E-mail

English






Księgowy Oświęcimia

Matthias Geyer

Gazeta Wyborcza

24-10-2005

Oskar Gröning w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu liczył pieniądze zabijanych Żydów i stał na straży przy rampie kolejowej. Czuje się najwyżej "mimowolnym winowajcą"

Na zewnątrz śpiewają ptaki, z ogrodu do pokoju wpada wiosenny wiatr. W fotelu siedzi starszy mężczyzna, wielki i silny, ma białe włosy i niebieskie oczy. Fotel stoi obok kominka, na którym ustawiono trzy rzeźbione aniołki.

Prawą nogę mężczyzna położył na stołku. Jest zupełnie spokojny. Mówi cicho. Opowiada historię człowieka, którym kiedyś był.

- Przyjechał nowy transport. Miałem służbę na rampie. Moim zadaniem było pilnowanie bagaży. Żydzi zostali już odtransportowani. Na ziemi leżały już tylko śmieci, porzucone rzeczy. Nagle rozległy się krzyki dziecka. Leżało na rampie owinięte szmatami. Zostawiła je matka, być może wiedziała, że kobiety z małymi dziećmi są natychmiast zagazowywane. Widziałem, jak jeden z esesmanów złapał dziecko za nogi. Przeszkadzały mu krzyki. Zaczął uderzać głową dziecka o żelazne pręty ciężarówki, aż się uspokoiło.

Mężczyzna patrzy przez okno dużego pokoju prawie nieruchomo. Jego kciuk porusza się na kancie fotela jak metronom. Na zewnątrz w słońcu leży miejscowość Lüneburger Heide, domy z klinkieru i ogrody, w których nie rosną żadne chwasty. Oskar Gröning żyje w uporządkowanym świecie.

Odpina guzik na lewym rękawie i podwija koszulę do góry. - Tutaj - mówi - jeszcze coś widać.

Widać jeden mały niebieski punkcik powyżej łokcia, resztka tatuażu. - Marnie to zrobiono - mówi. To miało być zero, zero na oznaczenie grupy krwi. Każdemu, kto był w Oświęcimiu, robiono tatuaż. Żydom ich numery, esesmanom grupy krwi. Oskar Gröning przez dwa lata był esesmanem w Oświęcimiu.

Kiedy śni, sny kończą się krzykiem. Krzyk zamienia się w szum, szum w szmer, szmer w ciszę. To są odgłosy umierających w komorach gazowych.

Gröning nie zabijał. Nie wrzucał cyklonu B do komór, nie podpalał stosów. Tylko przyglądał się. Był przy tym początkowo zszokowany, później zobojętniały. Wpadł w rutynę.

Żył w zorganizowanym świecie. Jego ład gwarantowała niezależność terroru od fundamentów cywilizacji. Terror posiadał wyraźne struktury rozkazodawcze oraz uregulowane plany dyżurów, podział zadań i stanowisk, katów i księgowych.

Gröning był sumiennym księgowym. Liczył pieniądze Żydów, sortował je, zamykał w kasie pancernej.

Na stoliku w pokoju leży album ze zdjęciami. Dwie trzecie fotografii są czarno-białe, reszta kolorowa. Ale te zdjęcia nic nie mówią. On chce mówić, godzinami, dniami. - Wszystko jedno - mówi - to pomaga.

1.

Oskar Gröning urodził się w 1922 roku. Jest jednym z niewielu żyjących, którzy z ramienia SS byli w Oświęcimiu. Jego historia to niemiecka historia, opowiada o omamieniu i fanatyzmie, o sprawcach i współsprawcach, o życiu z winą i poszukiwaniu innych określeń na to uczucie. O próbie przezwyciężenia własnej przeszłości.

Oskar Gröning otwiera album, przerzuca fotografie rodzinne: ojca, matki, babci, dziadka, ciotki Mariechen, z wózkiem dziecięcym, podczas wycieczki rowerowej, to tylko kilka stronic, potem przychodzą zdjęcia w mundurze. Jego ojciec był członkiem Stahlhelm, paramilitarnej organizacji narodowców niemieckich, która walczyła przeciwko traktatowi wersalskiemu, roszczeniom reparacyjnym wobec Niemiec, a później przeciwko republice i demokracji.

- Ojciec w sali gospody organizował przedstawienia narodowe - mówi Gröning. W jednej ze sztuk Francuzi zabijają Niemca, ponieważ przeciwstawiał się okupacji Zagłębia Ruhry. - Dyscyplina, posłuszeństwo, karność, tak nas wychowano - mówi Gröning. Matka umarła, kiedy miał cztery lata.

Przegląda dalej album, szuka czegoś. - O, tutaj - puka palcem w zdjęcie - tutaj widać, jak maszerujemy.

Zdjęcie pochodzi z 1933 roku, grupka dzieci idzie za flagą, mają na sobie wojskowe uniformy, na jednym domu powiewa flaga ze swastyką. Młodziutki Oskar maszeruje w pierwszym rzędzie, ma dwanaście lat i jest członkiem młodzieżowej organizacji Stahlhelm.

- Czym jest dla pana mundur?

- Fascynacją. Do dzisiaj, jak słyszę muzykę wojskową, wielki capstrzyk... - jego głos drży, załamuje się. - Przepraszam, ale dla mnie to przeżycie, takie podniosłe, ciągle jeszcze.
Obok domu ojca znajdował się sklep z wyrobami żelaznymi, należał do Żyda Seliga. On miał córkę Änne, razem z nią Oskar grał w kulki na ulicy. Pewnego dnia przed sklepem stanęli mężczyźni z SA z transparentem "Niemcy, nie kupujcie u Żydów". Po tym bawił się już z Änne tylko na podwórzu.

- Co pan sobie pomyślał, kiedy zobaczył tych mężczyzn z SA z transparentem?

- Nic - mówi Gröning. Jego głos jest znowu spokojny i mocny.

Otwierają się drzwi dużego pokoju, jego żona stawia na stoliku półmisek z ciastem przykrytym folią. - Na później - mówi. Potem wychodzi. Nie chce się przysłuchiwać.

Czeka, aż żona zamknie za sobą drzwi. I mówi: - Widzi pan, Żydzi to byli dla nas handlarze świń, adwokaci, oni zawsze byli podejrzani jeśli chodzi o pieniądze. Zawsze powtarzano: "Żydzi orzynają chrześcijan. Tacy już są".

- Czy ojciec Änne Selig orżnął kogoś?

- Nie myślałem wtedy o tym.

Oskar Gröning zdejmuje nogę ze stołka, wyprostowuje się na krześle i zaczyna śpiewać, najpierw cicho, potem głośniej. "A kiedy Żydów krew skapuje z noża, wtedy jest dobrze, jak dobrze".

Na moment zacierają się granice między człowiekiem teraźniejszym i tym z przeszłości, potem wraca do teraźniejszości i mówi: - Myśmy wcale nie myśleli o tym, co śpiewamy.

2.

Przegląda dalej album, na jednym zdjęciu z ząbkowanym brzegiem napisał niebieskim atramentem: "1941, z ciotką Anną". Młody Gröning, wysoki blondyn, ma na sobie mundur, na kołnierzu litery SS, siedzi na oparciu krzesła i śmieje się. Jest bardzo dumny.

Esesmanów widział w kronikach filmowych. Uważał ich za dziarskich, za najbardziej dziarski oddział ze wszystkich. W 1940 zgłosił się dobrowolnie.

- Dlaczego?

- To był spontaniczny entuzjazm, aby nie spóźnić się na ostatnie zwycięstwo na wojnie.

Przez dwa lata Gröning pracował w urzędzie uposażenia żołnierzy, w październiku 1942 otrzymał nowe zadanie. Jeden z Hauptsturmführerów powiedział, że to specjalne zadanie, że ma ogromne znaczenie dla narodu niemieckiego, dla końcowego zwycięstwa. Że powinien pamiętać o swojej przysiędze, o tym, co widniało na jego pasie: "Mój honor to wierność". I że zadanie to oznacza przymus milczenia aż do śmierci.

Bije zegar w pokoju, jest szósta wieczorem, Oskar Gröning mówi już pięć godzin. Zjadł kawałek ciasta i ciągle mówił. Dotarł teraz do Oświęcimia. Może chce zrobić przerwę?

- Nie, nie, to mnie nie męczy - mówi. Przynosi z kuchni butelkę wody mineralnej. Żona jeszcze nie wróciła.

Gröning ma 21 lat, kiedy pewnego październikowego dnia przybywa do Oświęcimia. Do obozu przyjechał pociągiem z Katowic, zakwaterowano go w baraku administracji. Ci, którzy są już tam dłużej, wykładają na stół sardynki w oleju i słoninę, wódkę i rum.

W tym obozie esesmanom wiedzie się dobrze. To musi być coś szczególnego, myśli Gröning. Dużo piją. W pewnym momencie otwierają się drzwi, ktoś mówi: przyjechał nowy transport. Wstaje trzech mężczyzn, zapinają pasy i biorą pistolety.
Gröning pyta, o co chodzi. Ktoś mówi: "Żydzi przyjechali, teraz będą przyjmowani do obozu. Jeśli mają szczęście".

"Co to znaczy?" - pyta Gröning.

"To znaczy, że niektórzy zostaną przerobieni" - mówi ten drugi.

Następnego ranka przydzielają mu służbę. Gröning mówi, że uczył się bankowości.

Przydzielają go do "Administracji pieniędzy więźniów". Jeden z adiutantów udziela mu wskazówek. Dowiaduje się, że Żydzi muszą oddać pieniądze. Wkładane są do drewnianej skrzyni, a on ma je sortować i od czasu do czasu przesyłać do Głównego Urzędu Gospodarki i Zarządzania w Berlinie.

Dowiaduje się, że większość Żydów zostaje zagazowana. Tego samego dnia rozpoczyna liczenie pieniędzy.

Wierzy w Adolfa Hitlera i Josepha Goebbelsa. Wierzy, że misją Niemców jest zniszczenie światowego żydostwa. Wierzy, że Niemcy z powodu Żydów przegrały pierwszą wojnę światową. I chce wygrać tę wojnę.

Dobrze je, dobrze pracuje, dobrze śpi. Na łóżkach esesmanów położono pikowane kołdry w poszewkach w kratę. Leży się na nich wygodnie. Kiedyś należały do Żydów.
Po dwóch miesiącach pobytu w obozie Gröning otrzymuje nowe zadanie. Coraz częściej przyjeżdżają pociągi na rampę, potrzebny jest ktoś, kto będzie uważał, żeby żadna sztuka bagażu nie została ukradziona. Podczas pierwszej służby na rampie zostaje zabite to niemowlę, głową o ciężarówkę.

Wieczorem leży w łóżku i nie może zasnąć. "Wpadłeś w miejsce, które śmierdzi", myśli. Dostrzega różnicę między ekscesami jednostek i masowym mordem dokonywanym przez system. Te ekscesy są dla niego barbarzyństwem, masowy mord jest uzasadniony.

Idzie do swojego przełożonego i mówi, że jeżeli tutaj zawsze tak się dzieje, to on chce być przeniesiony. Przełożony mówi: "To, co widziałeś, z pewnością nie było całkiem w porządku. Ale podpisałeś zobowiązanie. Każdy wypełnia swoją służbę tam, gdzie mu każą".

3.

Gröning wraca do porządku terroru. Zostaje awansowany z Rottenführera na Unterscharfühera. Kiedy ma służbę, stoi na rampie, kiedy przynoszą drewnianą skrzynię, liczy pieniądze. Nazywa je "bezpańskimi pieniędzmi". Sortuje złotówki, drachmy, franki, guldeny, liry. Plądrowana jest cała społeczność światowa.

Wieczorem, po zakończeniu służby, Gröning zanosi swoje jedzenie do baraku, gra w karty z kolegami i w chińczyka z przełożonym. Kiedy koledzy kładą się spać, są czasami pijani. Wtedy gaszą światło strzałem z pistoletu. W weekendy spotyka się w grupie sportowej, gimnastykują się niedaleko rampy i komór gazowych. Mają wspólnie dużo uciechy.

Pewnej nocy wyrywa go z łóżka dźwięk gwizdków. Żydzi uciekli. Biegnie przez mrok, zatrzymuje się przed chłopską zagrodą, na ziemi leżą trupy. Widzi jak nadzy ludzie zapędzani są do zagrody. Widzi jak jeden z Oberscharführerów zamyka drzwi, nakłada maskę gazową, otwiera puszkę i zawartość wsypuje do szczeliny. Potem słyszy krzyki. Krzyki zamieniają się w szum, szum w szmer, potem jest cicho.

Z kolegą wraca do baraku. Ten drugi mówi: "Znam skrót". Po drodze ten drugi opowiada, jak to jest, gdy trupy palone są na rusztach. Ciała wyprostowują się, mężczyźni dostają erekcji, mówi ten drugi.

Droga na skróty prowadzi obok stosu. Właśnie palone są zwłoki. Gröning podchodzi na odległość około 50 metrów, przypatruje się, jak to jest, kiedy ludzie się palą.

Składa drugie podanie o przeniesienie, potem trzecie. We wrześniu 1944 zostaje zwolniony do jednostki polowej i walczy przeciwko aliantom podczas ofensywy w Ardenach.
4.

Nad Lüneburger Heide zapadł zmrok, Oskar Gröning opowiedział swoje dzieje w Oświęcimiu, rzeczowo, jak film dokumentalny. Wstaje, przynosi nową butelkę wody mineralnej. - Niech pan spokojnie pyta.

- Co pan sobie pomyślał, kiedy dowiedział się pan, że w Oświęcimiu zagazowuje się Żydów?

- Że jest to środek prowadzenia wojny. Wojny za pomocą postępowych metod.

- Ale pan nie był na wojnie, tylko w fabryce gdzie dokonywano systematycznego mordu.

- Jeżeli jest pan przekonany, że zniszczenie żydostwa jest konieczne, to rodzaj zabijania, w ten czy inny sposób, nie odgrywa już większej roli. Hitler już w 1939 roku powiedział w jednym z przemówień, że jeżeli Żydzi zmuszą Niemców do nowej wojny, oznaczać to będzie upadek żydostwa.

- Jest jednak różnica, czy wiwatuje się w anonimowym tłumie, czy też pracuje w maszynerii śmierci.

- Tak, to różnica. Ale tak już jest, niestety, że mnie, Oskara Gröninga, skierowano do tego obozu, w którym to, co kiedyś oklaskiwano, stało się rzeczywistością. Wtedy człowiek tam stoi i myśli tylko o jednym: zostałem zaprzęgnięty do roboty, która jest potworną koniecznością. Ale koniecznością.

- Co pan czuł, kiedy prowadzono Żydów do komór gazowych?

- Muszę powiedzieć, że nic. Ponieważ ta potworność nie była wyrazista. Jeżeli człowiek wie, że się zabija, wie także, że się umiera. Uczucie potworności przychodziło dopiero z krzykami.

- Czy można powiedzieć, że pan przyzwyczaił się do Oświęcimia?

- Z czasem się zaaklimatyzowałem. Czy może lepiej: udałem się na wewnętrzną emigrację. W Oświęcimiu biegło całkiem normalne życie. Był warzywniak, w którym można było także kupić kości, żeby ugotować sobie zupę. To było jak w małym miasteczku. Miałem swoją służbę, w której komory gazowe nie odgrywały żadnej roli. To było jedno, tamto drugie.

Jest wpół do dziewiątej, otwierają się drzwi, to żona. Pyta, czy ma zrobić kanapki z serem. Może je przygotować i pójść do pokoju obok, mówi.

Kiedy w 1948 roku wrócił z brytyjskiej niewoli do domu, powiedział do żony: "Dziewczyno, zrób sobie i mnie przysługę i nigdy nie pytaj o to". Do dnia dzisiejszego nie zapytała.

Gröning proponuje, żeby dalej rozmawiać w hotelu. Chce opowiadać. Chce się rozliczyć.

5.

Następnego ranka mówi, że dobrze spał. Wziął tabletkę. Jego żona wyszła już z domu. Na stole w dużym pokoju stoi woda mineralna. Album z fotografiami zniknął, teraz leżą tam papiery. Dokumenty, które mogą go oczyścić z zarzutów. Coś w rodzaju honorowych zaświadczeń Oskara Gröninga.

Jeden z dokumentów oznaczony jest numerem akt VP-55b/9-44/Zö/IG. Jest to pismo do Głównego Dowództwa SS w Berlinie, w którym potwierdzone zostaje jego przeniesienie. "Wyżej wymieniony dobrowolnie zameldował się do służby frontowej", można przeczytać.

Drugi dokument to list z Sądu Krajowego w Duisburgu. Gröning wezwany zostaje w nim jako świadek w procesie przeciwko jednemu z esesmanów, który miał w Oświęcimiu mordować więźniów. Gröning podkreślił w liście niebieskim atramentem trzy słowa "Wezwany jako świadek". Nie jako oskarżony. Z prawnego punktu widzenia jest niewinny.
Po powrocie z niewoli mieszkał u rodziców swojej macochy. Siedzieli przy stole, jedli i wtedy jej matka powiedziała: "Nie wiem, ale może siedzę tutaj razem z mordercą? Albo potencjalnym mordercą?".

Uderzył dłonią w stół i powiedział: "Siedzę tutaj, bo nie jestem winny. Nie byłem sprawcą i tym samym jestem człowiekiem godnym szacunku".

Człowiek, Oskar Gröning, kwadracik w schemacie organizacyjnym Oświęcimia. Tak to widział i tak to widzi teraz. Ale jest w tym osamotniony.

Wczoraj w nocy, kiedy Gröning już spał, pokazano w telewizji brytyjski film dokumentalny na temat wyzwalania obozów. W filmie nie dokonywano rozróżnienia między tymi, którzy mordowali, a tymi, którzy liczyli pieniądze mordowanych. Pokazano w nim mężczyzn w esesmańskich mundurach i góry trupów. Potwory i ich ofiary.

- Nie oglądam czegoś takiego. Nic mi to nie daje. Wiem, jak wyglądają trupy - mówi Gröning. Jego głos jest chłodny, nieobecny. W lewym oku pojawia się łza.

Kiedy w 1948 roku wrócił z brytyjskiej niewoli, postanowił, że musi żyć dalej. Nie chciał, by mu przeszkadzano.

Od tego czasu nic nie obejrzał. Niczego nie wysłuchał, nie przeczytał niczego, co mogłoby przenieść go ponownie do obozu. Nie wie, że w 1963 roku rozpoczął się proces o zbrodnie w Oświęcimiu, który po raz pierwszy zapoznał młodą niemiecką demokrację ze szczegółami tej maszynerii zagłady. - Nic o tym nie wiem - mówi.

W 1968, kiedy dorosłe dzieci oskarżały pokolenie ojców, jego synowie mieli 26 i 19 lat. Studiowali i rzadko pojawiali się w domu. Wiedzieli, że ich ojciec był w Oświęcimiu, ale nigdy z nim o tym nie rozmawiali. Nie mieli pytań.

- U nas nie odgrywało to żadnej roli - mówi Gröning.

W 1979 roku telewizja niemiecka pokazała amerykański serial "Holocaust". Sfilmowane losy żydowskiej rodziny stały się lekcją historii dla rodzin niemieckich, każdy o tym mówił. "Lista Schindlera" w porównaniu z "Holocaustem" była tylko niewielkim epizodem.

- O niczym takim nie słyszałem - mówi Gröning.

Przez te wszystkie lata Oskar Gröning rozmawiał o prawdzie tylko z Bogiem. Chciałby się od czegoś uwolnić, ale nie wie, jak to nazwać. Winą? Czy jest sprawcą? Współsprawcą? Albo też, to też uważa za możliwe, ani jednym, ani drugim? Formułuje te same pytania co cały kraj. Ale on stawia je sobie, tutaj, w tym pokoju. Nie otrzymuje odpowiedzi.

6.

Po zakończeniu wojny Gröning rozpoczyna zwykłe mieszczańskie życie, pracuje jako księgowy w małej fabryce. Nikt nie wie, co robił wcześniej. Dopóki zajmuje się pieniędzmi, jest bezpieczny, zawsze tak było. Ma jamnika i zbiera znaczki. Jest członkiem związku filatelistów. W roku 1985 z innym kolekcjonerem rozmawia o znaczkach i o polityce. "Nieprawdopodobne, że dzisiaj ściga się prawem ludzi, którzy zaprzeczają istnieniu Holocaustu, mimo że naprawdę nigdy go nie było" - mówi tamten.

To jest wielki moment w życiu Oskara Gröninga. Rodzaj eksplozji, tak jakby ktoś przebił igłą rozdęty do granic możliwości balon. Gröning mówi: "Ja wiem o tym nieco więcej, możemy przy okazji o tym porozmawiać". Znajomy kolekcjoner daje mu w prezencie książkę "Kłamstwo o Oświęcimiu" starego faszysty Thiesa Christophersena.

Gröning odsyła książkę wraz z paroma kartkami papieru zapisanymi przez siebie - odpowiedź dla Christophersena. "Wszystko widziałem. Zagazowywanie, palenie, selekcje. W Oświęcimiu zamordowano 1,5 miliona Żydów. Byłem przy tym".

To jest list do własnego sumienia.

Pół roku później jego uwagi zostają opublikowane w jednym z neonazistowskich pism. Od tego czasu Gröning nie może już się ukrywać. Wybiega do przodu, dostrzega w tym pewną szansę. Może użyć swojej przeszłości, jakby była rodzajem bonu. Może zostać świadkiem koronnym przeciwko kłamstwu o Oświęcimiu. Dostrzega w tym zadanie, misję. I być może: okoliczności łagodzące.

Siada i pisze. Od ósmej rano do dziesiątej wieczorem, przez trzy tygodnie. Pisze na maszynie pełnych 87 stron, o swoim życiu takim, jak on je widzi. Cytuje tam książki Sebastiana Haffnera. Ale Haffner usiłował wyjaśnić fenomen Hitlera, nie Oświęcimia. Gröning oprawił te strony i podarował swoim synom. Uważa, że coś wyjaśnił. Od czegoś się uwolnił. Oczekuje uniewinnienia.
Jego starszy syn, który został w międzyczasie prawnikiem, nie reaguje. Młodszy, filolog, pisze pytania na marginesie. Synowie wypowiadają ciche wyroki.

Gröning znowu siada do pisania i usiłuje odpowiedzieć na pytania młodszego. Oprawia następne egzemplarze i daje w prezencie przyjaciołom, chce coś ogłosić, jak ktoś, kto stoi na chodniku i rozdaje ulotki. Boże, Oskar, ty rzeczywiście coś przeżyłeś, mówią przyjaciele. Nikt nie stawia pytań. Nikt nie chce wyjaśnień.

A może tego nie da się wyjaśnić?

- Ludzie obawiają się tego. To jest to, czego nie rozumiem - mówi Oskar Gröning.

Wstaje i idzie do pokoju obok. Stoi tam jego łóżko, biurko, komputer, regał, kartony. Na regale stoją książki o narodowym socjalizmie i Biblia. W kartonach leżą oprawione egzemplarze jego tekstu i kasety wideo. "Dziewięć godzin".

Dziewięć godzin siedział Oskar Gröning przed kamerami BBC. Stacja ta pracowała nad dokumentacją dotyczącą Oświęcimia. BBC chciała esesmana, esesman chciał przebaczenia. To była próba. esesman coś powiedział, BBC to komentowała. Na przykład, że Oświęcim był dla esesmanów dobrym układem, przyjemniejszym niż walka z Armią Czerwoną na froncie wschodnim. W filmie pokazano Gröninga tym, czym był, smarem w maszynie masowego zabijania. Także od BBC nie uzyskał wyroku uniewinniającego.

Gröning chce przegrać te kasety na DVD, po to, żeby móc je oglądać w swoim pokoju na komputerze. Nie chce blokować dużego pokoju. Mówi, że żona nie chce oglądać tych kaset.

- Dlaczego nie?
- Może się boi.
- Czego?
- Może prawdy?.

Wraca do dużego pokoju i siada w swoim fotelu. Czeka na pytania.

- Czy jest pan winny?

- W gruncie rzeczy wina zawsze zależy od aktywności, a jako że, moim zdaniem, stałem się biernym winowajcą, to uważam, że jestem tym samym niewinny.

- Jeżeli nie był pan sprawcą, to kim w takim razie? Współsprawcą?

- Nie wiem. Człowiek broni się przed czymś takim. To pytanie może sprawić mi problemy. Współsprawca to dla mnie już zbyt wiele. Określiłbym to jako "trybik w maszynie". Jeżeli chce pan określić to jako winę, to jestem mimowolnym winowajcą. W świetle prawa jestem niewinny.

- A moralnie?

- Patrząc z chrześcijańskiego punktu widzenia, z punktu widzenia dziesięciu przykazań, przykazania: nie zabijaj, to pomoc w czymś takim jest wykroczeniem. Ale to także jest problematyczne: czy to, co robiłem, było pomocą w zabijaniu?.

- Pełnił pan funkcję w aparacie, którego celem było zabijanie.

- Powiem teraz inaczej: czuję się winny wobec narodu żydowskiego, że byłem w grupie, która popełniła te zbrodnie, ale nie jako sprawca. Proszę naród żydowski o wybaczenie, a Pana Boga o odpuszczenie grzechów.

Kiedy magnetofon został wyłączony, powiedział: - Nie potrafię znaleźć odpowiedzi.

Szuka jej już od 60 lat.

Oskar Gröning powiedział wszystko, co mógł powiedzieć. Chciałby, żeby teraz mu wybaczono. Albo, jeżeli jest to niemożliwe, żeby go zrozumiano.

Wychodzi do ogrodu. Zimą rozsypał 150 kilogramów karmy dla ptaków, a na drzewach rozwiesił 150 siateczek z pokarmem dla sikorek. Kocha ptaki. Niedawno jeden zagnieździł się w jego skrzynce na listy. Pewnego dnia był martwy. Ktoś zastrzelił go z wiatrówki. - O mało się nie rozpłakałem - mówi.

Reportaż pochodzi z tygodnika "Der Spiegel", nr 19/2005

Przełożył Viktor Grotowicz