokowało kąśliwe uwagi. Wydawało mi się,
że moje piątkowe świadectwa szkolne nie robią na nim żadnego
wrażenia. Nie pamiętam pochwał z jego ust ani potwierdzenia,
że spełniam jego oczekiwania. Nie wiedziałam, co zrobić, żeby
go zadowolić. A tego chciałam.
Podobno był ze mnie dumny. Nigdy tego
nie odczułam jako dziecko.
Pamiętam pocztówki z dzieciństwa, błyszczące,
wielobarwne, czasem okrągłe lub bardzo długie. Wszystkie podpisywał
"Tata". Kiedy dziś widzę kartkę, którą podpisuje
tak samo jak przez tyloma laty, wraca tamten czas i tamta
tęsknota. Zawsze pisał długopisem, parkerem, czarnym lub niebieskim.
"T" stoi osobno na twardej nóżce, jego daszek -
nakrycie łączy się niemal niewidzialną nitką z podstawą, także
jest twarde i stanowcze. "A" wygląda jak "o"
z niewielkim ogonkiem, zarysowanym łagodnie i łączy się z
kolejnym "t" podobnym do krzyża, przyczepionego
do małej literki "a". Tata. Mój tata. Kiedy to widzę,
mam łzy w oczach.
Byłam w drugiej klasie liceum, kiedy
mój kolega, rudy Arturek, wygłosił na lekcji wychowania obywatelskiego
pochwalną mowę na temat Hitlera, który rozwiązał problem żydowski.
Mówił, że oczyścił Polskę z "żydowskich parchów",
o co bezskutecznie starano się przed wojną. Wychowawczyni,
rusycystka, nie protestowała. Ciągle nie rozumiałam, o czym
jest mowa. Nie rozumiałam, dlaczego mama rozpłakała się na
filmie przedstawiającym warszawskie getto. Nie można jej było
uspokoić. Nic nie wiedziałam o przedwojennej dzielnicy żydowskiej
w Warszawie, a ulice Pawia i Miła z wierszy, które mi czytała,
nie miały z tym nic wspólnego. Krawiec Izaak Gutkind mógł
się nazywać Jan Kowalski, imię Izaak nie miało żadnego piętna,
brzmiało jak Mieczysław lub Piotr. Żydzi byli dla mnie równie
odlegli jak Egipcjanie, równie egzotyczni jak Indianie. Na
pewno żadnego nie znałam. Długo żyłam w tym przekonaniu. Maturę
zdałam z wyróżnieniem. Długo nie zdawałam sobie sprawy, że
żyję w cudzej skórze. Nie miałam przeczuć. Nie zadawałam żadnych
pytań. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mama, moja mama,
jest Żydówką. Równie dobrze mogłaby być Chinką. Nie mogłam
tak pomyśleć. Matka twierdzi, że zdecydowała się powiedzieć
mi prawdę o swoim żydowskim pochodzeniu i wojennych losach,
kiedy skończyłam dziewiętnaście lat. Ale ja tego nie pamiętam.
Idąc za jej instynktem, ukryłam to nie tylko przed światem,
ale i przed samą sobą. Potraktowałam jej tajemnicę jako upokorzenie
i naznaczenie, coś, czego należy się wstydzić. Gdyby było
inaczej, nie zataiłaby tego przede mną.
Ona milczała, żeby odgrodzić mnie murem,
jak mówi, od wszystkiego złego, co mogłoby mnie w tym kraju
spotkać z racji jej pochodzenia. Staram się zrozumieć, że
był to dowód największej miłości matki do dziecka. Wielu ocalonych
Żydów wolało po wojnie w Polsce milczeć o swoim pochodzeniu.
Przeżyli i postanowili się od tego odciąć. Postanowili, że
nigdy więcej nie będą Żydami. Lepiej się nie przyznawać, nigdy
nie wiadomo, kiedy znowu na ciebie zapolują. Nie chcieli czuć
się jak zaszczute zwierzęta. Tego lęku przed upokorzeniem
chcieli oszczędzić swoim dzieciom. Wszystko było lepsze od
pogardy.
Rodzina mojej matki mieszkała na terenach
Polski od dwóch stuleci. Dziadkowie ze strony jej ojca - Przedborscy
i Hermanowie - należeli na początku XX wieku do zasymilowanej
"arystokracji" żydowskiej miasteczka Łęczyca, odległego
o ponad 100 kilometrów od Warszawy. Mieli kamienice, drukarnię,
skład win i wódek. Pracowali społecznie jako radni miejscy.
Goldsteinowie, ze strony matki, byli biedniejsi i ortodoksyjnie
religijni.
Kiedy wybuchła wojna, moja mama miała
iść do drugiej klasy szkoły powszechnej. Pamięta, jak część
łęczyckiej rodziny przyjechała do Warszawy i wszyscy razem
przenieśli się do getta. Mieszkali tam blisko dwa lata w coraz
gorszych warunkach. A potem kolejno zabierano ich na Umschlagplatz
i wywożono do Treblinki. Pojechała prababka i babka, jej siostry
i bracia, córka z rodziną, kuzyni i kuzynki. Ponad dwadzieścia
osób. Ci, którzy zostali w getcie w Łęczycy, zginęli w obozie
w niedalekim Chełmnie nad Nerem. Ocaleli tylko ci, którym
udało się wyjść na aryjską stronę i ukrywać na fałszywych
papierach. Prócz mamy i jej matki, którą zabito na ulicy pod
sam koniec wojny, ocalała ciotka z synem. I jej siostra, zamężna
za Polaka. Ich brat, mój dziadek, spędził pięć lat okupacji
w niemieckim oflagu w Woldenbergu.
Byłam za mała, by rozumieć, co działo
się w Polsce w marcu 1968 roku. Nie znałam powodów, dla których
moja ciotka z rodziną opuściła kraj. Antysemicka nagonka wygnała
z Polski tę resztkę Żydów, którzy po wojnie zdecydowali się
zostać i czuli się tu u siebie. Atmosfera Marca '68 musiała
przypomnieć matce okres polowania na Żydów i utwierdzić ją
w przekonaniu, iż postępuje słusznie, izolując mnie od wszystkiego,
co ma z tym jakikolwiek związek.
Za wszelką cenę chciała mi oszczędzić
lęku i upokorzeń, jakie ją spotkały. Chciała mnie chronić
przed polskim światem, który - wedle jej oceny - nie był wolny
od zagrożeń. Zataiła przede mną prawdę, pozbawiając mnie prawdziwej
tożsamości, w imię miłości i mojego bezpieczeństwa. Nie jest
dla mnie jasne, dlaczego przez pierwsze lata umiejętnie zamazałam
to w sobie, nie dopuszczając do świadomości mojej drugiej
połowy. Żyłam nadal tak jak przedtem, jakbym nic nie wiedziała.
A przecież w ukryciu, na aryjskich papierach mojej matki.
AGATA TUSZYŃSKA
Fragmenty książki "Rodzinna
historia lęku", która ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa
Literackiego.
O autorce
Agata Tuszyńska jest autorką m.in. biografii Isaaca Bashevisa
Singera, pisarki Ireny Krzywickiej i findesieclowej aktorki
Marii Wisnowskiej. Jej książki, wiersze i reportaże ukazały
się w USA, Francji, Rosji, Włoszech, Szwajcarii i Izraelu.
Jest laureatką nagrody PEN Clubu im. Ksawerego Pruszyńskiego.
|