|
"SOLIDARNOŚĆ" I TOŻSAMOŚĆ
EUROPEJSKA
Rewolucja wolności
Bronislaw Geremek
Rzeczpospolita, Plus Minus, 27 sierpnia
2005
Na wielkiej bramie strajkującej
stoczni, tuż nad napisem "Stocznia im. Lenina",
widniał portret Jana Pawła II, papieża Polaka, który w czasie
swojej wizyty rok wcześniej na wielkim placu w centrum stolicy
powiedział do rodaków: "Nie lękajcie się".
(c) JANUSZ KAPUSTA
W roku 2005, po historycznym rozszerzeniu
Unii Europejskiej 1 maja 2004, w kontekście debat nad dalszym
rozszerzeniem Europa bardziej niż kiedykolwiek poszukuje odpowiedzi
na pytanie o swą tożsamość. Kwestii tej nie da się sprowadzić
do problemu geograficznych granic Europy, ponieważ trzeba
by się wówczas odwołać do osądów zgoła arbitralnych.
W końcu XVIII wieku car polecił Tatiszczewowi,
swemu nadwornemu geografowi, wytyczenie granicy pomiędzy częścią
europejską a azjatycką rosyjskiego imperium. Tatiszczew linię
podziału administracyjnego umieścił na Uralu, ustanawiając
tym samym na tej naturalnej przeszkodzie wschodnią granicę
Europy. Jakiemu Tatiszczewowi naszych czasów można by powierzyć
dzieło wytyczania granic? Mapy geograficzne rozpostarte na
stołach wielkich konferencji międzynarodowych wraz z decydującą
rolą konsultacji geograficznych należą do przeszłości bezpowrotnie
utraconej (wyjątek Dayton potwierdza tylko regułę). Komisja
Europejska w Brukseli nie posiada nadwornego geografa. Europa
wydaje się być definiowalna daleko bardziej przez aksjologię
niż przez geografię. Ta europejska aksjologia zdaje się tyczyć
przede wszystkim naszej wizji przyszłości, ale jest nieodłącznie
związana z dziejami cywilizacji europejskiej, w toku której
uformował się rdzeń wspólnych wartości i wspólnej europejskiej
pamięci. Kiedy mówię o "wspólnej europejskiej pamięci"
- a przywiązuję duże znaczenie do tego pojęcia - mam na myśli
raczej zadanie do wykonania niż istniejącą rzeczywistość.
By terminy "Europejczycy" i "obywatelstwo europejskie"
nabrały znaczenia, nie wystarczy odwołać się jedynie do kwestii
etnicznej czy stanu prawnego, ale także uświadomić sobie należy
procesy i zdarzenia, które uformowały Europę. Trzeba Europę
opowiadać, mówić o jej twórczym duchu, o jej idei państwa
prawa i jej przywiązaniu do wartości. Przede wszystkim o tym
- o europejskiej afirmacji wolności. To długa historia, którą
zapoczątkowało zniesienie poddaństwa chłopów i powstanie komun
miejskich w średniowiecznej Europie i która ciągnie się aż
do czasów współczesnych, przeżywając swoje wzloty i upadki.
W tej historii rok 1989, rok, który położył kres podziałowi
Europy, zimnej wojnie i murowi berlińskiemu, zajmuje miejsce
wyjątkowe. Wyjątkową także rolę odegrała w nim Polska, która
zapoczątkowała ów niezwykły zryw wolności. To właśnie wspomnienie
chciałbym dziś przywołać w przekonaniu, że pamięć owego annus
mirabilis powinna być częścią składową wspólnej europejskiej
pamięci.
W trakcie aksamitnej rewolucji w Pradze
jesienią 1989 na murach i plakatach widniało pewne hasło,
dodające otuchy uczestnikom wydarzeń: "Polska - 10 lat,
Węgry - 10 miesięcy, NRD - 10 tygodni, Czechosłowacja - 10
dni". Rozumiem dumę moich praskich przyjaciół emanującą
z tego hasła, ale chcę przypomnieć, że droga wolności w Europie
Środkowej - to, co zwykło się określać naszym powrotem do
Europy, była w rzeczywistości długim marszem, którego kolejne
etapy wyznaczały wydarzenia 1953 roku w Berlinie, rewolty
w Poznaniu w czerwcu 1956 i Budapeszcie w październiku tego
samego roku, nadzieje rozbudzone przez praską wiosnę 1968,masowe
strajki w Polsce 1970, 1976 i 1980 roku. Nie można sprowadzać
tych wydarzeń i tego ruchu li tylko do fenomenu dysydenckiego,
który w potężnym imperium sowieckim wyrażał rozpaczliwą niezgodę
na komunistyczny reżim, ponieważ zarówno za powstaniem w Budapeszcie,
jak za praską rewoltą na rzecz socjalizmu z ludzką twarzą
stały już projekty polityczne. Ale to przede wszystkim serię
polskich przewrotów charakteryzuje owa wola samoorganizacji
społeczeństwa obywatelskiego, jeśli nie w opozycji wobec komunistycznego
reżimu, to przynajmniej poza jego ramami i strukturą. To właśnie
strajk w Gdańsku 1980 i narodziny "Solidarności"
25 lat temu są wyrazem owej pozbawionej przemocy walki o chleb
i wolność.
Po raz kolejny to właśnie robotnicy
wystąpili przeciwko reżimowi, który w swym założeniu odwoływał
się do klasy robotniczej, i przeciwko jedynej partii nazwanej
robotniczą. Stocznia Gdańska im. Lenina, a wraz z nią pozostałe,
rozpoczęła strajk 14 sierpnia 1980 r. Młody robotnik Lech
Wałęsa, od kilku lat zaangażowany w nielegalną działalność
opozycyjną, stał się jego przywódcą. Przyczyny bezpośrednie
nosiły charakter gospodarczy, ale w programie 21 postulatów
zapisano także żądanie legalizacji związków zawodowych, zagwarantowania
prawa do strajku, zapewnienia wolności słowa i przeprowadzenia
reform gospodarczych. Ten ruch solidarności objął najpierw
Wybrzeże, potem cały kraj. Rolnicy dostarczali robotnikom
zamkniętym w stoczni żywność, inteligencja udzieliła im poparcia
moralnego. Robotnicy, o których Marks mówił, że nie mają ojczyzny,
stali się orędownikami sprawy narodowej, śpiewając: "żeby
Polska była Polską". Hasło solidarności nie było programem
walki - w miejsce oficjalnej ideologii głoszącej walkę klas
proponowano solidarność narodu spragnionego wolności, solidarność
mężczyzn i kobiet różnych klas, solidarność bezbronnych wobec
sił policji, armii i sowieckich jednostek stacjonujących w
Polsce.
Na wielkiej bramie strajkującej stoczni,
tuż nad napisem "Stocznia im. Lenina", widniał portret
Jana Pawła II, papieża Polaka, który wczasie swojej wizyty
rok wcześniej na wielkim placu w centrum stolicy powiedział
do rodaków: "Nie lękajcie się".
Nie będę opowiadał o polskiej epopei
Sierpnia '80. Filmy Andrzeja Wajdy, książki, takie jak ta
Timothy Gartona Asha poświęcona "polskiej rewolucji",
druki ulotne i teksty pieśni, zrobią to lepiej, niż ja potrafię.
Chciałbym jedynie przywołać wspomnienie tych 10 dni, które
spędziłem w Stoczni Gdańskiej, w niezapomnianej atmosferze
wolności i szczęścia z odzyskanej wolności. Ćwierć wieku później
ten sam klimat moralny, tę samą spontaniczność, odwagę i determinację
odnalazłem w Kijowie, pośród ludzi zgromadzonych na placu
Niepodległości, słynnym Majdanie.
Myślę sobie, że na pytanie o granice
Europy powinno się być może odpowiedzieć, że wyznacza je owo
umiłowanie wolności i poszanowanie ludzkiej godności.
31 sierpnia w Gdańsku zawarte zostały
porozumienia. Była to swoista, niemająca precedensu,umowa
pomiędzy władzami komunistycznymi a społeczeństwem, na mocy
której powstał związek zawodowy zrzeszający 10 milionów członków.
W następstwie tych wydarzeń przez 500 dni Polska była jedynym
państwem bloku sowieckiego, w którym nie tylko przywrócono
prywatną własność rolną i gdzie Kościół stanowił najpotężniejszą
siłę duchową, ale gdzie istniało zorganizowane społeczeństwo
obywatelskie. 13 grudnia 1981 r. władze wprowadziły stan wojenny
wymierzony w swoich obywateli. Sowiecki plan zdławienia ruchu
wolności został w ten sposób zrealizowany polskimi rękoma,
za cenę dziesiątek zabitych i dziesiątek tysięcy internowanych,
uwięzionych i prześladowanych.
Ruch, jaki narodził się wówczas w Polsce,
niósł ze sobą informację nie tylko o istocie systemu komunistycznego,
ale i o sile oporu. Od czasów gdańskiego strajku zachodni
dziennikarze byli obecni w Polsce i informowali za pośrednictwem
Radia Wolna Europa nie tylko opinię publiczną swoich krajów,
ale także polską ("Kto ich wpuścił?!" - pytali dygnitarze).
Niektórzy z polityków europejskich uznali wprowadzenie stanu
wojennego w Polsce za rozwiązanie nieuniknione, które pozwoliło
na uniknięcie konfrontacji Wschodu z Zachodem. Reakcja pewnego
ministra spraw zagranicznych: "oczywiście, nie zrobimy
nic", odzwierciedlała postawy wielu rządów zachodnioeuropejskich.
Tymczasem jednak europejska opinia publiczna
pozostawała pod wrażeniem wydarzeń i solidaryzowała się z
Polakami: plakietka "Solidarności" tworzyła prawdziwie
europejską przestrzeń publiczną. I dotyczyło to także całej
tej "innej Europy", od Uralu po Bałtyk. Całkiem
niedawno przypominano list rumuńskiego robotnika, napisany
w 1981 r. na I Zjazd "Solidarności". Iulius Filip
zapłacił za ten list wysoką cenę - został skazany w swoim
kraju na osiem lat więzienia za "działalność antysocjalistyczną".
Na zjeździe w Gdańsku - w odpowiedzi na list Filipa - wystosowano
apel do robotników krajów Europy Wschodniej, w którym postulowano
walkę o odzyskanie prawa do wolności. Wówczasmożna było uznać
ten akt za ryzykowny, wykraczający poza czerwoną linię bezpieczeństwa,
ale ćwierć wieku później można nadać mu rangę jednego z aktów
założycielskich solidarności europejskiej.
Delegalizacja tego masowego ruchu, jakim
była "Solidarność", spowodowała powrót do działalności
w podziemiu i podsyciła opór wobec represji. Na krótki czas
wojskowa dyktatura zdołała uzyskać przejściowe polepszenie
sytuacji gospodarczej kraju i chwilowo uspokoić nastroje,
opierając się na poczuciu niemocy, zniechęceniu i rezygnacji
społeczeństwa. Władza usiłowała umocnić swoje wpływy argumentami
o braku wewnętrznej alternatywy politycznej i niebezpieczeństwie
obcej interwencji, posiłkując się przykładami Budapesztu i
Pragi, ale rzeczywistość zadawała kłam tej argumentacji. Związek
Radziecki, militarnie i moralnie wyczerpany wojną w Afganistanie,
pochłonięty był własnymi problemami: wraz z objęciem władzy
przez Gorbaczowa próbowano przeprowadzić reformy wewnętrzne
(pierestrojka i głasnost) - interwencja zatem nie wydawała
się prawdopodobna. Z drugiej strony działalność podziemnej
"Solidarności" i stworzenie drugiego obiegu idei
i informacji, zorganizowanego za pomocą rozbudowanej sieci
nielegalnych drukarni, wytworzyły przekonanie, że alternatywa
polityczna jednak istnieje. Jacek Kuroń, jeden z historycznych
przywódców opozycji, w 1976 r. , kiedy w trakcie zamieszek
w Radomiu podłożono ogień pod lokalny komitet partii komunistycznej,
wypowiedział słynne zdanie: "Nie palcie komitetów, zakładajcie
własne". W latach osiemdziesiątych to zdanie stało się
rzeczywistością.
Sondaże opinii publicznej przeprowadzane
przez instytucje państwowe wykazywały rosnące niezadowolenie
społeczeństwa z gospodarki etatystycznej: w roku 1988 poparcie
dla gospodarki rynkowej i sektora prywatnego wynosiło 73 proc.
Prawie połowa respondentów opowiadała się za legalizacją opozycji
politycznej. Brak legitymacji władzy komunistycznej był oczywisty,
alternatywa polityczna stawała się osiągalna.
Zatrzymajmy się w tym miejscu namoment,
aby przypomnieć prawdę bardzo prostą: historia wydaje nam
się czasem determinowana, bo znamy dalszy bieg wydarzeń. Wiemy
doskonale, że rok 1989 przyniósł upadek komunizmu w Europie
i zachwiał posadami sowieckiego imperium. Można by pomyśleć,
że taka była sprawiedliwość dziejowa, że było to zapisane
w logice historii, ale nawet najbardziej nieprzejednani optymiści,
najbardziej gorliwi wyznawcy mistrza Panglossa muszą przyznać,
że wcale nie musiało dojść do tego w roku 1989, ale w pięć,
piętnaście, a może trzydzieści lat później.
Dziedzictwo rewolucji bolszewickiej,
do którego nikt już dzisiaj się nie przyznaje, mogło doczekać
nawet jej setnych urodzin. W kategoriach historycznej probabilistyki,
historii spod znaku "jeśli...", można by śmiało
wysunąć tezę, że gdyby owej rewolucji wolności nie towarzyszyło
odrzucenie przemocy i konfrontacji, w wyniku której mogłoby
dojść do zderzenia Wschodu z Zachodem, historia mogłaby potoczyć
się zgoła inaczej. To wcale nie ostrożność właściwa dyplomacji,
ale mądrość samoograniczenia narodów doprowadziła do cudu
roku 1989.
W roku 1988, po serii strajków, władze
komunistyczne Polski uświadomiły sobie, że nie są w stanie
opanować sytuacji bez uciekania się do przemocy. Reżim był
z całą pewnością osłabiony, do czego przyczyniły się zresztą
próby liberalizacji: Tocqueville słusznie podkreślał, że reżimy
totalitarne przygotowują własny upadek, kiedy próbują się
polepszyć. Reżim komunistyczny w Polsce zawsze mógł dokonać
odwrotu od liberalizacji, próbować rozwijać gospodarkę rynkową
bez demokratyzacji, rozszerzyć wolność gospodarczą i zdławić
polityczną. 13 grudnia 1981 r. polscy komuniści dokonali wyboru,
uciekając się do zbrojnej przemocy przeciwko społeczeństwu
i odmawiając dialogu politycznego z "Solidarnością";
zrobili to, by zachować pełnię władzy i móc realizować interesy
i plany Związku Radzieckiego. W roku 1989 dokonali innego
wyboru: zrozumieli, że ich interesy mogą zostać zabezpieczone
w inny sposób i że nie chodzi już o przejściowe ustępstwa,
które nie zmieniały natury systemu i mogły zostać później
cofnięte, tak jak miało to miejsce w Rosji Sowieckiej z nową
polityką ekonomiczną w roku 1921. Jestem gotów przyznać, że
polscy przywódcy komunistyczni w 1989 r. dobrze przysłużyli
się interesom swojego kraju i być może nawet był to ich świadomy
wybór. Nie zgadzam się natomiast z twierdzeniem, że wprowadzenie
stanu wojennego w Polsce w grudniu 1981 r. ocaliło kraj od
radzieckiej interwencji, ani że było to mniejsze zło. Było
to zło.
Na początku lat osiemdziesiątych, w
Polsce doby stanu wojennego, w sondażu przeprowadzonym wśród
studentów zaledwie 4 proc. odpowiadało twierdząco na pytanie:
"Czy chciałbyś, aby na świecie zapanował socjalizm, jaki
jest w Polsce? ". Socjologowie analizujący sytuację Polski
w tym czasie uważają, że konflikt społeczny przyjął postać
konfliktu wartości raczej niż konfliktu interesów (odwołuję
się tu do tezy Edmunda Wnuka-Lipinskiego). "Solidarność"
w tym konflikcie prezentowała program narodowej niepodległości,
demokracji i wolności, pozostający w całkowitej opozycji do
systemu komunistycznego. W sytuacji podobnej polaryzacji postaw
niełatwo było wyobrazić sobie taki proces polityczny, który
pozwoliłby na uniknięcie konfrontacji i który mógłby dokonać
się na drodze negocjacji, tak by przeciwnicy nie przyjmowali
radykalnych postaw w trakcie wzajemnych przepychanek.
Władze komunistyczne za wszelką cenę
chciały uniknąć przyznania "Solidarności" statusu
partnera, ponieważ to oznaczałoby przyznanie się do porażki
operacji wojskowej 13 grudnia. Sprzeciwiały się również idei
pluralizmu związkowego, a zatem legalizacji "Solidarności",
przystając jednocześnie na pewien rodzaj pluralizmu politycznego.
Przede wszystkim usiłowano w tym względzie przekonać Kościół,
aby stworzył on rodzaj chrześcijańskiego związku zawodowego
i wziął zań odpowiedzialność lub też, przynajmniej, by Kościół
wziął na siebie współodpowiedzialność za sytuację polityczną
kraju w sposób bezpośredni albo za pośrednictwem świeckiej
reprezentacji politycznej. Kościół kategorycznie odrzucił
te propozycje i podtrzymał stanowczo swoje stanowisko, że
jedynym liczącym się partnerem w negocjacjach może być tylko
"Solidarność". W odpowiedzi władze zaproponowały,
by kompromis społeczny negocjować w formule Okrągłego Stołu
zrzeszającego organizacje pozarządowe, ale z wyłączeniem "Solidarności".
Wyrażono zgodę na negocjacje ze społeczeństwem pod warunkiem,
że to władze zdecydują, kto będzie jego przedstawicielem.
Określano ten program mianem "walki i porozumienia"
- walki z demokratyczną opozycją i każdym przejawem pluralizmu
społecznego lub politycznego i porozumienia ze zwolennikami
reżimu. Był to nie tylko przejaw wrogości wobec "Solidarności",
ale także zamknięcia w filozofii monopolu władzy aparatu komunistycznego.
Jeszcze jesienią 1988 r. na plenum "partii robotniczej"
wykluczono wszelką możliwość pluralizmu, a generał Jaruzelski
wyraził sprzeciw wobec nawiązania dialogu z tymi, którzy kwestionują
porządek prawny i konstytucyjny kraju. Ostatecznie to stan
gospodarczy kraju zmusił władze do niezbędnych ustępstw.
"Solidarność" ze swej strony
opracowywała strategie różnych akcji, od radykalnych programów
obalenia reżimu począwszy, aż po scenariusze, które w imię
realizmu politycznego zakładały współpracę z reformatorskim
nurtem rządzącej partii. Niewzruszony autorytet Lecha Wałęsy
zapewniał spójność ruchu, jedność jego struktur podziemnych
i półlegalnych oraz przede wszystkim reprezentację "Solidarności"
- jedynego podmiotu, który otrzymał prawo przemawiania w imieniu
społeczeństwa. Amnestia roku 1986, która oswobodziła więźniów
politycznych, sprawiła, że poszukiwanie rozwiązań politycznych
stało się możliwe. Powrót do zasady pluralizmu związkowego,
a zatem przywrócenie "Solidarności" prawa do legalnej
działalności, uznawano za podstawowy warunek jakichkolwiek
negocjacji. Powtarzano: "Nie ma wolności bez "Solidarności"".
Determinacja w tym punkcie była niezłomna i przeciwstawiała
się tej, którą wykazywali komuniści, opowiadając się nawet
za pewną pluralizacją życia politycznego, ale nigdy za pluralizmem
związkowym. "Solidarność" od 1987 r. przygotowywała
pakt antykryzysowy, który miał zapewnić zgodę społeczeństwa
na reformy gospodarcze przeprowadzone wspólnie przez władze
i "Solidarność". Można było uznać ten układ za punkt
wyjściowy transformacji organicznej i ewolucyjnej, w której
sfera publiczna kontrolowana przez partię komunistyczną miała
być ograniczona do funkcji obronnych i zagranicznych, podczas
gdy wolność stałaby się zasadą dominującą w gospodarce i życiu
społecznym. Klucz tej wizji przyszłości stanowiło społeczeństwo
obywatelskie. Było to mniej utopijne, niż wydaje się na pierwszy
rzut oka, ponieważ drugie dno tej wizji stanowiło przekonanie,
że wolność jest zaraźliwa i że, raz zasiana, tworzy swe własne
mechanizmy ekspansji. By jednak w żadnym momencie nie zaistniała
groźba brutalnej konfrontacji dwóch bloków, niezbędne stawało
się pewne samoograniczenie w zakresie aspiracji. Konieczność
zmian strukturalnych zarówno w dziedzinie gospodarki, jak
i w polityce stawała się paląca, ale jeszcze bardziej istotne
było doprowadzenie w pierwszej kolejności do zawarcia umowy
pomiędzy społeczeństwem a władzami, tak by rewolucja mogła
dokonać się w sposób nierewolucyjny, by demokracja zaprowadzona
metodami niedemokratycznymi była prawomocna i niepodważalna.
Odwołując się do interpretacji, jaką
sir Isaiah Berlin zastosował w swym "Jeżu i lisie",
powiedziałbym, że oni byli jako ten lis, który wie wiele rzeczy,
my zaś - na podobieństwo jeża, który wie jedną, ale wielką.
Ta rzecz to wolność.
Debata telewizyjna 30 listopada 1988
pomiędzy przewodniczącym oficjalnego związku zawodowego i
członkiem Biura Politycznego w jednej osobie a Lechem Wałęsą
w założeniu miała doprowadzić do tego, co nie udało się dotąd
komunistycznej propagandzie - zburzenia mitu Wałęsy i ośmieszenia
przywódcy "Solidarności". Stało się odwrotnie: to
Wałęsa odniósł niezaprzeczalne zwycięstwo w tym pojedynku
i powrócił na polską scenę polityczną. Kilka dni później wizyta
Wałęsy w Paryżu na zaproszenie Francois Mitterranda potwierdziła
prestiż, jakim cieszył się on w Europie i dała mu okazję do
zaprezentowania programu politycznego.
6 lutego 1989 przy Okrągłym Stole zasiadło
pięćdziesięciu sześciu przedstawicieli reżimu, opozycji demokratycznej,
dwóch central związkowych oraz kilku niezależnych intelektualistów.
Zarówno w przygotowaniach do Okrągłego Stołu, jak i później,
w toku obrad, przedstawiciele Kościoła odgrywali fundamentalną
rolę jako obserwatorzy, mediatorzy lub świadkowie. Okrągły
Stół gromadził w rzeczywistości dwa obozy: wrogie i nieufne
wobec siebie; minimum zaufania, niezbędne, by obrady mogły
się toczyć, a jeszcze bardziej, by mogły się zakończyć, mógł
zapewnić tylko Kościół.
Dwa miesiące negocjacji przy Okrągłym
Stole aż do chwili podpisania porozumienia 5 kwietnia 1989
r. stanowiły ciągłą konfrontację dwóch skrajnych i często
sprzecznych stanowisk. Była to sytuacja bez precedensu. Naprzeciw
siebie zasiedli: ludzie ancien régime'u i orędownicy zmian,
przedstawiciele autorytarnego systemu i przedstawiciele społeczeństwa
obywatelskiego, władza, świadoma swojego uzurpacyjnego charakteru,
i społeczeństwo świadome swojej legitymacji.
Nie działo się to ani na ulicach, ani
na barykadach, ale wokół stołu, w trakcie negocjacji, w których
uczestniczyli ci, którzy opuścili właśnie mury więzień, i
ci, którzy ich tam wtrącali. Poszukiwanie kompromisu w takich
warunkach nie było rzecz jasna łatwe i mogło nawet wydawać
się niemożliwe. W obu obozach idea kompromisu znajdowała zagorzałych
przeciwników. Jednak w trakcie negocjacji sięgać zaczęto do
argumentu wspólnego interesu kraju, co pozwoliło na osiągnięcie
kompromisu.
Na początku problemem kluczowym było
uznanie zasady pluralizmu związkowego i legalizacja "Solidarności".
Ku zdumieniu wszystkich problem stracił na ostrości, gdy tylko
decyzja została podjęta. Czołowe miejsce pośród ustępstw wynegocjowanych
przy Okrągłym Stole zajęły te natury politycznej. Podejmując
decyzję o wyborach parlamentarnych, które zaplanowano na 4
czerwca, komuniści zmierzali do zachowania jeśli nie monopolu
władzy, to przynajmniej przewagi politycznej. Umowa zakładała,
że tylko 35 proc. miejsc w Sejmie pochodzić miało z wolnych
wyborów, resztę zagwarantowano komunistom i ich partiom satelickim.
Jedynie skład Senatu pozostawiono wolnym wyborom, ale jednocześnie
pozbawiono go kompetencji politycznych. Krótki czas, jaki
pozostawał na kampanię wyborczą, zdawał się sprzyjać komunistom,
którzy dysponowali strukturą organizacyjną, mediami i nieograniczonymi
środkami finansowymi, kalkulacje władzy okazały się jednak
czcze i pozbawione podstaw.
Kampania wyborcza "Solidarności" skoncentrowana
była wokół osoby Lecha Wałęsy, niekwestionowanego przywódcy
narodowego, i prowadzona przez komitety obywatelskie powstające
w spontaniczny sposób we wszystkich miastach, a nawet wsiach.
Społeczeństwo jednoczyło się w opozycji do władzy, co pozwalało
na dokonanie prostego wyboru pomiędzy "my" a "oni"
bez konieczności uciekania się do pośrednictwa partii politycznych.
Sukces obozu solidarnościowego i klęska
komunistów były piorunujące. Wszystko, co oddane zostało nieskrępowanej
decyzji wyborców, przypadło w udziale "Solidarności"
- komuniści nie otrzymali żadnego miejsca w Senacie, zaś w
Sejmie ich przewaga okazała się złudna, albowiem partie satelickie
natychmiast się od nich odwróciły. W skład pierwszego rządu
wchodzili jeszcze komunistyczni ministrowie, przede wszystkim
obrony narodowej i spraw wewnętrznych - Polska była wciąż
jeszcze członkiem Układu Warszawskiego - ale na jego czele
stał Tadeusz Mazowiecki, wybitny intelektualista katolicki
i przedstawiciel "Solidarności". Kości zostały rzucone.
Reżim komunistyczny rozpadł się bez
jednego wystrzału, bez tłuczonego szkła i aktów przemocy,
bez przelewu krwi. Efekt śnieżnej kuli objął cały region:
w Budapeszcie na wzór polski zorganizowano także okrągły stół,
aksamitna rewolucja obaliła władzę w Czechosłowacji, berliński
mur runął.
Trup komunizmu zatruwał jeszcze klimat
polityczny, popełniono wszystkie rodzaje błędów, w społeczeństwie
pojawiły się oznaki rozczarowania, transformacja przyniosła
wiele bolesnych doświadczeń - to prawda, ale zmiana była ostateczna
i nieodwracalna.
Przypadek sprawił, że wydarzenia 1989
r. miały miejsce 200 lat po Wielkiej Rewolucji Francuskiej,
na fali wielkich sporów o fenomen rewolucyjny. Rodzi się pytanie,
czy to, co wydarzyło się w Europie Środkowej, określać mianem
rewolucji. Francuski historyk Franuois Furet zaprzeczał temu,
uważając, że była ona tylko czasem "restauracji".
Inaczej brytyjski socjolog Ralf Dahrendorf, który, na wzór
Edmunda Burke'a, nie zawahał się nadać swojemu esejowi o Polsce
roku 1989 tytułu: "Rozważania nad rewolucją w Europie".
Podkreślał, że była to rewolucja wymierzona w istniejący system
i punkt wyjściowy do powstania nowego układu. Nie był to jednak
ruch kierujący wzrok wyłącznie ku przeszłości, słowem - nie
była to próba restauracji.
Była to rewolucja antytotalitarna, zdolna
mobilizować masy wokół swego celu, rewolucja dokonana w imię
wartości wspólnotowych, zakorzenionych w dziedzictwie narodowym
i religijnym, rewolucja wolności, która przywracała swobodę
ekspresji i zrzeszania się. Miała ona swoją wizję przyszłości,
wizją tą było powstanie społeczeństwa obywatelskiego, zdolnego
do organizowania się poza strukturami państwa, złożonego z
grup i stowarzyszeń, scementowanego przez solidarność.
W chwili obecnej, kiedy Europa rozważa
problemy swej tożsamości, niezwykle ważne jest, by przywołać
wspomnienie tej rewolucji wolności, która w imię godności
ludzkiej zadała komunizmowi cios śmiertelny.
Bronisław Geremek, z języka angielskiego
przełożyła Ewa Stolarczyk
Tekst ten został wygłoszony na inaugurację
II Warszawskiej Konferencji Wschodnioeuropejskiej (20 - 22
lipca) poświęconej "Solidarności" i innym ruchom
opozycyjnym w krajach byłego bloku wschodniego, zorganizowanej
przez Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.
"Rzeczpospolita" była patronem medialnym przedsięwzięcia.
|