E-mail

English






Nechama Tec: Jak ocalałam

Rozmawiał Jarosław Mikołajewski

Gazeta Wyborcza
25-11-2005

Ludzie, którzy ratowali Żydów przed zagładą, nie byli wtopieni w otoczenie. Byli samodzielni, robili wszystko po swojemu. Po swojemu myśleli, pracowali, chodzili do kościoła. Nie musieli uczyć się, czytać prawa. Nosili je w sobie - mówi uratowana z Holocaustu jako dziecko amerykańska socjolożka i historyczka Nechama Tec

Oprócz losu - odrębnego jak każdy - wśród wspomnień o Holocauście książkę Nechamy Tec wyróżnia precyzja, z jaką wymierza sprawiedliwość historii i ludziom. Autorka "Suchych łez", która w 1939 roku miała 8 lat, a okupację przeżyła pod przybraną tożsamością chrześcijanki, wyraźnie widzi granice pomiędzy obowiązkiem a bohaterstwem, pomiędzy podłością a strachem. I tłumaczy uczestników swojej prywatnej historii dopóki się da, do punktu, za którym rozciąga się kraina niekwestionowanego zła i już niczego usprawiedliwić nie można. Robi wszystko, żeby zrozumieć różnicę pomiędzy antysemityzmem, który dla Żydów oznaczał śmierć, a tą jego formą, która nie wykluczała pomocy. Próbowała zrozumieć to już wtedy, będąc zagrożonym dzieckiem. Oto znaczący fragment "Suchych łez":

Bardzo dobrze czułam się w towarzystwie Homarów [rodziny, która przechowała Nechamę Tec i jej rodzinę w Kielcach - przyp. JM]. Ponieważ byli przyjacielscy i ciepli, odkrycie, że są antysemitami i że wcale nie starają się tego ukryć, było bardzo dla mnie bolesne. W mojej obecności, bez najmniejszego skrępowania, wypowiadali się lekceważąco o Żydach. Czasami nawet upominali mnie żartobliwie: "Nie bądź wścibską Żydówką" - albo: "Nie bądź rozlazła jak Żydówka" (...)

Ojciec próbował mi tłumaczyć, że Homarowie, jak większość Polaków, traktują antysemityzm jako coś naturalnego. Dla nich to było stosunkowo proste: nienawidzą Żydów, bo są "chciwi, nieuczciwi i w ogóle są udręką chrześcijan". Jednak to proste wyjaśnienie nie zadowalało mnie. Nie mogłam poukładać sobie w głowie różnych sprzeczności, które dostrzegałam w naszej sytuacji. Zastanawiałam się, kto jest "prawdziwym" Żydem.

Ojciec robił, co mógł, żeby mi to jakoś wyjaśnić. "Prawdziwy Żyd to nie jest Żyd konkretny" - mówił. Uważał, że Homarowie nienawidzą abstrakcji, stereotypu Żyda, a nie rzeczywistych ludzi, takich jak my, którzy akurat są Żydami..."

O zrozumienie swojego losu, jego przyczyn i sprawców, a także bohaterstwa swoich sprzymierzeńców, walczyła podczas wojny dziewczynka, która za całe intelektualne wsparcie miała rodzinę, zwłaszcza ojca. W 1952 roku Tec wyemigrowała z mężem do Stanów Zjednoczonych. Tam skończyła socjologię, zajmowała się badaniami statystycznymi, w 1974 roku zaczęła wykładać na University of Connecticut w Stamford. Po opublikowaniu w 1974 roku wspomnień "Suche łzy" podjęła badania nad Holocaustem, m.in. nad reakcjami w sytuacjach skrajnych, relacjami między instynktem samozachowawczym a altruizmem. Napisała o tym wiele książek i artykułów naukowych.

Nechama Tec jest członkiem rady naukowej Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie. Była nominowana do nagrody Pulitzera, jest laureatką wielu nagród, w tym Nagrody im. Anny Frank.

Jarosław Mikołajewski: Jest Pani badaczką własnego dzieciństwa?

Nachama Tec: Nie, tak się nie da. Nie można być socjologiem własnego życia.

Holocaust to przecież Pani osobista historia.

- Moja historia wpisana jest w historię Żydów, lecz w pracach badawczych nie analizuję samej siebie. Własne wojenne dzieciństwo opisałam w książce wspomnieniowej "Suche łzy", która właśnie wyszła po polsku, i ta książka napisała się sama. Nie stosowałam przy niej żadnych obiektywnych kryteriów. Sama pamięć prosiła się o wysłowienie. A z pracą badawczą było inaczej.

Jak?

- Wiedziałam, w jaki sposób i dzięki komu przeżyłam, a chciałam się dowiedzieć, jak przeżyli inni. Pod koniec lat 70. po raz pierwszy wróciłam do Polski i zaczęłam przyglądać się różnym losom.

Pamięta Pani, dzięki komu przeżyła?

- Dzięki rodzicom oraz ludziom, którzy nam pomogli - piszę o nich w "Suchych łzach". Jeśli chodzi o rodziców, uratowało nas - mnie i siostrę - ich przekonanie, że dzieci powinny wiedzieć jak najwięcej. Kiedy weszli Niemcy, ojciec powtarzał: "Dzieciństwo to luksus, na który Żydzi nie mogą sobie pozwolić. Jeśli chcecie przejść przez tę wojnę, musicie urosnąć bardzo szybko".

Wiedziała Pani, co znaczy "przejść przez tę wojnę"?

- Z początku nie, ale szybko zaczęłam kojarzyć te słowa z łapankami, wysiedlaniem, znikaniem ludzi. W Lublinie, gdzie mieszkaliśmy, bardzo wcześnie powstało getto. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale umiem powiedzieć tylko w ten sposób: wiedziałam, że możemy umrzeć, i nie wiedziałam, że możemy umrzeć.

Ojciec zresztą też chyba nie od razu był świadomy, co może się stać, ale był realistą. Miałam kilka lat, a uczył mnie takich rzeczy jak wartość pieniędzy. Rodzice zawiesili nam na szyi woreczki ze złotymi monetami - na wszelki, niesprecyzowany wypadek. Mówili mnie i siostrze: "Musicie wiedzieć, co się dzieje. Nie możecie zdradzać nikomu rodzinnych tajemnic. I nie przyznajcie się nikomu, że jesteście Żydówkami". Ostrożność, jakiej nas nauczył, pomogła nam przeżyć. Ostrożność oraz ludzie.

Polacy?

- Nie tylko. Również Żydzi. Na przykład nasz kuzyn, młody człowiek, który przed wojną był zależny od wszystkich i nie umiał zająć się na dłużej poważną pracą, a podczas okupacji stał się nagle ważnym człowiekiem i wiele mógł. Nie wiemy, co robił, i nie próbowaliśmy się tego dowiedzieć. Ale swoim pytaniem dotknął pan rzeczy dla moich badań najważniejszej.

Którym pytaniem?

- Czy ratowali nas Polacy... Kiedy jako socjolog zaczęłam zajmować się ludźmi, którzy ratowali od zagłady, zakładałam, że interesująca mnie grupa dzieli się na ocalanych Żydów oraz pomagających im Polaków. I od razu zrozumiałam, że w przypadku Holocaustu żadnych założeń robić nie wolno. Bardzo szybko natknęłam się na przykład na postać Oswalda Ruffeisena. Ruffeisen był Żydem, któremu najpierw pomogli Polacy i Białorusini, dzięki czemu przeżył. Potem został tłumaczem policji nazistowskiej i pomagał Polakom, Białorusinom, Rosjanom, Żydom - komu się tylko dało. Powiem więcej - zgodził się na pracę w policji właśnie po to, żeby pomagać. I wtedy odkryłam, że świat ratujących i ratowanych nie jest dwubarwny. Nie wiedziałam, jak zaklasyfikować Ruffeisena. Przypominał o sobie zarówno w chwili, kiedy pisałam o ratujących, jak i wtedy, gdy pisałam o ratowanych. Był wszędzie.

Wobec Holocaustu socjologia traci swój sens?

- Raczej zwyczajową logikę, metodologię. Jako badacz miałam wielkie szczęście, bo każdy ciekawy przypadek, na który się natknęłam, natychmiast odsyłał mnie do innego ciekawego przypadku, który przeczył wszystkim socjologicznym założeniom. Od Ruffeisena na przykład dowiedziałam się o Bielskim. Tuvia Bielski założył w Puszczy Nalibockiej grupę stawiającą sobie dwa cele - walkę partyzancką i - przede wszystkim - ratowanie Żydów. To była duża grupa, w 1944 roku liczyła już ponad 1200 osób. Byli wśród nich różni ludzie: starcy, dzieci, kobiety, ludzie chorzy oraz walczący partyzanci. Tym, co wśród innych zjawisk uderzyło mnie podczas badań, był status kobiety - zupełnie inny niż status mężczyzny. Kobiety podlegały tam bardzo ścisłym regułom i ograniczeniom - nie wolno im było walczyć, nie dostawały broni, miały za zadanie sprzątać, gotować i być kochankami oficerów. Zaczęłam zastanawiać się, jak wyglądała pozycja kobiety w innych grupach partyzanckich. Jaki był ich status na początku okupacji, a jaki już w getcie. Jaki po aryjskiej stronie, a jaki w obozie koncentracyjnym czy w konspiracji. Każda okoliczność dyktowała inne warunki i określała inną rolę, więc sprawą pierwszorzędną stało się dla mnie poznawanie konkretnych sytuacji. I to właśnie dzięki analizie specyficznych przypadków doszłam do tego, co mnie interesowało najbardziej - do wizerunku człowieka ratującego.

Skąd brała Pani materiał do badań?

- W pracach nad Holocaustem takie pojęcie jak grupa reprezentatywna nie ma oczywiście sensu. Bada się tych, o których zachowały się świadectwa, lub z którymi można porozmawiać. O ludziach, którzy ratowali, dowiadywałam się, skąd tylko mogłam - z archiwów, od ocalonych. I jeśli tylko było to możliwe, jeździłam do nich do Polski, do Izraela.

Co w wizerunku człowieka ratującego okazało się najciekawsze?

- Fakt, że ratowanie osób nie zależy od wiary, od wieku ani od klasy społecznej. Gdyby zrobił pan sondę i zadał ludziom pytanie, jak myślą, które grupy pomagały najczęściej, każdy respondent miałby tu swoją odpowiedź. Jedni zgadywaliby, że najchętniej pomagali mężczyźni, bo są bardziej odważni. Inni - że kobiety, bo kobiety lepiej potrafią współczuć. Jedni mówiliby, że pewnie pomagali ludzie wykształceni, bo byli bardziej świadomi, inni - że robotnicy, bo sami się nacierpieli. Tymczasem te pojęcia nie mają tu najmniejszego zastosowania. Nie tylko te - także przynależność polityczna oraz ideologia. Niektórzy spośród ratujących byli endekami, inni komunistami. Kiedy się patrzy na nich w tych kategoriach, różnice są nieznaczące.

A więc, co jest ważne?

- Cechy, które ich łączą. Przede wszystkim indywidualizm i niezależność. Ludzie, którzy ratowali Żydów przed zagładą, nie byli wtopieni w otoczenie. Byli samodzielni, robili wszystko po swojemu. Po swojemu myśleli, pracowali, chodzili do kościoła. Prawo nosili w sobie, nie musieli go czytać. Ponadto - mieli wprawę w pomaganiu innym.

Czy może Pani podać jakiś przykład?

- Opowiem o człowieku, którego nazywam Rybakiem. Był chłopem, był najmniejszy i najdrobniejszy w całej wsi i zupełnie odstawał od innych. Pod koniec tygodnia wszyscy mężczyźni chodzili do knajpy i pili, kłócili się z kolegami, potem wracali do domu i okładali żony. On nie chodził do knajpy i żony nie bił. Swoje małżeństwo uważał za udane. Był ciekawy wszystkiego, wszystko czytał, nawet słowniki czy stare gazety - co tylko było dostępne. Chciał dużo wiedzieć. Kiedy jakiś włóczęga przychodził do wsi i prosił o jałmużnę, posyłali do niego i on dawał mu tę jałmużnę, a nawet nocleg w stodole. I oto pewnego razu, w nocy, zapukał do niego Żyd. Rybak znał go, ale słabo - czasami kupował od niego zboże. Żyd był z kilkuletnią dziewczynką, powiedział, że uciekł z łapanki, że gestapo wzięło żonę i młodszą córkę, a jemu ze starszą udało się zbiec. Prosił tylko o jedną noc, bo spodziewał się, że potem pomogą mu bliżsi znajomi. Rybak zgodził się. Nazajutrz Żyd podał mu nazwiska kilku osób, od których oczekiwał większej pomocy, i poprosił, żeby poszedł i zwrócił się do nich w jego imieniu. Rybak obszedł wszystkich tych ludzi, ale żaden z nich nie chciał ryzykować - tłumaczyli, że mają dzieci, rodziny. I w ten sposób z jednej nocy zrobiło się 18 miesięcy. Rybak był przyzwyczajony do niesienia pomocy, więc pomógł.

Jednak nigdy przedtem ta pomoc nie niosła ze sobą takiego ryzyka?

- Nie. Dawał żebrakom kawałek chleba, kilka groszy czy nocleg, i to wszystko. Nigdy nie był proszony o więcej. Ale jak został poproszony, to pomógł. Kiedy jest się przyzwyczajonym do dobroczynności, nie myśli się, że to wspaniałe czy nadzwyczajne. Jak instynktownie pomagali ci ludzie, pokazuje inny epizod z życia Rybaka. Jechał kiedyś wozem przez wieś i zobaczył, że jakaś grupa ludzi, w tym niemieccy żołnierze, prowadzi rudowłosą dziewczynę, Żydówkę. Rybak znał ją, bo była córką miejscowego sklepikarza. Usłyszał: "Jude!", zrozumiał, że zaraz ją rozstrzelają, więc niewiele się zastanawiając, zeskoczył z wozu, wrzasnął, że to nie żadna Żydówka, tylko jego kuzynka, wziął ją za rękę, zaciągnął do wozu i odjechał. Wszyscy byli tak osłupiali, że nikt nie zareagował. A Rybak przechował ją jeszcze przez trzy miesiące, do wyzwolenia.

A co z poczuciem zagrożenia?

- Rybak wiedział, co za to grozi, ale nie myślał w tych kategoriach. Ratujący byli świadomi kary, ale nie myśleli o tym. Wierzyli, że jakoś dadzą sobie radę. Jeśli byli religijni, myśleli, że Bóg im pomoże. Jeśli byli komunistami, mówili, że ideologia zwycięży. Wśród tych, którzy pomagali, znaleźli się też otwarci antysemici. Byli to na ogół intelektualni i bardzo religijni katolicy. Mieli świadomość swojego antysemityzmu i wobec Zagłady wstydzili się tego, co przedtem głosili. "Zobacz - mówili sobie - do czego doprowadził twój antysemityzm". Wierzyli w Boga, więc czuli, że muszą to jakoś odkupić. Że muszą ratować. Przypadkiem, który znam dobrze, jest Jan Dobraczyński, pisarz katolicki. Mówił mi: "Ja nie jestem filosemitą. Nie lubię tych Żydów, ale to inna rzecz. Jeśli moje idee mogły do tego doprowadzić, to Bóg mi mówi, że muszę za to zapłacić". Był bardzo religijny. Jego sytuacja pozwalała mu nawiązywać kontakty z sierocińcami katolickimi i prosić, żeby przyjmowały żydowskie dzieci.

I po wojnie wciąż mówił: "Nie lubię tych Żydów"? Do Pani?

- Tak. Chyba mu się podobałam, to było 30 lat temu. Rozmawiałam z nim w latach 70., miałam jasne włosy, a on mówił: "To niemożliwe, że pani jest Żydówką. Może pani nie jest?". "Owszem, jestem", odpowiadałam. "A pani ojciec, jakie miał oczy?" "Jasne". "To może nie był Żydem?" "Był"... Bardzo mu zależało na tym, żebym okazała się czystej krwi Polką, a im bardziej nalegał, tym bardziej byłam wściekła. Ale szanowałam go - uratował 300 żydowskich dzieci.

Czy wielu ratowało z chęci zysku?

- Kiedy się mówi o chęci zysku, trzeba być bardzo ostrożnym. Weźmy na przykład rodzinę, która przez 3 lata przechowywała mnie i moją rodzinę w Kielcach, fajni ludzie, choć antysemici. Byli bardzo biedni i myśleli, że dzięki nam lepiej przeżyją wojnę. Nasza umowa z nimi od razu była jasna - wiedzieliśmy, że chcą mieć źródło dochodu. Ale ojciec wiele razy mówił: "Boże drogi, oni ryzykują życie za nic. Gdybym miał więcej, dałbym więcej". Polacy też głodowali, więc zysk nie powinien być niczym zadziwiającym.

Osobiście przebadałam kilkaset przypadków i jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że w obrębie tej mojej grupy tych, którzy ratowali wyłącznie dla zysku, był znikomy procent. Tylko uwaga - należy dopuszczać i taką ewentualność, że i oni ratowaliby bez żadnego zysku, gdyby sami nie byli bez grosza. Oddać życie za idee jest o wiele łatwiej niż za pieniądze.

Po jednej stronie są ratujący, a po drugiej?...

- Na pewno nie ci, którzy pomocy odmówili. To było zrozumiałe. To pomoc była rzeczą niezwykłą, nie jej odmowa. Niezrozumiałe jest tylko to, że niektórzy donosili, choć nikt ich o kolaborację nawet nie prosił.

Czy dziś, poznając nowych ludzi, umiałaby Pani przewidzieć, którzy nieśliby pomoc w sytuacjach skrajnych?

- Wydaje mi się, że tak. Że w 70 proc. przypadków bym się nie pomyliła.

A pozostałych 30 proc?

- Nie można zgadywać, co byśmy zrobili - my albo inni - dopóki nie znajdziemy się w sytuacji próby. Na pewno nie przewidzi tego socjologia, bo to nie kategorie społeczne okazują się decydujące, lecz suma indywidualnych cech oraz doświadczeń wyzwolona w godzinie prawdy.

Nechama Tec, "Suche łzy", wydawnictwo BAOBAB, Warszawa 2005
Rozmawiał Jarosław Mikołajewsk