E-mail

English






MUZEUM HISTORII ŻYDÓW POLSKICH

Biało-czerwona opaska z gwiazdą Dawida

Rzeczpospolita, Plus Minus
12 marca 2005

Zanim ruszy w Warszawie budowa zaprojektowanego już Muzeum Historii Żydów Polskich, trzeba będzie ustalić, co znajdzie się w jego wnętrzu.

Jerzy Halbersztadt, dyrektor projektu muzeum, mówi, że intencją wykonawców jest uznanie prawdy historycznej. Lech Kaczyński, prezydent miasta stołecznego Warszawy, mówi kategorycznie: - Nie zgodzimy się na koncepcję muzeum, które będzie antypolskie. I dodaje: - Jestem obiektywny, Polska nie była rajem dla Żydów, ale odrzucam mit, że Polska to kraj Holokaustu. Zdaniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego "muzeum będzie symbolem żydowskiego narodu, który pomimo intencji ich prześladowców żyje w naszych sercach".

Władze stolicy przekazały pod muzeum w użytkowanie wieczyste teren naprzeciw pomnika Bohaterów Getta i deklarują 40 mln złotych na budowę. Tyle samo obiecuje przekazać rząd. Żydzi z całego świata, głównie z USA, chcą zebrać 50 mln dolarów. - Bez względu na kurs złotego do dolara - wyjaśnia Jerzy Halbersztadt - koszt budowy pochłonie około100 mln zł, a części wystawienniczej 60 - 70 mln zł. Kilka milionów złotych zebranych przez nas na świecie przeznaczonych zostało na projekt architektoniczny i stworzenie bazy danych. Od 2000 roku zgromadziliśmy już około 60 tys. obiektów wizualnych - rękopisów, przedmiotów kultu, malarstwa, zdjęcia, a nawet takie drobiazgi, jak recepty czy bilety do Teatru Żydowskiego.

Kalina Gawlas, która zajmuje się gromadzeniem i ewidencją zbiorów, dodaje: - Chciałabym, żeby Żydzi tu przyjeżdżali, tu są ich korzenie, stąd wywodzi się 50 procent Żydów mieszkających poza Polską i 80 procent Żydów amerykańskich. Warszawa jest jedyną stolicą w Europie, w której nie ma muzeum żydowskiego. Projekt przewiduje, że nie będzie to muzeum Holokaustu, lecz muzeum życia, które przywróci wspaniałą kulturę żydowską.

Prezydent Lech Kaczyński zastanawia się: - Nie ma jeszcze sprecyzowanej koncepcji wystawienniczej. Czy ma ona pokazać naród polskich Żydów? Czy taka koncepcja nam się opłaca? Co oni tu zdziałali? Jakie były ich związki z państwem polskim? Przeżywali sukcesy i pogromy, ruchy reformatorskie. Bez niedomówień, bo Peres to Peres, Szamir to Jezierski, a muzeum będzie przy ulicy Apfelbauma, dowódcy Żydowskiego Związku Wojskowego, poległego w walkach w getcie.

Symbol z gwiazdą Dawida

Halbersztadt przyznaje: - Wśród 60 tysięcy zebranych eksponatów nie mamy ani jednego związanego z Żydowskim Związkiem Wojskowym. Trzeba będzie pokazać ŻZW przez jakiś symbol. Kiedyś oglądałem, bodajże w Muzeum Wojska Polskiego, biało-czerwoną opaskę z gwiazdą Dawida. Odpowiednie jej wyeksponowanie, powiększenie może symbolicznie pokazać udział ŻZW w walkach w getcie.

Mam wątpliwości. Rok temu zostałem zaproszony do Żydowskiego Instytutu Historycznego na spotkanie z naukowcami, historykami i publicystami pochodzenia żydowskiego. Tematem dyskusji był mój artykuł "Apfelbaum w cieniu Anielewicza", który ukazał się w październiku 2002 roku na łamach "Plusa Minusa". Moi rozmówcy kwestionowali ilość i pochodzenie uzbrojenia przekazanego przez AK Żydowskiemu Związkowi Wojskowemu oraz wiarygodność relacji, co do liczebności, wyszkolenia i uzbrojenia ŻZW, a także wyższości pod każdym względem tego związku nad Żydowską Organizacją Bojową.

Spotkanie odbyło się po promocji polskiego wydania książki Mariana Apfelbauma "Dwa sztandary. Rzecz o powstaniu w getcie warszawskim" (Kraków 2003), której byłem jednym z recenzentów. Apfelbaum, krewny dowódcy ŻZW, wyprowadzony jako dziecko z getta i uratowany przez polską rodzinę, cytuje fragmenty szyderczych i pogardliwych wypowiedzi o ŻZW Marka Edelmana, jednego z dowódców ŻOB. Autor, profesor medycyny mieszkający od 1946 r. w Paryżu, przedstawił obiektywnie udział ŻZW w walkach w getcie. Ale jest to obraz jeszcze niepełny, wymagający uzupełnienia i skorygowania błędów, i o tym rozmawiałem na spotkaniu w ŻIH.

Szpital św. Stanisława

Trudno w to uwierzyć, ale w okupowanej Warszawie istniał zamieszkany kompleks budynków, do którego Niemcy bali się wejść i omijali go z daleka. Był to Szpital Zakaźny św. Stanisława przy ul. Wolskiej 37 z oddziałami tyfusu plamistego, brzusznego, ospy, odry, szkarlatyny i gruźlicy. W grudniu 1939 r. ze zlikwidowanego przez Niemców szpitala starozakonnych przy ul. Dworskiej przeniesieni zostali do niego kierownik administracyjny Zdzisław Nosarzewski i intendent Jan Skoczek. Przed Bożym Narodzeniem Nosarzewski, ppor. rezerwy WP, powołał na terenie szpitala konspiracyjny oddział Tajnej Armii Polskiej (TAP). Zastępcą mianował ppor. rez. Michała Bieńkowskiego, ps. Wanda, właściciela sklepu papierniczego mieszczącego się w kamienicy na rogu Pańskiej i Twardej. Zbrojmistrzem został sierżant rezerwy Jan Skoczek, ps. Wąsik.

Według relacji z 1974 r. por. Kałmena Mendelsona (Madanowskiego), jedynego oficera ze sztabu ŻZW, który przeżył powstanie w getcie, w grudniu 1939 r. ze Skoczkiem spotkali się oficerowie rezerwy WP - Mieczysław Apfelbaum, Leon Rodal, Henryk Lipczyc-Lipiński i dr medycyny Józef Celmajster. Mendelson napisał, że dobrze znany im sprzed wojny Skoczek "przyjął ich do konspiracji", polecając zorganizowanie kół wojskowych w północnych dzielnicach miasta zamieszkanych przez ludność żydowską. Dopiero w styczniu 1940 r. na spotkaniu przedstawicieli kilku polskich organizacji podziemnych - CK ON, Organizacji Wojskowej Kadra Bezpieczeństwa (od 1943 r. Korpusu Bezpieczeństwa), Zbrojnego Wyzwolenia, Związku Polski Niepodległej (organizacji b. powstańców śląskich) i strażackiej organizacji Skała, w obecności inż. Adama Czerniakowa, prezesa Gminy Wyznaniowej Żydowskiej - por. Tadeusz Bednarczyk "Bednarz" z OW KB wybrany został na koordynatora pomocy dla powstających konspiracyjnych wojskowych oddziałów żydowskich. Według Mendelsona: "... tą drogą otrzymaliśmy 2 ckm, 3 lkm, ponad 10 rkm, ponad 20 pm, ponad 40 kb, ponad 300 pistoletów, amunicję, granaty, materiały wybuchowe. Do tego dokupiliśmy ponad 100 pistoletów, amunicję. Poza bronią otrzymaliśmy pomoc żywnościową, apteczną, instruktorów, pomoc organizacyjną".

To drugie źródło - oprócz cytowanych przeze mnie w artykule w "Plusie Minusie" z 2002 r. zapisków Emanuela Ringelbluma - potwierdzające stan uzbrojenia Żydowskiego Związku Wojskowego.

Główny magazyn broni dla ŻZW mieścił się na terenie Szpitala św. Stanisława. Nocami prosektorium zamieniało się w rusznikarnię kierowaną przez sierżanta "Wąsika" Skoczka. Doprowadzono w niej do stanu używalności duże ilości wykopanej broni i amunicji, m.in. ukrytej we wrześniu 1939 r. na terenie pobliskiego wesołego miasteczka Wenecja. Skorupy polskich granatów przeciwpancernych i obronnych zbrojono w zapalniki konspiracyjnej produkcji. Według relacji Wandy Skoczek, żony "Wąsika", po broń w biały dzień przychodzili dr Józef Celmajster (po wojnie występował pod nazwiskiem Niemirski), Jan Turower i Józef Łopata, przed wojną właściciele cukierni w Świdrze i Otwocku. Byli uzbrojeni w pistolety i granaty. Ona sama w dziecięcym wózku i na rowerze woziła broń pod cmentarz żydowski i na plac Krasińskich.

Do oddziału TAP wstąpili lekarze z dyrektorem Szpitala św. Stanisława dr. Szpikowskim, pielęgniarki- siostry zakonne i personel pomocniczy. Na początku 1941 r. pluton o kryptonimie "W" liczył ok. 30 osób. Kapelanem był ks. Smyrski, ps. Jawor. Prawdopodobnie przy końcu 1942 pluton "W", współpracujący z OW KB, włączony został do 3 Kompanii IV Zgrupowania AK "Gurt" (od pseudonimu dowódcy, por. Kazimierza Czapli). Moje ustalenia zmieniają dotychczasową historię pomocy wojskowej dla ŻZW - czynnie uczestniczyli w niej nie tylko żołnierze i oficerowie OW KB.
Pomoc finansowa rządu RP

Historycy żydowscy w większości kwestionują pomoc finansową dla Żydów w okupowanej Polsce. Odrzucają zachowane relacje, szczególnie por. Bednarczyka, jako mało lub niewiarygodne. Nie zachowały się pokwitowania przekazywanej ŻZW broni, amunicji i materiałów wybuchowych, ale istnieje inna dokumentacja potwierdzająca zasilanie dużymi kwotami pieniężnymi.

Od października 1942 r. Delegatura Rządu na Kraj zaczęła przyznawać Żydom dotacje finansowe. Pochodziły z dwóch źródeł: polskiego budżetu państwowego oraz funduszy zbieranych przez Żydów na Zachodzie i przekazywanych do Polski za pośrednictwem Delegatury Rządu. Dostarczali je cichociemni. Według przekazu płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego, oficera Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie, a po zrzuceniu do kraju szefa Oddziału Informacyjno-Wywiadowczego KG AK: "Na bazach odlotowych, skąd spadochroniarze wyruszali do Polski, gotówkę - przeważnie dolary - pakowano do pasów specjalnie do tego celu przystosowanych. Miały one pojemność w zależności od wartości pakowanych banknotów od 50 tys. do 100 tys. dolarów USA. Pasami tymi przewiązywali się spadochroniarze przed odlotem. Każdy pas znaczony był znakiem rozpoznawczym, z wymienieniem zapakowanej kwoty oraz zaszyfrowanym adresem, dla kogo pieniądze są przeznaczone. W kraju było kilku odbiorców: Delegatura Rządu, dowództwo Armii Krajowej, stronnictwa polityczne i organizacje żydowskie".

Łącznie Rada Pomocy Żydom wypłaciła organizacjom żydowskim do grudnia 1944 r. z budżetu państwowego 37 mln 250 tys. zł i 50 tys. dolarów USA, natomiast z walut dostarczonych przez cichociemnych przekazano Żydom ponad milion dolarów USA. Cała dokumentacja finansowa, łącznie z potwierdzeniami i sprawozdaniami Żydowskiego Komitetu Narodowego o kwotach przyznanych organizacjom lewicowym (Bund, Poale Sion Lewica) i prawicowym (Syjonistom i Poale Sion Prawicy), przechowywana jest w Studium Polski Podziemnej i Muzeum Sikorskiego w Londynie.

Zagadka rozstania

Od stycznia 1943 r. dowództwa ŻZW i ŻOB przygotowywały się do zbrojnego oporu. W marcu uzgadniały wspólne działania, przygotowały stanowiska obrony, bunkry i umocnienia. 6 kwietnia 1943 r. ŻZW otrzymała informacje o zaplanowanym wysiedleniu Żydów z getta 19 kwietnia. Miał to być prezent urodzinowy dla Hitlera z okazji jego urodzin przypadających następnego dnia. ŻZW zmobilizował wszystkie siły i poinformował ŻOB o sytuacji. W połowie kwietnia współpraca została zerwana. Dlaczego?

Ocaleli ŻZW-owcy milczeli po wojnie, ŻOB-owcy skutecznie przez pół wieku wymazywali ŻZW z historii. Jeden z nich wyznał, że przyczyna była prozaiczna - dowódcy ŻZW chcieli siłą, grożąc bronią, podporządkować sobie dowództwo ŻOB. Jak było naprawdę?

Na spotkaniu w ŻIH postawiłem tezę, że powodem zerwania współpracy było odkrycie grobów polskich oficerów w Katyniu. Informacje na ten temat Niemcy podali z 12 na 13 kwietnia 1943 roku. O zbrodni Sowietów pisała na pierwszych stronach wydawana przez Niemców prasa gadzinowa. Wśród ofiar Katynia było wielu oficerów WP pochodzenia żydowskiego.

W tydzień później rząd Sikorskiego zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o wyjaśnienie motywów i sprawców zbrodni. To stało się pretekstem dla Stalina do zerwania 25 kwietnia stosunków dyplomatycznych z emigracyjnym rządem polskim. Ta informacja prawdopodobnie spowodowała ostateczny rozłam między obiema żydowskimi organizacjami wojskowymi walczącymi w getcie. ŻZW (prawicowy) opowiedział się - jak należy sądzić - po stronie emigracyjnego rządu polskiego, ŻOB (lewicowa, komunistyczna) po stronie Moskwy. I dlatego ŻZW wymazany został na pół wieku z historii w krajach kontrolowanych przez ZSRR.

27 kwietnia na placu Muranowskim ŻZW stoczył całodzienną bitwę z Niemcami, niszcząc czołg, dziesiątkując kompanię Łotyszy i utrzymując pozycje obronne w domach przy ul. Muranowskiej. Gdyby nie ta regularna bitwa z udziałem ciężkiej broni maszynowej ŻZW oraz artylerii, czołgów i lotnictwa niemieckiego, historycy zapewne nazwaliby wydarzenia w warszawskim getcie zbrojnym oporem, buntem, ale na pewno nie powstaniem. Przez pół wieku funkcjonowała w komunistycznej Polsce legenda: "... na każdego bojowca przypada przeciętnie po jednym rewolwerze (10 - 15 nabojów), 4 - 5 granatów, 4 - 5 butelek zapalających. Na każdy teren są 2 - 3 karabiny. W całym getcie jest jeden pistolet maszynowy", (Marek Edelman, Ghetto walczy, wyd. "Solidarność Walcząca", 1987, s. 33).

Jaka historia?

Jaką historię powstania w getcie obejrzą zwiedzający Muzeum Historii Żydów Polskich?

Na spotkaniu w ŻIH zaproponowałem powołanie pierwszy raz po 61 latach zespołu historyków polskich i żydowskich, którzy opracują prawdziwą historię kwietniowych dni 1943 roku. To nie jest tylko historia Żydów, to jest nasza wspólna historia. Minął rok, żydowscy historycy milczą.

A przecież zwyczajna uczciwość zobowiązuje do przywrócenia po latach nazwisk zapomnianych i wymazanych z historii żołnierzy Żydowskiego Związku Wojskowego i walczących razem z nimi żołnierzy OW KB, którzy na dachu domu przy ul. Muranowskiej wywiesili dwie flagi - biało-czerwoną i z gwiazdą Dawida.

MACIEJ KLEDZIK