E-mail

English






Rana na czole Adama Mickiewicza. Ostatnia część eseju

Adam Michnik

Gazeta Wyborcza
25-11-2005


Jak kiedyś filomatów, tak teraz nas - aresztowanych w marcu '68 - zmuszano do uników, do półprawd i kłamstw, do dwoistości czynów jawnych i ukrytych. W takich momentach łatwo o błąd. Jak wielu filomatów, tak i wielu z nas popełniło błędy. A przecież byli to wspaniali ludzie, którzy mieli odwagę zaangażować się przeciw dyktaturze. Żaden lustrator nie jest wart, by wiązać im sznurowadła. Dlatego dziś szykuje dla nich pętle szubieniczne z dawnych policyjnych raportów

XIV.

Po 144 latach, w marcu 1968 r., obudziło nas wczesnym rankiem walenie w drzwi. Zatrzymania zaczęły się już ósmego, bo na ten dzień zwołany był wiec na uniwersytecie. Na moim stoliku przy łóżku leżał właśnie egzemplarz "Dziadów". Był to właściwy moment, bym ten utwór uważnie przeczytał; przedtem - jak większość szkolnych lektur - ledwie go przekartkowałem przed maturą. "Dziady" przeczytane wtedy, w 1968 r., olśniły mnie - i to olśnienie towarzyszyło mi już przez resztę życia. I pozostał też na zawsze w mojej pamięci ten oficer Służby Bezpieczeństwa, który przeglądał książkę Mickiewicza, pewnie szukając w niej jakichś szyfrów czy ulotek - przeglądał jednak z tak oczywistym wstrętem i strachem, jakby brał w dłoń najgorszą antysowiecką bibułę.

Później, w więzieniu, do lektury "Dziadów" wracałem wielokrotnie. Powtarzałem sobie w myśli różne fragmenty, a zwłaszcza ten będący pocieszeniem:

Przeszłą niewolę lubią opiewać więźniowie;

Myślałem, że on ją najlepiej opowie,

wyda na jaw z podziemi i spod straży zbirów

dzieje swe, dzieje wszystkich polskich bohaterów:

bo teraz Polska żyje, kwitnie w ziemi cieniach,

jej dzieje na Sybirze, w twierdzach i więzieniach.

Powtarzałem sobie również "Do przyjaciół Moskali", powtarzałem sobie wreszcie, że "nasz naród jak lawa...".

Tam, w więzieniu na Rakowieckiej, "Dziady" - opowieść o studentach wileńskich uwięzionych za marzenie o wolności - były duchowym wsparciem, źródłem siły wewnętrznej. Pozwalały uświadomić sobie własne miejsce w długim łańcuchu polskich pokoleń, z których każde musiało odbyć swój staż w "twierdzach i więzieniach".

I jeszcze na zawsze zapamiętałem to przeklęte śledztwo, gdzie łamano ludzi zastraszaniem, oszczerstwem, szantażem, karcerem, prowokacją; te kabaryny zwane "twardym łożem", te tygrysówki, gdzie budziłem się w nocy z zimna, śpiąc na gołych deskach, te fałszywe grypsy, to szczucie jednych na drugich, okrutne szyderstwa, presję psychiczną, gnilny smród antysemityzmu w tyradach oficerów śledczych, to wymuszanie zeznań, własną bezsilną wściekłość na ten łajdacki, okratowany świat, gdzie każda rozmowa była pułapką.

Jak kiedyś filomatów, tak teraz nas zmuszano - wedle trafnego określenia prof. Aliny Witkowskiej - do stosowania uników, do półprawd i kłamstw, do dwoistości czynów jawnych i ukrytych. W takich momentach łatwo o błąd. Jak wielu filomatów, tak i wielu z nas popełniło błędy; w takiej sytuacji łatwo ulec presji psychicznej - i niejeden z nas, tak jak niejeden z filomatów, takiej presji ulegał.

A przecież wszystko to byli wspaniali ludzie, którzy mieli odwagę zaangażować się przeciw dyktaturze. Żaden lustrator nie jest wart, by wiązać tym ludziom sznurowadła. Dlatego też, zamiast wiązać im sznurowadła, szykuje dla nich pętle szubieniczne z dawnych policyjnych raportów.

Oto dlaczego rana na czole Konrada jest nie tylko raną na czole Adama Mickiewicza - jak chce prof. Stanisław Pigoń - jest ona raną na każdym polskim czole.

Odmowa dostrzeżenia tego jest faryzeizmem.

XV.

Niemało jest dzisiaj tego faryzeizmu wśród nas samych. Zaroiło się na naszych oczach od antykomunistów jedenastej godziny, od spiskowców podziemnych, Konradów i Kordianów, Katonów i moralistów, którzy węszą w utworach literackich, biografiach, archiwach policyjnych; którzy wciąż tropią ugodowców i zdrajców. Nowe plemię najbardziej zasłużonych dla Ojczyzny wielkich i małych lustratorów - inkwizytorów nieskazitelnych, bezmyślnie okrutnych, chorych na podejrzliwość. Ryszard Przybylski, interpretując postać Konrada z "Dziadów", zauważył, że "przez historię polską wieku XIX i XX, aż do dnia dzisiejszego, sunie bowiem tłum patriotycznych kabotynów, którzy miłością do narodu uzasadniają swoją wyimaginowaną wyjątkowość, swoje nieuzasadnione ambicje i szczególnie plugawą pychę. (...) Mickiewicz ujawnił więc jedną z najbardziej hańbiących chorób polskiej duszy".

Jakże dobrze rozumiemy drogę Mickiewicza - my, pokolenie "urodzonych w niewoli, okutych w powiciu". Najpierw kierował nim i jego przyjaciółmi filomatami impuls sprzeciwu, niezgody. Młodzi studenci zawiązywali stosunkowo niewinne stowarzyszenia, by dyskutować, przekazywać wiedzę o świecie i kultywować dobre narodowe tradycje. Jakże wielu z nas przeszło przez podobne wtajemniczenia - kółka samokształceniowe, wspólne lektury, wspólne marzenia o wolności...

Kara była prędka i okrutna - rewizje, przesłuchania, uwięzienia. Tyrania broniła skutecznie swojej wszechwładzy. By jakoś jej umknąć, wielu próbowało przechytrzyć przesłuchujących, wikłając się w sytuacje niekomfortowe i dwuznaczne. To wtedy właśnie młodzi ludzie stawali wobec pytania: jak żyć godnie, jak stawiać opór skuteczny, będąc niewolnikiem imperium, będąc "wolnym z łaski Moskwicina"?

Odpowiedzią Mickiewicza był "Konrad Wallenrod". Jeśli nie możesz być lwem, bądź lisem - powtarzał poeta za Machiavellim; jedyna broń niewolnika to podstęp. Po latach Mickiewicz dopowiadał: "Pełzając milczkiem, jak wąż, łudziłem despotę".

Na tym przecież polegała istota walenrodyzmu - na "łudzeniu despoty". Historia zna bardzo niewiele odpowiedzi na pytanie, jak sobie radzić z tyranem. Można wybrać drogę spisku czy insurekcji, jak Walerian Łukasiński czy Piotr Wysocki. Tę drogę wybierają tylko bardzo nieliczni - dlatego czcimy ich jako wzór heroicznej odwagi, jako bohaterów narodowych. Jednak droga spisku ma nieubłaganie w swą logikę wpisane ryzyko - spiski są ścigane, infiltrowane, narażone na zdradę, na donosy; spiskowcy lądują w więzieniach, nierzadko załamują się, często pozostają naznaczeni tym właśnie na całe życie.

Inna droga to po prostu uciekać od tyrana jak najdalej - i tą drogą podążyły setki polskich emigrantów.

Wreszcie pozostaje jakaś forma przystosowania, które nie jest kolaboracją ani zdradą, ale trwałym wyborem tego, co wydaje się możliwe do osiągnięcia w konkretnych okolicznościach zniewolenia.

Świadomość większości polskich elit sprzed 1830 r. - zarówno w Warszawie, jak i w Wilnie - była zdominowana przez taki sposób myślenia; potwierdzają to dziesiątki świadectw. Książę Adam Czartoryski i Ksawery Drucki-Lubecki, Joachim Lelewel i Jan Śniadecki, także bracia Wincenty i Bonawentura Niemojowscy - wszyscy oni podejmowali wysiłek realizowania ważnych polskich celów w obrębie rosyjskiego imperium.

Dylemat tych ludzi znany jest choćby z dziejów Kościołów chrześcijańskich. Chrześcijanie wielokrotnie pytali samych siebie: czy wolno świętą prawdę wiary wyznawać w sposób zawoalowany i pełen niedomówień z powodu lęku przed długim ramieniem Inkwizycji? Czy obowiązkiem uczciwego chrześcijanina jest pełna zgoda na wszelkie ofiary z tytułu głoszonych przekonań, aż po tortury i stosy inkwizycyjne, czy też wolno mu opuścić kraj prześladowań, by swobodnie wyznawać swą wiarę w państwie tolerancyjnym? Czy praktyka nikodemizmu (od imienia faryzeusza Nikodema, który, lękając się prześladowców, odwiedził Chrystusa w nocy), czyli formalna akceptacja obowiązujących rytuałów przy jednoczesnym wyznawaniu w głębi serca i w wąskim gronie zasad odmiennych, nie jest trwałym rezultatem każdej tyranii ideologicznej? Trzeba mieć wiele wyobraźni i mądrości serca, by oceniać postępowanie tych ludzi; trzeba mieć poczucie własnej bezgrzeszności, by w tych ludzi ciskać kamieniem.

Lustracja Adama Mickiewicza, tutaj dokonana tytułem ćwiczenia umysłowego, ujawnia nędzę rozumu lustratorskiego. Jakby przeczuwając, co stać się może, zwracał się Mickiewicz do Polaków: "Nie wyszukujcie ustawicznie w przeszłości błędów i grzechów. (...) Nie krzyczcie: Oto na tym człowieku taka plama jest, muszę ją pokazać; oto ten człowiek popełnił taki a taki występek. Bądźcie pewni, iż znajdą się ludzie, których obowiązkiem będzie te brudy wygrzebywać; i sędziowie, do których należeć będzie sąd; i kat, który ukarze. (...) Dla drugich bądźcie łagodni, a dla siebie surowi. A podług tego, jak drugich sądzicie, sami będziecie sądzeni. (...) Kto bardzo surowie potępi bliźniego za błąd jaki albo za lękliwość (...), tedy sam pewnie w ten błąd wpadnie i sądzony będzie od drugich. (...) Jeśli o kim powiesz niesłusznie: zdrajcą jest, albo powiesz niesłusznie: szpiegiem jest, tedy bądź pewien, iż o tobie toż samo mówią inni, w tejże samej chwili".

XVI.

Przyjrzyjmy się na koniec temu wyszukiwaczowi cudzych błędów i grzechów, plam i występków, łagodnemu dla siebie, a surowemu dla innych; tropicielowi zdrajców i szpiegów. Przyjrzyjmy się Wielkiemu Lustratorowi.

Ma on pewność, że jest posiadaczem prawdy ostatecznej. Wyrwał się na zawsze z tego podejrzanego stanu ducha, w którym świat wydaje się przypadkowy, chaotyczny i niepewny. Świat lustratora jest trwały i dobrze uporządkowany. Dlatego do niego zawsze należy ostatnie słowo - on nie może przegrać, gdyż jego przegrana oznaczałaby ruinę całej aksjologii lustracji. Dlatego też każda porażka - w sporze merytorycznym czy w procesie sądowym - nie jest rezultatem błędu lustratora, lecz owocem spisku "koalicji antylustracyjnej". Albowiem Wielki Lustrator jest esencją prawdy i sprawiedliwości.

Jak postrzega sam siebie? Otóż cechuje go energia i zdecydowanie, prostota i szczerość, inteligencja i przenikliwość. Cechuje go też nonkonformizm i odwaga, co pozwala mu przetrwać brutalne ataki "koalicji antylustracyjnej". Wyposażony w niebywałą intuicję i przenikliwość psychologiczną, potrafi bez trudu wniknąć w psychikę lustrowanego. Jest wreszcie ucieleśnieniem rzetelności wyposażonym w nieposzlakowaną przeszłość, co pozwala mu orzekać o cudzych występkach godnie i sprawiedliwie.

Wielki Lustrator wie to dobrze - świat lustrowanych jest owładnięty złem, które należy wytrzebić; nosicielami zła są źli ludzie, których trzeba zdemaskować. Tak, trzeba obnażyć ich prawdziwe oblicze, odsunąć od wpływów, ukarać, unicestwić. To oni przecież - ci źli ludzie oraz ich tajemne spiski - są odpowiedzialni za wszechobecność brudu i grzechu w życiu publicznym.

Brud i grzech - oto co fascynuje Wielkiego Lustratora. Upadek, słabość, moment niepewności, lęku, zagubienia - a nie wzlot moralny, siła duchowa, bezinteresowność, szlachetność, odwaga, lojalność, wierność. Lustrator zobaczy w takich cnotach jedynie kalkulację i maskaradę. Bowiem lustrator żyje w klimacie kultury podejrzliwości. Każdy człowiek jest dlań podejrzany; podobnie każdy uczynek ludzki. Antropologia lustratora - choćby przeczył temu zawzięcie - polega na przekonaniu, że natura ludzka skażona jest brudem i fałszem; że człowiek jest stworzeniem egoistycznym i złośliwym, że jest zły i tchórzliwy, gdyż sam instynkt pcha go do przemocy, sprzedajności i zdrady. Dlatego świat duchowy lustratora jest ubogi i jałowy - nie widzi on wokół siebie urody życia, węszy jedynie za kolejnymi agentami.

Wielki Lustrator nie zadowala się tym, co powszechnie wiadome. W końcu łajdactwo epoki było jawne, delatorskie publikacje były podpisywane, dyspozycyjni prokuratorzy i sędziowie nie występowali pod pseudonimami. Jednak Wielki Lustrator nie ślizga się po powierzchni zjawisk. On szuka istoty rzeczy. Szuka jej w policyjnych archiwach i tam też odnajduje klucz do prawdy ostatecznej - ten jedyny, rzeczywisty, najważniejszy, który usuwa wszelką wątpliwość.

Raporty i donosy z policyjnych kartotek mają w sobie coś z pornografii; lustrator z rumieńcem czternastolatka oglądającego zdjęcia pornograficzne studiuje te donosy i nie dostrzega nawet, że rodzi się w nim pokusa iście diabelska, gdyż diabeł - jak chce filozof - "to zuchwałość ducha, to wiara bez uśmiechu, to prawda, której nigdy nie ogarnia zwątpienie". Diabeł jest ponury i lustrator jest ponury. Obaj nurzają się w brudzie i grzechu, obaj wiedzą, dokąd zmierzają, a zmierzają tam, skąd przychodzą: z brudu, poprzez brud, po brud.

Wielki Lustrator wie: wróg jest nieprzerwanie aktywny, przebiegły i wytrwały. Dlatego trzeba czujnie badać każdy sprzeciw wobec obyczajów lustracyjnych, każdą krytyczną opinię o tych obyczajach - wszystkie one oznaczają w istocie wsparcie dla brudu i grzechu. Trzeba przeto "wziąć wroga w aktywne rozpracowanie" - poznać starannie jego przeszłość, ujawnić to, co skrywane.

Powiada lustrator: "Adam Mickiewicz w tym ujęciu musiał być nie tylko wybitnym poetą, ale przykładnym ojcem, dobrym mężem, patriotą, być absolutnie postępowy itp., itd. Czy ktoś z nas czytał książki mówiące o tym, ilu ludzi opozycji było na przykład pijakami? A to wychodzi w materiałach MSW. Jest tam też mowa o zdradzaniu współmałżonków. Czy ktoś z nas pisał lub czytał o tym w obiegu naukowym?". Tak więc lustrator sprawdzi i ogłosi, jakim patriotą był Mickiewicz, a także ilu ludzi z opozycji demokratycznej piło wódkę i prowadziło się nieobyczajnie. Tutaj przecież - w materiałach policji, w donosach szpicli - tkwi klucz do prawdy o rzeczywistej naturze Mickiewicza i ludzi demokratycznej opozycji; tu tkwi klucz do aktualności.

Wielki Lustrator ma duszę tropiciela - i jest z tego dumny. Jest bezwzględny, wierzy, że cel uświęca środki, że w imię zbawienia całej ludzkości wolno deptać godność ludzką poszczególnych lustrowanych. Radykalizuje więc swoje lustracyjne kryteria i apetyty w nieskończoność: skrawek dokumentu, kopia donosu, szczątek raportu - wszystko to, czyli byle co, wystarczy Wielkiemu Lustratorowi, by publicznie formułować oskarżenia wobec ludzi, którzy mogą mu się wydać podejrzani. Zwykła rozmowa nie jest dlań już dialogiem ludzi wolnych, lecz przesłuchaniem, które ma służyć celom lustracyjnym. Nigdy nie uwierzy, że w takim traktowaniu innych ludzi tkwi jakaś deformacja - lustrator jest przeświadczony o własnej nieskazitelności. Pracuje zresztą nad tym przeświadczeniem: pewnych informacji do siebie nie dopuszcza, inne deformuje, koloryzuje, przeinacza, a jeszcze inne zwyczajnie tworzy, traktując swoje przypuszczenia jak fakty empirycznie dowiedzione. Przychodzi mu to o tyle łatwo, że takiemu postrzeganiu samego siebie sprzyja atmosfera zastraszenia psychicznego i wzajemnej nieufności - każdy współpracownik lustratora, każdy donosiciel utwierdza go w słuszności lustratorskiego powołania.

Lustrator - choć tak potężny - ma jednak także przełożonych. Musi zatem - tak bezkompromisowy i surowy wobec lustrowanych - być giętki i dyspozycyjny wobec szefów. To oni przecież dyktują, kogo lustrować, a kogo pomijać w trakcie lustrowania. Wielki Lustrator nigdy tego nie przyzna, ale w skrytości ducha wie to znakomicie: lustracja służy zdyskredytowaniu przeciwników politycznych jego przełożonych. Dlatego lustrując życiorysy nieprawomyślne, lub choćby tylko podejrzane, wciąż pamięta, że współtworzy świat, w którym ludzie stają się lustratorami - denuncjatorami, donosicielami, tropicielami innych ludzi - dla własnej korzyści. Wielki Lustrator łączy w sobie megalomanię i refleks strachu, który wzbudza, z lokajstwem wobec tych, których sam musi się lękać.

Skądinąd istnienie zakamuflowanych agentów jest warunkiem istnienia Wielkiego Lustratora, jego pozycji materialnej i prestiżu oraz jego władzy nad ludźmi. Tak jak Wielki Inkwizytor tworzył heretyków, by uzasadnić istnienie świętej Inkwizycji, tak Wielki Lustrator tworzy kolejne zastępy podejrzanych o agenturalność. Bez nich byłby niczym.


XVII.

Wielki Lustrator dysponuje potężnym orężem - strachem, który wzbudza. Ten strach czyni potencjalnego lustrowanego potulnym, a także posłusznym wobec życzeń władzy lustrującej; szantaż jest znakomitym sposobem perswazji. Szantaż jest również znakomitym sposobem odrzucenia krytyki lustratorów - jeżeli jesteś przeciwnikiem lustracji, to oznacza, że chcesz kryć agentów, których będą szantażować ludzie służb specjalnych ościennego mocarstwa, a zatem występując przeciw lustracji, godzisz w suwerenność państwa polskiego.

Ta logika - prosta jak równanie matematyczne - daje siłę moralną Wielkiemu Lustratorowi. Wie on dobrze, że lustrowani chadzają krętymi drogami i niełatwo przyłapać ich na gorącym uczynku. Trzeba tedy zastosować metodę najskuteczniejszą - oskarżyć wszystkich, a Bóg rozpozna swoich.

I w ten sposób wszystko z wolna pogrąża się w atmosferze przemilczeń i niedomówień, w mrocznym świecie donosów szpiclowskich i raportów policyjnych. W takim świecie trudno zrozumieć, że bywają sytuacje ostateczne, w których "granica między dobrem a złem bywa cieńsza od włosa". Badając zachowania ludzkie w takich sytuacjach lustrator - bywa - wypełnia prawo co do litery, lecz gwałci jego substancję. Lekkomyślność, chwilową słabość, błąd utożsamia ze zdradą, ze sprzedajnością, z kondycją szpiclowską. Bowiem misją Wielkiego Lustratora nie jest wykrywanie winnych, lecz opluskwianie i wykańczanie obwinionych.

Dlatego lustracja - poczęta w imię zasady "prawda was wyzwoli" - zamiast prawdy oferuje zaledwie marny strzęp prawdy obecny w policyjnych archiwach. Na koniec ostatecznym weryfikatorem "prawdy policyjnej" - jakże odmiennej od prawdy ludzkiej - staje się dawny funkcjonariusz policji politycznej. To on ma zaświadczyć, czy lustrowany Adam Mickiewicz był agentem, skoro został tak właśnie zakwalifikowany w kartotece policyjnej.

Lustracja jest dziełem umysłu zwichniętego - po raz kolejny oddaje ludzkie losy w ręce agentury policyjnej. Miała prowadzić do moralnego oczyszczenia społeczeństwa skażonego długimi latami tyranii, tymczasem prowadzi do permanentnego polowania na czarownice, czyli na kolejne ofiary z policyjnych archiwów. Lustracja stała się sposobem walki o władzę, instrumentem niszczenia ludzi niewygodnych dla władzy bądź dla lustratorów. Stała się mechanizmem deprawacji życia publicznego.

Nie wynika z tego - rzecz prosta - że należy zaniechać refleksji krytycznej nad polską historią; że należy przyjąć, iż nie było podłych uczynków, nikczemnych prowokacji, agenturalnego plugastwa. Było tego aż w nadmiarze; to ważne zbiorowe doświadczenie musi być opowiedziane i przemyślane. Ale dlatego właśnie w centrum uwagi powinny znaleźć się mechanizmy i uczynki, a nie ludzie złapani w potrzask służb specjalnych. Analiza schorzeń nie jest tym samym co tropienie ludzkich grzechów i polowanie na ludzi.

Oczywiście podłość winna być napiętnowana, zdrada nazwana po imieniu, zbrodnia ukarana. Oczywiście każdy obywatel powinien mieć prawo do wiedzy o ludziach, którzy zatruwali mu życie - o autorach donosów, o szpiclach, prowokatorach, zdrajcach.

Nie oznacza to jednak zgody na igrzyska Wielkiego Lustratora. Pomiędzy tymi oczywistościami a igrzyskami jest taka różnica, jak między sporem teologów a ściganiem wyznawców herezji, jak między działaniem wymiaru sprawiedliwości, który ściga przestępców, a śledztwem inkwizycji, która wydaje na tortury heretyków i czarownice.

Istnieje pogląd, że lustrację można porównać do dzieła Ewangelistów, którzy przecież ujawnili i opisali zdradę Judasza, zaparcie się Szymona Piotra, a nawet drzemkę apostołów w Ogrójcu. Otóż takie zestawienie nie wydaje mi się uprawnione. Ewangeliści opowiadają swoją prawdę o dziejach Chrystusa i apostołów. W tej opowieści nie pomijają faktów bolesnych czy choćby kłopotliwych. Natomiast ta sama historia musiała przecież wyglądać inaczej, gdy opowiadali ją szpicle policji Piłata albo donosiciele z kręgów faryzeuszów, czy też sam Judasz.

Wielki Lustrator nie wierzy relacjom Ewangelistów - wierzy tylko donosom Judasza.

Agenci byli zawsze - są i dzisiaj. Byli w konspiracji 1863 r., byli w Organizacji Bojowej PPS, byli w Armii Krajowej, byli w Kościele katolickim. Jednak nikomu rozsądnemu nie przyjdzie do głowy, by historię AK czy Kościoła katolickiego pisać na podstawie szpiclowskich donosów i policyjnych raportów. A nawet wtedy, gdy taka historia zostanie napisana, to przecież więcej nam powie o lustratorach Kościoła niż o lustrowanym Kościele. Czyż mało czytaliśmy artykułów o Armii Krajowej lub Kościele katolickim opartych na wiedzy z ubeckich teczek, a powstałych w epoce Przodującego Ustroju?

Czasem wydaje się, że Wielki Lustrator to nowy bohater naszych czasów. Bywa prokuratorem, bywa sędzią; bywa dziennikarzem, bywa krytykiem literatury; bywa historykiem, bywa politykiem. Zawsze jednak, w każdym wcieleniu, ma w sobie coś z mentalności tych, którzy osądzili Sokratesa, zmusili do odstępstwa Galileusza, spalili na stosie Jana Husa i Giordana Bruna, stawiali gilotynę w Paryżu podczas rewolucji. Którzy tropili ze szkłem powiększającym w ręku wszelkie odchylenia od ortodoksji, ścigali heretyków wszystkich epok, głosząc, że ścigają agentów obcych wywiadów czy sługusów minionych reżimów.

Owi sługusi zaś, jak to zwykle bywa, znów okazywali się potrzebni tropicielom nowych czasów. To oni przecież, i tylko oni, mogą być koronnymi świadkami przeciw swoim wczorajszym ofiarom.

Czasem mam wrażenie, że Wielki Lustrator należy do tych, co to nie wiedzą nic, ale za to wszystko wiedzą lepiej. Żyją duchem wojny - a na wojnie wrogów się zabija. Jednak logika unicestwiania wrogów stosowana w warunkach pokoju społecznego (choćby kruchego) i demokracji (choćby grzesznej i niedoskonałej) prowadzi do destrukcji pokoju i demokracji. Dlatego Wielki Lustrator i jego obyczaje są po prostu niebezpieczne. Wzbudza mój lęk - będę mu patrzył na ręce.

XVIII.

Niedługo po 1945 r. na łamach "Tygodnika Powszechnego" Stefan Kisielewski opowiedział zabawną anegdotę. Otóż w latach 30. na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego Kisiel toczył spór polityczny z kolegą. "On był endekiem, a ja sanatorem - wspominał. - Podniecony i rozwścieczony krzyczałem do owego kolegi z nader bliskiej odległości, trzymając go za guzik i plując często-gęsto (niestety nie mogę się oduczyć nieszczęsnego zwyczaju plucia, gdy jestem rozgniewany). Naokoło zebrał się tłum kolegów przysłuchujących się dyskusji. Oponent ze stoickim spokojem wysłuchał wszystkich moich argumentów, po czym, gdy się wreszcie wywrzeszczałem i zamilkłem, wyjął chusteczkę, otarł twarz i spokojnym głosem powiedział trzy słowa: 'Śmierdzi ci z gęby!' ".

Tak właśnie mniej więcej wyglądają spory z Wielkim Lustratorem - na twoje argumenty on wyjmuje teczkę z donosami i raportami policyjnymi na twój temat. Donosy bywają ciekawsze od argumentów; dziś jest na nie większy popyt i lepiej się sprzedają.

My jednak pozostańmy wierni argumentom. Pasji Wielkiego Lustratora przeciwstawmy łagodną mądrość Człowieka Pobłażliwego. Stefan Kisielewski, opisując Człowieka Pobłażliwego, notował: "Człowiek Pobłażliwy dobrze się czuje wśród rozmaitości zjawisk, form, koncepcji i poglądów. Człowiek Pobłażliwy uważa różnorodność za bezcenny skarb swojego życia. Stara się zrozumieć wszystko i wszystkich, zrozumienie bowiem jest niezbędnym wyposażeniem człowieka, który w różnorodności widzi bogactwo, a nie zagrożenie. Pobłażanie bez zrozumienia jest zaledwie formą obojętności".

Człowiek Pobłażliwy, wierząc w jedną prawdę, potrafi dostrzec elementy, okruchy tej prawdy w najrozmaitszych, najbardziej na pozór sprzecznych z nią poglądach.

"Człowiek Pobłażliwy - pisał Kisiel - szanując wszelkie poglądy i domagając się w zasadzie udzielania ich zwolennikom możliwości ich głoszenia, musi nierzadko wziąć udział w walce z niektórymi z nich. W tym wypadku, o ile przy tym pewien jest swojej prawdy, powinien walczyć jak najskuteczniej, lecz bez gniewu. Człowiek Pobłażliwy po powaleniu przeciwnika natychmiast pomaga mu wstać. O ile przeciwnik jest dość silny, aby z kolei powalić jego, Człowiek Pobłażliwy, uznając swój błąd, nie powinien jednak dziwić się, gniewać ani żałować, że tak postąpił, błąd bowiem, jakim jest całkowite zniszczenie wroga, byłby błędem po stokroć większym i groźniejszym niż błąd wynikły z przedwczesnego podania ręki wrogowi. Człowiek Pobłażliwy może uważać wiele poglądów ludzkich za niesłuszne, a wiele czynów ludzkich za złe i ma wtedy obowiązek walczyć z nimi, Człowiek Pobłażliwy nie jest bowiem sceptykiem bez poglądów. Człowiek Pobłażliwy nie powinien jednak marzyć o tym, aby takie niesłuszne czy złe rzeczy znikły z powierzchni ziemi i nigdy nie istniały".

Człowiek Pobłażliwy wie, że dopóki istnieją ludzie, dopóty będą istnieć różne rozumienia prawdy, a ludzie będą dawać swoim prawdom odmienne świadectwa. Dlatego Człowiek Pobłażliwy wie, że "bezkompromisowo walcząc o prawdę, musi być w swoim sercu pobłażliwy dla ludzkiej nieprawdy. Człowiek może być ludzkim pogromcą i poskromicielem - nigdy ludzkim sędzią".

To ostatnie przykazanie Kisiela może być najtrudniejsze - trudno być pobłażliwym dla Wielkiego Lustratora. A przecież, powtarzam to uparcie sam sobie, trzeba nam się uczyć, w imię przyszłości, pobłażliwości dla lustratora. Poskromionego.

Nie oszczędziła historia polskich losów - jakby szatan napisał jej scenariusz. Rozbiory i zabory, rozpaczliwe spiski, przegrane powstania, zsyłki i zdrady, Sybir, szubienica, tchórzostwo, korupcja, pełno łotrów i sprzedawczyków, cwaniaków i warchołów, słabości szlachetnych i chytrości podłych. Tak wiele razy sprawdziły się w polskich dziejach prorocze strofy Mickiewicza:

Wyzwanie przyszle mu szpieg nieznajomy,

Walkę z nim stoczy sąd krzywoprzysiężny;

A placem boju będzie dół kryjomy,

A wyrok o nim wyda wróg potężny.

Zwyciężonemu za pomnik grobowy

Zostaną suche drewna szubienicy,

Za całą sławę krótki płacz kobiecy

I długie nocne rodaków rozmowy.

Dzisiaj to od nas zależy, czy wybierzemy długie nocne rodaków rozmowy, czy też długie nocne rodaków - lustrowanie.

Rana na czole Konrada ciągle krwawi...

Tekst jest rozszerzoną wersją wykładu inauguracyjnego wygłoszonego podczas otwarciu roku akademickiego w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie 6 października 2005 r.

Cytowane publikacje:

Adam Mickiewicz, „Dzieła poetyckie”. T.1: Wiersze. T.2: Powieści poetyckie; Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego. T.3: Utwory dramatyczne. T.4: Pan Tadeusz. Czytelnik, Warszawa 1983

Stanisław Barańczak, „Czytelnik ubezwłasnowolniony: perswazja w masowej kulturze literackiej PRL”. Libella, Paryż 1983

Władysław Gomułka, „Przemówienia 1968”. Książka i Wiedza, Warszawa 1969

Maria Janion, „Życie pośmiertne Konrada Wallenroda”. PIW, Warszawa 1990

Józef Kallenbach, „Adam Mickiewicz”. T. 1-2. Spółka Wydawnicza Polska, Kraków 1897

Stefan Kawyn, „Mickiewicz w oczach swoich współczesnych: studia i szkice”. Rytm, Warszawa 2001

Stefan Kisielewski, „Rzeczy małe”. Iskry, Warszawa 1998

Juliusz Kleiner, „Mickiewicz”. Tom I: „Dzieje Gustawa”. Tom II: „Dzieje Konrada”. Cz.1-2. Towarzystwo Naukowe KUL, Lublin 1948

Alina Kowalczykowa, „Warszawa romantyczna”. PIW, Warszawa 1987

Ryszard Krynicki, „Organizm zbiorowy”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1975

Stanisław Pigoń, „Wiązanka historycznoliteracka: studia i szkice”. PIW, Warszawa 1969

Ryszard Przybylski, „Słowo i milczenie bohatera Polaków: studium o 'Dziadach' ”. Instytut Badań Literackich, Warszawa 1993

Zbigniew Raszewski, „Raptularz 1967/1968”. Interim, Warszawa 1993