E-mail

English






Kiedy wypłaczesz wszystkie łzy

Amos Oz

rozmowa Miłady Jędrysik z Amosem Ozem

Gazeta Wyborcza, 27-maja 2005

Zdolność do śmiania się z samego siebie jest tym, co czyni różnicę między fanatykiem i resztą. Fanatyk tego nie potrafi. Ja nauczyłem się śmiać - na drugim końcu cierpienia, bólu, straty - mówi wybitny izraelski pisarz Amos Oz w rozmowie z Miładą Jędrysik

Miłada Jędrysik: Dzisiejszy Izrael jest fascynującą mozaiką etniczną i kulturową. Mieszkają tu ortodoksi i ci, którzy są przywiązani do idei świeckości, ludzie z Bliskiego Wschodu i z Europy albo USA, o jasnej i ciemnej skórze, "jastrzębie" i "gołębie". Jest między nimi wiele napięć - jedni domagają się przestrzegania szabatu, inni chcieliby móc kupić szynkę w sobotę, jedni chcą oddać Gazę i Zachodni Brzeg Palestyńczykom, inni nie chcą o tym słyszeć.

Amos Oz: Ale ja wcale nie chcę, żeby społeczeństwo było jednolite. Dopóki nie dochodzi do przemocy, niech pozostanie mozaiką, seminarium na otwartym powietrzu. Proszę to, co teraz powiem, przyjąć z uśmiechem: Izrael nie jest krajem, a Izraelczycy nie są narodem. To zbiorowisko gniewnych argumentów. Każdy tu krzyczy, przekrzykuje się nawzajem. Mało kto słucha. Każdy jest premierem, prorokiem, mesjaszem. I każdy ma do nowego i do starego kraju - tego, z którego przyjechał - stosunek pełen miłości i nienawiści.

Pełno tu kulturowych iskrzeń pod wysokim napięciem. Nawet problem rozdziału Synagogi od państwa pozostanie nierozwiązany jeszcze przez 150 lat, a potem jakoś damy sobie z tym radę. Wcale mi się nie śpieszy, żeby zobaczyć koniec tych wszystkich różnic, lubię tę anarchistyczną atmosferę.

Chyba Żydzi zarazili się nią od Polaków przez długie lata życia obok siebie. Albo odwrotnie.

- Jest między naszymi narodami wiele podobieństw. Jedyna różnica jest taka, że Żydzi nigdy nie mieli papieża. Ale z prostego powodu: gdyby ktoś ogłosił się żydowskim papieżem, każdy podchodziłby do niego na ulicy, klepał w ramię i mówił: "Cześć, papieżu, my się nie znamy, ale twój dziadek i mój wujek robili razem interesy w Łodzi albo w Casablance. Bądź więc przez pięć minut cicho i pozwól mi powiedzieć, czego Bóg naprawdę od nas chce".

Tutaj każdy wie lepiej. To ten anarchistyczny gen, który istniał w nas już za biblijnych czasów, kiedy prorocy kłócili się z Bogiem. Abraham targował się o los Sodomy jak handlarz używaną odzieżą; o to, ilu sprawiedliwych trzeba, żeby została uratowana.

Wychowywał się Pan w Jerozolimie w latach 40., gdy marzeniem - i celem - Żydów było utworzenie własnego państwa. A do tego potrzebna była bohaterska legenda. I w szkole, i w domu słuchał Pan o syjonizmie, o pionierach uprawiających ziemię Izraela, o Nowych Hebrajczykach - silnych, odważnych, prawdziwych Lwach Syjonu. Te przekonania doprowadziły kilkuletniego Amosa do nierozważnej brawury i skrzywdzenia arabskiego rówieśnika, któremu strzaskał Pan stopę. Teraz jest Pan jednym z najbardziej znanych przeciwników nacjonalistycznej i ekspansywnej polityki Izraela, zwolennikiem powstania państwa palestyńskiego. Czy długo musiał Pan do tego dojrzewać?

- Jako dziecko byłem uosobieniem politycznej niepoprawności: szowinista, nacjonalista, macho. Mogłem takim pozostać, ale w pewnym momencie nauczyłem się, jak się z siebie śmiać. Zdolność do śmiania się z samego siebie jest tym, co czyni różnicę pomiędzy fanatykiem i resztą. Fanatyk nigdy się nie śmieje z siebie, nigdy nie śmieje się swobodnie, może co najwyżej być sarkastyczny. Ja nauczyłem się śmiać - na drugim końcu cierpienia, bólu, straty. Jak mówiła moja babcia: "Jeśli wypłaczesz już wszystkie swoje łzy, zacznij się śmiać". To powoduje, że wszystko dla mnie jest relatywne: idee, rozwiązania polityczne, ideologie, tradycje literackie. Wszystko, oprócz ludzkiego cierpienia i bólu.

To pewnie też nauka Pana dziadka, który zwykł mawiać: "Nie powinno się organizować świata według książek".

- I za to powiedzenie zasługuje, żeby zostać papieżem. Jeden z włoskich krytyków napisał, że to zdanie powinno być wyryte wielkimi zgłoskami na Ścianie Płaczu w Jerozolimie, na Czarnym Kamieniu w Mekce i w Bazylice św. Piotra. Jest w nim ostrzeżenie pod adresem tych wszystkich, którzy próbują zmienić świat.

Ja też próbuję, nie jestem zadowolony ze status quo, mam swoje idee, jestem politycznie aktywny. Jednak zawsze przypominam sobie: bądź ostrożny, bądź przygotowany na to, żeby się śmiać z własnych pomysłów.

Wydana właśnie w Polsce Pańska "Opowieść o miłości i mroku" jest książką o Pana dzieciństwie, ale także o dzieciństwie państwa Izrael. Kiedy Pan uczył się składać pierwsze słowa w zdanie, Izrael uczył się swego nowego-starego języka hebrajskiego. Pańscy dziadkowie, którzy posługiwali się jidysz, rosyjskim i polskim, nigdy się go do końca nie nauczyli. W latach 40. nie istniały jeszcze określenia na wiele podstawowych rzeczy, a jeśli chodzi o literaturę, hebrajski nadawał się do heroiczno-biblijnych opowieści, ale trudno było przekraczać te tradycyjne granice. Czy dziś hebrajski dojrzał, czy jest już na tyle elastyczny, żeby pisać chociażby tak, jak robi to po polsku Dorota Masłowska?

- Moje pokolenie jest właściwie pierwszym, dla którego hebrajski to język ojczysty. Nawiasem mówiąc, nie został zrewitalizowany do celów syjonistycznych, ale z powodu czysto praktycznej konieczności: kiedy do Izraela przybyli pierwsi emigranci z Niemiec, Polski czy Węgier, zetknęli się z żydowskimi mieszkańcami Jerozolimy, którzy żyli tam od tysięcy lat. I żeby móc się porozumieć, zaczęto zaglądać do modlitewników. Dzisiaj coś takiego by się nie zdarzyło, bo każdy zna trochę angielski, ale gdyby sto lat temu tysiąc wykształconych rzymskich katolików różnych nacji znalazło się razem na wyspie, to z konieczności odżyłaby łacina - trzeba by poprosić o wodę, zapytać o toaletę. To właśnie zdarzyło się w Jerozolimie.

A dzisiaj? Gdy kilka godzin temu leciałem do Polski na pokładzie samolotu El Al, zaproszono mnie do kokpitu, gdzie piloci rozmawiali ze sobą po hebrajsku. Pomyślałem sobie: mój Boże, ci ludzie kierują boeingiem 737, posługując się łaciną, i udaje im się to. Porozumiewając się w tym języku, przeprowadzają operacje serca, wystrzeliwują na orbitę satelity. To dla mnie prawdziwy cud.

Dzisiejszy hebrajski jest mniej więcej jak elżbietański angielski. To wybuchający wulkan, wspaniały instrument muzyczny - choć niełatwy. Cieszę się, że pracuję w hebrajskim - nie jestem szowinistą, jeśli chodzi o mój kraj, ale język jest dla mnie instrumentem, na którym gram.

Pana stryjeczny dziadek Josef Klausner był jednym z wielkich "wynalazców" współczesnego hebrajskiego. Jak przebiegał ten proces tworzenia nowoczesnego języka? Kiedy nie było odpowiedniego słowa, wedle jakich kryteriów się je tworzyło?

- Dodając przedrostki i przyrostki do starożytnych słów i zamieniając je w słowa nowoczesne. Hebrajskie słowo określające komputer pochodzi od machszawa - myśl, które znamy z Biblii, i od słowa la-chaszow - myśleć, również biblijnego. A więc komputer, machszew, to coś jak „myślarka”. Czasami też braliśmy po prostu słowa europejskie - telefon to telefon, telewizja to telewizja.

Kilka lat temu pisał Pan o konflikcie palestyńsko-izraelskim: "Rysa w izraelskim społeczeństwie jest związana z wewnętrzną kwestią: kim jesteśmy, jaki jest sens i cel istnienia państwa Izrael; dokąd zmierzamy, co jest, a co nie jest możliwe; co możemy, a czego nie możemy oraz, co najistotniejsze, kim chcemy być". Czy ostatnie wydarzenia, decyzja o wycofaniu się Izraela ze Strefy Gazy, którą podjął jeszcze niedawno czołowy "jastrząb" premier Ariel Szaron, jest świadectwem, że Izrael jako państwo wreszcie osiągnął dojrzałość?

- Myślę, że i Izraelczycy, i Palestyńczycy zaczęli zdawać sobie sprawę, że nie mogą zrealizować wszystkich swoich marzeń. Tak, to oznacza dojrzałość. Po obu stronach. Bo nie wystarczy, żeby tylko Izraelczycy dojrzeli. Jest takie wspaniałe arabskie przysłowie: "Nie możesz klaskać jedną ręką". Dzisiaj i w Izraelu, i w Palestynie ludzie doszli do nieuniknionego wniosku, że musimy dojść do kompromisu. Jednak kompromis to nie znaczy nadstawić wrogowi drugi policzek. Nie znaczy też: weź wszystko i w zamian mnie kochaj. My możemy dostać tylko część z tego, czego chcemy, tak samo jak Palestyńczycy. Wtedy staniemy się najbliższymi sąsiadami - mniej więcej jak Czesi i Słowacy po swoim rozwodzie, tylko z tą różnicą, że oni doszli do tego bez przemocy.

Większość ludzi po jednej i po drugiej stronie wie, że to się musi zdarzyć. Będzie to trudne, bo palestyńscy i izraelscy fanatycy będą robić, co się da, żeby opóźnić to kompromisowe rozwiązanie. Nie lekceważę czynnika przemocy, złości, rozpaczy, ale niezależnie od tego, co oni zrobią, na koniec dnia sąsiadem Izraela będzie państwo palestyńskie, z którym Izrael nie będzie żył w idylli, ale w pokoju.

Można zrozumieć złość i rozpacz żydowskich osadników ze Strefy Gazy, którzy muszą zostawić za sobą dorobek całego życia. Jednak czy oni są bardziej ofiarami, czy winnymi? Nikt ich przecież do Gazy nie ciągnął siłą, pojechali tam, wierząc w syjonistyczną ideologię.

- Nie można generalizować. Jest "twarde jądro" osadników kierujących się ideologią, tych, którzy usilnie dążyli do zasiedlenia Gazy. Ale są też tysiące ludzi, których zwiodły poprzednie izraelskie rządy - muszę z przykrością powiedzieć, że również lewicowe - które zachęcały do osadnictwa na Terytoriach Okupowanych. Teraz ich życie zmienia się w tragedię. Dlatego nie mogę nienawidzić tych ludzi ani nimi pogardzać. Ale jeśli na jednej szali położymy utratę domu, a na drugiej - utratę dziecka, to łatwiej jest stracić dom niż dziecko. I nie zapominajmy, że setki tysięcy Palestyńczyków straciły swoje domy w 1948 r.

Jak Pan ocenia to, co robi Szaron? Może go przeceniam, ale dla mnie to wręcz szekspirowska postać - ktoś, kto musiał się w imię nowo nabytego pragmatyzmu wyrzec tego, w co wierzył przez całe życie.

- Nie będę go oceniać, ale będę popierać to, co robi. Nie mogę oceniać, bo nie wiem, co on naprawdę zamierza - nie jest wykluczone, że chce oddać Gazę, żeby zatrzymać Zachodni Brzeg. Wiem tylko, że to, co robi teraz, to krok w dobrą stronę. I póki będzie szedł w tym kierunku, póty będzie miał poparcie moje i całego ruchu pokojowego w Izraelu.

Pańska "Opowieść o miłości i mroku" nosi podtytuł "Powieść autobiograficzna". Opisuje Pan swoje najmłodsze lata w Jerozolimie i rodzinną tragedię - samobójstwo matki, rozpacz 12-letniego chłopca. Czymś w rodzaju motta jest dla Pana cytat z Rico Danona, bohatera Pana książki "To samo morze": "Każdy narodzony z niewiasty niesie na barkach własnych rodziców. Nie, nie na barkach. W swoim wnętrzu". W Pana przypadku to brzemię było szczególnie ciężkie - w wieku 15 lat opuścił Pan ojca i wyjechał do kibucu, przez lata nie rozmawiał z nikim o śmierci matki. Jak udało się Panu wreszcie pogodzić się z tym ciężarem?

- Rzeczywiście było mi bardzo trudno zawrzeć pokój z moimi rodzicami i resztą rodziny, z Jerozolimą, w której się urodziłem i gdzie dorastałem. Jednak zrobiłem to jeszcze, zanim zabrałem się do pisania tej książki - gdy stałem się wystarczająco stary, żeby zobaczyć moich rodziców w moich dzieciach. Gdy zacząłem pisać, moje córki były mniej więcej w tym wieku, w jakim byli moi rodzice w tragicznym roku 1951, kiedy moja matka popełniła samobójstwo, a ojciec wszedł w swoją smugę cienia. Patrzyłem więc na nich nie jak dziecko na swoich rodziców, ale jak rodzic na dzieci. Nie ze złością, ale ze współczuciem, humorem, empatią - i przede wszystkim z ciekawością.

Nie byłem już zainteresowany tym, kto jest winny. Nie zastanawiałem się więcej, jaką to niesprawiedliwość matka mi wyrządziła, się zabijając. Zamiast tego stałem się nieskończenie ciekawy ich życia, ale tej ciekawości towarzyszył uśmiech, a nie zaciśnięte zęby. Pisałem więc z przekonaniem, że tragedia i komedia są w rzeczywistości tym samym, że moi rodzice - obydwoje - byli niedojrzali, niegotowi na małżeństwo, niegotowi na rodzicielstwo. Chciałbym móc ich tego nauczyć. W pewien sposób ta książka jest próbą powiedzenia im: w porządku, trudno, było, co było, teraz usiądźmy i pogadajmy.

Czy oni zgodzili się na taką rozmowę?

- O tak. W przeciwnym razie nic bym nie napisał. To było jak zaproszenie zmarłych do domu, jak rozmowa przy obiedzie na tematy, o których nigdy nie mówiliśmy, kiedy byli żywi. Przedstawiłem ich sobie nawzajem - rodziców, moją żonę i dzieci - ale nie chciałem, żeby zmarli zamieszkali w moim domu. To była tylko wizyta. Nie chcę mieszkać wśród duchów.

Jest na początku książki prowokacyjny rozdział, który ostrzega: napalony dziennikarz i kiepski czytelnik zawsze chcą się dowiedzieć, w jakiej mierze fabuła zawiera wątki autobiograficzne. Tymczasem - pisze Pan - sedno opowieści nie zawiera się w przestrzeni pomiędzy autorem i tekstem, ale przede wszystkim pomiędzy tekstem a czytelnikiem. A więc: czytelniku, uwaga, nie daj się zwieść, to nie jest wcale moja autobiografia. Jest twoja. Czy tak?

- Ten podtytuł "Powieść autobiograficzna" umieściło polskie wydawnictwo; nie ma go w oryginale. Duża część książki nie jest oparta na faktach, których przecież nie znałem. Gdybym musiał opisać, co 120 lat temu w Równem na Wołyniu działo się w łóżku pomiędzy moim prapradziadkiem i praprababką, nie mógłbym ich o to spytać. Jedynym sposobem, żeby napisać o ich seksualnych doświadczeniach, było skonsultowanie się z moimi genami i zapytanie ich, co się tam wtedy stało. A one mi odpowiedziały, bo to przecież te same geny.

W tym rozdziale mówię po prostu czytelnikowi: na miłość boską, zapomnij o plotce. To strata czasu, to całe zastanawianie się, co z tej historii jest prawdą, a co nie. Spójrz na siebie, zapytaj się o swoje własne życie, porozmawiaj ze swoimi rodzicami, z dziadkami, nie tylko z moimi. Nawet jeśli nie żyją.

Napisał Pan w książce, że nie zdecydował się Pan nigdy pojechać do Równego, miasta swojej matki, żeby nie zniszczyć tego wyobrażenia o nim, które ona i jej siostra Sonia Panu przekazały. Od czasu jej napisania minęły cztery lata. Czy w końcu Pan tam pojechał?

- Ja nie, ale moja żona tak; przywiozła zdjęcia. Dom moich dziadków jeszcze stoi, ale dobudowano do niego dwa okropne skrzydła i jest podzielony na pięć mieszkań. Żona zatelefonowała stamtąd do Soni, która opuściła ten dom w 1938 r. jako młoda dziewczyna.

To Sonia jeszcze żyje?

- Jak najbardziej. Czyta bez okularów, nie tak jak my.

Po powrocie żona powiedziała mi: "Nie jedź tam. Już nic nie jest takie jak przedtem". Więc nie wiem, czy pojadę. Mam teraz wrażenie, że jedynym liczącym się Równem jest to Równe z książki.


Nietrudno zrozumieć nostalgię Soni. Nawet jeśli opuściła Równe, wówczas w granicach Polski, uciekając przed antysemityzmem - jest to dla niej miasto jej młodości. Czy dla Pana pokolenia, dla młodszych pokoleń Równe, Wilno, Odessa jeszcze coś znaczą?

- Nadal jesteśmy zafascynowani europejskim krajobrazem. To nie jest z naszej strony nostalgia, raczej bardziej skomplikowane uczucia, ale na pewno jest w nich wiele fascynacji. Ten związek nie znika szybko - dzieci słuchają kołysanek, bajek z krajów swoich przodków. Tak samo jest w przypadku Żydów, którzy przyjechali do Izraela z krajów arabskich: mają te same złożone uczucia w stosunku do Iraku, Maroka, Jemenu, mimo że zostali stamtąd wypędzeni.

Dlatego myślę, że jeszcze przez długi czas nie powinno być standardowych stosunków pomiędzy Polską i Izraelem. Powinny one być intensywniejsze i głębsze, bardziej interesujące. Normalne stosunki Polska może mieć na przykład z Nową Zelandią.

A tymczasem co roku w okolicach Marszu Żywych powtarza się dyskusja, że to nie jest dobrze, gdy żydowska młodzież przyjeżdża tylko do Auschwitz i postrzega Polskę jako kraj komór gazowych i antysemityzmu.

- Od samego początku byłem bardzo krytyczny w stosunku do Marszu Żywych. Nigdy sam nie pojechałem do Auschwitz, bo to jest miejsce niemieckie, nie żydowskie i nie polskie, choć zbudowane na polskiej ziemi. Jest pełne żydowskich wspomnień, ale to twór niemieckiego "geniuszu". To nie znaczy, że w stosunkach żydowsko-polskich panował zawsze miodowy miesiąc, ale byłoby ze strony Izraelczyków wielkim błędem, gdyby w swoim dialogu z Polską odwoływali się tylko do Auschwitz.

Trzeba zawsze pamiętać, że Polska jak żaden inny kraj w Europie otworzyła swoje podwoje Żydom, gdy nie mieli dokąd pójść. Otworzyła i może potem tego żałowała - to bardzo skomplikowana historia. Byłoby jednak wielką stratą, gdyby pamiętać tylko Auschwitz i pogromy. Dla Żydów i dla Polaków jest szalenie ważne, żeby ich pamięć nie była pamięcią, która dzieli, pamięcią sentymentalną, ale złożoną, bo dotyczy bardzo złożonej historii.

Polska cywilizacja nie byłaby tym, czym jest, bez Żydów i także żydowska cywilizacja nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie Polacy. Jesteśmy jak rozwiedzione małżeństwo - jeśli patrzymy w przeszłość, było źle, ale nie zawsze katastrofalnie. Teraz czas, by spojrzeć na nią z ciekawością, a nie ze złością ani z poczuciem mea culpa. Potrzebne jest bardziej analityczne podejście. Ale to mają być stosunki polsko-żydowskie, a nie żydowsko-niemieckie.

To się powoli zmienia - coraz więcej polskiej młodzieży bierze udział w Marszu Żywych, może ułatwi to młodym Polakom i Żydom znalezienie wspólnej pamięci?

- Ale może powinni pojechać razem do innych miejsc związanych z bolesną polsko-żydowską przeszłością?

Rozmawiała Miłada Jędrysik

*Amos Oz (pierwotne nazwisko Klausner) - pisarz, eseista. Urodził się w 1939 r. w Jerozolimie, jego rodzice przybyli do Palestyny z Polski i Rosji. Od 15. roku życia przez 30 lat mieszkał w kibucu - pracował przy uprawie bawełny, a po ukończeniu literatury i filozofii na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie również uczył.

Zadebiutował w 1965 r. tomikiem opowiadań "Tam, gdzie wyją szakale", później wydał m.in. książki: "Mój Michał", "Dotknij wiatru, dotknij wody”, "Na Ziemi Izraela", "Czarna skrzynka", "Poznać kobietę", "To samo morze". Jego utwory przetłumaczono na 36 języków. W 1992 r. otrzymał pokojową Nagrodę Księgarzy Niemieckich, w 1997 r. został kawalerem francuskiej Legii Honorowej. W ostatnich latach jest wymieniany wśród kandydatów do Nagrody Nobla.

Sukces i rozgłos przyniosła mu zarówno proza literacka, jak i publicystyka polityczna, w której ten weteran wojny 1967 r. nawołuje do kompromisu z Palestyńczykami. Jest jednym z założycieli organizacji Pokój Teraz, która działa na rzecz zakończenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

"Opowieść o miłości i mroku" ukazała się w Izraelu w 2002 r. W Polsce opublikowało ją właśnie wydawnictwo Muza w przekładzie Leszka Kwiatkowskiego
rozmowa Miłady Jędrysik z Amosem Ozem