E-mail

English






Zmarł Szymon Wiesenthal

PAP, jur
20-09-2005

Szymon Wiesenthal, słynny żydowski tropiciel nazistów, zmarł we wtorek w Wiedniu - poinformowało centrum jego imienia. Miał 97 lat. Zmarł we śnie.

Urodził się w 1908 roku w galicyjskim miasteczku Buczacz. Był więźniem 11 obozów, kilka tygodni po oswobodzeniu Mauthausen sporządził pierwszą listę zbrodniarzy wojennych. W 1947 roku założył w Linzu swoje centrum dokumentacyjne, od 1961 roku działające w Wiedniu.

"Ma mistyczne pojęcie sprawiedliwości. Jest głęboko przekonany, że w życiu istnieje równowaga między winą a pokutą, zbrodnią a karą i wyraża to przekonanie zdaniem: Wszystko w życiu ma swoją cenę. Według niego wina nie może być odpuszczona, lecz jedynie zniesiona przez pokutę." - pisał o Wiesenthalu, jego wieloletni przyjaciel Michael Lingens.

Kierowany przez niego Ośrodek Zbrodni Hitlerowskich w Wiedniu wytropił 3 tys. nazistów, m.in. Adolfa Eichmana, Franza Stangla, Gustawa Wagnera, . W wiedeńskiej kartotece zgromadzono dokumentację dotycząca 160 tys. przestępców i zbrodniarzy wojennych.

Słynny łowca nazistów zaprzestał ścigania hitlerowskich zbrodniarzy dopiero w 2003 roku. - Tych, których ścigałem, udało mi się znaleźć. Wszystkich już przeżyłem. Nawet jeśli przy życiu pozostali jacyś, których nie szukałem, to i tak jest już zbyt późno, by mogli odpowiadać przed sądem za swoje czyny - mówi wówczas 95-letni Wiesenthal.

 

Do tej pory słyszę to milczenie
rozmowa z Szymonem Wiesenthalem ( Luty 2005 rok)
Rozmawia Ewa Lipska
Gazeta Wyborcza, 19 września 2005

Rozmowa Ewy Lipskiej z Szymonem Wiesenthalem, założycielem Żydowskiego Centrum Dokumentacji, tropicielem nazistowskich zbrodniarzy

Ewa Lipska: Przyszedłeś na świat w Buczaczu w noc sylwestrową 1908 roku...

Szymon Wiesenthal: Między godziną 23 a 24... chyba o 23.30. Mój przezorny dziadek zgłosił ten fakt 1 stycznia 1909 r., ponieważ chciał, abym był pierwszym dzieckiem nowego roku. Figurowałem zatem pod dwiema datami urodzin: według informacji akuszerki - 1908 rok, według zgłoszenia dziadka - 1909.

Miało to później swoje reperkusje. Ponieważ w polskim wojsku nie za bardzo chciano mieć żydowskich oficerów, gdy pojawiłem się przed komisją poborową, zapytano mnie tylko, jak długo zamierzam studiować w Pradze, zrobiono stosowne notatki - i spokojnie mogłem wyjechać na studia. Gdy jednak wracałem z Pragi do domu, do Doliny koło Stryja, zatrzymano mnie na granicy i zadawano wiele pytań. Czy mam brata? Mój młodszy brat nie żył od kilku lat. "Bo tutaj mamy drugiego Szymona Wiesenthala, rocznik 1909...". I tak dalej, i tak dalej... Miałem sporo kłopotu, by udowodnić, że jestem w porządku, a ten drugi to swego rodzaju moje alter ego. Kazano mi to udowodnić. Musiałem więc szukać świadków, którzy byli przy moim urodzeniu. Nie wiedziałem wówczas, że już wtedy los wskazywał na mnie palcem. Że kiedyś będę nieustannym poszukiwaczem hitlerowskich oprawców i świadków tych wydarzeń. Idź i szukaj...

I znalazłem. Dwóch sąsiadów z naszego domu. "Wyście mieszkali na pierwszym piętrze, my na drugim. Dochodziła północ, kiedy wpadł twój ojciec i powiedział: urodził mi się syn. I za jakieś piętnaście minut zaczęły bić dzwony na Nowy Rok" - opowiadał sąsiad. Relacje te spisano i podpisano pod przysięgą u miejscowego notariusza.

Potem wróciłeś do Pragi...

- Wróciłem do Pragi na studia i do mojej ulubionej polivki drštkovej - po polsku byłyby to flaczki z papryką. W czasach studenckich jedliśmy je nieustannie, o każdej porze dnia i nocy. Podstawiało się talerz, a potem szło do kasy...

Wyobraź sobie, że tej zupy nie ma już dziś w Czechach. Po wojnie pierwszy raz pojechałem do Pragi w smutnych czasach komunistycznych. Ówczesne władze zaprosiły mnie do przejrzenia dzienników jednej z dywizji niemieckich, która w 1942 r. walczyła na Ukrainie. Materiały te kupiło potem berlińskie wydawnictwo Europa Verlag. Mieszkałem w hotelu U Koruny na końcu Vaclavskich Namesti. Niestety, nie znalazłem mojej ulubionej polivki...

Po upadku komunizmu przyjechałem do zupełnie innej już Pragi na zaproszenie Vaclava Havla. Spotkałem się z rektorem i prorektorem mojej dawnej uczelni, politechniki praskiej. Spotkanie z młodzieżą odświeżyło mój język czeski. Ale zupy drštkovej nie było w hotelowym menu.

Wróćmy do rodzinnego Buczacza...

- Mieszkało w nim około 6 tys. Żydów, 2 tys. Polaków i 2 tys. Ukraińców. Ta wielonarodowa społeczność umiała współpracować i działać w interesie wszystkich mieszkańców. Polacy byli często urzędnikami, ale też właścicielami sklepików. Wiceburmistrzem był zawsze Żyd - bowiem Buczacz był miastem, miał magistrat i ratusz ufundowany przez starostę Mikołaja Potockiego. Dostaję sporo zdjęć, na których odnajduję strzępy tamtych lat. Z Buczacza pochodził poeta, eseista i tłumacz Chaim Nachman Bialik, pisarz Szmuel Agnon...

Ale, niestety, spokój nie trwał długo.

- Ukraińcy mieli nadzieję, że Niemcy pomogą im stworzyć własne państwo. Obudziło to skrajny nacjonalizm, szowinizm. Zaczęły się konflikty z Polakami. Wystarczyła tylko iskra...

Wiadomo, że w takich sytuacjach łatwo wyzwolić antysemityzm, szukać bliżej nieokreślonych "winnych", organizować pogromy. Czasem zaczynało się to w niedzielę, zaraz po wyjściu z kościoła, kiedy gromadził się tłum, jakże łatwy do zmanipulowania... Można odnaleźć te sceny w prozie Josepha Rotha, który znał je z autopsji.

Gdy Niemcy weszli do Lwowa [30 czerwca 1941 r.], Ukraińcy zamordowali ok. 6 tys. Żydów, a całe państwo ukraińskie istniało zaledwie trzy dni. Niemcy użyli Ukraińców do brudnej roboty.

Antysemityzm stanowił fundamentalną część ideologii Hitlera. W Polsce, o ile się nie mylę, w 1938 r. niektórzy posłowie usiłowali w Sejmie poddać pod głosowanie wnioski, by Żydom odebrać obywatelstwo, zakazać uboju rytualnego itd. Próba przypodobania się Niemcom nie pomogła ani Ukraińcom, ani Litwinom, ani Łotyszom. Polakom też nic by nie dała - na szczęście wielu antyżydowskich propozycji nie udało się przegłosować.

Przez prawie pięćdziesiąt lat nie mogłem przekonać się do przyjazdu do Polski. Do dziś dostaję z tego kraju antysemickie ulotki, gazetki i książki wydawane zupełnie legalnie. Były momenty, że chciałem zwrócić mój doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisałem listy do prezydenta, do prokuratora generalnego... Kraj, który bagatelizuje takie rzeczy, musi wiedzieć, że prędzej czy później obróci się to przeciwko niemu. Bo antysemityzm nie jest problemem żydowskim - to zawsze jest problem obywateli kraju, w którym rodzą się takie postawy.

Z drugiej strony muszę przyznać, że dostaję z Polski sporo listów niezwykle życzliwych. Nie tylko od tych, którzy przeżyli wojnę, ale i od młodzieży, nauczycieli, nawet księży. Mam też nadzieję, że owe antysemickie "lekturki" czytają najczęściej sami ich autorzy i pewna grupa ludzi niezbyt wykształconych.

W 1938 r. wydawałeś we Lwowie pismo satyryczne "Omnibus". Drukowali tam m.in. Henryk Vogler i Józef Nacht, znany później w powojennych "Szpilkach" jako Józef Prutkowski. Ty robiłeś rysunki polityczne, karykatury...

- Wydaliśmy około dziesięciu numerów. W każdym interweniowała cenzura, numery ukazywały się z białymi plamami. Józef Nacht drukował zabawne wierszyki, przypominam sobie jeden:

Wąż bezrobotny puścił las kantem,

poszedł do miasta i został hydrantem.

Tu prowadził żywot nieco dziwny:

lał na ulicy i nie płacił grzywny.

Było trzech braci Nachtów, każdy ukrywał się podczas wojny pod innym nazwiskiem. Po wojnie pewnego razu wszyscy trzej przyjechali do Linzu. Moja żona przygotowała obiad. Czekamy, czekamy, wreszcie Nachtowie przychodzą i mówią, że już jedli. Trzeba było widzieć moją żonę...

Ale, wracając do "Omnibusa", próbowaliśmy przemycać w tej gazecie wiele spraw politycznych; myślę, że białe plamy były dodatkową atrakcją...

Rozśmieszył mnie dział reklam: "Jeśli zdradza cię dziewczyna, spróbuj węgierskiego wina. W winiarni węgierskiej, ul. 3 Maja 11a". I komentarze towarzyskie. Rozmawia dwóch Żydów: "Ta Cierkiewiczówna robi majlant. Ubiera się na kredyt, a rozbiera za gotówkę"...

- Pamiętam, jaką rolę odgrywał humor żydowski. Dziś, u schyłku życia, widzę, jak ten humor zanika. Coraz rzadziej można spotkać dobrą gazetę satyryczną. Zanika humor językowy, zabawne "odwracanie" słów i dopasowywanie ich do określonej sytuacji. Nie ma już tego rodzaju inteligencji...

Ale czy nie był to humor Żydów z Galicji, ze Wschodu?

- Na pewno tak, bo na Wschodzie Żydzi byli bardziej żydowscy niż gdzie indziej. Niezależnie od kontaktów z innymi narodowościami pielęgnowali oni swoje środowisko, w którym dzieci od najmłodszych lat miały do czynienia z książką, ze słowem. Bo przecież Talmud to dyskurs, podczas którego można wszystko udowodnić i wszystko obalić. Moim zdaniem religia żydowska jest nie tylko religią samą w sobie, jest też ważną częścią historii narodu...

Poza tym Żydzi umieli śmiać się z samych siebie. Połączenie tragedii życia z humorem - taki Lejzorek Rojtszwaniec [bohater satyrycznej powieści Ilii Erenburga z 1928 r. - red.]. Chciałem kiedyś napisać o tym książkę, ale ponieważ byłaby to trzynasta moja książka, a jestem przesądny, to nie napisałem.

W czasie Holocaustu coś się zacięło, śmiech zmienił się w śmierć. Jeszcze w początkach nazizmu, kiedy nie było wiadomo, w którą stronę to wszystko pójdzie, opowiadano taką historyjkę: naziści w Berlinie złapali dwóch Żydów i kazali im nosić transparent, na którym było napisane: "Żydzi won, zróbcie miejsce dla Niemców!". No i oni to nosili. Wiesz gdzie? Na żydowskim cmentarzu.

W 1962 r., o czym mało kto wie, wydałeś w Niemczech, pod pseudonimem Miszka Kukin, książkę "Humor hinter dem eisernen Vorhang" ("Humor za żelazną kurtyną").

- Miałem w Rosji kilku przyjaciół, którzy zajmowali się ściganiem przestępców wojennych w krajach bałtyckich i nie chciałem ich dodatkowo "obciążać" tą książeczką, na którą złożyły się rosyjskie anegdoty polityczne. Na przykładzie tych anegdot widać, co to jest humor "obronny" - humor, który pozwala łatwiej znosić trudną sytuację w kraju. Kiedy naród zaczyna milczeć, jest to dowodem całkowitego zamilknięcia sprawiedliwości.

Napisałeś też książkę o Kolumbie...

- Przygotowywałem książkę o genezie antysemityzmu. Podczas jednej z moich podróży po Hiszpanii natrafiłem w bibliotece na ciekawe materiały związane z Krzysztofem Kolumbem. Zainteresowało mnie, że jedna trzecia jego załogi to byli Żydzi. Ta ciekawa postać zupełnie zmieniła moje plany. Zacząłem czytać jego pisma, zbierać dokumenty z nim związane - i tak właśnie powstała ta książka przełożona później na wiele języków.

Książka o antysemityzmie nie powstała, ale pozostał problem antysemityzmu.

- Musimy z tym żyć. Po raz pierwszy w historii ludzkości powstała ideologia, która miała na celu całkowitą zagładę jednego narodu.

Gdy zamykam oczy, widzę kobietę, która próbowała ukryć w obozie swoje dziecko. Ale dziecko zaczęło płakać. I wtedy esesman wyciągnął broń i strzelił do plecaka, z którego dobiegał płacz. Do tej pory słyszę to milczenie. Kiedy zamykam oczy, widzę moją matkę, z którą się żegnam, nie wiedząc, że już nigdy jej nie zobaczę, bo chwilę później zadenuncjuje ją Ukrainiec. Śni mi się często ta scena - jakbyśmy chcieli sobie coś jeszcze powiedzieć...

Kiedyś Zubin Mehta zaprosił mnie na koncert w Los Angeles. Gdy młodziutki pianista zaczął grać III koncert d-moll Siergieja Rachmaninowa, ujrzałem zaraz te dzieci idące na rozstrzelanie, dzieci idące z doktorem Korczakiem do gazu...

Wróćmy do przedwojennej Polski. Co to było "dzień bez Żyda" na uczelniach?

- Antysemityzm bywał werbalny albo aktywny. Na ogół wyśmiewano nas, na ścianach rysowano karykaturalne portrety. Jednak zdarzały się napaści. W mniejszych miejscowościach dochodziło do nich nawet w szkołach.

"Dzień bez Żyda" organizowano najczęściej podczas sesji egzaminacyjnych. Studenci tzw. aryjscy stali z laskami i kijami, na końcach których montowano żyletki. Pamiętam, że kiedyś szedłem na politechnikę we Lwowie. Przed budynkiem był wielki ogród otoczony parkanem, przez który trzeba było przejść. A przy głównej alejce stali korporanci z laskami. Albo pobili, albo skopali... W bocznych uliczkach czekały już karetki pogotowia.

To przecież byli Wasi koledzy... Czy nie próbowaliście z nimi rozmawiać?

- To byli ci, którzy należeli do skrajnie prawicowych związków i organizacji. Oni z nami nie rozmawiali.

Czy to zadecydowało, że wyjechałeś ze Lwowa do Pragi?

- Rzeczywiście, w Pradze było 30 tysięcy studentów zagranicznych. Można tam było spotkać Żydów z Jugosławii, z krajów bałtyckich... Istniały związki akademików żydowskich, była bardziej życzliwa atmosfera. W Polsce panował zaś wprowadzony na wniosek Młodzieży Wszechpolskiej numerus clausus [ograniczenia w dostępie do studiów dla młodzieży pochodzenia żydowskiego - red.].

François de Fontette w swojej książce "Historia antysemityzmu" pisze: "Zanim stali się przedmiotem wzajemnej nienawiści, Żydów i chrześcijan łączyły stosunki, których specyficzne napięcie, wzrastająca ostrość podsycana otwartą niechęcią, daje się wytłumaczyć tylko wspólnym źródłem wiary". Żydzi, którzy w Jerozolimie stworzyli pierwszą sektę chrześcijańską, nie zdawali sobie sprawy, czym się to skończy, jaki to będzie miało wpływ na losy świata...

- To prawda, chrześcijaństwo było sektą żydowską. Narodziło się wewnątrz judaizmu, założone zostało przez Żyda Jezusa i żydowskich apostołów. Odwoływało się do Biblii, proroków, sędziów. W okupowanej Judei Żydzi mieli tylko prawo jurysdykcji w sprawach religijnych i zwierzchność formalną nad Wzgórzem Świątynnym. W sytuacji naruszenia prawa rzymskiego przez Jezusa faryzeusze mogli jedynie stwierdzić, że nie są sądem właściwym do rozpatrywania stawianych mu zarzutów. Wyrok na Jezusa był wyrokiem rzymskim, wykonanym przez Rzymian.

Potem sytuacja się zaostrzyła - chrześcijanie zdali sobie sprawę, że większość Żydów jest im przeciwna, i zaczęli szukać wyznawców wśród pogan. Ale jeszcze 300 lat po Jezusie stosowali rytuał obrzezania. Z czasem jednak coraz bardziej oddalali się od swoich pierwotnych zasad, chociaż zawsze będą liśćmi tego samego drzewa. Ewangelie powstawały wiele lat po Jezusie, w 70 albo 100 roku naszej ery, i poważnie się między sobą różnią.

W Rzymie religia żydowska była religio licita [dozwolona - red.], co potem zostało podważone przez coraz bardziej aktywnych chrześcijan. Zaczęły się wzajemne prześladowania i bratobójcze wojny, choć bywało i tak, że chrześcijan ukrywano w synagogach.

Na początku VII wieku pojawia się islam, dla którego prorokami są zarówno Mojżesz, jak i Jezus. I tak dalej, i tak dalej - wyprawy krzyżowe, pogromy, przeróżne prowokacje... Choć udowodniono, że wydane w 1905 r. przez carską ochranę "Protokoły mędrców Syjonu" są fałszerstwem, i nawet car Mikołaj nakazał wycofanie ich z obiegu, do tej pory w wielu krajach tekst ów kształtuje wyobraźnię ciemnogrodu. W latach 30. zeszłego stulecia gmina żydowska w szwajcarskim Bernie zaskarżyła wydawcę "Protokołów..." do sądu. Wygrała. I co z tego? Ci, którzy nadal je wydają, nie są warci żadnego komentarza.

Tak to jest... Zaczyna się od propagandy, potem przychodzi zbrodnia. Tam, gdzie poziom cywilizacyjny jest niski i gdzie pojawia się kryzys ekonomiczny, fanatyzm trafia na podatny grunt. Koła nienawiści kręcą się w wielu kierunkach. Nawet chrześcijanie, protestanci i katolicy mordowali się w imię najwyższych zasad religijnych - co przecież znamy z historii, a jeszcze niedawno obserwowaliśmy w Irlandii.

To nie religie są złe. To ludzie je deformują i zniekształcają.

- Religia jest potrzebna, bo to jest prawo, Dekalog, według którego należy żyć. Religia to drogowskaz dla każdego człowieka - to jest dobre, a to złe, to wolno, tego nie wolno. Niektórzy ludzie po wojnie przestawali wierzyć. Inni, przeciwnie, nawracali się.

Kiedy religie zbliżają się niebezpiecznie do polityki albo zaczynają służyć jakiejś ideologii, wówczas wszystko może się zdarzyć. Często prowadziłem rozmowy z austriackim kardynałem Franzem Königiem, znakomitym autorytetem moralnym. Braliśmy razem udział w zebraniach, konferencjach, przedsięwzięciach. Myślę, że łączą nas wspólne niepokoje o przyszłość świata...

No właśnie, co będzie z tym światem w XXI wieku?

- Wiek XX naznaczyły dwie dyktatury - nazistowska i komunistyczna. Zapewne był to wiek zbrodni. Historycy będą się zastanawiać, czyje zbrodnie - Hitlera czy Stalina - były większe. Jeżeli chodzi o czysto matematyczne wyliczenia, Stalin ma na sumieniu więcej ofiar. Stalinizm istniał dłużej, a wiele zbrodni nie zostało wyjaśnionych do dzisiaj, bowiem dopiero od kilku lat można korzystać z archiwów i też podejrzewam, że nie ze wszystkich. Nie wiemy jeszcze dokładnie, co działo się na Syberii i w rozmaitych odległych częściach Rosji.

Jeśli chodzi o Hitlera, tu nie ma białych plam. Niemcy wszystko skrupulatnie spisywali i notowali. Eksterminacja była zracjonalizowana. Dziewięć milionów Niemców należało do partii nazistowskiej, a jakieś 160 tysięcy brało bezpośredni udział w zbrodniach. Inni pomagali. To przypomina górę lodową - widzimy tylko jej wierzchołek, główna część bryły znajduje się pod wodą. Do tej podwodnej części trzeba by jeszcze dopisać tysiące ludzi, którym to, co się działo, było obojętne.

W Austrii do partii nazistowskiej, która była nielegalna do 1932 r., należało ponad 600 tysięcy osób. Ciekawe, że wielu austriackich zbrodniarzy miało słowiańskie nazwiska. To zapewne było przyczyną ich kompleksów, które powodowały, że chcieli być bardziej niemieccy od Niemców...

A wiek XXI? Cóż, nie mamy innego świata, trzeba się będzie zmieścić w tym, który jest. Nowe niebezpieczeństwa stoją przed drzwiami i nawet najlepsze zamki nie pomogą, jeśli ludzkość nie wyciągnie wniosków z historii. Ale ludzkość najczęściej nie wyciąga żadnych wniosków...

Czasem zastanawiam się, jak ciężko żyć z pamięcią tym, którzy przeżyli...

- Ja mam takie poczucie, że urodziłem się po raz drugi 5 maja 1945 r., kiedy wojska amerykańskie wkroczyły do Mauthausen. Gdy patrzyłem na flagę amerykańską, każda gwiazda na niej coś dla mnie znaczyła. Próbowaliśmy ze starych, podartych koszul, które kiedyś miały kolor biały i niebieski, zrobić flagę izraelską...

Potem często jeździłem do Ameryki. Próbowałem to, co stało się w Europie, opowiedzieć. Wtedy wydawało mi się, że za dwa, trzy lata powrócę do zawodu architekta. To były dla mnie ciężkie czasy. Nie miałem pieniędzy; by zarobić na biuro, zapłacić rachunki za telefon, musiałem pisać artykuły do gazet. Dziś, po latach, wiem, że gdybym wtedy mógł zatrudnić kilku adwokatów i współpracowników, to postawiłbym przed sądem dużo więcej zbrodniarzy.

Później, gdy już miałem więcej pieniędzy, z różnych powodów było to trudniejsze. Niektórzy odnalezieni przeze mnie zbrodniarze mieli po 90 lat. Jedyne, co mogłem zrobić, to opisać życie takiego "bohatera" w miejscowej gazecie - bo często był to szanowany i poważany obywatel miasteczka.

A Żydzi amerykańscy? Nie chcieli pomóc?

- Ach, oni z jednej strony bali się neonazistów, że Bóg wie co im zrobią. Z drugiej woleli dawać pieniądze na coś, co pozwoliłoby im zdobyć publicity... W tym, czym się zajmowałem, nie dostrzegali dla siebie żadnej publicity...

Jakie kraje były podczas wojny najbardziej przyzwoite?

- Dania, Norwegia, Bułgaria, częściowo Holandia... Wiesz, kto otworzył drzwi dla Żydów wygnanych z Hiszpanii w 1492 r.? Turcja. A potem zrobiła to po raz drugi, w 1942 r.

Skończyła się wojna. Przyszły nowe pogromy, wyjazdy, nieszczęścia po nieszczęściach...

- To wszystko było dosyć proste - ktoś chciał zagarnąć mieszkanie żydowskie, ktoś inny dom czy sklep. W Austrii do dzisiaj te sprawy nie zostały załatwione.

Kiedyś dostałem list z Polski od kobiety mieszkającej niedaleko Jedwabnego, która przeczytała moją książkę "Ucieczka przed losem" i uznała, że ma obowiązek napisać, co robili jej krewni z żydowskimi sąsiadami podczas wojny. List był bolesny, jego autorka urodziła się po wojnie i jest wolna od rodzinnego antysemityzmu. Równocześnie było w tym liście coś wzruszającego, optymistycznego, jakaś nadzieja na przyszłość...

Dobrze, że zaczynamy o tym mówić - o sobie, narodzie, historii... Całe życie zajmowałeś się, by tak rzec, "architekturą moralną". Jakie domy projektowałbyś najchętniej, gdybyś miał to robić?

- Ja nawet zaprojektowałem kilka domów. I wiesz, co było dla mnie najważniejsze? Rodzina, która miała tam mieszkać. Chciałem poznać tych ludzi, dowiedzieć się, czym się zajmują, jakie mają zwyczaje, ulubione kolory, zainteresowania. Potem dopiero wpisywałem projekt w okolicę, w sąsiedztwo innych domów... Oczywiście tylko wtedy, kiedy dawano mi wolną rękę.

A po wojnie "projektowałem" już tylko pamięć, przepisując z niej nazwiska, numery telefonów, adresy. Prawie nigdy nie robiłem żadnych notatek...

Słyszałam, jak kanclerz Helmut Kohl mówił o Twojej komputerowej pamięci. Pamiętam też Twoją rozmowę z Władysławem Bartoszewskim, kiedy to w powietrzu fruwały daty, miejsca i zdarzenia, a ja siedziałam sfrustrowana między Wami, ze swą marną pamięcią zaledwie kilku dat...

- To się już skończyło... Teraz ścigam czas. Czy raczej - to czas ściga mnie.

W ostatnich latach Twoje Centrum zajmowało się osieroconymi dziećmi z byłej Jugosławii.

- Bo dzieci są zawsze najtragiczniejszymi ofiarami wojen. A wojny domowe nie mają zwycięzców, przegrani są wszyscy. Dlatego tak ważna jest tolerancja, o czym mówiłem na sesji ONZ w Nowym Jorku. My jesteśmy jak sztafeta - przesłanie pokoju i tolerancji musimy przekazać młodym. Tym wszystkim, którzy już biegną i wyciągają do nas rękę...

Mam kilka liści z Twojego ogródka. Ciemnoczerwony klon. Ptaki przylatują do Was jak do restauracji Landtmanna - zawsze coś dobrego tu na nie czeka.

- O, tak... To jest radość naszego ogródka. Bo ptak - to wolność. Czasem zazdroszczę im skrzydeł. u
Ewa Lipska - poetka, urodzona w Krakowie, autorka m.in. tomików "Wiersze" (1967), "Żywa śmierć" (1979), "Przechowalnia ciemności" (1985, drugi obieg wydawniczy), "Strefa ograniczonego postoju" (1990), "Stypendyści czasu" (1994), "Ludzie dla początkujących" (1997), "Sklepy zoologiczne" (2001), "Ja" (2003), "Sekwens" (2003). Laureatka m.in. nagrody Kościelskich (1973), PEN Clubu (1993), Fundacji Alfreda Jurzykowskiego (1993) i miasta Krakowa (1995). W latach 1991-95 I sekretarz ambasady RP w Wiedniu i wicedyrektor Instytutu Polskiego, 1995-97 - radca tejże ambasady i dyrektor Instytutu Polskiego
Rozmawia Ewa Lipska