E-mail

English






Ćwierćwiecze wielkiego mistyka

O pontyfikacie Jana Pawła II mówi francuski filozof

Paul Thibaud

Gazeta Wyborcza
12 kwietnia 2005

Marek Rapacki: Jan Paweł II wyniósł bardzo wysoko autorytet Kościoła katolickiego. Czy bez tego papieża Kościół może być równie dobrze słuchany i szanowany?

Paul Thibaud: Te wszystkie niezwykłe rzeczy, które działy się wokół śmierci i pogrzebu Jana Pawła II, świadczyły raczej o prestiżu i sławie tego jednego człowieka niż Kościoła jako instytucji. Myślę, że uznanie i uczucia, jakimi Go otaczano, były przeznaczone dla Niego osobiście i dla Jego działalności, a Kościół po śmierci Papieża nie będzie już z nich mógł korzystać.

Niezliczone świadectwa mówią o Janie Pawle jako człowieku wiary, modlitwy, zdolnym do głębokiego współczucia; mówią o kapłańskiej i mistycznej stronie Jego osobowości i Jego misji. Wszelako, choć trudno jeszcze o tym wspominać, ta Jego kapłańska i mistyczna strona znajdowała przedłużenie w pewnym rodzaju "mistycznej autokracji".

Jan Paweł modlił się żarliwie, długimi godzinami, zbliżając się do Boga, wchodząc z Nim w kontakt nieledwie osobisty. W tej sytuacji inne kontakty i rozmowy Papieża miały znacznie mniejszą wagę, toteż wszystkie decyzje podejmował z ogromnym przekonaniem, ale rzadko stały za nimi uzgodnienia w gronie współpracowników.

Czyli strona mistyczna i strona autokratyczna rządów Jana Pawła II były nierozdzielne?

- Właśnie. Mistycy nie są ludźmi, którzy do sprawowania władzy potrzebowaliby uzgodnień. Doświadczenie mistyczne nie usposabia ich do dyskusji z bliźnimi, do traktowania ich jako równie kompetentnych, do przewodniczenia gremiom decyzyjnym i podobnych funkcji. A to nie sprzyjało zrównoważonemu podziałowi ról w Kościele katolickim.

Stąd jest teraz problem stylu kierowania Kościołem?

- Wielki prestiż Papieża, jakkolwiek był zasadny, znacznie umacniał porządek scentralizowany w Kościele, co niekoniecznie było rzeczą dobrą na przyszłość. Ktoś powiedział, może nie bez racji, że na koniec pontyfikatu Jana Pawła II papiestwo jawi się jako wielkie, lecz katolicyzm jest słabszy. W całym świecie zachodnim, począwszy od Stanów Zjednoczonych...

Z których Pan właśnie powrócił i ma odpowiednie obserwacje...

- ...począwszy od Stanów Zjednoczonych, poprzez Europę Zachodnią, a nawet w Polsce dają się zauważyć wyraźne oznaki słabnięcia wpływów Kościoła.

Pytanie, czy to, co nastąpiło po śmierci Jana Pawła II, nie przyczyni się do renesansu Kościoła?

- To wielka niewiadoma. Natomiast druga moja uwaga dotyczy wagi, jaką pontyfikat Jana Pawła II nadał trudnemu problemowi stosunków między Kościołem i społeczeństwem demokratycznym. Karol Wojtyła został Papieżem, będąc przedstawicielem rewolty antykomunistycznej i w takim duchu animował Kościół. W tym sensie był niezaprzeczalnie bohaterem demokracji. Był też jednak człowiekiem Soboru Watykańskiego II, który uznał, że między chrześcijaństwem a demokracją panuje naturalna harmonia. Z czasem stawało się coraz bardziej jasne, że taka harmonia nie istnieje.

Podobnie jak większość uczestników Soboru Wojtyła sądził, że demokracja jest czymś z natury umiarkowanym, czymś, co może być regulowane, wpisane w pewną liczbę stabilnych reguł, a inaczej mówiąc- w określoną antropologię. Teraz widać coraz wyraźniej, że w demokracji mieści się jednak element radykalizmu. Za podstawę demokracji zawsze uważano równość; równość ludzi utożsamiono z równością poglądów, aż osiągnęliśmy stadium, w którym każdy wybiera, co mu się podoba. Pojawił się radykalny relatywizm, z którym Jan Paweł II zderzył się radykalnie i we wszystkich obszarach - czy to chodziło o antykoncepcję, czy o przerywanie ciąży, o sposoby przeciwdziałania AIDS, o bioetykę, o eutanazję, o status kobiet...

We wszystkim tym starł się z opinią demokratyczną, a w każdym razie z rozległymi jej obszarami. Ja jednak, w odróżnieniu od wielu innych, nie mówię, że demokracja zawsze ma rację, a Jan Paweł zupełnie się mylił. Uważam, że demokracji potrzebna jest krytyka, pewne ograniczenia i prawdopodobnie korekta obecnych kierunków jej ewolucji.

Weźmy przykład publicznej - bo tak to chyba można nazwać - agonii Papieża, którą odczuwaliśmy jako świadectwo bezcennej wartości życia ludzkiego, nawet w sytuacji jego skrajnej słabości i skrajnego uszczuplenia. Myślę, że taki właśnie wybrany przez Jana Pawła sposób umierania bardzo wielu ludzi odebrało jako lekcję niezmiernie ważnej prawdy. Również i ona, nawet ona stanowiła formę krytyki współczesnego społeczeństwa demokratycznego.

Czy będzie miała trwałe skutki?

- Krytyka obecnego kształtu demokracji należy teraz do najważniejszych zadań Kościoła. Problem w tym, jak on ma je wypełnić - w oparciu o jaką filozofię, przy użyciu jakiej polityki? Wydaje mi się, że Jan Paweł II opierał się w swojej misji na założeniu niezmienności natury ludzkiej - jak w filozofii Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu. I wydaje mi się, że taka postawa nie może już funkcjonować, że dzisiejszy świat potrzebuje racjonalnej koncepcji natury ludzkiej, która byłaby mniej statyczna niż u tamtych filozofów, lecz nie wydawałaby nas na pastwę wszystkich anomalii i wszystkich relatywizmów, w jakie obfituje nasza współczesność.

Tego rodzaju koncepcję człowieczeństwa można, moim zdaniem, odnaleźć w Biblii. Ludzkość według niej zmierza do zbawienia krok po kroku - w procesie historycznym. Koncepcja ta z jednej strony respektuje wartości niezbywalne przez wszystkie pokolenia, w całej historii, z drugiej jednak nie dopuszcza - jak chcieliby tego niektórzy zwolennicy inżynierii genetycznej - by pokolenia rodziców całkowicie determinowały życie następnych pokoleń, pozbawiając je w ten sposób inicjatywy i możliwości posuwania procesu historycznego naprzód. Kościół ma z czego czerpać.

Jedną z takich naczelnych, ponadczasowych wartości, które powinny być realizowane i chronione, jest sprawiedliwość społeczna. Troska o nią była jednym z naczelnych motywów działania i tematów nauczania Jana Pawła. Czy jednak udało Mu się posunąć naprzód doktrynę społeczną Kościoła?

- Raczej nie. Nie zdołał skutecznie odpowiedzieć na orientację, zgodnie z którą wolny rynek załatwia wszystkie problemy. Szczególnie po 1989 r., w warunkach triumfu ideologii neoliberalizmu gospodarczego w Europie Środkowo-Wschodniej stanął wobec dylematu, jak pogodzić tradycje społecznego-solidarystycznego nauczania Kościoła, zwłaszcza w Polsce, z praktyką, którą w zasadzie akceptował.

Dylemat dotąd nierozwiązany. Choć na początku pontyfikatu, w 1981 r. - gdy w encyklice "Laborem exercens" Jan Paweł II wyraźnie odwoływał się do pomysłów "Solidarności" z jej programem Rzeczypospolitej Samorządnej - mógł mieć nadzieję, że wyłania się jakaś trzecia droga między kapitalizmem a "realnym socjalizmem".

- Z pewnością. Ten papież nie przestawał szukać. Z oczywistych względów odrzucał teologię wyzwolenia, ale bezlitośnie krytykował latynoamerykańskie kontrasty społeczne. Akceptował budowę unijnej Europy, ale ubolewał nad niedostatkiem treści społecznych w projekcie konstytucji europejskiej. Opinia publiczna w krajach środkowoeuropejskich odeszła daleko od utopii z lat 80., a Zachód żyje na ruinach swoich konstrukcji solidarności społecznej. Przez ponad ćwierć wieku na czele Kościoła mieliśmy człowieka głębokiej mistycznej wiary, głębokiej myśli i miłosierdzia. Teraz Kościół musi znaleźć w sobie siły, by odpowiedzieć na wyzwania coraz bardziej skomplikowanej i budzącej coraz żywszy niepokój rzeczywistości.

* Paul Thibaud jest znanym filozofem i publicystą francuskim, przez wiele lat był redaktorem naczelnym miesięcznika "L'Esprit", sztandarowego pisma personalistów katolickich (nie tylko we Francji)