|
Polskie gadanie
Teresa Torańska
Rozmowa z Michałem Głowińskim
Gazeta Wyborcza, 23 maja 2005
W rubryce narodowość pisze Pan...?
Polska.
Ach nie, przepraszam, raz zmieniłem. Przy ostatnim spisie
powszechnym powiedziałem ankieterce: proszę pani, może pani
wpisać, co pani bardziej odpowiada, albo dwie narodowości
- polską i żydowską, albo tylko polską lub tylko żydowską.
Na co ona: wie pan, nikt mi dotąd nie podał żydowskiej, to
wpiszę panu żydowską. Proszę bardzo.
Było Panu wszystko jedno?
Nie, nie. Ja tym wszystkim jestem po prostu jednocześnie.
Mam żydowską fotografię - jako dziecko byłem w getcie, ukrywano
mnie, Żydami byli moi przodkowie. Ale nie znam jidysz, hebrajskiego,
nie znam religii żydowskiej, nie bywam w synagodze i czuję
się nie tylko związany, ale wręcz wrośnięty w polską kulturę
i polską historię.
Kiedyś obcej kobiecie tak bym nie powiedział
Ankieterce?
Tak, tak. W Polsce Ludowej z panią też bym tak otwarcie nie
rozmawiał.
Bo...?
U nas z językiem dzieją się różne
rzeczy.
Jakie rzeczy?
No, na przykład Prusak jest nie tylko mieszkańcem Prus, ale
rodzajem obrzydliwego owada, Francuz jest również karaluchem.
A Żyd?
Jest słowem rozciągliwym.
Obraźliwym?
Nie zawsze odnosi się do Żyda realnego. Przed wojną wiedziano,
o kogo chodzi. Żydami byli przykładowo chasydzi. Ja ich nie
znałem, ja w ogóle sprzed wojny niewiele pamiętam, wybuchła,
kiedy miałem pięć lat, ale myślę, że żaden z chasydów nie
miałby problemu z określeniem swojej narodowości. Polską tradycją
jest to, że zawsze - kiedyś i teraz - przedmiotem agresywnego
antysemityzmu byli nie tylko jacyś tam Żydzi w chałatach,
z pejsami, w jarmułkach, którzy z Polakami nie utrzymywali
prawie żadnych kontaktów. Przedmiotem ataków byli przede wszystkim
Żydzi zasymilowani. Za co? Za to, że są obcy, bo mają obcą,
czyli złą krew i udają Polaków.
Udają?
Piszą po polsku, mówią po polsku, chodzą do polskich teatrów
i chcą uczestniczyć w polskim życiu kulturalnym i społecznym.
Przedmiotem ataków nie byli więc - ograniczę się do przykładów
z literatury - pisarze piszący w języku jidysz, oni Polaków
mało interesowali. Nie byli także pisarze, którzy w okresie
międzywojennym deklarowali się jako pisarze żydowscy piszący
po polsku. Przedmiotem najbardziej niewybrednych, brutalnych
napaści byli poeci i pisarze całkowicie polscy. Tuwim, Słonimski,
nawet Leśmian.
Polscy Żydzi?
To przedwojenne określenie. Tak mówili o sobie Żydzi wrośnięci
w polską kulturą, związani z polską społecznością. Podobnie
jak Żydzi w Niemczech, na Węgrzech czy w Grecji. Przed wojną
na przykład Żydzi niemieccy - cóż za paradoks - mówili o sobie
z dumą, że są niemieckimi Żydami, i raczej z pogardą traktowali
Żydów ze wschodu, nazywając ich Ostjuden.
Ostjuden z kolei tych z dalszego wschodu przezywali litwakami.
Z litwakami jest inna historia. Oni na ziemiach polskich
i się w wyniku carskiej polityki przesiedleń. Oni nie byli
związani z polską kulturą. Ale są wyjątki. Jednym z najbardziej
znanych jest dyrygent Grzegorz Fitelberg, niezwykle dla nas
zasłużony. Fitelberg był z pochodzenia litwakiem. znaleźli
Pan o sobie powiedziałby: polski Żyd czy Polak pochodzenia
żydowskiego?
Raczej to drugie.
Bo różnica jest?
W niuansach, w rozłożeniu akcentów. Tuż przed wojną w endeckim
tygodniku "Prosto z mostu" - to następny przykład
agresywnego antysemityzmu - ukazał się artykuł Tadeusza Dworaka
pt. "Dziejba Lesmanów", tytułem nawiązujący do wydanego
pośmiertnie tomiku wierszy Leśmiana "Dziejba leśna".
Dziejba?
Od dziania się, Leśmian posługiwał się słowami niezwykłymi,
lubił bawić się staropolszczyzną. I tenże Bolesław Leśmian,
który był wybitnym polskim poetą, w stu procentach zasymilowanym,
którego z żydostwem nie łączyło nic prócz nazwiska - bo nazywał
się z domu Lesman, a Leśmian jest jego nazwiskiem literackim
- został przez Dworaka zaatakowany za to, że niszczy język
polski. A niszczy dlatego, że nikt, kto jest obcy rasowo,
nie może dobrze operować "naszym polskim językiem".
Czyli o tym, że ktoś dobrze lub Źle operuje językiem, decydują
względy rasowe. W latach 30. propaganda antysemicka w Polsce
była naprawdę agresywna, o bardzo dużym zasięgu oddziaływania.
Bo wspierana przez Kościół. Ja tego nie zmyślam.
Ale może Pan wyolbrzymia?
Nie, nie. Szymon Askenazy, wybitny polski historyk, polski
patriota, przeżywał dramat. Był przedmiotem ciągłych ataków,
bo jak to - Żyd ma się zajmować polską historią, Żyd ma ją
analizować, oceniać?! Przecież to kalanie polskiej historii!
Ciekawa argumentacja, prawda? W ogóle ten tradycyjny polski
antysemityzm jest bardzo interesujący w języku. Niedawno przeczytałem
przedwojenny slogan reklamowy, głosił on: "Nie dajmy
się golić wrogom, używajmy ostrzy do golenia jedynie chrześcijańskiej
wytwórni Gloria". Czyli żyletki mogły być chrześcijańskie
i niechrześcijańskie. Słowo chrześcijanin traciło swój sens
religijny i znaczyło nie-Żyd. Bardzo często przeciwstawiano
Żyda chrześcijaninowi.
Żydzi też byli chrześcijanami. Katolikami, ewangelikami.
Mówiło się o nich "przechrzty". Albo "mechesi".
Charakterystyczną rzeczą dla asymilujących się Żydów było
odejście od jednej - żydowskiej religii, ale niewchodzenie
w drugą. Rozmawiałem o tym kiedyś z moją matką. Ona, podobnie
jak jej rodzeństwo i mój ojciec, byli całkowicie zlaicyzowani.
Matka uważała, że przyjęcie chrztu, czyli przejście do innej
religii, byłoby nieuczciwe wobec siebie i w jakimś sensie
wobec innych, ponieważ byłoby wchodzeniem w nie swoją skórę.
Niektórzy od żydostwa uciekali w komunizm.
W mojej rodzinie tego nie było.
Przypomniało mi się jeszcze inne, także przedwojenne endeckie
hasło "Swój do swego po swoje", dzisiaj niezrozumiałe.
Nawoływało, by polski klient szedł do polskiego sklepu po
polski towar. By nie dawać zarobić żydowskim sklepikarzom
i w ten sposób niszczyć w handlu żydowską konkurencję.
Przypomniała mi się wymiana zdań między dwoma znanymi ludźmi.
Ja jestem Żyd - zadeklarował pierwszy. O, nie - odparował
drugi - ty jesteś gudłaj.
Gudłaj?
Potoczne określenie Żyda, przedwojenne, oczywiście negatywne.
Jak goj na Polaka?
Goj to w języku hebrajskim innowierca, nie musi mieć zabarwienia
negatywnego. A żydłak jest wyzwiskiem, wziętym prawdopodobnie
z rosyjskiego.
"Żydek" - mówią często Polacy.
n Jest bardzo ładny wiersz Juliana Tuwima pt. "Żydek".
O małym chłopcu, który chodzi po podwórkach i śpiewa. Dla
Tuwima był on symbolem poety.
Obraźliwe?
Wyraża na ogół poczucie wyższości.
Zachowując symetrię, powinno się też mówić "Polaczek",
prawda?
Polaczek? Słowo znane z Dostojewskiego, rzadko w Polsce używane.
No właśnie, uporządkujmy. Słowo "żydłaczyć" jakie
jest?
Pejoratywne, musi być pejoratywne. To była żydowska polszczyzna.
Bardzo zła. Nieporównywalna z żadną inną.
Przykład?
Nie potrafię, nie znam tego języka. W mojej rodzinie mówiło
się znakomitą polszczyzną.
Miało to wielkie znaczenie w czasie wojny. Ułatwiało ukrywanie
się.
Jidysz ktoś znał?
Dziadkowie. A rodzice? Może ojciec - trochę, mama na pewno
nie. W domu mówiło się wyłącznie po polsku. To był solidny,
mieszczański dom, w Pruszkowie. Moja matka i jej siostry ukończyły
bardzo dobre tamtejsze gimnazjum. Moja matka do końca życia
utrzymywała kontakty z koleżankami z gimnazjum. Wśród nich
nie było żadnej Żydówki. Jedna z nich pomagała moim dziadkom
w czasie okupacji. I ciotce. Bezinteresownie. Całkowicie.
Już nie żyje. Mam kontakt z jej córką.
Żydowska polszczyzna była na ogół poprawna gramatycznie,
ale upstrzona idiomami niefunkcjonującymi w normalnej polszczyźnie
i wzbogacona naleciałościami z jidysz. W latach 70. wracałem
z Wrocławia i w przedziale jechało stare małżeństwo pod osiemdziesiątkę.
Oni nieustannie się kłócili, a ja słuchałem ich zafascynowany.
Mówili tym przedwojennym językiem, z osobliwym akcentem nie
do powtórzenia, ze szczególną intonacją, rozbudowaną melodią
zdania.
"Pjees? Co za pjees"?
I bardzo charakterystycznym dla tego języka odpowiadaniem
pytaniem na pytanie. "Znasz Kowalskiego?". "Co
za pytanie?". Albo: "Dlaczego nie?".
Bardzo żałuję, że ten język - chyba - nie został udokumentowany.
Że nikt nie wziął magnetofonu i go nie nagrał.
"Pies" występował w skeczu Tuwima, znanego nam
w wykonaniu Wiesława Michnikowskiego i Edwarda Dziewońskiego.
Ale to był literacki szmonces, naśladownictwo, przedrzeźnianie.
Satyryczna forma użycia tego języka, a nie sam język. Szmoncesy
nie są materiałem, który może służyć do opisu języka. To tak,
jakby ktoś poważnie potraktował i opisał polszczyznę Polaków
amerykańskich, opierając się na polskiej wersji Polish jokes.
Teraz na opis języka polskiego w żydowskim wariancie jest
już za późno. On zaginął, bezpowrotnie. Jak cała żydowska
społeczność, która się nim posługiwała.
I jak słowo "Żyd"?
W Polsce Ludowej nie używałem tego słowa.
Ja też nie.
W ogóle do przełomu ustrojowego unikałem rozmów na tematy
żydowskie.
Bo...?
Och, proszę pani, w słowie "Żyd" nawarstwiło się
zbyt dużo różnych rzeczy.
Myślę, że słowo "Żyd" jest u nas obarczone syndromem
okupacyjnym. Powiedzenie o kimś, że jest Żydem, równało się
skazaniu go na śmierć. I to przetrwało. Podświadomie trwa
do dzisiaj. Sami Żydzi też nie afiszowali się swoim pochodzeniem,
a niektórzy włożyli dużo wysiłku, by je zataić. Znam przypadek
zatajenia nawet przed żoną.
Strach?
Strach. Ja jeszcze w 1990 roku nie potrafiłem mówić o sobie
publicznie. Stowarzyszenie Dzieci Holocaustu, pamiętam, wydawało
pierwszy zbiór wspomnień. Poprosili, bym coś napisał. Napisałem
i... wydrukowałem pod pseudonimem. We mnie był głęboko zakotwiczony
strach. Że ludzie zmienią do mnie stosunek. Odrzucą. Źle zaczną
mnie odbierać. Odrzuceń się bałem. Wypływających nawet nie
z wrogości, ale z niezrozumienia. Mojej biografii, mojej tożsamości.
Zagłada naraziła ludzi na tak okrutne doświadczenia, że nie
można było o nich zapomnieć. Zagłada jest tak strasznym obciążeniem
psychicznym, że nie sposób się od niej uwolnić. Nie można
się odseparować. Ja nie potrafię.
Co się Panu śni?
Tamto.
Konkretne sceny?
W najróżniejszych wersjach refleksy zabijania, ukrywania
się, błądzenia.
Wrzucono mnie do klatki, w której drzemał wąż, na pożarcie.
Wokół stał tłum ludzi podniecony czekającym go widowiskiem.
Rozmawiali, śmiali się, szydzili. Wąż skacze mi do gardła...
Z matką wędrujemy po pustym mieście, od drzwi do drzwi. Prosimy
o pomoc. Nie znajdujemy. Idziemy na dworzec. A na dworcu stoją
żelazne mastodonty do zgniatania ludzi takich jak my...
Ktoś dzwoni do drzwi. W środku nocy. To oni. Nie otwieram.
Czekam na wyłamanie drzwi. Nie wyłamują, dzwonią... umieram.
Czasami myślę: to dziwne, że żyję.
Świat polskich Żydów, w którym żyli moi rodzice, przestał
istnieć. Żydom z pokolenia moich dziadków, którzy cudem ocaleli,
świat się zawalił. Dla mego dziadka, który przed wojną był
religijny, ale bez przesady - raz w tygodniu chodził do synagogi
i przestrzegał koszernej kuchni, po wojnie sprawy religii,
Boga, tradycji przestały istnieć. Świetnie go rozumiem. Każda
teologia: żydowska, katolicka czy protestancka, zakłada jakąś
teodyceę, a tu jakakolwiek teodycea była niemożliwa.
Ma Pan ich zdjęcia?
Całe pudełko.
Przedwojennych?
Tak, tak! Ja naprawdę mam ogromne szczęście. Miałem rodzinę!
Rodziców, babcię, dziadka, dwie ciotki, ich dzieci - moich
kuzynów, mam zdjęcia.
Rodziny matki?
Tak, tak. Z Pruszkowa. Sporo osób z rodziny mojej matki ocalało.
Ojca...?
Zginęli, zginęli.
Dziadek Lajzer Głowiński w getcie. Sam zdecydował o swoim
losie. Zabił się. Nie dał się zamordować. Wyskoczył z okna.
Mało go znałem, nie mam zdjęcia. Z drugiego lub trzeciego
piętra. Przed wywózką. Dla mnie w tym jego akcie wyboru jest
coś imponującego.
Jego najstarsza córka z mężem i dziećmi pojechała do Treblinki.
Brat mojej matki Erazm do Treblinki. I jego żona, i syn Adam,
był kilka miesięcy młodszy ode mnie... Wuj Erazm skończył
podchorążówkę, był porucznikiem, walczył w kampanii wrześniowej.
Opisałem ich wszystkich. I panią Bronisławę, i pannę Julię
- moje nauczycielki z kompletów w getcie. I Emila, Suzi, Melę,
Tadzia - ich uczniów. W połowie lat 90. W książce "Czarne
sezony".
Czasem myślę: jestem może ostatnią, może jedyną osobą, która
o nich pamięta.
Kto z rodziny przeżył, zmierzał do Pruszkowa. Do domu dziadka.
Dom był zajęty. Dziadkowi udało się odzyskać kawałek. Mieszkaliśmy
całą rodziną na kupie, w dziewięć osób. To jest zdjęcie naszego
domu. Z 1945 roku. Dom marny, prawda? Dziadek zbudował go
w 1900 roku, kiedy był młodym kupcem. Nie rozumiem, dlaczego
potem nie postawił sobie lepszego. Był przecież naprawdę zamożnym
człowiekiem, posiadał w Pruszkowie duży skład drzewnych materiałów
budowlanych, był kamienicznikiem.
Przed domem stoją, od prawej: moja ciotka Maria z córką Elżbietą,
moja druga ciotka Teodora z synem Piotrem. Elżbieta i Piotr
są ode mnie młodsi o trzy, cztery lata, okupacji nie pamiętają,
nawet nie wiedzieli, że są Żydami. Ich ojcowie zginęli w Hotelu
Polskim, zna pani tę historię? Niemcy zastawili na bogatych
Żydów pułapkę. Obiecali im za wielkie pieniądze paszporty
do Ameryki Południowej, ściągnęli do Hotelu Polskiego przy
ul. Długiej w Warszawie, pieniądze zabrali, a Żydów zamordowali.
Mąż Teodory był wybitnym adwokatem, a Marii inżynierem chemikiem,
pochodził z burżuazyjnej przemysłowej rodziny.
Dalej stoją: moja matka, dziadek oraz babka - niewidząca,
w czasie okupacji straciła wzrok. Tutaj - jeszcze w miarę
przytomna.
Jeszcze?
Niestety, pomieszało się jej potem w głowie. Oszalała. Krzyczała,
złościła się, robiła awantury. Przed wojną była niezwykle
gościnną, ciepłą kobietą, nie pamiętam jej takiej. Koleżanki
mojej matki z gimnazjum - pamiętały. One ją uwielbiały.
Na tym zdjęciu nie ma ojca, który na aryjskich papierach
był wywieziony na roboty do Niemiec i wrócił pół roku później.
I mnie nie ma. Wciąż jeszcze byłem w Turkowicach.
Turkowice?
Koło Hrubieszowa. Irena Sendlerowa umieściła mnie w zakładzie
wychowawczym Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny.
Pani Irena była dobrą znajomą mojej rodziny. Ma 95 lat, odwiedzam
ją czasem.
O, tu jest dziadek z babcią. Bardzo dobre zdjęcie. W latach
30. Nazywali się Rozenowiczowie. Są na wakacjach w Truskawcu.
To było uzdrowisko koło Drohobycza, bardzo przed wojną popularne.
Dziadek ma długie, podkręcone wąsy. Jak mój.
On miał tzw. dobry wygląd. Klasyczna formuła z czasów okupacji:
mieć dobry wygląd i mieć zły wygląd.
Pan...?
Czy ja wiem? Średni chyba. To ja. W 1938 roku, mam cztery
lata.
Jasne loczki jak u dziewczynki. A zły...?
Brunet z garbatym nosem. Niemcy nie bardzo się na tym znali.
Oni znali stereotyp Żyda ze "Stürmera", niemieckiego
tygodnika antysemickiego, czyli karykaturę - brodatego czarnego
faceta ze złamanym nosem. W życiu jednak trudno znaleźć karykaturę,
więc nie za bardzo rozróżniali. Szmalcownicy rozróżniali.
Dużo ich było?
Nie wiem. Jednym z nich był hrabia, jak dowiedziałem się
z książki Jana Grabowskiego o szmalcownikach.
Pana...?
Raz.
Dobry wygląd miały moje ciotki - siostry mojej matki. Ciotka
Maria wyglądała, jakby się urodziła w szlacheckim dworku.
Blondynka o jasnych oczach. W miarę swobodnie poruszała się
po aryjskiej stronie po wyjściu z getta.
Wyjściu...?
Z getta się - wychodziło. Słownictwo Zagłady też nie zostało
opisane. Ono jest niezmiernie ciekawe, zwłaszcza pod kątem
funkcjonowania w nim słów niemieckich. Na przykład Judenrat
- rada żydowska albo szopy - zakłady niewolniczej pracy funkcjonujące
w getcie. Czy Umschlagplatz - plac przeładunkowy, był, na
szczęście, wyłącznie niemiecki, od początku.
Na szczęście?
Nie kojarzy mi się z niczym polskim. Bo ja przecież byłem
tam, wiedziałem, kim jestem, w żadnym momencie nie zapominałem,
że jestem Żydem, miałem już osiem lat. Pobyt na Umschlagplatzu
jest jednym z najostrzejszych moich wspomnień.
Słowa do dzisiaj straszne?
Akcja. Kojarzy mi się z oddziałem Niemców, którzy - widziałem
przez okno, z getta, ono wychodziło na aryjską stronę - maszerują,
by wypędzać Żydów z ich mieszkań, w zwartym szyku, wykrzykując
hitlerowskie pieśni. Trzask ich podkutych butów, słyszę.
Selekcja. Chyba najgorsze. Do dzisiaj nie mogę spokojnie
go używać. Był upał. Środek lata. Wyselekcjonowano nas do
wywózki, przygnano na Umschlagplatz, stały pociągi, wagony
towarowe, do Treblinki, był ścisk, zgoniono za wielu, nie
wszystkich upchano, ktoś musiał zostać...
Likwidacja. Długo nie rozumiałem tego słowa. Jest jednym
z eufemizmów, które zamiast łagodzić, potęguje straszne treści.
Bo kiedy mówi się o zabijaniu, traktuje się zabijanego jak
człowieka, kiedy zaś o jego likwidowaniu - sprowadza się go
do przedmiotu, odbiera mu człowieczeństwo.
Czy w domu po wojnie o tym się mówiło? Powiedziałbym tak:
dużo się myślało, natomiast niewiele mówiło. Od tematów wojennych
się uciekało. To był garb.
Raz tylko ktoś rzucił kamieniem w okno. Ale mógł to być zwyczajny
chuligan, który rzucał w każde, nie antysemita.
Strach pojawił się po pogromie kieleckim.
Wielu wyjechało.
Moi dziadkowie na żaden wyjazd się nie nadawali, byli starzy
i chorzy, nie, nie. Moja matka też nie.
Były rozmowy?
Nie pamiętam. Moi rodzice i ciotki zdecydowały, że my, dzieci,
nie możemy się w szkole wyróżniać, że musimy się upodobnić
do otoczenia. Chodziliśmy na lekcje religii.
Katolickiej?
Tak, tak. Ja chciałem. Wierzyłem wtedy w Boga. Wierzyć zacząłem
u zakonnic w Turkowicach. Był Wielki Post i dzieci śpiewały
jakieś pieśni, zbiorowo, pełnym głosem, odmawiały modlitwy,
ja o nich nie miałem pojęcia. Znałem tylko podstawowe modlitwy:
"Ojcze nasz", "Zdrowaś Mario", "Wierzę
w Boga", które musiałem wykuć na pamięć po wyjściu z
getta, by w razie potrzeby zademonstrować, że nie jestem Żydem.
Nie miałem świadomości, że muszę cokolwiek udawać. Ja to
zinterioryzowałem. Wiedziałem, że nie wolno mi mówić o niczym,
co zdarzyło się w moim życiu przedtem. Wszedłem w stan wegetacji
i odrętwienia. Jakby wyparowała ze mnie wszelka inteligencja
i zdolność myślenia. Zapadałem się w siebie.
Matka mi potem mówiła, że byłem zastraszony i otępiały.
Ogromne wrażenie, estetyczne, zrobiło na mnie wielkopostne
nabożeństwo nazywające się gorzkie żale. Przepiękne. Lubiłem
przebywać w zakonnej kaplicy. Kaplica była jedynym miejscem,
w którym działy się rzeczy podniosłe. Wiara dawała dzieciakowi
komfort psychiczny. Że istnieje Bóg, który czuwa, jest sprawiedliwy,
dobry.
W szkole w Pruszkowie moim katechetą był ksiądz spod znaku
ojca Rydzyka. Supernacjonalistyczny. Na lekcjach religii wygadywał
straszne rzeczy.
O... "takich"?
On mówił: Żydzi. Albo bejlisy.
Bo w Pana domu słowo "Żyd" zastępowało się słowem
"taki". Mówiło się o kimś: on jest "taki"?
Mój kuzyn Piotr mi o tym niedawno przypomniał. Rzeczywiście
słowa "Żyd" w domu się nie używało. Ksiądz Franciszek
mówił, że Żydzi przerabiają krew dzieci chrześcijańskich na
macę. I podawał przykład Żyda Bejlisa, kijowskiego rzeźnika,
który został w 1911 roku oskarżony o mord rytualny.
Ale uniewinniony.
Według księdza Franciszka - niesłusznie. Dla księdza Franciszka
Żydzi byli uniwersalnym symbolem zła. Bo zabili Chrystusa.
On nauczał, powołując się na autorytet Kościoła i zasady wiary,
że za ukrzyżowanie Jezusa odpowiedzialni są wszyscy Żydzi,
niezależnie od tego, gdzie i kiedy żyli i żyć będą. I że właśnie
za to w czasie okupacji spotkała ich zasłużona kara.
O Panu nie wiedział?
Wszyscy nas znali. W Pruszkowie nigdy nie było dużo Żydów,
przed wojną 7 procent. Moja rodzina mieszkała tam od niepamiętnych
czasów.
Ja księdza Franciszka nie mogłem słuchać. Kuliłem się w ławce.
Przez niego na wiele lat zapomniałem o siostrze przełożonej
z klasztoru w Turkowicach, mądrej i dzielnej kobiecie, która
ocaliła trzydzieścioro żydowskich dzieci, o siostrze Róży,
dobrej i troskliwej, o siostrze Hermanie, która mnie z Warszawy
dowiozła pociągiem do Turkowic, o kapelanie naszego zakładu
księdzu Stanisławie Bajce, jezuicie.
W 1952 lub 1953 roku przyszedł do nas ksiądz proboszcz. Moja
matka i ciotki znały go jeszcze sprzed wojny, chodził z nimi
do tego samego gimnazjum w Pruszkowie. Powiedział, że jego
brat siedzi w więzieniu, i prosił o pomoc. On założył, że
żydowska rodzina musi mieć jakieś powiązania reżimowe, musi
kogoś znać w Urzędzie Bezpieczeństwa. My jednak naprawdę nie
znaliśmy tam nikogo. Absolutnie nikogo. W mojej rodzinie nigdy
nie było żadnych komunistów.
Uwierzył?
Dlaczego miał nie uwierzyć? Po 1956 roku odwiedził nas jego
brat, jak wyszedł z więzienia.
Bo lud twierdził, że w Polsce rządzi żydokomuna.
Żydokomuna jest określeniem faszystowskim. Dla Żydów gorzkim.
Przez swoje straszliwe uproszczenie nieprawdziwym.
Funkcjonuje do dzisiaj.
Jak zły mit. Komunista nie ma narodowości. Przecież pani
wie. Żyd, który zostawał komunistą, wyrzekał się żydowskiej
tradycji. Pisał o tym wielokrotnie Julian Stryjkowski. Komuniści
byli internacjonalistami. Nie czuli się Polakami, Niemcami,
Francuzami, Włochami czy Rosjanami. W ruchu komunistycznym
nie obowiązywały podziały na lepszych i gorszych narodowościowo.
Spora grupa zasymilowanych inteligentów żydowskich w tę iluzję
równości przed wojną uwierzyła. Angażowali się w komunizm,
bo czuli się w Polsce dyskryminowani. Nie mogli dostać pracy,
spotykali się z nienawiścią. Ja ich nie usprawiedliwiam, próbuję
zrozumieć. Oenerowskie hasło w rodzaju "Polska katolickim
państwem narodu polskiego", czyli wizja państwa jednorasowego
i jednoreligijnego, musiało odstraszać. I pchało w komunizm.
A po wojnie Żydzi pozbawieni korzeni, zdziesiątkowani przez
Holocaust, bez zaplecza rodzinnego i religijnego dość łatwo
wchodzili w ideologię komunistyczną. Zwłaszcza że głosiła
antykatolicyzm i antykościelność. Dla Żydów, wielekroć upokarzanych
przed wojną, bo duża część kleru była antysemicka, ideologia
ta wydawała się szalenie atrakcyjna.
Upokorzenie jest bardzo silnym uczuciem. Zaznane upokorzenia
zapadają w człowieku szczególnie głęboko, nie można o nich
zapomnieć. Pytałem o to matkę. W mojej matce, spośród wielu
ran, jakie wyniosła z okupacji, pamięć o upokorzeniach trwała
najdłużej.
Więc zapisywali się do partii. Ale przecież nie wszyscy!
Wielu, większość - pozostała poza partią.
I wyjechali po 1956 roku.
Nie wiem, ilu. Ja ich nie znałem. Wyjeżdżali głównie z Dolnego
Śląska, z okolic Wałbrzycha, Dzierżoniowa.
Wyjechała m.in. piosenkarka Natasza Zylska, ulubienica polskiej
publiczności.
Różne były motywy wyjazdów. Jan Józef Lipski, mój przyjaciel
z Instytutu Badań Literackich, spytał swoją koleżankę ze studiów,
dlaczego wyjeżdża. Bo chcę - odpowiedziała mu - by przechodzień
na ulicy mówił o mnie: o, jaka ładna dziewczyna, a nie - jaka
ładna Żydówka. Coś w tym jest.
Przeczulenie?
Niewątpliwie. Ale trudno się dziwić. Polscy Żydzi wyjeżdżający
na Zachód, nawet nie w celach emigracyjnych, ale na krótko,
na dwa-trzy tygodnie, dużo chętniej opowiadali tam o swojej
rodzinie, swoim pochodzeniu niż w Polsce. Tam czuli się po
prostu bezpieczniej.
W mojej rodzinie do partii zapisała się po wojnie tylko jedna
z ciotek.
Była komunistką?
Ależ skąd! Z rodzinnych opowieści wiem, że jako studentka
- skończyła w latach 30. biologię na Uniwersytecie Warszawskim
- była na jakimś żydowskim obozie studenckim. Po tygodniu
wróciła i oświadczyła: byli tam jacyś komuniści, mówili nie
wiadomo o czym, nieciekawi, nudni. A po wojnie zapisała się
do partii.
Dla kariery?
Nie, nie. Pracowała jako skromna urzędniczka, najpierw w
Ministerstwie Oświaty, potem w Polskiej Akademii Nauk. O żadnej
karierze nie mogło być mowy, o ułatwieniach życiowych też
nie. Ona zresztą nie była działaczką. Ale była, że tak powiem,
partyjna w gębie. Powtarzała frazesy, które zasłyszała na
zebraniach. Komunizm wydał się jej nowoczesny i postępowy.
Bardzo chciała iść z postępem.
Wyjechała?
Tak, w 1968 roku. Po Marcu ze starszego pokolenia wyjeżdżali
głównie partyjni. W reszcie rodziny ciągot komunistycznych
nie było. U nas, odkąd w 1946 roku pojawiło się w domu radio,
słuchało się zagranicznych stacji - najpierw BBC i Głosu Ameryki,
potem Wolnej Europy. Moja matka do końca życia słuchała Wolnej
Europy.
Nie należał Pan do ZMP?
Ależ tak. Należałem. Wszyscy należeli. Rozeszła się wieść,
że kto nie należy do ZMP, nie ma wstępu na uczelnię. W moim
liceum w Pruszkowie cała niemal klasa maturalna się zapisała.
Żeby nie wychylać się?
To PRL-owskie słowo. Znaczyło nie robić czegokolwiek, co
wychodziłoby poza realsocjalistyczne standardy i mogło wzbudzić
negatywne zaciekawienie władzy. Najlepiej było siedzieć cicho
w kącie.
I milczeć?
Los nauczył mnie: milcz zawsze wtedy, gdy mówienie nie stanowi
konieczności absolutnej, mówienie, szczególnie o sobie, może
jedynie zaszkodzić. Milczałem. Studia były niesympatyczne,
momentami okropne. Nie miałem bliskich kolegów, o osobistych
sprawach z nikim się nie rozmawiało, nie udzielałem się w
ZMP. Na 150 studentów polonistyki tylko trzech nie należało
do ZMP. Jednym był Andrzej Janowski, wiceminister edukacji
w rządzie Mazowieckiego, profesor pedagogiki, bardzo ideowy
człowiek. A drugim Zbigniew Wilski z ziemiańskiej rodziny,
później profesor teatrologii, już nie żyje. Jestem dla niego
pełen podziwu. Z niezwykłą godnością znosił aberrację tamtych
czasów.
Był obcy klasowo?
To stalinowskie określenie. Dotyczyło osób wywodzących się
z tzw. dawnych klas posiadających. Zbyszek był sympatyczny
i bardzo przystojny. Każdą megierę ZMP-owską traktował jak
damę. Podejrzewam, że wszystkie podkochiwały się w nim po
cichu.
W Marcu 1968 roku pojawiło się określenie obcy rasowo. Było
parodią tamtego.
Marzec 1968 roku zaczął się dwa lata wcześniej. Pracowałem
w Instytucie Badań Literackich, zajmowałem się historią i
teorią form narracyjnych, pisałem habilitację. Byłem bezpartyjny,
nie angażowałem się politycznie. Chyba nawet nie wiedziałem,
kim jest Kuroń i Modzelewski.
Ideologicznym początkiem Marca był wydrukowany w 1966 roku
w ZSL-owskim piśmie artykuł wybitnego notabene uczonego Józefa
Chałasińskiego.
Opracował przed wojną pamiętniki "Młodego pokolenia
chłopów".
Cztery tomy. Znakomite dzieło.
Chałasiński napisał, że zjawisko alienacji (dyskutowane wtedy
w prasie po wydaniu książki Adama Schaffa) nie odnosi się
do rdzennej ludności mieszkającej na danym terenie, tylko
do ludności napływowej. Niezakorzenionej - użył sformułowania.
Ja wtedy na sprawy żydowskie naprawdę nie byłem wyczulony.
Mało mnie one w ogóle interesowały. Nie przychodziło mi do
głowy zastanawiać się, czy ktoś z moich kolegów jest Żydem,
czy nie jest. O Marii Renacie Mayenowej, wybitnej uczonej,
starszej ode mnie o pokolenie, teoretyku literatury, dowiedziałem
się na przykład po kilku latach znajomości. Wcześniej nawet
przez myśl mi nie przeszło, że może być Żydówką. Mnie ta wiedza
do niczego nie była potrzebna. Ani mnie ona ku tym ludziom
nie skłaniała, ani mnie od tych ludzi nie odstręczała. Od
razu jednak wiedziałem, o kogo Chałasińskiemu chodzi. Wszyscy
wiedzieli.
Ale słowo Żyd nie padło?
Nie, nie. Słowo "Żyd" w Polsce Ludowej w ogóle
znikło. O Żydach w telewizji czy w radiu nie mówiło się nawet
w kontekście historycznym. Jakby ich na ziemiach polskich
nigdy nie było. O Zagładzie też nie mówiono. Dla bezpośrednio
zainteresowanych sprawa była zbyt bolesna i chcieli o niej
zapomnieć. A dla innych prawdopodobnie albo nieciekawa, albo
wstydliwa. Słowo "Żyd" stało się słowem tabu. Gdy
ktoś chciał powiedzieć o kimś, że jest Żydem, używał słów
zastępczych - "wiadomego pochodzenia", "no,
wiecie, kto to"...
..."nasz", "nasi"...
...albo stroił miny. W przeciętnej świadomości, zwłaszcza
ludzi młodych, którzy nie mieli okazji zetknąć się z Żydami,
utarło się przeświadczenie, że bycie Żydem jest faktem wstydliwym.
"Jest Żydem, ale wcale się tego nie wstydzi" - przeczytałem
kiedyś w jednym z artykułów "Ruchu Muzycznego" o
paryskim dyrygencie. Byłem zdumiony. Dla autora, że Żyd powinien
się wstydzić, iż jest Żydem, było czymś oczywistym.
To nieumiejętność posługiwania się słowem "Żyd".
Polacy się go boją. I gdy zdobędą się na odwagę, by go użyć,
strzelają głupstwa. Ja też słowa "Żyd" się bałam,
całymi latami - przez Marzec. Pan też przecież się go bał?
Ale inaczej.
Nikt Pana nigdy nie zapytał: jesteś Żydem?
Nie.
A Pana kuzyna, Piotra, zapytał. Jego koleżanka ze studiów.
Pamięta Pan, jak zareagował?
Proszę przypomnieć.
Wpadł w przerażenie. Nie wiedział, co odpowiedzieć. A Pan
co by powiedział?
Nic. Chyba nic.
Sformułowanie Chałasińskiego, wtedy, w 1966 roku, o alienacji
"niezakorzenionych" odebrałem jako pierwszy sygnał,
zapowiedź... Nie bardzo wiedziałem, czego konkretnie.
Niezakorzenieni to dzisiejsi polskojęzyczni w Radiu Maryja.
Ach, proszę pani, to słownictwo, zwłaszcza skrajnej prawicy,
wiele od czasów przedwojennych się nie zmieniło. Ta nasza
prawica wszędzie widzi Żydów. Dla nich wszyscy, którzy myślą
inaczej, są co najmniej obcy. Najczęściej są wrogami. Oni
wszędzie dopatrują się zagrożeń. I lubią straszyć. Że Żydzi
na przykład przyjadą i zaczną nam odbierać.
Teraz Niemcy.
No tak, Żydzi ze swoimi żądaniami rewindykacji się nie zjawili,
to Żyda zastąpił Niemiec.
Byłem wściekły.
Oni - napisał Pan w sierpniu 1966 roku - jeden mały zaimek,
a oznacza przepaść.
W samym języku dokonała się mitologizacja władzy wyobcowanej
ze społeczeństwa.
Oni zdjęli, oni zamknęli, oni kazali.
Zapisywanie "Marcowego gadania" traktowałem na
początku jako rodzaj trochę zabawy, trochę psychoterapii,
bo te swoje złości musiałem jakoś rozładować. Pisałem do szuflady.
Nigdy nie przypuszczałem, że te swoje zapiski wydam za życia.
One są rodzajem dziennika, w którym zapisywałem słowa, dzień
po dniu, używane w oficjalnej propagandzie, które wydawały
mi się śmieszne, groźne, wypaczające ich pierwotny sens.
Używa się ich do dzisiaj: "bankruci polityczni"
i "poplecznicy", np. Brukseli - mówi się o przeciwnikach
politycznych, bo stosują "dobrze nam znane metody".
I jeszcze: "należy rozprawić się z siłami...",
"chcemy całej prawdy" (nie po prostu prawdy), "oczyszczanie
szeregów".
Hasło: "Cały naród jest za lustracją" jest parafrazą
sloganu "Cały naród zawsze z partią".
Jak słyszę: "Nicea albo śmierć", przypomina mi
się Fidel Castro z jego hasłem "Socjalizm albo śmierć".
Jest to język jedynych racji. Język, który wie, czego chce
naród, nie ma żadnych wątpliwości, co jest dla niego dobre.
Wie, co to są słuszne poglądy i niesłuszne, i że te niesłuszne
naród potępia. Ja te schematy, że coś jest "w interesie"
wtedy ludu pracującego, czy "w imieniu", dzisiaj
narodu, doskonale pamiętam. To jest po prostu język charakterystyczny
dla partii totalitarnych czy autorytarnych. Budowanych na
sianiu strachu, węszeniu spisków i kreowaniu wroga.
5 czerwca 1967 roku nastąpiła "agresja" Izraela
- jak oficjalnie ogłoszono - na Egipt.
Dziennikarkę, która w "Dzienniku telewizyjnym"
użyła zwrotu "konflikt na Bliskim Wschodzie", wyrzucono
ponoć z pracy. Od początku miało być jasne, po czyjej stronie
ma stać racja i sprawiedliwość.
Ja nie wiedziałem, kto w tej wojnie zwycięży. Nikt tego nie
wiedział. Ale w prasie pojawił się zwrot "soldateska
izraelska" na określenie rządu Izraela, który dopuszcza
się "zbrodniczych czynów" wobec Arabów, powodowany
"żydowską arogancją". Kiedyś endecy napisaliby żydowską
hucpą. I... nagle zdałem sobie sprawę, że nie jest mi obojętne,
kto w tej wojnie zwycięży. Że sprawa mojej żydowskości jest
dla mnie ważna. Ze względu na przeszłość i na to, co dzieje
się na Bliskim Wschodzie. Zacząłem się bać, że Arabowie zepchną
Izraelczyków do morza. Jak zapowiadali. I powtórzy się Zagłada.
W Izraelu miałem sporą rodzinę ze strony ojca. Jego dwie
siostry, które wyszły za mąż za syjonistów i wyemigrowały
przed wojną do Palestyny. Nie czułem się z nimi związany.
W ogóle ich nie znałem. I nagle stali mi się bliscy. Myślałem:
Boże święty, czyżby i oni mieli zginąć! Mały Izrael otoczony
ze wszystkich stron przez Arabów wzbudzał w polskim społeczeństwie
dużo sympatii. Ale ja na wydarzenia na Bliskim Wschodzie reagowałem
bardziej nerwowo, bardziej emocjonalnie. Dla mnie to nie był
odległy teatr wojny.
Wojna skończyła się po sześciu dniach zwycięstwem Izraela.
Polska na żądanie Moskwy zerwała stosunki dyplomatyczne z
Izraelem i przemówił Gomułka na Kongresie Związków Zawodowych.
Pamiętam datę - 19 czerwca 1967 roku. Powiedział, że w Polsce
działa "piąta kolumna". Dzisiaj określenie "piąta
kolumna" nie robi takiego wrażenia jak wtedy, kiedy pamięć
o wojnie była jeszcze żywa. Piątą kolumną byli hitlerowcy,
skrycie działający przeciwko Polsce, organizujący antypolskie
prowokacje. W 1967 roku Gomułka w tej roli obsadził polskich
Żydów. Gomułka w ogóle mówił w tym czasie koszmarne rzeczy.
Że Żydzi są podstępni, że ta podstępność leży w ich naturze.
Że są przebiegli.
Syjoniści, nie Żydzi.
To prawda, słowo "Żyd" w oficjalnej propagandzie
nie padało. Zastąpiło je słowo syjonista. Czyli nazwę jednej
grupy ludności, w świecie nielicznej, posługującej się niekiedy
nacjonalistycznymi - to prawda - hasłami, głoszącej konieczność
utworzenia państwa żydowskiego, odniesiono do całości. To
jakby ktoś, mówiąc o Polakach jako narodzie, zamiast powiedzieć:
Polacy, używał słów: endecy czy chadecy.
Gomułka mówił, że syjoniści są podstępni, bo zaatakowali
lotniska egipskie nie od wschodu, jak spodziewali się Arabowie,
tylko od zachodu. Zrobili więc - według niego - rzecz straszną,
swoim atakiem zaskoczyli Arabów!
Za Gomułką te nonsensy powtarzali aparatczycy i pismacy.
Zaczęło się węszenie, kto jest kim. Jakie nazwisko wcześniej
ktoś nosił. Kiedy je zmienił. Ten wątek zresztą pojawił się
także po 1989 roku. Mówcie, kim jesteście, ujawniajcie swoje
nazwiska. Nawet Wałęsa z tą ideą wystąpił.
Antysemita?
Nie, nie sądzę. To zbitki słowne, które u nas funkcjonują.
Niezręczności językowe, nietakty. Jeszcze do niedawna spotykałem
się z pytaniem: panie Głowiński, jak pan jest z domu? A mnie
szlag wtedy trafia. Głowiński jest nazwiskiem prawdziwym.
Mój ojciec nazywał się Głowiński, mój dziadek, pradziadek,
więc co mam ujawniać? Nazwiska żydowskie często kończyły się
na "ski". Od nazw miast i miasteczek, w których
mieszkali. Stąd był Poznański, Warszawski czy Mendel Gdański,
znany z noweli Marii Konopnickiej. Moje nazwisko może pochodzi
od Głowna pod Łodzią, nie wiem.
Zaczęło się wyrzucanie ludzi z pracy. Za syjonizm. Słowo
"syjonista" ozdabiano różnymi przymiotnikami, zagorzały,
zajadły, rozjuszony.
Najpierw wyrzucano z partii.
n Nie byłem na żadnym zebraniu partyjnym. Słyszałem w pociągu,
jak rozmawiali ze sobą dwaj PZPR-owcy. W przedziale siedziało
kilka osób. Oni komentowali przebieg wojny na Bliskim Wschodzie.
Językiem, którego nie powstydziliby się członkowie NSDAP.
Podejrzewam dlatego, że język ideologiczny komuno-faszyzmu,
jakim się na zebraniach partyjnych posługiwano, jakim mówiono
w przerwach zebrań, do siebie, był jeszcze bardziej nienawistny
niż język facetów z pociągu. I dużo bardziej swojski, swobodniejszy,
niż prezentowano w gazetach. Parę lat temu przeczytałem reportaż
z jakiegoś zebrania Młodzieży Wszechpolskiej. Ten sam styl,
niestety.
Dno - napisał Pan 8 marca 1968 roku.
Napisałem rano, przed wiecem studentów na Uniwersytecie Warszawskim,
który zaczął się o 12. Na wiecu znalazłem się przez przypadek.
Nie byłem studentem, byłem już po habilitacji. Wróciłem do
domu... i do września słowa nie napisałem. Nie mogłem. Żeby
pisać, trzeba mieć dystans. A ja byłem zszokowany. Mnie to
zmierziło, przygnębiło, pogrążyło, brakuje mi czasowników.
Straszne nasilenie nienawiści, kłamstwa, podłości, stronniczości.
Gdzie? Na wiecu?
Nie, nie. Mówię o wszystkim, co działo się wokół. O ówczesnej
propagandzie, manifestacjach poparcia dla partii, potępieniu
syjonistów. Mnie to przypomniało okupację.
Ale co zdarzyło się na wiecu?
Kilkanaście lat temu bym tego pani nie powiedział.
Czego?
Szmalcownikowate typasy.
Pan ich zobaczył?!
W pseudorobotnikach, których zwieziono na uniwersytet w autobusach
z napisami "Wycieczka".
To byli golędziniacy.
Zastukał do mieszkania, w którym się ukrywaliśmy. Rosły blondyn
z filuternym wąsikiem. W szarym grubym palcie w jodełkę. Nie
mieliśmy pieniędzy, żeby się wykupić. Ciotka Teodora pobiegła
szukać ich na mieście. Matka i ja zostaliśmy w charakterze
zakładników. Miałem osiem lat. Grałem z nim w szachy, by mu
skrócić czas oczekiwania. Żeby się nie zdenerwował.
Ale proszę pana...
Ja wiem, żę są to nieporównywalne rzeczy, ale stopień agresji,
stopień nienawiści...
Na ulicy? W pracy?
Nie, nie, nic przykrego mnie osobiście nie spotkało. Miałem
świadomość, że przebywam w środowisku, które wszelkie podziały
- rasowe czy światopoglądowe - z absolutną konsekwencją odrzuca.
Ta postawa w Instytucie Badań Literackich była niemal powszechna.
To był niezwykły zespół niezwykłych ludzi. Ale wystarczyło
włączyć radio, wystarczyło wziąć do ręki jakąkolwiek gazetę,
może poza "Polityką". Kanonada propagandowa nieprawdopodobna.
W stylu przedwojennego ONR-u i w stylu hitlerowskim. W 1933
roku niemieccy Żydzi też nie wiedzieli, co ich czeka, prawda?
Gdy Hitler dojdzie do władzy. Pojawiło się sformułowanie:
"Jedna ojczyzna, jeden rząd, jedna partia", na wzór
hitlerowskiego: "Ein Volk, ein Reich, ein Führer".
Więc takie analogie nasuwały się same. Nie można było wtedy
nie myśleć o tym, że toczy się walka o władzę, że kampania
antysemicka jest jednym z etapów dochodzenia do władzy frakcji
Moczara - mówiono wtedy. Że jest zapowiedzią czegoś gorszego
i na koniec doprowadzi do czegoś najgorszego. Ja nie przesadzam.
Moi rodzice otrzymali list od naszego dawnego znajomego z
Pruszkowa. Napisał, że możemy na niego liczyć, że rozmawiał
już z księdzem, zgodził się nas ochrzcić. Taka była atmosfera.
Pani tego nie pamięta?
O Boże, dzień po dniu, byłam wtedy studentką.
Odpisałem mu, grzecznie, że jesteśmy wdzięczni. Zapraszamy
w odwiedziny.
W prasie pojawiło się zjawisko zupełnie przedziwne - konkurencji
w cierpieniu. Powtarzało się bez przerwy, jak to w czasie
wojny zginęło 6 mln Polaków, nie wspominając, iż co najmniej
połowa z nich była Żydami. Na licytacji, kto cierpiał więcej:
Polacy czy Żydzi, jechała ówczesna propaganda. Jakby jedno
cierpienie miało wykluczyć drugie. Jakby w ogóle cierpienia
można było porównywać.
W połowie marca 68 roku, kiedy kampania antysemicka znalazła
się w apogeum, rozmawiałem z Romanem Zimandem. Był moim kolegą
w Instytucie Badań Literackich. Zapytałem go, czy dojdzie
do zakładania obozów koncentracyjnych dla Żydów. Oczekiwałem,
że zaprzeczy, że powie: przestań gadać głupstwa. A on: tego
nie można wykluczyć.
Były obawy, że Instytut mogą rozwiązać. IBL był przedmiotem
nagonki już od dawna. Nieustannie zarzucano nam, że robimy
rzeczy zupełnie niepotrzebne dla ludu pracującego miast i
wsi, że piszemy o metaforze, zajmujemy się strukturalizmem.
A lud potrzebuje podręczników dla nauczycieli. Główne działa
przeciwko Instytutowi wytaczali partyjni z Uniwersytetu Warszawskiego
ze skłonnościami do moczaryzmu, tacy jak Jan Zygmunt Jakubowski,
szef uniwersyteckiej polonistyki, człowiek o kurzym móżdżku.
Gadali, że pracują w nim niemarksiści, może - nie daj Bóg
- rewizjoniści i w ogóle jacyś tacy... nienarodowi.
Nie wiem, co mógłbym robić, gdybym nie trafił do Instytutu.
Ja i wielu moich kolegów z marksizmem przecież nie chciało
mieć nic wspólnego. Przed nami nie stała już na szczęście
alternatywa: być marksistą lub milczeć. Tak jak stała przed
Jerzym Kwiatkowskim i jego żoną Marią Podrazą-Kwiatkowską.
Wybitnymi historykami i krytykami literatury, którzy w latach
stalinizmu dokonali heroicznego wyboru - zamilkli. My korzystaliśmy
już z łaski późnego urodzenia. To jest termin wymyślony przez
Niemców. Wie pani?
Nie wiedziałam.
Dużo łatwiej być porządnym człowiekiem, jeśli zostało się
obdarzonym łaską póŹnego urodzenia.
Powiem pani coś, co może się wydać absurdalne. Ja Marcem
byłem przerażony, ale Marzec był dla mnie także przeżyciem
pozytywnym, jak potem stan wojenny. Momentami wręcz był przeżyciem
budującym. Dzięki IBL-
-owi. Czułem się członkiem społeczności, która znalazła się
w tej samej sytuacji co ja. My wszyscy, moi zwierzchnicy oraz
moi starsi i młodsi koledzy, musieliśmy znosić to samo, te
same szykany, podobny strach. Niezależnie od tego, czy ktoś
z nas był w partii, czy w partii nie był. Czy miał takich
przodków, czy innych. No, prawie wszyscy, bez paru osób, które
to, co się w Polsce działo, aprobowały.
Ile osób z IBL-u wyjechało?
Nie wiem, jedna, dwie. Wyjechał mój kolega Samuel Sandler,
historyk literatury. Z żoną i córką. W PRL-u był mocno partyjny.
Komunistą został w łódzkim getcie, miał wtedy 18 lat. W łódzkim
było chyba jeszcze gorzej niż w warszawskim. Mogę go zrozumieć.
Mówił, że wyjeżdża dla córki. Bał się o nią, nie chciał,
by w Polsce Ludowej była żydowskim pariasem.
Pariasem?
Bał się. W Marcu strach był wieloraki. Mój - gdybym go porównał
do strachu innych - był chyba dużo mniejszy. Jeśli uczucie
strachu w ogóle podlega stopniowaniu. Mój ojciec był skromnym
urzędnikiem na mało płatnej posadce, moja matka zajmowała
się domem, a ja wprawdzie wydałem już dwie książki, ale były
to książki naukowe: o poetyce Tuwima i o przemianach powieści
w XX wieku. Byłem osobą mało znaną, niepartyjną, nosiłem polskie
nazwisko. Najbardziej moim zdaniem bali się komuniści pochodzenia
żydowskiego z przedwojennej KPP, ci, którzy aktywnie uczestniczyli
w budowaniu stalinizmu w Polsce Ludowej, i ci, którzy w PRL-u
zajmowali ważne stanowiska partyjne i państwowe.
Nie chciał Pan wyjechać?
Nie. Nigdy nie myślałem o emigracji.
Nie namawiano?
Kto miałby namawiać?
Znajomi.
Nie, nie, nikt mnie nie namawiał. Na Dworcu Gdańskim, skąd
odjeżdżali, byłem tylko dwa razy. Raz żegnając Sandlera, a
drugi - moją ciotkę.
Tę partyjną?
Tak, tak. Nabrała do komuny wstrętu. Nikt w rodzinie nie
był tak antykomunistyczny jak ona. Śmieszne to było. Wyjechali
do Szwecji. Piotr miał 30 lat, był chemikiem, pracował w jakimś
laboratorium. Teraz, po 35 latach, napisał tom opowiadań,
zatytułował go "Nietutejszy".
Nietutejszy w Szwecji?
Wyjeżdżając z Polski, został, myślę, wysadzony z siodła.
To jest formuła z zapomnianej dzisiaj powieści Antoniego Sygietyńskiego
o XIX-wiecznych szlachcicach, którzy utracili majątki i dwory.
Przez co pozbawiono ich świata, z którym się zrośli. Piotr
często tu teraz przyjeżdża, jego dzieci dobrze mówią po polsku.
Chyba nie umiałbym żyć poza Polską.
Mówiono mi, że na Dworzec Gdański przybiegł któregoś razu
Józef Kuśmierek, nieżyjący już dziennikarz, lekko na gazie,
i krzycząc na cały dworzec, pytał: z którego peronu odchodzi
pociąg do Treblinki?
Przesada.
Ale oddaje nastrój tamtych wyjazdów. Przygnębiający. Tam
ludzie żegnali się ze sobą - myśląc, że na zawsze. Choć...
jak patrzyłem na starszych ludzi, którzy ustrój komunistyczny
w Polsce budowali, a potem w charakterze biednych ofiar stąd
wyjeżdżali, ich postawa wydawała mi się moralnie dwuznaczna.
Emigracja marcowa od początku budziła we mnie wątpliwości.
Nie powinni byli wyjeżdżać?
Nie powinni. Roman Zimand powiedział mi... Zacytuję dosłownie,
przepraszam, że zabrzmi to wulgarnie: człowiek nie ma prawa
uciekać z miejsca, gdzie nasrał.
Krzysztof Wolicki też tak uważał.
Obaj byli za młodu fanatykami komunizmu. Ja Zimanda z tamtego
czasu nie znałem. Wiem, że w okresie stalinowskim był postrachem
Uniwersytetu Warszawskiego. Miałem szczęście, poznałem go
po 1958 roku, kiedy był już innym człowiekiem. Przyjaźniłem
się z nim. Dla niego Marzec był osobistym dramatem. Wyjechała
do Francji matka jego córki, zabrała dziecko, dziewczynka
miała dziesięć lat. On został. Angażując się w liczne ruchy
opozycyjne, które ten ustrój - kiedyś tak przez niego popierany
- mogłyby obalić lub skruszyć. Niezwykle go za taką postawę
szanuję i cenię.
Nie żałował?
Chyba nie.
Jest świetny pamiętnik rosyjskiej działaczki komunistycznej
Eugenii Ginsburg. Według niej w ZSRR do 1937 roku wszystko
było w porządeczku. Pracowała na uniwersytecie jako romanistka,
jej mąż był I sekretarzem partii w Kazaniu i żadnego terroru
nie dostrzegała. Straszność zaczęła się dopiero wtedy, kiedy
Stalin uderzył w nich, kiedy zabito jej męża, a ją zesłano
na Workutę. Podobnie było z wieloma osobami z emigracji marcowej.
Oni do PRL-u wstręt poczuli dopiero wtedy, gdy nagle stali
się ofiarami systemu, który wcześniej z zapałem tworzyli.
Bardzo to charakterystyczna reakcja ludzi o przeszłości komunistycznej.
Dla mnie nie do przyjęcia.
We wspomnieniach Andrzeja Walickiego przeczytałem niedawno
o Helenie Widerszpil. W czasach stalinowskich studiowała rusycystykę
i była partyjnym postrachem Wydziału Filologicznego UW. Też
znałem jej nazwisko. Wszyscy się jej bali. Janusz Szpotański,
znany satyryk, wtedy student rusycystyki, wyobraził sobie,
że umarła, i napisał wierszyk o jej pogrzebie. Są w nim słowa:
"a nad grobem Widerszpili cicho kwili Dżugaszwili".
Ta pani także wyemigrowała z Polski jako biedna ofiara reżimu.
Ale gdyby...
To prawda. Gdyby nie była Żydówką, nie byłaby prawdopodobnie
ofiarą reżimu.
W 1968 roku. Bo wcześniej...?
Wcześniej myślę, że wiele osób skrzywdziła. Przecież różne
prominentne osoby, które w Marcu zostały odrzucone przez system
jako Żydzi, ten ustrój współtworzyły. I o tym, nagle, zapomniały.
Niepamiętanie o własnej przeszłości jest w ogóle ciekawym
zjawiskiem. Wyjeżdżając za granicę, czasami ich spotykałem,
słuchałem ich rozmów. Oni do Polski czuli nienawiść i miłość.
Ale to były też często wspomnienia byłych właścicieli Polski
Ludowej, którzy nagle przypomnieli sobie, że są Żydami, i
zauważyli, że w Polsce mówi się antysemickim językiem.
Bo się mówi.
Ale w ostatnich latach bardzo dużo zrobiono, by ten język
ograniczyć. Nieprawdopodobnie dużo. To zasługa przede wszystkich
pism katolickich: "Tygodnika Powszechnego", "Więzi".
Radia. W telewizji też sporo było filmów informujących, kim
są Żydzi, czym była Zagłada.
Co jest w naszym języku?
Roi się od eufemizmów, peryfraz. No wie pani, dużo tego.
Naprawdę dużo.
Mówi się: "To Żyd, ale porządny", prawda?
"Kupiłem u Żyda", "sprzedałem Żydowi"
itd. Żyd w tych zwrotach zawsze występuje w liczbie pojedynczej.
"Czy to prawda, że Głowiński przyznał się, iż był w
getcie". Rozumie pani?
Nie.
Tak powiedziała moja znajoma, jedna do drugiej, kiedy wydałem
"Czarne sezony". Przyznał się! Przecież przyznać
się można do winy?! Gdy popełniło się jakąś zbrodnię, przestępstwo,
wykroczenie. Słowo "przyznać się" funkcjonuje też
w kontekście "przyznał się, że jest Żydem". Ja "Czarne
sezony" pisałem do szuflady. Z myślą, żeby wydali po
mojej śmierci. Dopiero pod koniec lat 90. jednemu z moich
przyjaciół pokazałem dwa lub trzy pierwsze teksty, a on: nie
kiś tego w szufladzie. Posłuchałem go. Wyszedłem z piwnicy.
Przestałem się bać. Mogę wreszcie mówić o sobie publicznie.
Co jest w tym języku?
W Ameryce nikomu do głowy by nie przyszło, by o Polonii amerykańskiej
mówić jako o gościach Stanów Zjednoczonych. Tam oni są pełnoprawnymi
obywatelami.
A u nas stale jest "gościnna polska ziemia", "Żydzi
znaleźli tu schronienie".
Dostojnicy kościelni też go używają. To jest zbitka językowa
wypływająca z podświadomego prawdopodobnie przekonania, że
Żydzi jednak na ziemi polskiej nie do końca są swoi, że przynajmniej
trochę są obcy. I z podświadomej być może chęci, by zaakcentować
tradycję tolerancji zapoczątkowaną przez królów polskich,
którzy Żydom wygnanym z zachodniej Europy udzielili gościny.
Jednak o gościnności Polaków i ich tolerancji nie mówi się
w kontekście Tatarów, którzy w XV wieku osiedlili się na ziemiach
Rzeczpospolitej i zachowali swoją religię, nie mówi o Niemcach
- luteranach, Holendrach, Litwinach, Czechach. Mówi się wyłącznie
o Żydach.
Odruchowo. Powielając stereotypy tkwiące w języku. Bez zastanowienia
się, czy mają one sens. Bo myśląc logicznie, czy o społeczności,
która od co najmniej sześciu wieków żyje na terenach polskich,
można powiedzieć, że są gośćmi, że są niezakorzenieni, że
są obcy? Czy jest w ogóle jakaś czasowa granica, która o ich
zakorzenieniu przesądzi?
W 1983 roku miałem komplikacje zdrowotne i znalazłem się
w szpitalu. Był tam pacjent, elegancki pan koło czterdziestki.
Odkrył we mnie inteligenta i chciał sobie pogadać. Żydzi byli
jego ulubionym tematem. W pewnym momencie powiedział: proszę
pana, Hitler był łobuzem, to wiadomo, prześladował naród polski,
ale jedną rzecz zrobił dobrą - załatwił za nas problem żydowski
i dzięki niemu w Polsce nie mamy prawie Żydów. Powiedział:
załatwił!
Wytłumaczył mu Pan, co znaczyło wtedy słowo "załatwić"?
Nie, nie. Przecież to był człowiek z wyższym wykształceniem,
prawnik, z pozoru kulturalny. Unikałem go tylko, nie chciałem
się kłócić.
A może trzeba było powiedzieć.
Raz powiedziałem. W 1990 roku w poczekalni u fryzjera, do
młodego chłopaka: Pan tak autorytatywnie wypowiada się na
temat Żydów, to chcę pana zapytać, czy pan zna choć jednego
Żyda, czy pan go widział? I on mi odpowiedział: Trzech, ohydni
faceci, przeszkadzają mi w biznesie. On po prostu uznał, że
każdy jego konkurent musi być Żydem. To wcale nie musieli
być Żydzi. Przecież w ludowej definicji Żyd to ten, którego
ja nie lubię, ten, który mi przeszkadza, z którym nie chcę
mieć kontaktu. Zapytałem go więc: Proszę pana, a jak by pan
zareagował, gdyby jakiś Żyd gadał o Polakach jako o ohydnym
narodzie, bo zna trzech i są okropnymi facetami. I on mi na
to rzekł: A, to co innego. To mu powiedziałem: Niech pan przestanie,
jestem Żydem, nie chcę tego słuchać.
I zamilkł?
Tak, tak. Siedziałem na fotelu fryzjerskim i w lustrze widziałem,
że przygląda mi się. Może po raz pierwszy zobaczył prawdziwego
Żyda?
Zbliżają się wybory, zobaczy więcej.
No tak, u nas kandydatom na posła czy senatora, kiedy wystawia
się świadectwo, że nie jest Żydem, to tak jakby mu się dawało
świadectwo moralności. Mnie to śmieszy.
Mnie nie.
Bardziej irytuje mnie inna postawa. Antybolszewicki bolszewizm.
Polega na stężonej i spotęgowanej nienawiści do każdego, kto
myśli o sprawach publicznych inaczej. Polega na propagowaniu
i zachęcaniu do linczów. Coś pani pokażę. "Aktem założycielskim
wolnego państwa polskiego w roku 1989 powinno być wieszanie
na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, przed Świętą Anną
i przed Pałacem Staszica - właśnie to się od nas naszym wrogom
należało. Można oczywiście powiedzieć, że wieszanie w czasie
Insurekcji Kościuszkowskiej oraz w czasie Powstania Listopadowego
nic Polakom nie dało - poza poczuciem dobrze spełnionego patriotycznego
obowiązku. Ale to dlatego, że to były wieszania nieudane i
cząstkowe, a nie totalne". To są słowa poety Jarosława
Marka Rymkiewicza zamieszczone w 60. numerze krakowskiego
pisma "Arkana". Ten typ antybolszewickiego bolszewizmu
jest czymś tak skandalicznym i odrażającym, że słów mi brakuje.
Po prostu brakuje.
Michał Glowinski, profesor historii literatury polskiej związany
z Instytutem Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk, zajmował
się głównie poetyką ("Prace wybrane", wyd. Kraków
1997-2000). W latach sześćdziesiątych zajął się językiem propagandy
komunistycznej (kilka książek z tej dziedziny opublikował
począwszy od l990 roku). Miedzy innymi, w ostatnich latach
ogłosił tom wspomnień Czarne sezony (zapowiadany jest przekład
angielski w North Western University Press w Evanston),.opublikował
tez kilka książek o charakterze literackim: "Przywidzenia
i figury" (1998), "Magdalenka z razowego chleba"
(2001), "Historia jednej topoli i inne opowieści"
(2003), kolejna powinna się ukazać za kilka miesięcy.
Teresa Toruńska, wybitna dziennikarka, specjalizująca się
w wywiadach dla prasy i telewizji, związana z "Gazetą
Wyborczą", autorka przełożonej na kilka jezyków książki
"ONI" (1985), będącej cyklem rozmów z przywódcami
partyjnymi, wprowadzającymi w Polsce po roku 1945 komunizm
(nowe wydanie, znacznie uzupełnione, także o zdjęcia, ukazało
się w roku 2004).
|