|
Zakładnicy stereotypów?
Agnieszka Magdziak-Miszewska
Więź, 20/04/2005
Czy stosunki polsko-żydowskie będą albo
też mogą być normalne - pyta redakcja "Więzi". Pierwsza,
instynktowna odpowiedź brzmi: nie będą, bo być nie mogą, bo
wcale nam na tym nie zależy Cóż to właściwie znaczy "normalne",
kiedy mówimy o stosunkach pomiędzy narodami? Najczęściej tyle
co "poprawne", czyli w gruncie rzeczy obojętne
Na tak postawione pytanie odpowiadam
zatem: normalność jest możliwa, przynajmniej w pewnych środowiskach.
Pod warunkiem, że zdamy sobie sprawę z tego, iż jesteśmy zaledwie
na początku drogi, że nic jeszcze nie jest przesądzone, i
że po obu stronach powinniśmy przygotować się na rozczarowania
i porażki wynikające czasem ze złej woli, częściej z instynktu
obronnego, a jeszcze częściej z ignorancji.
Monolog polsko-żydowski?
Mówiąc o stosunkach polsko-żydowskich,
zwykliśmy w Polsce używać słowa "dialog". Dialog
zakłada istnienie po obu stronach równoprawnych partnerów,
w równej mierze zainteresowanych wymianą poglądów, dyskusją,
której przedmiotem są subiektywne przekonania, ale także,
jeśli nie przede wszystkim, fakty. Bardzo długo uważałam,
że tak właśnie wygląda rzeczywistość. Bo też tak właśnie,
z mojej polskiej perspektywy wyglądała. Na licznych konferencjach
i spotkaniach dotyczących relacji pomiędzy judaizmem a chrześcijaństwem,
a także Polakami i Żydami, spotykałam partnerów, to znaczy
ludzi, którzy, choć często się ze mną nie zgadzali, byli,
tak samo jak ja, zainteresowani wymianą poglądów i równie
głęboko przekonani, że dialog jest ważny i konieczny. Wiele
czasu musiało upłynąć, nim zdałam sobie sprawę, że są to zazwyczaj
ci sami ludzie, znajdujący się, po obu stronach, na marginesie
głównych nurtów.
Praca w kancelarii premiera Jerzego
Buzka, w charakterze doradcy do spraw stosunków polsko-żydowskich,
pozwoliła mi dostrzec zupełnie inny poziom polsko-żydowskiego
dialogu, którego przedmiotem była gra interesów, w której
obie strony świadomie godziły się na polityczną instrumentalizację
tego, co zwykłam uważać za wartość samą w sobie. Nie chcę
przez to powiedzieć, że na tym poziomie dialog musi być nieuczciwy
i najczęściej nie jest, ale twierdzę, że jego uczestnicy muszą
brać przede wszystkim pod uwagę interes swojego państwa lub
grupy, którą reprezentują, co zasadniczo zmienia jego charakter.
Jedną z pierwszych wizyt w Nowym Jorku
złożyłam człowiekowi stojącemu na czele jednej z największych
i najstarszych żydowskich organizacji, który jako dziecko
został uratowany przez swoją polską opiekunkę. Długo mówiłam
o potrzebie dialogu, o konieczności zmiany formuły wyjazdów
żydowskiej młodzieży do Polski, a przede wszystkim włączenia
do programu spotkań z polskimi rówieśnikami. Mój rozmówca
uprzejmie mnie wysłuchał, a potem powiedział: rozumiem, że
wam to jest potrzebne, ale dlaczego my mielibyśmy być tym
zainteresowani?
W Polsce zwykliśmy uważać, że nasz kraj
jest i zawsze będzie niezwykle dla Żydów ważny. Nie tylko
dlatego, że jest największym żydowskim cmentarzem. Polin to
przecież miejsce narodzin niezwykłej, różnorodnej żydowskiej
cywilizacji1. I, jak przekonująco mówił do żydowskich słuchaczy
zgromadzonych w nowojorskim konsulacie dr Michael Steinlauf,
tych korzeni nie można po prostu odciąć, bo oznaczałoby to
odcięcie się od najwspanialszej części żydowskiej kultury,
jaka kiedykolwiek powstała w diasporze. "Wszyscy jesteśmy
jej spadkobiercami" - powiedział Steinlauf. "To
prawda - odpowiedział jeden ze słuchaczy - ale po co nam do
tego Polacy?"
Ludziom, którzy w Polsce zajmują się
odkrywaniem żydowskiej historii, odpowiedź na to pytanie wydaje
się zazwyczaj oczywista i pewnie zdziwiliby się, że w ogóle
można je zadać. Nam ten dialog jest potrzebny także po to,
by odkryć i zrozumieć samych siebie. My nie możemy, choćby
raz w życiu, nie zadać sobie pytania, jaka byłaby nasza ojczyzna,
gdyby nie było Zagłady. Żydowskie spojrzenie jest inne, bo
wspomnienia rodzinnych stron własnych, rodziców czy dziadków,
nawet jeśli są (sprzed Zagłady) dobre - co nie tak rzadko
się zdarza - nieuchronnie przypomina im o zamordowanych. Od
tego nie można uciec. A dla przetrwania pamięci i tradycji
Polin dialog z Polakami nie jest warunkiem koniecznym. Nawet
jeśli ma się świadomość, że ta kultura nie powstała w próżni.
Ale jednak, wbrew tytułowi tego podrozdziału (i oczywiście
tytułowi całej książki Grynberga - "Monolog polsko-żydowski"),
coraz częściej zdarza się, że zaczynamy rozmawiać.
W rok po naszej pierwszej rozmowie
mój rozmówca z dużej żydowskiej organizacji nieoczekiwanie
do mnie zadzwonił. "Już wiem - powiedział - dlaczego
dialog z wami jest jednak dla nas ważny". Doskonale zdaję
sobie sprawę, że jego decyzja o potrzebie dialogu z Polakami
ma motywy polityczne, że na jej podjęcie mają wpływ i stosunki
polsko-amerykańskie po 11 września, i polsko-izraelskie, i
wzrost antysemityzmu w Europie Zachodniej, i polskie członkostwo
w UE. Nie zmienia to jednak faktu, że coraz częściej jestem
zapraszana na spotkania z młodzieżą wyjeżdżającą do Polski,
a grupy z jego organizacji uczestniczące w Marszu Żywych,
podobnie jak z American Jewish Committee, spotykają się ze
swoimi polskimi rówieśnikami.
Coraz częściej chcą rozmawiać ci, którzy
wrócili z Polski, nawet jeśli nie są potomkami polskich Żydów.
Chcą zrozumieć, dlaczego tylu ludzi w Polsce interesuje się
historią Żydów, których już przecież w Polsce prawie nie ma.
Nie rozumieją tego. "Zobacz, kto interesuje się w Ameryce
Indianami - mówią mi. A po co wam Muzeum Historii Żydów? Dlaczego
to dla was takie ważne?" I zaraz przypominają, że Muzeum
Indian Amerykańskich w Waszyngtonie wciąż jeszcze nie całkiem
otwarto, chociaż w zeszłym roku odbyła się uroczysta inauguracja.
Ale chcą także wiedzieć, dlaczego w pobliżu Uniwersytetu Warszawskiego
sprzedaje się antysemicką literaturę i dlaczego na ścianach
domów można zobaczyć antysemickie graffiti. Najczęściej są
jednak zdziwieni, że jest ich mniej niż sądzili.
Autostereotypy i stereotypy
O ile przed przyjazdem do Nowego Jorku
sądziłam, że wiem coś niecoś o polskim stereotypie Żyda i
ta moja wiedza w zasadzie znalazła potwierdzenie u części
nowojorskiej Polonii, o tyle stereotyp Polaka i Polski rozpowszechniony
wśród amerykańskich Żydów z pewnością mnie zaskoczył. Nie
byłam chyba - po tylu latach dialogu! - przygotowana na jednoznacznie
negatywną konotację polskości i niezwykle głębokie zakorzenienie
tego stereotypu. Ale o tym za chwilę. Najpierw o równie głęboko
zakorzenionych, u obu narodów, autostereotypach, opiniach
na swój własny temat.
We własnych oczach Żydzi byli przez
wieki tylko i wyłącznie niewinnymi ofiarami - w każdym miejscu
i w każdym czasie w Europie, przede wszystkim wschodniej.
Stereotyp ten jest tak silny, że wybitny prawnik, profesor
Harvardu, Alan Dershovitz, w książce - a właściwie ściągawce
dla żydowskich studentów lewicujących, a więc propalestyńskich,
uniwersytetów obu wybrzeży - "A case for Israel",
pisze, iż przyczyną pierwszej aliji (czyli masowych wyjazdów
Żydów do Palestyny) była polityka "antysemickich reżimów
w Polsce i na Litwie". Pierwsza alija to przełom XIX
i XX wieku. Dla Dershovitza nie ma znaczenia, że oba te państwa
wówczas nie istniały, ponieważ w Europie Wschodniej zawsze
prześladowano Żydów i zawsze zamykano ich w gettach. Przekonanie,
iż Żydzi, poza USA i oczywiście Izraelem, byli wyłącznie prześladowani,
jest tym silniejsze, im dalszy związek mówiącego z Europą.
Rzecz jasna, przekonanie to wzmacniane jest historyczną ignorancją,
o którą w amerykańskim systemie edukacyjnym doprawdy nietrudno.
Polacy są równie głęboko przekonani,
iż byli wyłącznie ofiarami historii, choć w przeciwieństwie
do Żydów, heroicznymi ofiarami. I ofiarami pozostają. Ich
bohaterstwo i cierpienie zostało zawłaszczone przez Żydów,
którzy po pierwsze: zmonopolizowali termin Holokaust, a po
drugie sfałszowali historię, bo przecież Polacy, cierpiąc
tak samo jak Żydzi pod okupacją hitlerowską, mieli w sobie
jeszcze tyle męstwa, by Żydom pomagać, chronić ich lub przynajmniej
duchowo wspierać. Przekonanie to jest tak silne, że odrzucenie
"Sąsiadów" J.T. Grossa zaowocowało w USA powstaniem
co najmniej kilku komitetów "Obrony Dobrego Imienia Polski",
a odmowa zastosowania terminu Holokaust w odniesieniu do eksterminacji
Polaków przez Niemców zaowocowała dramatycznym opuszczeniem
The National Polish American-Jewish American Council przez
polonijną działaczkę, kobietę skądinąd rozsądną, mądrą i dobrze
wykształconą.
Jest oczywiste, że konkurencja o miano
największej Ofiary Historii musi prowadzić do konfliktów,
zwłaszcza w diasporze. I jest oczywiste, że konflikt ten muszą
wzmacniać wybiórcza znajomość historii (w przypadku Polaków)
i równie wybiórcza wiedza o niej lub wręcz całkowita ignorancja
(w przypadku Żydów).
Na opisane powyżej autostereotypy nakładają
się, i wzmacniają konflikt, równie głęboko zakorzenione stereotypy
Polaka w oczach Żyda i Żyda w oczach Polaka. Skutkiem tego
dialog polsko-żydowski w Ameryce jest albo niemożliwy, albo
też wymaga od jego uczestników wyjątkowego heroizmu.
Stereotypowy Żyd w oczach przeciętnego
Polonusa to ktoś, kto nigdy nie odczuwał wdzięczności wobec
swojej polskiej ojczyzny, która przecież zawsze była mu dobrą
matką, kto ją nieustannie zdradzał, budował bramy powitalne
dla Sowietów, a potem mordował polskich patriotów jako funkcjonariusz
UB (który składał się, jak wiadomo, wyłącznie z Żydów). Tu,
w Ameryce, stereotypowy Żyd zajmuje się albo szkalowaniem
Polski, albo też czerpie sadystyczną satysfakcję z zatrudniania
Polaków w swojej firmie (lub we własnym domu, co dotyczy przede
wszystkim Polek) i wykorzystywania ich pracy za minimalną
płacę.
Stereotypowy Polak to w oczach Żydów
przede wszystkim antysemita. To ktoś, kto Żydów nienawidzi
na tyle, by ich Niemcom wydawać, albo też, jeśli nie grozi
mu za to kara, po prostu zabijać. Polacy zawsze nienawidzili
Żydów i zawsze ich prześladowali. Tak naprawdę byli gorsi
niż Niemcy. Wystarczy sobie przypomnieć, co robili, kiedy
Niemców jeszcze nie było (Przytyk), albo już nie było (Kielce).
Polacy są współodpowiedzialni za Zagładę i gdyby nie ich chętna
pomoc, Niemcy nie byliby w stanie zamordować aż tylu Żydów.
Przecież nie bez przyczyny zbudowali swoje obozy zagłady właśnie
w Polsce...
Kiedy kilka tygodni temu otwierałam kolejne spotkanie poświęcone
stosunkom polsko-żydowskim, współorganizowane przez North
American Council for the Museum of the History of Polish Jews,
starałam się powiedzieć o sile wzajemnych stereotypów, przywołując
wspomniane wyżej cytaty z Dershowitza i przytaczając ironicznie
wiedzę, którą zdobyłam podczas niezliczonych spotkań z Żydami
na Wschodnim Wybrzeżu. Dowiedziałam się wtedy między innymi,
iż Polacy byli strażnikami w hitlerowskich obozach zagłady,
że Polacy ładowali Żydów do wagonów odjeżdżających do tych
obozów i że z całą pewnością w żadnym getcie nigdy nie było
żadnej żydowskiej policji, ponieważ w gettach byli tylko polscy
policjanci. Po spotkaniu, podczas przyjęcia, podeszła do mnie
elegancka kobieta - jak wynikało z wizytówki, profesor medycyny
w jednym z uniwersytetów w New Jersey - aby mi podziękować,
że wreszcie znalazła się Polka gotowa powiedzieć prawdę o
roli swojego narodu w Zagładzie Żydów i potwierdzić tezę jej
pracy doktorskiej o genetycznej skazie Polaków. Moja wypowiedź,
jej zdaniem, świadczy o tym, że musiałam mieć niepolskich
przodków, których geny okazały się niezwykle silne. Kiedy,
miło się uśmiechając, powiedziałam jej, że jest ucieleśnieniem
stereotypu, pokiwała głową z entuzjazmem. Nie byłam wstrząśnięta.
Nie bardziej niż po tym, jak jeden z uczestników spotkania
w YIVO, poświęconego odrodzeniu kultury żydowskiej w Polsce,
powiedział mi, że każdy Polak zasługuje na śmierć i że mnie
z radością zabije, bo jestem odpowiedzialna za Zagładę. Byłabym
najszczęśliwsza na świecie, gdyby głosicielami negatywnych
stereotypów (po obu stronach) byli szaleńcy lub idioci...
Jest jednak dużo gorzej - tymi stereotypami posługują się
ludzie kulturalni, wykształceni i sympatyczni.
Negatywny stereotyp Polaka antysemity
jest w USA powszechny, nie tylko wśród Żydów. Staje się nawet
coraz bardziej powszechny. Sprzyja temu wprowadzenie obowiązku
nauczania o Holokauście w szkołach publicznych w kilkunastu
stanach, któremu towarzyszą całkowity brak wiedzy o historii
Europy w tym okresie i polityczna poprawność zakazująca dodawania
przymiotnika "niemiecki" do rzeczownika "Nazi"
oraz najczęstsza lektura obowiązkowa w postaci... komiksu
"Maus".
A przecież ciągle rozmawiamy
Wszystko, co napisałam powyżej, mogłoby
skłaniać do pesymizmu, a może nawet rezygnacji z prób podejmowania
dialogu. Bo przecież może wystarczy rzetelny obrachunek polsko-żydowskich
relacji na nasz własny użytek, może tylko nam jest potrzebna
wiedza, jak to było naprawdę, cały ten bolesny bagaż domagających
się rewizji mitów i niełatwego odkupienia? Przecież dla pamięci
o Polin Polacy nie są potrzebni. Ale jednak coraz częściej
okazuje się, że są potrzebni, i że to Polska jest potrzebna,
a nie mityczne Polin. Czasem nawet bardziej niż Jerozolima.
Siedziałyśmy w kawiarni na krakowskim
rynku i nagle moja przyjaciółka Toby, córka polskich Żydów,
reżyserka filmów dokumentalnych i niezwykle piękna kobieta,
będąca w Polsce po raz pierwszy, z okazji Festiwalu Kultury
Żydowskiej, rozejrzała się wokół i powiedziała z niedowierzaniem:
"Wiesz, nagle poczułam, że ja jestem stąd. Poczułam,
skąd się wzięłam. Nie z Jerozolimy, bo to było dwa tysiące
lat temu, bo to by było tak, jakbyś ty powiedziała, że twoją
ojczyzną jest Watykan (a wiedziała, co mówi, bo jest wierząca).
Ja jestem stąd i nareszcie rozumiem moich rodziców, i wiesz,
słyszę tu głosy moich dziadków. Czy ci to nie przeszkadza,
że jestem stąd równie mocno jak ty?"
Polska jest Żydom potrzebna, choćby
z daleka. Potrzebna jest wszystkim tym, którzy ją opuścili
z własnej woli, przerażeni rozmiarami i wielkością cmentarza,
z rozpaczy albo wyrzuceni przez system, w którym miało już
nie być ani Greczyna, ani Żyda. Moi wierni przyjaciele, polscy
Żydzi, którzy po sześćdziesięciu latach, z pamięci i bez śladu
amerykańskiego akcentu recytują Słowackiego i Mickiewicza,
i wciąż przychodzą do konsulatu - bo w jakimś sensie jest
to ich konsulat, równie ważny jak izraelski - ciągle zadają
mi pytania i domagają się odpowiedzi. Pytają o gospodarkę
i o jesziwę w Lublinie, i czy to prawda, że w Łodzi są tacy
Polacy, którzy zamalowują antysemickie napisy, i czy czytałam
już najnowszą książkę Hanny Krall, i dlaczego w Polsce dolar
tak spada. Oni są stąd, ale ciągle też z Polski.
Moi przyjaciele, amerykańscy Żydzi,
nie rozumieją, jak można mówić, że Polacy to antysemici, skoro
Polska to jedyny kraj w Europie, w którym o konflikcie izraelsko-palestyńskim
piszą izraelscy Żydzi. Moi znajomi, którzy wrócili z Polski,
najczęściej pytają, czy w Nowym Jorku można się zapisać do
jakiejś organizacji, w której Polacy rozmawiają z Żydami o
przeszłości i o tym, co w przyszłości być może. I wtedy robi
mi się wstyd, bo nie znam takiej organizacji. Zapraszam więc
ich po prostu do konsulatu.
Po czterech latach pobytu w Nowym Jorku
wiem aż nazbyt dobrze, jak silne są stereotypy, których -
i Polacy, i Żydzi - jesteśmy zakładnikami. Ale wiem też, że
można je przekroczyć, nawet mój własny, który nakazuje mi
w pierwszym, instynktownym odruchu odpowiedzieć "nie"
na pytanie o normalność w naszych relacjach, a nawet jeszcze
każe mi twierdzić, że normalność nie jest nam potrzebna. Czekam
więc cierpliwie, aż skończy się sobota i będę mogła zadzwonić
do pewnego rabina, który urodził się w Katowicach, a teraz
mieszka przy 84. Zachodniej, by zadać mu postawione przez
redakcję pytanie. A rabin mówi, że normalnie będzie wtedy,
kiedy Polacy powiedzą o Żydach z UB, że to byli przede wszystkim
komuniści, a Żydzi o tych Polakach, co mordowali Żydów, że
to przede wszystkim kryminaliści. I co ma do tego poprawność
albo obojętność?
1 Polin to żydowska nazwa Polski. Według
pięknej legendy, Żydzi uciekający z Niemiec otrzymali cudowny
znak. Z nieba spadła kartka z hebrajskim napisem po[h] lin,
czyli "tu spocznij"
Agnieszka Magdziak-Miszewska
ur. 1957. Od 1984 w redakcji miesięcznika
"Więź", 1995-2000 jako zastępca redaktora naczelnego.
W latach 1991-1995 radca minister pełnomocny w polskiej ambasadzie
w Moskwie, 1997-1999 doradca premiera Jerzego Buzka ds. polsko-żydowskich,
2000-2001 dyrektor Centrum Stosunków Międzynarodowych. Od
kwietnia 2001 - konsul generalny RP w Nowym Jorku.
|