|
HISTORIA OCALONEGO ABRAHAMA SEGALA
Parciane portki Michała
Rzeczpospolita, marzec 25, 2005
Ostatni raz widzieli się w lipcu 1944
roku. Od tamtej pory Michał Skrobacz, rocznik 1929, wielokrotnie
wracał myślami do czasów wojny i zadawał sobie pytanie - co
też stało się z tym żydowskim chłopcem, jego rówieśnikiem,
któremu pomógł przetrwać okupację? We wspomnieniach pozostała
mu scena, jak daje mu na drogę parciane spodnie i buty.

Michał Skrobacz w Markowej koło Łańcuta
przed pomnikiem rodziny Ulmów wymordowanej przez Niemców za
ukrywanie Żydów(c) SŁAWOMIR KASPER
Od 1991 roku zaczął słać listy do Ambasady
Izraela w Warszawie oraz Biura Poszukiwań Krewnych i Zaginionych
w Jerozolimie. Bezskutecznie. Kilka tygodni temu przypadek
sprawił, że odnalazł człowieka, którego szukał przez 61 lat.
Pomógł szum wokół teczek, agentów, lustracji i tzw. listy
Wildsteina.
W 1948 roku Michał Skrobacz, jako uczeń
liceum w Łańcucie, zaangażował się w działalność organizacji
młodzieżowej Orlęta. - Byliśmy młodzi i gniewni i nie chcieliśmy
wiele, tylko obalić komunizm - wspomina. Rok później ktoś
ich zdradził i UB aresztowało młodych wrogów władzy ludowej.
Michał został skazany na dwa i pół roku więzienia.
Pogawędka z krajanem spod Łańcuta
Z początkiem lutego tego roku postanowił,
że złoży do IPN wniosek o swoją teczkę. - Nie dawało mi spokoju,
kto nas wówczas wsypał - dodaje emerytowany inżynier budownictwa,
rodem z Krzemienicy pod Łańcutem, od lat osiadły w Krakowie.
W krakowskim IPN powiedzieli, że musi
czekać kilka miesięcy, bo nagle wydłużyła się kolejka chętnych
do poznania swojej przeszłości. Wieczorem w krakowskiej telewizji
zobaczył program, w którym młody pracownik IPN Mateusz Szpytma
opowiadał o polsko-żydowskich losach w Łańcucie i okolicy.
Wspominał, jak to w jego rodzinnej Markowej pod Łańcutem Niemcy
wymordowali dwie żydowskie rodziny i ośmioosobową rodzinie
Ulmów za ukrywanie Żydów. - Skoro on spod Łańcuta, to pójdę
do niego, może pomoże mi szybciej dostać teczkę - pomyślał.
Z przyspieszeniem wydania teczki nic nie wskórał, ale z Mateuszem
Szpytmą, autorem książki o Ulmach "Ofiara sprawiedliwych"
ucięli sobie długą pogawędkę o Łańcucie, Markowej, Krzemienicy
i ukrywaniu Żydów podczas okupacji. On znał to z autopsji,
a młody historyk konfrontował opowieść z przekazami źródłowymi.
Uzupełniali się doskonale, tym bardziej że obaj kończyli to
samo liceum im. Henryka Sienkiewicza w Łańcucie.
- Od lat szukam mojego rówieśnika,
żydowskiego chłopca, którego podczas okupacji przygarnęli
rodzice i ukrywali na strychu domu, a ja nosiłem mu jedzenie
- zagaił Skrobacz. Nie znał jednak jego imienia i nazwiska.
Wiedział tylko, że dziadkowie chłopca nazywali się Doerflowie,
mieli w Łańcucie sklep i przyjaźnili się z jego rodzicami,
którzy też prowadzili sklep w pobliskiej Krzemienicy. Pokazał
pisma, które wysyłał do Izraela. Mateusz Szpytma słuchał z
coraz większym niedowierzaniem, aż w końcu wydusił z siebie:
- Ja znam tego człowieka i poszukuję rodziny, która go ukrywała
podczas okupacji. On żyje i nazywa się Abraham Segal, a w
czasie okupacji nazywał się Romek Kaliszewski.
Michał Skrobacz zaniemówił z wrażenia.
Wszystkie szczegóły zapamiętane przez niego zgadzały się z
tymi, które Abraham przekazał wcześniej Matuszowi Szpytmie.
Jeszcze tego samego dnia wysłali faks do Izraela. Mieszkający
pod Hajfą Abraham oddzwonił natychmiast. - Myślałem, że nie
zdołam wykręcić numeru telefonu, bo tak waliło mi serce -
mówi. Ucięli sobie długą pogawędkę. - Wymieniliśmy wspomnienia
i nie mam najmniejszej wątpliwości, że człowiek, którego szukałem
przez tyle lat, to jest ten właśnie Abraham vel Romek - przekonuje
Skrobacz.
Jedno życie, cały świat
Abrahama Segala poznałem równo rok
temu w Łańcucie. W hoteliku Pałacyk, tuż obok łańcuckiej synagogi,
przegadaliśmy wiele godzin o jego wojennych losach, tułaczce
przez Europę do Izraela. O tym, jak mu się powodzi w ziemi
przodków. Przyjechał z żoną na odsłonięcie w Markowej pomnika
rodziny Ulmów wymordowanej przez Niemców za ukrywanie Żydów.
W ten sposób chciał oddać hołd tym wszystkim Polakom, którzy
mu pomogli i podziękować Bogu, że żyje. Był dumny, że podczas
uroczystości w Markowej mógł przemówić w imieniu tych wszystkich
Żydów, którzy swe życie zawdzięczają Polakom. Dziwił się,
że Polacy tak szybko zapomnieli, a niekiedy wstydzą się przypominać
o bohaterstwie polskich ofiar Holokaustu. - To Markowa powinna
stać się symbolem zachowań Polaków wobec Żydów. Ja jestem
żywym przykładem, że tragedia w Jedwabnem stanowiła margines
zachowań Polaków w czasie okupacji - mówił nad grobem rodziny
Ulmów.
W marcu 1944 roku Niemcy rozstrzelali
w Markowej rodzinę Goldmanów i Szellów, a następnie ukrywających
ich Wiktorę i Józefa Ulmów oraz ich szóstkę dzieci. Wiktoria
była w ciąży z siódmym dzieckiem. Na ich grobie widnieje napis:
"Kto ratuje jedno życie, jakby świat cały ratował".
Dwa lata temu rozpoczął się ich proces beatyfikacyjny.
Abraham Segal swoje życie też zawdzięcza
takim rodzinom jak Ulmowie, którzy doskonale wiedzieli, że
ukrywanie Żydów karane jest śmiercią, a mimo to zachowali
ludzki odruch miłości do drugiego człowieka. Pamiętał rodzinę
Cwynarów z Markowej, która przygarnęła go do domu, ale byli
też inni nieznani mu z imienia i nazwiska Sprawiedliwi wśród
Narodów, którzy zlitowali się nad losem małego Abrahamka.
Był wówczas kilkunastoletnim chłopcem i nazwiska zatarły mu
się w pamięci. Zależało mu szczególnie na odnalezieniu rodziny,
która pierwsza go przygarnęła. Pamiętał, że później odwiedził
tę rodzinę po wyzwoleniu, przed wyruszeniem w długą tułaczkę
z Polski do Izraela. Zapamiętał, że był tam młody chłopak
w jego wieku, który dał mu na drogę parciane portki i buty.
- Chciałbym jeszcze spotkać tych ludzi, by im chociaż powiedzieć
"dziękuję" - mówił rok temu.
Dał ogłoszenie do lokalnej gazety.
Ktoś mu powiedział, że ta rodzina nazywała się Szpunar i pod
takim szukał nazwiskiem.
Przeżył tylko Abraham
Benzion i Chara Doerflowie, dziadkowie
Abrahama, prowadzili w Łańcucie hurtownię Towary Mieszane.
Zaopatrywali się tam sklepikarze z całej okolicy, Polacy i
Żydzi. Wśród nich był Antoni Skrobacz, ojciec Michała. Skrobaczowie
z Doerflami byli zaprzyjaźnieni. - Zawsze gdy zbliżały się
święta Bożego Narodzenia, Doerflowa przygotowywała dla nas
specjalne paczki. Latem w odwiedziny przyjeżdżali do nas ich
synowie - wspomina Michał Skrobacz.
Doerflowie zdążyli wrosnąć w galicyjską
mieszankę wielonarodowościową. W domu rozmawiali po polsku
i hebrajsku. Mieli trzech synów: Leona, Jakuba i Hersza, który
jeszcze przed wojną wyjechał do Palestyny. Najstarsza była
córka Perla, która na początku lat trzydziestych wyszła za
mąż za Ozjasza Segala i wyprowadzili się daleko na Kresy do
Brzeżan, 150 kilometrów na wschód od Lwowa. Prowadzili tam
fabryczkę powrozów i sznurów. Mieli dwóch synów: Abrahama,
rocznik 1930 i sześć lat młodszego Michała. W lipcu 1941 roku
roku Niemcy zajęli Brzeżany, a wkrótce Segalowie trafili do
miejscowego getta, jak wszyscy Żydzi z miasteczka. Byli dość
majętni i ojciec Abrahama wykupił całą rodzinę z getta.
- Pamiętam, że w sylwestra 1941 roku
wraz z mamą, bratem i ciotką wsiedliśmy w pociąg w Brzeżanach,
udając się do Łańcuta - wspomina Abraham. Zawitali w domu
dziadka, tuż obok niemieckiej komendantury. Po kilku dniach
ktoś ich wydał. Żandarmi aresztowali matkę i ciotkę. Wuja
Jakuba zastrzelił szef miejscowej żandarmerii Josef Kokott
(W 1958 roku skazany został przez sąd rzeszowski na karę śmierci,
którą Rada Państwa zamieniła na 25 lat więzienia. Zmarł w
więzieniu w 1981 roku - przyp. J. M.).
- Mama pisała do nas listy z więzienia,
a babka codziennie przekupywała strażników i zanosiła aresztowanym
jedzenie. Po kilku miesiącach wykupiła ich.
Matka postanowiła wracać z synami na
Kresy, do Brzeżan. - Z Łańcuta wywiózł nas koniem jakiś znajomy
dziadka. Teraz już wiem, że był to Antoni Skrobacz z Krzemienicy,
ojciec Michała - opowiada Abraham. Po drodze przebrał ich
w chłopskie ubranie i odwiózł na dworzec. W Brzeżanach matka
musiała dać kolejną łapówkę, by tym razem dostać się do getta,
do ojca. Przebywali tam przez rok, do czerwca 1943 roku. Nagle
ojciec przyniósł wiadomość, że Niemcy rozpoczęli likwidację
getta. - Wtedy ostatni raz widziałem ojca.
Matka z synami znaleźli schronienie
u znajomego Ukraińca, ale tylko na chwilę. Musieli uciekać.
Abraham niósł ze sobą srebrną zastawę. Nagle zauważył ich
żandarm. - Miał opaskę żółto-niebieską, czyli musiał być Ukraińcem
- zapamiętał Abraham. Złapał go za rękę i mocno wbił paznokcie.
Chłopiec puścił zastawę, rozsypały się srebrne naczynia i
sztućce. To odwróciło uwagę żandarma, a Abraham rzucił się
do ucieczki. Ukryty w zaroślach widział, jak żandarm prowadził
matkę i siedmioletniego brata w stronę starego pałacu, gdzie
zwykle rozstrzeliwano Żydów. - Oddalali się, a ja nic nie
mogłem zrobić. Nigdy już ich nie zobaczyłem - wspomina. Brudny,
obszarpany szukał schronienia. Przepędzano go z domu do domu,
aż trafił do Ukraińca, znajomego ojca, który dał mu schronienie
na jedną noc, a rano kupił bilet do Lwowa.
Pastuch Romek Kaliszewski
Pamięta, że był upalny czerwcowy dzień,
gdy dotarł do Łańcuta. Nie zastał już dziadków, którzy trafili
do obozu w Pełkiniach pod Jarosławiem i najprawdopodobniej
tam zginęli. Został tylko wujek Leon, który zaprowadził go
do rodziny Skrobaczów w Krzemienicy, prosząc o ratunek dla
chłopca (Leon został wywieziony na roboty do Mielca i zaginął
bez wieści - przyp. J. M.). - Ojciec ukrył go na strychu domu.
Siedział tam całymi dniami. Zanosiłem mu jedzenie, a ojciec
uczył go pacierza - wspomina Michał Skrobacz. Nie pamięta,
jak długo ten żydowski chłopiec był w ich domu. Nie znał nawet
jego imienia. Ojciec zakazał mu rozmów, bo na dole był sklep
i ktoś mógł donieść, że ukrywają żydowskie dziecko. Skrobaczowie
mieszkali w centrum Krzemienicy, przychodziło tam wiele osób
i po jakimś czasie gospodarz postanowił znaleźć bezpieczniejszą
kryjówkę dla chłopca. Wywiózł go do znajomych w pobliskiej
Markowej. Przygarnęła go zamożna wiejska rodzina Janiny i
Jana Cwynarów. Był pastuchem - Romkiem Kaliszewskim.
- Żeby mnie nie rozpoznano, że jestem
żydowskim chłopcem, Janina uczyła mnie modlić się po polsku,
kazała czytać Mickiewicza i Słowackiego - wspomina. W marcu
1944 roku, gdy Niemcy rozstrzelali w Markowej rodzinę Ulmów,
na Polaków, którzy przechowywali Żydów, padł strach, że w
każdej chwili może ich taki sam los spotkać. Cwynarowie przechowali
go do końca wojny. Dopiero po wojnie dowiedział się, że Jan
Cwynar działał w partyzantce, a w Markowej było kilkadziesiąt
rodzin, które przechowywały Żydów (W Markowej Polacy ukrywali
25 Żydów, z czego 17 przeżyło - przyp. J. M.). W lipcu 1944
Rosjanie wkroczyli do Łańcuta. - Pamiętam, że był koniec lipca,
gdy ten żydowski chłopiec odwiedził nas w domu w Krzemienicy.
Przyszedł się pożegnać i od tamtej pory nigdy go nie widziałem
- wspomina Michał Skrobacz.
Pakuję walizki i jadę do Polski
Z jego rodziny nikt nie przeżył. Abraham
posłuchał lekarki, znajomej mamy i przez Duklę przedostał
się do czeskiej Pragi. Tam trafił do sierocińca. Nawiązał
kontakt z wujkiem Herszem z Palestyny i pod koniec 1946 roku
otrzymał zgodę na wyjazd. Pociągiem przez Szwajcarię dojechał
do Marsylii, a stamtąd statkiem do Hajfy.
- Inni byli mądrzejsi i wyjechali do
Ameryki, Australii i teraz są bardzo bogaci, a ja dalej wyglądam
jak ten socjalista żydowski - mówi z żalem. Wujek nie miał
pieniędzy na jego utrzymanie, więc trafił do kibucu. Do południa
praca, a po obiedzie nauka. - Myślałem - co ja robię w tym
Izraelu? Dlaczego nie zostałem w Łańcucie? Zamieniłem raj
na gehennę. U Skrobaczów w Krzemienicy i Cwynarów w Markowej
traktowali mnie jak rodzinę, a w kibucu byłem niewolnikiem
- opowiada.
Czuł się Polakiem i tęsknił za polskimi
świętami. Tradycja żydowska była mu obca, bo przez te lata
tułaczki nie miał nawet okazji jej poznać. Ma w pamięci katolickie
święta w Markowej, gdy śpiewał polskie kolędy. Pierwszy raz
odwiedził Polskę w 1995 roku. Był przed poważną operacją.
- Ruszyło mnie sumienie, że mogę umrzeć i nie zdążę podziękować
ludziom, którzy uratowali mi życie - opowiada. Kilka lat temu
złożył świadectwo prawdy w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie,
by Janinę Cwynar dołączono do grona Sprawiedliwych wśród Narodów
Świata. Teraz podobne świadectwo chce dać rodzinie Skrobaczów,
ale wpierw postanowił zobaczyć Michała.
- To cud, że odnalazłem kolejnego człowieka
w tym łańcuchu ludzi dobrej woli, którzy ratowali mi życie.
W Brzeżanach straciłem brata Michała i teraz odnalazłem innego
Michała. To tak, jakbym odnalazł brata. Pakuję walizki i jadę
do Polski. Powiedziałem Michałowi, że jak się spotkamy, to
oddam mu te parciane portki, które dał mi na drogę - żartuje.
JÓZEF MATUSZ
|