|
Realna demokracja
Rozmowa z Edmundem Wnukiem-Lipińskim,
socjologiem
Plus Minus, Rzeczpospolita , 31 pazdziernika
2005
Rz: Panie profesorze, czy Polacy
nie lubią demokracji?
EDMUND WNUK-LIPIŃSKI: Polacy
lubią demokrację. I nie jest to moje pobożne życzenie, ale
takie są wyniki badań. Od 1989 roku do dnia dzisiejszego,
zawsze kiedy pytamy ludzi, czy są ustroje lepsze niż demokracja,
czy demokracja jest najlepszym z ustrojów, solidnie ponad
60 proc. opowiada się za zasadami demokratycznymi. Ale, gdy
pytamy, jak oceniają polski wariant demokracji, coś, co można
nazwać demokracją realną, czyli tą, której bezpośrednio doświadczają,
odpowiedź brzmi inaczej. Ta demokracja
jest oceniana bardzo krytycznie. Akceptuje ją mniej niż 30
proc. Polaków. Reszta albo odrzuca taką demokrację, jaka jest
tu i teraz, albo wycofuje się do kategorii "nie mam zdania".
Skoro Polacy lubią demokrację, to dlaczego
nie chcą korzystać z podstawowego prawa, jakie im ona oferuje,
z prawa do wyboru swoich przedstawicieli?
Odpowiem na to pozornie paradoksalnie.
Otóż w potocznym odczuciu demokracja jest takim systemem,
który również daje obywatelom prawo do ucieczki od spraw obywatelskich.
Mogą w nich uczestniczyć, ale nie muszą. A skoro nie muszę
- uważają niektórzy - to co się będę fatygował. I, jak widzimy,
większość, niestety, wybiera tę opcję. Nie do końca zdając
sobie sprawę z konsekwencji tej absencji. Jest to grupa bardzo
wewnętrznie zróżnicowana. Po pierwsze są to ci, którzy mają
bardzo ciasne horyzonty i niskie kompetencje obywatelskie.
Nie rozumieją podstawowych mechanizmów demokracji i nie zdają
sobie sprawy z tego, że wynik wyborów, czyli rząd, który na
ich podstawie jest formowany, może wpływać na ich codzienne
życie. Po prostu, nie widzą tutaj związku. Taka kategoria
istnieje w każdej demokracji.
Ale w Polsce jest ona chyba większa
niż gdzie indziej?
To jest ściśle związane z poziomem
wykształcenia. Im mniej wykształcone społeczeństwo, tym ta
grupa jest większa. Nasze społeczeństwo jest wykształcone
na poziomie średnim, więc średni jest także poziom uczestnictwa
w demokracji. Ci, dla których świat polityki jest światem
niezrozumiałym i obcym, stanowią w Polsce około 30 proc. społeczeństwa.
Nie mają żadnego wyobrażenia, że polityka może być związana
z ich życiem, co zresztą nie znaczy, że nie krytykują.
To mamy już połowę tej grupy, która
nie chodzi głosować.
Druga część to ci, którzy nie głosują,
bo uważają, że to nic nie da, że "oni" i tak zrobią
swoje. Tę grupę protestu tworzą ludzie niegłosujący z powodu
frustracji, bo kolejne ekipy nie spełniły ich oczekiwań. Ta
grupa w Polsce stale rośnie. To wskazuje na to, że coraz większa
jest alienacja polityczna, i to alienacja dwustronna. Z jednej
strony trzeba bowiem mówić o rosnącym wyobcowaniu elit politycznych
wobec społeczeństwa. A z drugiej strony narasta alienacja
obywateli wobec polityków. Bo polityka jest dla wielu czymś
obcym, brudnym, sferą, gdzie walczy się tylko o swoje partykularne
interesy. Oni nie mają poczucia związku pomiędzy swoją decyzją
o absencji a wynikami wyborów. Uważają, że jeżeli nie biorą
udziału w wyborach, to nie mają żadnego wpływu na to, jakie
będzie rozstrzygnięcie...
Umywają ręce, bo nie ponoszą żadnej
odpowiedzialności.
Właśnie. Ale to nieprawda. Ich absencja
wpływa na wynik wyborów i to w sposób dla nich nieoczekiwany.
Bowiem brak ich głosu powoduje wzrost szans tych kandydatów,
których najbardziej nie lubią.
Jak odzyskać tych ludzi dla uczestnictwa
w demokracji?
Nie ma na to prostej recepty. Ale myślę,
że przywrócić ich życiu politycznemu mogłoby, po pierwsze,
przywrócenie standardów uczciwości w polityce. Po drugie pojawienie
się politycznej wizji, wykraczającej poza partykularne interesy
partyjne, a dotyczącej całego kraju, takiej w stylu Kennedy'ego,
kiedy porwał za sobą apatyczne masy, które przedtem nie uczestniczyły
w wyborach, bo uważały, że to jest wewnętrzna gra elit. No
i po trzecie edukacja obywatelska, czyli pokazanie ludziom
tych najbardziej elementarnych związków, które występują w
życiu publicznym, praw i powinności obywateli demokratycznego
państwa, przekonanie ich, że każdy głos się liczy. Bo naprawdę
się liczy. Najbardziej spektakularnym tego przykładem były
wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych z 2000 roku, gdzie
tygodniami przeliczano głosy i gdzie przeważyła bardzo mała
ilość.
Kto jeszcze nie bierze w Polsce udziału
w wyborach?
Istnieje coś takiego jak demobilizacja
w wyniku sondaży. Ludzie rozumują tak: jeżeli moja partia
bezpiecznie prowadzi w sondażach, to ja się nie muszę fatygować,
bo oni i tak wygrają. Więc zamiast na wybory idę na ryby.
Demobilizacja sukcesem sondażowym spotyka dobre rządy. U nas
to się jeszcze nie zdarzyło, ale w Anglii tak. Partia rządząca
wyraźnie prowadzi w sondażach, rząd jest oceniany bardzo dobrze
i wszyscy są pewni, że wygra wybory, a tu niespodzianka, bo
bardziej zmobilizował się elektorat opozycji.
Czy w Polsce nastąpiło coś takiego?
Myślę, że w ostatnich wyborach podobna
demobilizacja ogarnęła potencjalnych wyborców Platformy Obywatelskiej.
Sondaże prawie do końca wskazywały
na Platformę jako zwycięzcę. Czy nie sądzi pan, że sondaże
zaczynają odgrywać nieco za dużą rolę, że przekazują nie do
końca prawdziwą wiadomość, bo przecież Platforma nie wygrała?
Przekazują nieprawdziwą wiadomość,
jeśli źle się je interpretuje. Dziennikarze mają tendencję
do traktowania sondaży przedwyborczych jako prognozy wyborczej,
a to nie to samo. Jeżeli warsztatowo jest wszystko w porządku,
a czasami pozostawia trochę do życzenia, to sondaże mówią
tylko o tym, jaki jest rozkład preferencji w momencie przeprowadzenia
badania. A ponieważ płynność preferencji politycznych w polskim
elektoracie jest bardzo duża, to się to może bardzo szybko
zmienić. Nie w sposób radykalny, pewne proporcje zostają zachowane,
ale...
Wystarczająco, żeby ktoś inny wygrał.
Dokładnie tak. To po pierwsze. A po
drugie, w interpretacjach wyników sondaży nie zwraca się uwagi
na mało spektakularną kategorię, która w nich się pojawia.
Są to ci, którzy jeszcze nie wiedzą, na kogo będą głosować.
To są wyborcy ostatniej godziny - jeżeli w ogóle uda ich się
zmobilizować do udziału, bo oni na ogół do wyborów nie idą.
Ale jeżeli w ostatniej chwili jakiś argument, często o drugorzędnym
znaczeniu, przekona ich do jakiejś partii, to wówczas idą
i mogą zasadniczo zmienić układ sił.
I u nas to się właśnie zdarzyło?
Tak. Uważam, że owi wyborcy ostatniej
godziny w znacznym stopniu wpłynęli na sukces PiS. Bo w ostatnim
momencie jakieś argumenty PiS do nich dotarły. Podobnie było
w wyborach niemieckich. Schröder też uzyskał poparcie tej
kategorii, która nie była do końca zdecydowana. To są ludzie,
którzy mają tak nieskrystalizowane preferencje polityczne,
że mogą głosować na partie o zasadniczo odmiennych programach.
Więc można ich zdobyć zabiegiem czysto socjotechnicznym, takim
jak to przedstawienie z zabawkami znikającymi z dziecięcego
pokoju po wprowadzeniu systemu podatkowego Platformy. Owo
zamordowanie pluszowego misia zdobyło dla PiS część tych,
którzy nie wiedzieli, na kogo głosować.
A jak zdobyć ludzi do aktywnego udziału
w demokracji? Czy na przykład zmiana ordynacji na większościową
i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych mogłoby
zaowocować zwiększeniem frekwencji?
To by na pewno skłoniło ludzi do większego
uczestnictwa w głosowaniu. Przecież frekwencja w wyborach
prezydenckich jest na ogół wyższa niż w parlamentarnych, bo
one są spersonalizowane. Jest wiele osób, zwłaszcza tych o
trochę niższych kompetencjach obywatelskich, którzy reagują
na warstwę emocjonalną programów wyborczych, a nie na warstwę
racjonalną. Można ich łatwiej zmobilizować doudziału w bardziej
spersonalizowanych wyborach, a okręgi jednomandatowe ten osobisty,
ludzki wymiar do polityki wprowadzają. Tam w miejsce anonimowych
partii pojawiają się żywi ludzie, którzy muszą toczyć ze sobą
walkę o poparcie.
Jednak większość klasy politycznej
broni się przed tym programem?
Tak. I wiem, dlaczego. Okręgi jednomandatowe
mogą wykreować alternatywnych, pozapartyjnych liderów lokalnych.
Rola partii politycznych byłaby w tym systemie zmniejszona
i to zmuszałoby do tworzenia konsolidacji ugrupowań o podobnym
profilu. Dla systemu partyjnego nie byłoby to wcale złe. A
zarazem upraszczałoby rzeczywistość polityczną, która ma być
przedmiotem wyboru, również dla tych, którzy w tej chwili
nie biorą udziału w wyborach, bo ona jest zbyt skomplikowana.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego
politycy nie lubią okręgów jednomandatowych. Wymuszają one
kontakt polityka z wyborcami w swoim okręgu, bo jeżeli ten
kontakt zaniedba, to za cztery lata wyborcy mu o tym boleśnie
przypomną.
Ale może to dać w efekcie silny partykularyzm
w postaci np. zabiegów o jak największe środki dla jednego
okręgu?
Rzeczywiście, okręgi jednomandatowe
promują partykularyzm. Każde wybory wywierają presję inflacyjną,
bo kampania wyborcza to jest spis obietnic. Wybory według
ordynacji jednomandatowej tę presję zwiększają. Ale zawsze
jest coś za coś.
Czy mniej radykalne posunięcia, jak
przedłużenie godzin czy nawet liczby dni głosowania, zezwolenie
na głosowanie korespondencyjne, mogą zwiększyć frekwencję?
Takie techniki są stosowane, ale przyrost głosów tym spowodowany
jest niezbyt duży. Jeżeli ktoś jest aktywnym obywatelem i
rozumie, o co w tym chodzi, to otwarcie lokali wyborczych
od godziny 6.00 do 20.00 umożliwia głosowanie nawet najbardziej
zajętym ludziom, zwłaszcza że to z reguły jest w niedzielę.
Źródło absencji tkwi gdzie indziej, nie w rozwiązaniach technicznych.
One mogą pomóc, ale nie zlikwidują problemu. One mogą tylko
złagodzić objawy, a zmiana ordynacji wyborczej byłaby próbą
usunięcia przyczyn małego uczestnictwa w demokracji.
Co wynik ostatnich wyborów mówi nam
o stanie polskiego społeczeństwa? Co dominuje w nastrojach
społecznych?
Wybory potwierdziły bardzo rozpowszechnioną
frustrację wyborców, zniechęcenie do klasy politycznej w całości,
a zwłaszcza do rządów Leszka Millera. Brak zaufania do rządzących
przybrał rozmiary dramatyczne. Zaufanie jest przecież spoiwem,
które łączy tkanki społeczne. Jeżeli tego nie ma, to jesteśmy
w bardzo niedobrej sytuacji.
A więc Leszek Miller i SLD zepsuli
opinię wszystkim politykom?
Frustracja była wcześniej, ale oni
ją pogłębili i nadali jej nowy wymiar. Dużej części Polaków
polityka kojarzy się dziś wyłącznie z drogą do kasy, do przywilejów,
a nie z misją publiczną. Cnoty obywatelskie, już i tak niezbyt
w Polsce rozbudzone, za rządów Leszka Millera zostały wręcz
podeptane.
Odzyskanie wiary w to, że cnoty obywatelskie
mają sens w życiu publicznym, to będzie niezwykle ciężki i
długotrwały proces. W tej chwili jakiekolwiek próby mówienia
tym językiem wyglądają na naiwność. Ten język jest nieobecny
w debacie politycznej.
Nowa koalicja mówi o uczciwości...
Tak, ale w reakcji na rządy Leszka Millera mówi się dziś po
prostu o tym, żeby nie kraść, żeby nie zawłaszczać zasobów
publicznych do prywatnych celów. To jest uczciwość najbardziej
elementarna. A cnoty obywatelskie to coś więcej. To jest nie
tylko stwierdzenie, że potrzebne są elementarne zasady uczciwości
w polityce. To dopiero punkt startu. Cnoty obywatelskie na
tym są budowane, ale oznaczają coś znacznie więcej: misję,
służbę dla innych i poczucie, że dobro wspólne jest czymś
ważnym. W tej chwili tego zupełnie nie ma. Dzisiaj walczymy
o odzyskanie fundamentów aksjologicznych, czyli tej najbardziej
elementarnej uczciwości.
Jak pan odczytuje wynik wyborów w tym kontekście?
Zdecydowana większość z tych, którzy poszli głosować, ulokowała
w tych wyborach nadzieje na odbudowę czegoś, czego nie da
się odbudować w sposób administracyjny. Odbudowę podstaw uczciwości,
zaufania, tych wszystkich wartości, których wagę rozumiemy
dopiero, jak ich nie ma. Myślę, że wyborcy zaufali, iż PiS
i PO wprowadzą ponownie do obiegu te wartości i będą same
świadczyć swoim zachowaniem i swoim działaniem, że te wartości
są ważne, że mają sens. Ale uwaga: nic tak nie demoralizuje,
jak niezaświadczanie własnym działaniem o rzeczach, do których
nawołuje się obywateli.
Taki był los AWS.
Dokładnie. Obie zwycięskie partie, a zwłaszcza PiS, w kampanii
wyborczej akcentowały tę kwestię bardzo mocno i to będzie
dla nich wielkie zobowiązanie w oczach wyborcy.
Czy to znaczy, że wyborcy oczekują rewolucji moralnej?
W jakimś sensie taką rewolucją były same wybory. Ale ja bym
raczej mówił o restauracji przyzwoitości niż o rewolucji.
Bo chodzi o odbudowę podstaw aksjologicznych życia społecznego.
To nie wymaga rewolucji.
A więc ludzie głosujący na jedną z tych dwóch partii kierowali
się bardziej potrzebą powrotu przyzwoitości do życia publicznego,
niż wyborem określonego programu?
Nie było jednolitego motywu. Elektoraty poszczególnych partii,
a zwłaszcza PiS, w moim przekonaniu, są bardzo zróżnicowane.
Jest wśród nich wielu dawnych wyborców SLD i na nich zadziałał
program socjalny PiS. Bo ci wyborcy idą za partią, która gwarantuje
kontynuację modelu państwa opiekuńczego o bardzo silnej redystrybucji
i rozbudowanych świadczeniach społecznych.
Ale wśród motywów leżących u podstaw poparcia dla PiS i dla
PO był również silny wątek moralny. Jest nadzieja na poprawę,
bo już gorzej być nie może. Ale jest również oczekiwanie,
które zostało wzbudzone obietnicami wyborczymi liderów tych
dwóch partii. Oni obiecują, że będą przyzwoici, że będzie
można w życiu publicznym przyzwoitość uznać za normę, a nie
za aberrację. I to stawia im szalenie wysokie wymagania dlatego,
że tego typu zaufanie można jednym spektakularnym przykładem
zrujnować. Liderzy obu tych partii postawili więc sobie bardzo
wysoką poprzeczkę.
Partie, które wygrały wybory w Polsce i mają tworzyć rząd,
są w gruncie rzeczy tak odmienne, że przypominają zalążki
dwóch wielkich obozów, które powinny ze sobą raczej konkurować
niż współpracować.
Pamięta pan tekst Leszka Kołakowskiego pt. "Jak być liberalno-konserwatywnym
socjalistą"? Wyborcy w tych wyborach opowiedzieli się
za takim właśnie liberalno-konserwatywnym socjalizmem, biorąc
pod uwagę te dwie partie.
Jednak większość wybrała jedną z nich...
Czyli akcent położony jest na środkowy i trzeci człon tej
trójczłonowej struktury. A mówiąc zupełnie serio, w społeczeństwie
polskim istnieje bardzo silny elektorat lewicowy, który jest
ciągle osierocony. On najpełniej ujawnił się w poprzednich
wyborach, kiedy SLD dostało 40 proc. poparcia i kiedy ten
typ elektoratu ulokował swoje nadzieje właśnie w SLD. Po kompromitacji
tej formacji ten elektorat stał się elektoratem osieroconym
i poszukiwał jakiegoś zbliżonego reprezentanta na scenie publicznej.
W znacznej mierze tym reprezentantem stało się PiS, a w o
wiele mniejszej niż można było oczekiwać Samoobrona.
Czy wyborcy popierają budowę IV Rzeczypospolitej?
Żeby rozpocząć Rzeczpospolitą z nowym numerem, potrzebne jest
jednak większe wydarzenie niż wybory. To musi być cezura historyczna,
która wytrzyma próbę stuleci. Nie może być używana w rozgrywkach
politycznych. Kiedy numeruje się Rzeczpospolitą, to musi za
tym stać jakaś niezwykle głęboka fundamentalna przemiana.
Przywrócenie państwa po zaborach - było oczywiste, że to jest
II Rzeczpospolita. Wyjście z komunizmu - jasne, że to jest
III Rzeczpospolita. A IV Rzeczpospolita... obyśmy tego numeru
nigdy nie musieli używać.
A więc uważa pan, że taka zmiana w tej chwili w Polsce nie
jest potrzebna?
Taka fundamentalna zmiana, w moim przekonaniu, nie jest potrzebna.
Jesteśmy krajem demokratycznym. Jest państwo, które wymaga
zasadniczej odnowy. Jest życie publiczne, które wymaga odnowy.
To wymaga leczenia, ale nie trzeba pacjenta spisywać na straty.
Ten pacjent da się wyleczyć.
Początkiem tego leczenia, a raczej postawieniem diagnozy,
była działalność komisji śledczych. Jak pan je ocenia?
Pierwsza komisja śledcza - w sprawie Rywina - była przełomem.
Ona pokazała, że w demokracji nikt nie powinien stać ponad
prawem. Następne komisje, a zwłaszcza orlenowska, też ujawniły
cały szereg patologii jeżących włosy na głowie, ale były obciążone
klimatem politycznej gry, który z czasem zdominował ich pracę.
I tak to było odbierane. Ale niewątpliwie prawda o Polsce,
jaką przyniosły komisje, jest potrzebna. Potrzebna jest także
identyfikacja personalna tej prawdy. Sprawcy nie mogą być
anonimowi, bo wówczas nie ma mowy o winie. To osądzenie moralne,
nazwanie zła złem jest potrzebne dla jakości życia publicznego
i dla kultury politycznej.
A zatem komisje śledcze są potrzebne.
Są potrzebne. Często myli się funkcje komisji śledczych z
działalnością organów ścigania. To są dwie różne role. Komisje
śledcze mają za zadanie wprowadzać do życia publicznego standardy
aksjologiczne, które powinny obowiązywać polityków. Aparat
ścigania wymierza sprawiedliwość na podstawie skodyfikowanego
zapisu prawa. Rola komisji śledczych jest w tym sensie ważniejsza,
że skutkiem ich działania powinny być standardy. Normy, które
zahamują korupcję na najwyższych szczytach władzy, uzdrowią
styk wielkiego biznesu i wielkiej polityki, a nade wszystko
będą stanowić dzwonek alarmowy dla polityków, którzy będą
chcieli wejść na tę drogę.
Rozmawiał Jan Skórzyński
|