E-mail

English






Opowiedzieć Jacka Kuronia

O Jacku Kuroniu mówią członkowie jego rodziny, współpracownicy i przyjaciele

Wysłuchały ich Anna Bikont i Joanna Szczęsna

Gazeta Wyborcza, 17 czerwca 2005

Maciej Kuroń: Nie ma co się bać

W maju 1967 r. ojciec wyszedł z więzienia i pojechaliśmy razem z mamą do leśniczówki w Dolinie Kościeliskiej. W schronisku na Hali Pisanej, gdzie się zatrzymaliśmy, żeby coś zjeść, spotkałem dziewczynkę - miała siedem lat, tyle co ja - a że spragniony byłem towarzystwa dzieci, powiedziałem, że chcę tam zostać:

- Pobawię się trochę, a potem wrócę sam.

Mama na to, że się nie zgadza, że do leśniczówki jest ładnych parę kilometrów, zresztą zbiera się na deszcz. Ale ojciec natychmiast podchwycił:

- Świetnie, zostajesz, wrócisz sam.

No więc zostałem. Droga powrotna mi się dłużyła, w pewnym momencie pociemniało, zagrzmiało, spadły pierwsze krople deszczu. Zacząłem płakać. W końcu wyszedłem na otwartą przestrzeń i z daleka zobaczyłem, że ojciec wyszedł mi naprzeciw. Przemyłem twarz w jakimś strumyku, żeby nie zauważył, że beczałem.

Ojciec poszedł do więzienia, kiedy miałem cztery lata, wyszedł - kiedy byłem o trzy lata starszy. I od razu wziął się do mojego wychowania. Poszliśmy do wesołego miasteczka przy Dworcu Głównym, gdzie - po raz pierwszy w Polsce - był rollercoaster. Koniecznie chciał, żebym się przejechał. Umierałem ze strachu, ale wsiadłem. Byliśmy też nad Zegrzem, gdzie ojciec kazał mi przeskoczyć wybetonowany kanałek, a kiedy się przestraszyłem, wymierzył szerokość, narysował na ziemi i kazał skakać "na sucho", żeby udowodnić mi, że potrafię, i nie ma się czego bać. Przeskoczyłem, bo inaczej siedziałbym tam do dziś.

Opowiadam te historie z mieszanymi uczuciami. Mam czwórkę dzieci i teoretycznie też jestem za "zimnym wychowem cieląt", ale powiem tyle, że tata był odważniejszym ojcem, niż ja jestem. Lubił powtarzać za Korczakiem: "Dziecko ma prawo do własnej śmierci". Czasem miałem ochotę sprawdzić, gdzie jest ta granica i jak daleko on by się posunął w głoszeniu tego prawa. A grał takiego, co to posunąłby się daleko.

Nieraz widziałem popłoch w oczach mamy, kiedy ojciec stosował wobec mnie swoje metody wychowawcze. Myślę, że wtedy w Dolinie Kościeliskiej to ona wygoniła go, żeby poszedł po mnie. Nad Zegrzem i w wesołym miasteczku byliśmy we dwójkę.

Seweryn Blumsztajn: Potulice - królestwo Kuronia

8 marca 1968 r. spotkałem się z Jackiem w zatłoczonej celi w Pałacu Mostowskich. Był tam też chłopak, który - jak opowiadał - w asyście milicjantów przeszedł pół miasta w płaszczu, na którym miał wypisane kredą "Wolność słowa", a oni nie starli napisu, bo to dowód rzeczowy. I chłopak, który był z lumpenproletariackiej rodziny na Żoliborzu, przy przypadkowym legitymowaniu podał swoje dane, a że nazwisko miał Mickiewicz, został zatrzymany. W tej surrealistycznej scenerii Jacek, jak nigdy poważny, szykował się do długiej odsiadki.

Po wyroku przewieźli mnie do Potulic, gdzie Jacek siedział jakiś czas za poprzednim wyrokiem. Już w magazynie, przy zdawaniu ubrań, usłyszałem od magazyniera: "A, to pan pewnie zna Jacka?". Potem przybiegł jakiś chłopak i spytał z niedowierzaniem: "Kumpel Jacka?". Poczułem się, jakbym wkroczył do królestwa Kuronia. Jego tam wszyscy znali, cenili, poważali.

Jacek nigdy tak do końca nie opowiedział, co przeżył w więzieniu. Pamiętam, jak ktoś go kiedyś sprowokował na jakimś bankiecie. Jacek zaczął krzyczeć: - Trzymajcie mi prawą rękę, będę go bił tylko lewą i przyrzekam, że go nie zabiję.

On musiał sobie tę odzywkę wypracować w więzieniu.

Teresa Bogucka: Jackowy gest

To był jeden z pierwszych procesów marcowych i wiedzieliśmy, że Jacka i Karola Modzelewskiego przywiozą na sprawę - nie pamiętam już, czy jako oskarżonych, czy jako świadków.

Większość wciąż jeszcze siedziała w więzieniu, ale kilka osób wypuścili. Staliśmy na korytarzu przepełnieni poczuciem winy i rozpaczy.

Kiedy Jacek i Karol, jeszcze przed Marcem, odsiedzieli wyrok za "List otwarty do partii", czekała już na nich grupa młodych zapaleńców. Trudno było pozbyć się myśli, że to my, tworząc atmosferę oczekiwania na wodza, który poprowadzi swoje oddziały do walki, wepchnęliśmy ich znów do więzienia. Do tego część z nas miała do siebie pretensje za zeznania w śledztwie, nie dość bohaterskie, mogące im zaszkodzić.

Pierwszy w asyście strażników pojawił się na korytarzu sądowym Jacek. Uśmiechał się z daleka, całym sobą dawał do zrozumienia, że nie ma nikomu nic za złe. Jakoś wywinął się ubekom i uściskał mnie.

Minęło tyle lat, a ten jego gest wciąż jest dla mnie ważny.
Stefan Niesiołowski: Szaleniec? Nie, wizjoner

Od początku mieliśmy różne poglądy, ale byłem zadowolony, że taki człowiek jak Jacek jest po tej samej stronie co ja: przeciwko komunistycznej władzy. Jesienią 1974 r. wyszedłem z więzienia i Joanna Szczęsna zaprowadziła mnie do Jacka.

Zaczęliśmy oczywiście dyskutować o organizacji Ruch, za którą siedziałem. Jacek był przeciwko wszelkiej konspiracji, nie podobało mu się to, co robiliśmy, a już zwłaszcza atakował pomysł, żeby wysadzać pomniki czy podpalać muzeum Lenina.

Mówię: - Przemycaliśmy też z Zachodu książki paryskiej "Kultury"...

A Jacek: - Tak, tak, jeszcze trochę, a my tutaj w Polsce będziemy pisać książki, drukować je i przemycać na Zachód.

Zatkało mnie. Prawda, byłem zgnębiony ponadczteroletnią odsiadką, schorowany, bo nabawiłem się w więzieniu wrzodów żołądka, jednak przecież niezłamany i gotowy dalej walczyć z komunizmem. Ale jakie książki? Kto miałby je pisać? Kto wydawać? Kto przemycać?

Pamiętam, pomyślałem sobie, że chyba oszalał.

Dwa lata później powstał Komitet Obrony Robotników i niezależne wydawnictwa.


Ewa Dobrowolska: Małe dziewczynki w ślicznych sukienkach

Razem z moją siostrą Gajką i Jackiem jeździliśmy na wakacje, zabierając dzieci rodziny i przyjaciół. Jacek nie potrafił się obyć bez wychowywania. Pewnego lata w Gawrych Rudzie na Suwalszczyźnie nie było nikogo innego pod ręką, tylko trzy małe dziewczynki: moja córka Kaja, córka naszej siostry Ewunia i Dorotka, córka przyjaciółki Jacka i Gajki.

Dorotka lubiła się stroić i oświadczyła, że pójdzie nad jezioro w sukience. Jacek usiłował ją przekonać, że w upał najlepiej się chodzi w samych majtkach. Ale do Dorotki dołączyła się Kaja z Ewunią i już wszystkie chciały w sukienkach. Jacek zaczął od innej strony:

- Świetnie, ubierajcie się w sukienki. Sukienki są śliczne, więc musicie uważać, żeby ich nie pognieść i nie poplamić. Siądźcie tu sobie grzecznie przy stole, a my tymczasem pójdziemy nad jezioro.

Dziewczynki wytrzymały w domu 15 minut, ściągnęły sukienki, pobiegły za nami i już do końca wakacji latały w majtkach.

Żeby dojść do jeziora, trzeba było przejść przez bagienko. Moja Kaja, wtedy sześcioletnia, bała się, a może też trochę brzydziła, więc przenosiłam ją ten kawałek na rękach. Jackowi się to nie spodobało i zdecydował, że albo Kaja idzie całą drogę sama, albo zostaje w domu. Kaja została. Przychodzimy nad jezioro, a Jacek zaczyna się denerwować, że ona tam sama, że płacze, że nie powinniśmy byli jej zostawić. Wrócił. Miał takie wyrzuty sumienia, że wziął ją na ręce, niósł przez całą drogę i przepraszał.

Potem już nigdy nie bała się chodzić przez to bagienko i nie prosiła, żeby ją brać na ręce.

Cokolwiek by powiedzieć o metodach wychowawczych Jacka, to jeśli chodzi o małe dziewczynki, sukcesy miał ogromne.

Anna Dodziuk: Będzie komitet

Był czerwiec 1976 r. i wyszłam akurat z budynku na Karowej, w Warszawie, gdzie pracowałam w Towarzystwie Planowania Rodziny. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, jak Krakowskim Przedmieściem wali wielki pochód z flagami, szturmówkami, transparentami. Wiedziałam, że idą na Stadion Dziesięciolecia, żeby poprzeć towarzysza Gierka i zaprotestować przeciwko "warchołom" z Radomia i Ursusa.

I nagle na tle tych tłumów zobaczyłam samotną sylwetkę człowieka idącego w dół wyludnioną Karową. To był Jacek.

Spotkaliśmy się w połowie drogi.

- Gdzie idziesz? - spytałam.

- Biegnę na Dobrą porozmawiać z księdzem Zieją. Trzeba zorganizować pomoc dla ludzi z Radomia i Ursusa, założyć komitet z jawnymi nazwiskami.

Chyba przez chwilę patrzyłam na niego jak na wariata. Po latach nie przypominam sobie oczywiście szczegółowo naszej rozmowy, ale pamiętam, co mogłam myśleć. "Jaki komitet? Przecież ich wszystkich zaraz aresztują... Prawda, ci ludzie zostali do pochodu zagonieni, ale jest ich tylu... Nas nigdy tylu nie będzie".

Takie to wszystko było wątłe wobec maszerujących nad nami tłumów, ale Jacka to jakby nie dotyczyło. On miał w sobie optymizm, który nie liczył się z niczym. W tym momencie jego pomysł wydawał mi się absolutnie nierealistyczny, a zarazem uwierzyłam mu, że ma sens.

Janusz Weiss: Jacek na plaży

Czas: lato 1978 albo 1979 r. Pojechaliśmy całą grupą przyjaciół nad morze, na plaży w Dębkach spotkaliśmy się z Gajką i Jackiem. Jacek miał ze sobą gazetę, zrobił nam prasówkę i zaraz zaczął się nudzić.

- Gajka, co ja mam robić? - spytał zniecierpliwiony.

Gajka zadowolona leżała w grajdole, smarowała się olejkiem do opalania.

- Jacku, dokop się do wody - zaproponowała.

Jacek się poderwał: - Ty, Rafał, kopiesz, Sewek odgarnia piasek. Janusz - zmieniasz co dwie minuty Rafała, bo to ciężka praca.

Był w swoim żywiole.

Wykopaliśmy wielki dół, zanurzyliśmy się w nim. Chwila spokoju, słońce praży. Słyszymy głos Jacka:

- Gajka, już dokopaliśmy się do wody. Co teraz mam robić?

Gajka przerywa ciekawą dyskusję z naszymi dziewczynami o tym, czy plisowane spódniczki faktycznie pogrubiają, i mówi:

- Zrób, Jacusiu, zegar słoneczny.

Jacek rozpromieniony. Zwołuje operatywkę, wyjaśnia, jak działa zegar słoneczny, woła: - Sewek, po szyszki! Rafał, znajdź długi patyk! Janusz, poszukaj jakiegoś sznurka. Komuś zadał narysowanie koła na piasku, komuś innemu udeptywanie koła.

Za chwilę: - Gajka, zrobiliśmy już zegar. Co mam robić?

Gajka: - Podobno dwa kilometry stąd jest plaża dla nudystów. Idź sprawdzić, czy to prawda.

Jacek: - Chłopaki, za mną.

Idziemy. W pewnej chwili na horyzoncie wyłaniają się golasy.


Jacek: - Raz, dwa, trzy, wszyscy ściągamy majtki.

Tę lekcję zapamiętałem na zawsze. Że nie można być gapiem. Że jak spotykamy "innych", to mamy pokazać, że jesteśmy z nimi.

A następnego dnia tyralierą przyjechały milicyjne samochody, otoczyły chałupę w Odargowie, gdzie zatrzymali się Kuroniowie, zabrali Jacka i wsadzili do pociągu do Warszawy. Pewnie go namierzyli, jak się kontaktował z działaczami Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża.

Tak czy owak, szczęśliwie zakończyli mu te nudne wakacje na plaży.

Krystyna Starczewska: To ja dzwonię do Wolnej Europy

Porwali mnie z ulicy i maglowali przez całą noc. Mówili, że jak nie podejmę współpracy z SB, to odeślą Nama z powrotem do Wietnamu, gdzie czeka go kara śmierci, bo jest zbiegiem.

Nama, mego przyszłego zięcia, komunistyczna partia północnego Wietnamu jako wybijającego się studenta wysłała do Polski na Wydział Budowy Okrętów Politechniki. Wbrew zakazowi ambasady kontaktował się z Polakami, udzielał lekcji kung-fu. Kazali mu wracać do kraju, ale on nie stawił się w ambasadzie.

Grozili mi, że mogą przejechać mnie na pasach albo zgwałcić moją córkę Anię gdzieś w parku. Powiedziałam, że jestem gotowa wszystko podpisać, ale muszą mnie wypuścić, żebym mogła się dowiedzieć, czy Ania zamierza być z Namem w tym związku, którego zresztą nie popieram. Wypuścili mnie, kazali się zgłosić za trzy dni.

Wraz z grupą przyjaciół zorganizowaliśmy ucieczkę Nama, który ukrywał się skutecznie przez następne półtora roku, a my z Anią zaczęłyśmy mieszkać poza domem. Wkrótce mnie namierzyli i zaczęli za mną chodzić. Wpadłam w panikę. Zadzwoniłam do Jacka z budki telefonicznej. Mówię:

- Jacku, chodzą za mną, czekają pod bramą, boję się, że zaraz coś zrobią albo mnie, albo mojej Ani.

A Jacek: - Nie wiem, czy teraz akurat mnie podsłuchują. Zadzwoń jeszcze raz za pięć minut, podyktuj mi tekst, a ja go natychmiast przetelefonuję do Wolnej Europy.

Zadzwoniłam i mówię: "Chcę podać do publicznej wiadomości, że SB szantażowała mnie gwałtem zbiorowym na moim dziecku, że jestem śledzona, że jeśli cokolwiek się stanie mnie albo mojej córce, to wiadomo będzie, kto to zrobił".

Kiedy wyszłam z budki, ubeków już nie było.

Wiktor Woroszylski: Wyszło szydło z pułkownika

1 września 1980 r. zadzwoniła Gajka, że Jacka wypuścili z aresztu i jest już w domu. Kiedy przyszliśmy, Jacek w otoczeniu rodziny, przyjaciół i starszych państwa z KOR-u opowiadał o uprzejmości prokuratora i pułkownika SB, którzy komplementowali go, odcinali się od jego aresztowania, zapewniali, że to nie potrwa długo:

- Pan pułkownik był tak miły, że któregoś dnia przyniósł mi pomidory ze swojej działki.

Gajka, która toczyła z Jackiem nieustające spory o to, jak traktować przychodzących na rewizję esbeków - Jacek się do nich uśmiechał, proponował herbatę, a ona pokazywała im surową twarz i mówiła, że nie są jej gośćmi - nie wytrzymała:

- To z pewnością ten sam, na którego rozkaz wykręcano mi ręce, kiedy mnie zatrzymano.

Jacek jakby oklapł. Powiedział miękko, że to może jednak kto inny. I zaraz dodał, że mimo tego całego wersalu i odcięcia się od aresztowań, wyszło szydło z pułkownika, który spytał go: "Skoro już pan tu jest i mam pana przesłuchać, to proszę powiedzieć, jakie były konkretne cele tej waszej tajnej organizacji przestępczej?".

(z niepublikowanego dziennika)


Izabella Cywińska: Pan Jacek? Zapraszamy!

To było moje pierwsze spotkanie z Jackiem, w 1981 r. Przyjechał do Poznania na premierę reżyserowanego przeze mnie spektaklu: "Oskarżony: czerwiec '56. Był bardzo wzruszony, zwłaszcza gdy na scenę weszli prawdziwi bohaterowie tej sztuki i razem z aktorami - tak jak to było na premierze "Wesela" Wyspiańskiego - kłaniali się publiczności. Potem w trójkę, z Leszkiem Goździkiem, wybraliśmy się na dansing. Goździk w garniturze, ja elegancka, a Jacek jak to Jacek. Mówię, że na pewno nas wpuszczą, bo ja tu wszystkich znam, mnie tu wszyscy znają. Tymczasem bramkarz oświadcza: "Państwo nie wejdziecie". Przedstawiam się, a on, że tu nie ma żadnych znajomości i wszystkich bez różnicy obowiązuje strój... W tym momencie podnosi wzrok na Jacka, przerywa w pół słowa, rozpromienia się: "Zapraszamy, serdecznie państwa zapraszamy".

Okazało się, że Jacka normy nie obowiązują, nawet w wymuskanym Poznaniu. Gdy wszedł na salę, ludzie przestali tańczyć, otoczyli go, a orkiestra zagrała mu "Sto lat".

Anka Kowalska: Na Kuronia nie ma siły

Był rok 1992 i Jacek wydał "Gwiezdny czas" - drugi tom swoich wspomnień. Opisał tam, jak przyszli kiedyś do niego na rewizję, a on zjadł list z ostrzeżeniem, że zapadła decyzja o zbrojnym spacyfikowaniu Stoczni Gdańskiej, jaki napisał do mnie Mieczysław F. Rakowski.

Dzwonię do Jacka i mówię: - Słuchaj, wszystko się zgadza, tyle że Rakowski nigdy do mnie nie pisał żadnych listów. Owszem, umówił się ze mną, snuł apokaliptyczne scenariusze o złamaniu strajków siłą, o rozpędzeniu KOR-u, ale jedyne, co mogłeś zjeść, to kartkę, na której - w obawie przed podsłuchem - opisałam to spotkanie.

- Co ty powiesz? - zdziwił się Jacek. - Byłem pewien, że zjadłem list Rakowskiego.

Minęły lata. Jacek wydał kolejną książkę - "PRL dla początkujących". Czytam i co znajduję? Opowieść, jak to Jacek w sierpniu 1980 r. zjadł w czasie rewizji list Rakowskiego do Anki Kowalskiej.

Dzwonię. Prostuję, przypominam, jak było. Śmiejemy się, żartujemy.

Znowu minęło kilka lat. Jacek nie żyje, oglądam telewizję, a tam Mieczysław F. Rakowski wspomina Kuronia. Jaki był nadzwyczajny, przyzwoity, lojalny, jak kiedyś w czasie rewizji zjadł jego - znaczy Rakowskiego - list, żeby tylko nie narazić go na nieprzyjemności.

Pomyślałam, że na Jacka nie ma siły.

Ksiądz Adam Boniecki: Miażdżąca siła Jackowych argumentów

Jacek wchodził w skład jury nagrody im. Andrzeja Drawicza, ale że był już bardzo chory, nie uczestniczył w naszych naradach. Dwa lata temu wkroczył, lekko spóźniony, na ostatnie, rozstrzygające posiedzenie. Jury jest liczne, Jacek z każdym się indywidualnie przywitał, narobił masę zamieszania.

W jury są przedstawiciele wielu środowisk, wcześniej się przygotowują, wystawiają swoje kandydatury, teraz pozostało tylko wybrać między nimi. Tymczasem Jacek wygłosił płomienną tyradę, że najwłaściwszym kandydatem jest Sokrat Janowicz, który tyle dobrego zrobił dla tożsamości narodowej Białorusinów i jednocześnie dla bliskości białorusko-polskiej, tak że nagroda dla niego będzie znakiem czasu i drogowskazem. Zmiażdżył całe towarzystwo siłą swej argumentacji i - jeśli dobrze pamiętam - Janowicz dostał wszystkie głosy z sali.

Ale Jacek nie miał już siły, żeby przyjechać na wręczanie nagrody, i jego laudację odczytał Karol Modzelewski.

Wisława Szymborska: Do końca żył wyprostowany

To było już pod koniec życia Jacka i wiedziałam, że jest w bardzo złym stanie. Kiedyś wpłaciłam jakieś pieniądze z Nobla na jego fundację, a on uparcie przysyłał rozliczenia, choć zapewniałam, że ja tego nie potrzebuję.

Nagle zadzwonił, że przyjeżdża.

- Po co będziesz się fatygował? - próbowałam go przekonywać, ale się nie udało.

Naszykowałam wszystko na jego przyjazd, pod ręką miałam numer telefonu znajomego lekarza i pogotowia. Przyjechał, coś mi tłumaczył w sprawie tych pieniędzy i ja wtedy zrozumiałam, po co przyjechał. Chciał udowodnić samemu sobie, że jest w stanie jeszcze coś załatwić. Do końca chciał żyć wyprostowany.

Kochałam go, wszyscyśmy go kochali. Należał do tej kategorii ludzi, co to człowiek jest szczęśliwy, że go zna.

Łukasz Atowski i Adam Dereziński: Cierpiał, ale przyjechał do nas

Byliśmy pierwszym rocznikiem założonego z inicjatywy Jacka Uniwersytetu w Teremiskach. Po jakimś miesiącu pobytu pojawił się pierwszy poważny konflikt. Tam nie wolno palić papierosów, a chłopak, z którym byliśmy zżyci, został przyłapany i wyrzucony za palenie. Stanęliśmy okrakiem wobec organizatorów Uniwersytetu, rosło napięcie, nie dawało się rozmawiać. Danusia Kuroń, żona Jacka, wyjechała do Warszawy i następnego dnia wróciła z Jackiem.

Wiedzieliśmy, że jest już bardzo chory, i uznaliśmy, że skoro przyjeżdża, to pewnie po to, żeby nas wszystkich rozesłać do domów. Ale on przyjechał z wykładem "Miłość jako naturalne środowisko człowieka". Opowiadał o konfliktach, które są normalne w każdej grupie, ale nie powinny przesłaniać celu. W pewnym momencie powiedział, że tak się spocił, że musi ściągnąć podkoszulek i założyć suchy.

To był dla nas szok. Przecież myśmy go znali z ekranu telewizora, a teraz, cierpiący, przyjechał do nas. Nic nie mówił o tym, co nas podzieliło, a po jego wyjeździe okazało się, że cały konflikt się rozmył.

Barbara Toruńczyk: Nasza ostatnia rozmowa

Rozmawialiśmy o Lwowie i Żydach. Jacek bardzo przeżywał historię, którą znamy wszyscy dzięki niemu, dziewczynki żydowskiej, która umarła w jego objęciach we śnie, w innej wersji popełniła samobójstwo. W każdym razie to los Żydów lwowskich niewątpliwie zbudował wrażliwość Jacka.

Czytałam właśnie całą noc książkę Kurta Izaaka Lewina "Historia mojego życia" - świadectwo człowieka, który przeżył zagładę Żydów lwowskich, sam uratowany przez metropolitę Szeptyckiego, który znał jego ojca, rabina Lwowa, sprzed wojny.

Nazajutrz opowiadałam o tym Jackowi, że tę książkę - powstałą w 1946 r., gdy Lewin przedostawał się do Palestyny, przez lata istniejącą jedynie w maszynopisie, po polsku, ale na maszynie bez polskich czcionek - musi koniecznie przeczytać. A Jacek powtórzył mi to samo, co kiedyś w czasach KOR-u. Opowiadałam mu wtedy o "Zapisie", kto się zgodził tam drukować i co będzie w pierwszym numerze, który miał się ukazać w maszynopisie.

- To będzie miało znaczenie jako świadectwo - mówił mi Jacek. - Jak to będzie wydawane na powielaczu, wtedy ludzie, którzy będą to drukować, kolportować, wspólnie coś przeżyją. To samo z tą książką, ona musi zostać wydana.

Ta rozmowa odbyła się dziś rano, bo ja z Jackiem często rozmawiam.

Anna Bikont: Czy ja cię aby nie uraziłem?

To był sposób Jacka na jego najgorsze dni, gdy już tak się dusił, że trudno było mu mówić. Zamiast wygłaszać swoje tyrady, podśpiewywał dziarsko zwrotkę jakiejś piosenki, wszystko jedno: czastuszki, pieśni powstańców śląskich czy ckliwego przedwojennego przeboju. Potem siedział milczący w fotelu, łapiąc oddech.

Któregoś razu zaśpiewał mi kolejną zwrotkę dopisaną do lwowskich "Dziesiątek", które często nucił jego ojciec.

- Usłyszałem ją, jak miałem osiem lat, we Lwowie na ulicy - tłumaczył mi. - To był 1942 rok, jeszcze przed likwidacją getta. Polscy chłopcy śpiewali: "A mój tata rabin, rabin,/ Ma francuski fiszkarabin/ I ma też do tego kulkę,/ Strzela mamie pod koszulkę".

Po czym zreflektował się i spojrzał na mnie z niepokojem:

- Czy ja ci aby nie zaśpiewałem antysemickiej piosenki? Uspokoiłam go, że nie, że rabin z karabinem to jest dokładnie przeciw antysemickim stereotypom.

Odetchnął z ulgą: - Też myślę, że to raczej świadczy o pluralizmie kulturowym, w którym wychowali się ci chłopcy. Musieli wcześniej bawić się z żydowskimi chłopcami, bo skąd by inaczej wiedzieli, że rabin może być tatą?

Jacek zawsze przyjmował punkt widzenia drugiej osoby. Nieważne, jaką miał intencję, liczyło się, by kogoś, choćby nieumyślnie, nie urazić.

Joanna Szczęsna: A ty się zajmiesz prasą

Początkowo Jacek wymyślił mnie sobie jako zgoła inną osobę. Miałam w życiorysie "akcje ekspropriacyjne" - to znaczy kradzież dwu maszyn do pisania dla antykomunistycznej organizacji Ruch - więc uznał, że można rzucić mnie na pierwszą linię frontu. Pod słynnym śmietnikiem na swoim podwórku przedstawił mnie Mirkowi Chojeckiemu, który po powstaniu KOR-u koordynował akcję pomocy robotnikom z Radomia.

- Niech cię nie zmyli jej wygląd zagubionej sierotki - zarekomendował mnie - bo tak naprawdę - tu Jacek zawiesił głos - to ho, ho...

Nie wiem, co miał na myśli, ale w każdym razie Mirek zlecił mi sprawdzanie jakichś nitek prowadzących do śmiertelnych ofiar wypadków czerwcowych. Pamiętam swoje wyprawy do radomskich slumsów, wędrówki po jakichś cmentarzach i parafiach. Pamiętam, że znalazłam nawet jakiś przypadek tajemniczego samobójstwa młodego człowieka, który wyszedł na przepustkę z wojska, a którego rodzina uważała, że zabiła go SB.

Kto wie, jak dalej potoczyłyby się moje losy, gdyby nie to, że któregoś dnia przyszłam do Jacka z pierwszym, przepisanym na niebieskiej przebitce, numerem KOR-owskiego "Biuletynu Informacyjnego" w ręku. Byłam wzburzona. Z pasją piętnowałam karygodną interpunkcję, nierówne wcięcia akapitowe, błędy stylistyczne i gramatyczne.

Jacek jednym zdecydowanym ruchem przerzucił mnie na odcinek drugoobiegowej prasy.

Tak zostałam redaktorem.

Jestem nim do dziś.