|
Kino, ktore chce być ważne Artur
Domosławski
Rio de Janeiro
1 marca 2005
Twórcy nowego kina Ameryki Łacińskiej
chcą inspirować wielkie społeczne przemiany, bo nasz świat
jest etycznym skandalem
Rolą kina jest szkicowanie przyszłości - mówił Walter Salles
podczas corocznego szczytu alterglobalistów z całego świata
w Porto Alegre. Najsłynniejszy dziś latynoamerykański reżyser
oparł swój nowy film "Dzienniki motocyklowe" na
zapiskach młodego Ernesta Guevary
Nasz świat jest etycznym skandalem
Według Sallesa kino musi się włączyć w wielką transformację
społeczną w Brazylii - "przezwyciężanie tego, co widzimy
każdego dnia, a czego być nie powinno - nędzy, przemocy, niesprawiedliwości".
Salles, autor słynnego "Dworca nadziei", znalazł
się w Porto Alegre najpewniej dlatego, że jest to najszersze
i najgłośniejsze dziś na świecie forum, na którym debatuje
się o tych kwestiach. Jego kino - dalekie od politycznego
plakatu, poważne, niemające nic z taniej agitki - dobrze się
mieści w nurcie myślenia, które zapoczątkował ruch alterglobalistyczny,
a które w języku nieideologicznym można streścić mniej więcej
tak: "Nasz świat jest skandalem etycznym, a ponadto jest
niebezpieczny - jeśli czegoś nie zrobimy, prędzej czy później
eksploduje".
Telenowela zaangażowana
Aspiracje do opisywania problemów kontynentu zaczyna objawiać
nawet osławiona brazylijska telenowela, która dotąd nigdy
nie była osnuwana wokół dramatycznej kwestii społecznej. Polityka
i historia były w niej obecne tylko jako element scenografii,
rzadziej jako wehikuł edukacji maluczkich. Teraz największa
sieć telewizyjna "Globo" kręci telenowe pt. "Ameryka".
Jej akcja rozgrywa się na pograniczu USA i Meksyku, a opowiada
o nielegalnych imigrantach z Brazylii próbujących się przedostać
na lepszy brzeg rzeki Rio Grande. Trzykolumnowy reportaż na
ten temat zamieścił największy dziennik "Folha de S.Paulo".
Bohaterka opowieści Sol próbuje przekroczyć nielegalnie granicę,
bo odmówiono jej wizy do USA. Dwa razy zostaje deportowana,
za trzecim razem trafia w końcu na Florydę. Tam jednak kolejno
przymiera głodem, opiekuje się dziećmi, tańczy w nocnym barze
w Miami. Jej los zależy od widzów, którzy w sondażach decydują
o finale historii.
Reżyser Jayme Monjardim wie, że niejeden z 60 milionów potencjalnych
widzów (taką widownię mają telenowele TV Globo) rozważa nielegalny
wjazd do USA. "Ameryka" ma pokazać, że ucieczka
nie gwarantuje spełnienia "amerykańskiego snu".
- Po obejrzeniu filmu wielu ludzi pomyśli dwa razy, zanim
podejmie decyzję o emigracji - zapewnia.
Nowa fala latynoamerykańska
Nowością w dzisiejszym kinie latynoamerykańskim jest pojawienie
się ambitnych tytułów w krajach, które do tej pory nie miały
znaczących osiągnięć w kinematografii, jak Peru czy Ekwador.
Ostatnią edycję regionalnego festiwalu filmowego w Miami wygrał
film z Peru "Dias de Santiago" Josue Mendera. Opowiada
historię żołnierza, który przez lata walczył w górach z partyzantką
Świetlisty Szlak, potem z handlarzami narkotyków, a po powrocie
do Limy - miasta nędzy i przemocy - nie jest w stanie znaleźć
dla siebie miejsca. W kategorii filmów dokumentalnych wygrał
kolumbijski obraz "La Sierra" Scotta Daltona i Margarity
Martinem o nastolatkach walczących w prawicowych oddziałach
paramilitares.
Wśród wysoko ocenionych na festiwalu filmów znalazł się chilijski
dokument o kobietach - ofiarach dyktatury Pinocheta ("La
Cueca Sola" Marilu Millet) i fabuła z Ekwadoru o przemocy
w wielkim mieście ("Cronicas" Sebastiana Cordero).
Do tej pory filmy z najbogatszych krajów regionu - Brazylii,
Meksyku i Argentyny - nie miały zazwyczaj poważnej konkurencji.
W Miami zapanowało powszechne przekonanie o "znakomitej
nowej fali filmowej" z Ameryki Łacińskiej. Choć trudno
mówić o jednej stylistyce, a twórcy wywodzą się z różnych
krajów i pokoleń, to łączą ich tematy - rozliczenia z epoką
wojskowych dyktatur i przegranych rewolucji, przemoc miejska,
handel narkotykami, piekło slumsów, brak szans na lepsze życie.
- Nie są to rzeczy nowe, ale ukazywane w nowy sposób - zauważa
krytyk tygodnika "Epoca" Ricardo Calil. Kolumbijski
reżyser Luis Ospina mówi wprost: - Nasze kino jest teraz mniej
dogmatyczne i mniej demagogiczne.
Czy w ten sposób spełnia się marzenie Waltera Sallesa, który
wyznał niedawno, że w "Dziennikach motocyklowych"
oprócz rozbudzania marzeń o zmianie świata szukał także wspólnej
latynoamerykańskiej tożsamości? W kinie - zapewne tak. Jednak
wspólna tożsamość - wspólny los - twórców społecznego kina
Ameryki Łacińskiej polega również na braku funduszy na ambitne
produkcje (możliwe często tylko dzięki koprodukcji z Europą
lub USA). A kin i klubów, w których filmy te można zobaczyć,
nawet w tak wielkim mieście jak Rio de Janeiro jest jak na
lekarstwo.
Uniwersalne ostrzeżenie
Nędza, przemoc wielkich metropolii, wykluczenie, społeczne
wykolejenie, brak szans to dramaty dotykające ogromną część
ludzkości, przede wszystkim w krajach Południa. W tym również
należy upatrywać źródeł popularności "Amores Perros"
Alejandra Gonzalesa Inaritu czy "Miasto Boga" Fernanda
Meirellesa. Ten ostatni szykuje nowy film - adaptację powieści
Johna Le Carre obnażającą skandaliczne praktyki wielkich koncernów
farmaceutycznych w Kenii i Sudanie.
Twórcy kina latynoamerykańskiego często sami wywodzą się
z nizin. Paulo Lins, współscenarzysta "Miasta Boga",
opisał po prostu doświadczenie własnego życia. Do 32. roku
życia mieszkał w faveli na obrzeżach Rio de Janeiro.
W filmie "A Maldicao da Pedra" Luis Daniel Oliveira
opowiada podobną historię. Nałogowy "crackman" prosi
matkę, żeby go przykuła do łóżka, bo nie jest w stanie zerwać
z nałogiem. W narkotycznym szale wydostaje się jednak z domu
i gna w poszukiwaniu narkotyku. Ma pecha, bo spotyka handlarzy
białego proszku, u których ma długi.
- Drobne ćpuny z faveli to ofiary systemu i realiów tego
kraju - mówi mi producent i autor zdjęć do filmu Arno Maciel.
- Ukradną, napadną, zabiją, jeśli to będzie jedyny sposób
na zdobycie narkotyku. Z kolei handlarze to przeważnie młodzi
ludzie, którzy nie mogli znaleźć innej pracy. Zaklęty krąg.
Oliveira też opowiedział ty filmem o swoim życiu. Jako 12-latek
uciekł z domu, w którym był bity. Pracował jako pucybut, potem
zaczął kraść, uzależnił się - najpierw od marihuany, potem
kokainy, wreszcie narkotyków dożylnych. Przeszedł surowy poprawczak
(w Brazylii to prawdziwe piekło). Trzy razy był skazany za
kradzieże, raz za napad z bronią w ręku, po którym spędził
dwa lata za kratami. Tam zaczął pisać raperskie songi, w których
atakował władze za bezczynność, a także wydał osobistą wojnę
światu narkotyków, w którym tkwił przez lata. - Nasz film
- mówi Maciel - to także ostrzeżenie.
Bo w nowym kinie latynoamerykańskim
opis społecznych realiów i protest przeciw nim idą w parze
z apelem o indywidualny wysiłek każdego człowieka. Jak gdyby
twórcy chcieli rzec: tak, realia społeczne popychają ludzi
do działań desperackich, często autodestrukcyjnych, ale z
całych sił trzeba strzec się dróg, które prowadzą na peryferia
jeszcze dalsze - do więzienia, na ulicę, na cmentarz. Oskarżeniu
elit o egoizm, tak częstemu w nowym latynoamerykańskim kinie,
nie towarzyszy usprawiedliwianie zła popełnianego przez ludzi
biednych. Twórcy wystrzegają się prostych recept. Jak gdyby
chcieli powiedzieć: wszyscy i każdy z osobna na swoją miarę
muszą podjąć wysiłek na rzecz zmian - elity i wykluczeni,
mimo że dla tych ostatnich bywa to po wielokroć trudniejsze.
|