E-mail

English






Dlaczego Polacy nie dostrzegają wyjątkowego bezsensu antypatii, jaką żywią wobec Rumunów

Brat, którym można pogardzać

Bogumil Luft

Gazeta Wyborcza, 27 grudnia 2005

Jak co roku przed Bożym Narodzeniem CBOS uraczył Polaków wynikami badań na temat ich sympatii i antypatii do innych narodów. Na mapie tych uczuć wiele się zmienia, ale zjawiskiem stałym jest obecność Rumunów w najściślejszej czołówce nacji darzonych najgorętszą niechęcią.

Znam Rumunię bardzo dobrze. Przeżyłem tam większość ostatniego szesnastolecia. Od lat zachodzę w głowę, czym Rumuni zasłużyli na tak wyjątkową antypatię Polaków. I dlaczego Polacy nie dostrzegają wyjątkowego absurdu tego uczucia.

NIEPOROZUMIENIE

W pierwszej połowie lat 90. do Polski napłynęły tysiące rumuńskich Cyganów. Stąd masowo próbowali forsować nielegalnie granicę na Odrze i Nysie. Jednak ci, dla których przeprawa do Niemiec okazywała się zbyt trudna i którzy dostrzegli profity z pobytu nad Wisłą, coraz częściej zalegali w Polsce na dłużej. Trudnili się coraz lepiej zorganizowanym żebractwem i nie byli tak kryminalnie niebezpieczni, jak coraz liczniejsi przybysze ze Wschodu.

Początkowo spotkali się z sympatią społeczeństwa, które zachowało jeszcze odruchy prostej, trochę naiwnej solidarności. Potem zaczęli budzić irytację, a nawet pogardę, choć ich masowa deportacja w końcu lat 90. spotkała się również z protestami. Przede wszystkim jednak upowszechniło się w społeczeństwie polskim brzemienne w skutkach nieporozumienie - utożsamienie Rumunów z Cyganami.

Przyczyniły się do tego media, które przez lata odmawiały uznania, że smagli żebracy to przedstawiciele 10-procentowej cygańskiej mniejszości etnicznej w Rumunii i określały ich po prostu jako "Rumunów". Słowo "Cygan" było jakoby rasistowskie. Przejście na bardziej poprawne politycznie określenie "Romowie" jeszcze pogłębiło nieporozumienie, ze względu na swe językowe podobieństwo do słowa "Rumuni".

W efekcie trudno mi się było dziwić, gdy pewna pani z wyższym wykształceniem wyraziła wobec mnie pogląd, że język rumuński musi być podobny do sanskrytu, skoro Cyganie przywędrowali, jak wiadomo, z północnych Indii. Skąd miała biedaczka wiedzieć, że romański język rumuński pochodzi z ludowej łaciny i jest pozostałością po rzymskich rządach na północnych Bałkanach.

Wydaje się jednak, że to nieporozumienie odeszło już w przeszłość, skoro respondenci tegorocznego sondażu CBOS zdają się odróżniać Rumunów od Romów.

ELIADE WAŻNIEJSZY OD MIŁOSZA

Doświadczenie z rumuńskimi Romami, wspomnienia biedy w Rumunii, jakie zachowali niektórzy polscy turyści z lat 80., przedwojenne jeszcze legendy o rumuńskim wojsku chodzącym bez butów, spotkania z bardziej współczesnymi rumuńskimi celnikami żądającymi często łapówek pod byle pretekstami - wszystko to złożyło się w Polsce lat 90. na stereotyp Rumunii jako kraju nędznego i nic nie wartego.

A nawet niebezpiecznego. W latach 90. autokary z polskimi wycieczkami do Grecji i Turcji jechały przez Jugosławię, w bliskości terenów ogarniętych wojną, bo po podróży przez Rumunię spodziewano się najgorszego. Tymczasem zarówno statystyki, jak i doświadczenia żyjących w Rumunii Polaków, wskazywały, że jest to kraj bardziej wolny od kryminalnych zagrożeń niż większość krajów ościennych. I bezpieczniejszy niż sama Polska. Trochę dlatego, że policja mniej patyczkowała się z przestępcami, a trochę dlatego, że Rumuni są narodem łagodnym. Kieszonkowców było w Bukareszcie równie wielu, co w Warszawie, ale brutalnych napadów czy kradzieży samochodów - wielokrotnie mniej. I tak jest dotąd.

W Rumunii turyście łatwiej też znaleźć ludzi, którzy chętnie udzielą mu pomocy, posługując się językami obcymi. Niemal każdy wykształcony Rumun je zna - i to nie tylko angielski, ale bardzo często również francuski lub niemiecki. Łatwo też znaleźć budkę telefoniczną, bo jest ich więcej niż w Polsce i nie ma tam obyczaju ich demolowania. W ogóle standardy cywilizacyjne w tym kraju, tak bardzo zaniżone przez szczególnie okrutny rumuński komunizm, coraz szybciej się podnoszą, co uwadze Polaków zdaje się umykać.

Szczególnie godny ubolewania jest brak świadomości Polaków w kwestii wartości rumuńskiej kultury. Jest może uboższa niż polska, ale chyba bardziej otwarta na świat. Czesław Miłosz, choć laureat Nobla, nigdy nie będzie tak ważną postacią kultury uniwersalnej, jak jeden z największych myślicieli XX wieku Mircea Eliade, a Wisława Szymborska - jak legendarny twórca teatru absurdu Eugene Ionesco. Obaj pisali głównie w językach obcych, ale ich rodzime, rumuńskie doświadczenie kulturowe jest treścią ich przesłania. A Constantin Brancusi był w XX wiekumniej więcej tym w dziedzinie rzeźby, kim był Pablo Picasso w dziedzinie malarstwa. Obaj tworzyli w Paryżu - pierwszy był Rumunem, a drugi Hiszpanem.

POLAK POWAŻANY I LUBIANY

Kultura rumuńska (dalece wykraczająca poza przywołane nazwiska emigrantów) jest więc w Polsce mało znana i mało ceniona. W przeciwieństwie do kultury polskiej w Rumunii. Polska klasyka (zwłaszcza Sienkiewicz i Reymont) należy do obowiązkowego kanonu rumuńskich lektur od wielu pokoleń. Literatura współczesna jest masowo tłumaczona i namiętnie czytana. Gombrowicza wydawano jeszcze w czasach komunizmu i niektórzy rumuńscy pisarze wspominają dziś, że był ich duchowym ojcem. Sztuki Mrożka należą do żelaznego repertuaru rumuńskich teatrów. Filmy Wajdy, Kieślowskiego i Zanussiego są otoczone kultem. Rumuńscy artyści i krytycy ze wszystkich dziedzin sztuki wymieniają z pamięci dziesiątki nazwisk polskich twórców, którzy są dla nich ważni.

W ogóle Polacy są ważni dla Rumunów. Polska walka z komunizmem, namiętnie śledzona za pośrednictwem Wolnej Europy, rozpalała do białości wyobraźnię nielicznych jednostek, które decydowały się w tym kraju na opozycyjne wystąpienia. Dla nich Polska, jak żaden inny kraj, była punktem odniesienia. Ale i dla wielu z tych, którzy tej odwagi nie mieli. Polak był poważany i lubiany. Również ten, który przyjeżdżał na wakacje nad Morzem Czarnym. Nawet jeśli pokątnie handlował biseptolem i kremem nivea. A może właśnie dlatego, że to robił w kraju, gdzie pokątny handel wymagał pewnej odwagi.

Z niezwykłą dumą i sentymentem wspomina się tam 1939 rok, gdy Rumunia przyjęła polskich uchodźców goszczonych potem z niezwykłą przyjaźnią przez wiele miesięcy w rumuńskich rodzinach. Do rumuńskiej (choć nie do polskiej) historii przeszło przemówienie w parlamencie największego tamtejszego intelektualisty i polityka lat 30. Nicolae Iorgi, który w pierwszych dniach wojny zaapelował do społeczeństwa rumuńskiego o solidarność z Polską. Do społeczeństwa - bardzo skutecznie, do władz - nieco mniej. Uwikłana w sojusz z Niemcami Rumunia zerwała rok później stosunki dyplomatyczne z polskim rządem w Londynie. Resztę tego wspomnienia rozjechały kilka lat później sowieckie czołgi. I dopiero w latach 90. mogło się odrodzić.

Niezauważony przez Polaków pozostaje religijny aspekt Rumunii, wyjątkowo otwartej na dialog ekumeniczny z katolicyzmem. Fakt, że był to pierwszy kraj prawosławny, który przyjął z wizytą papieża z Rzymu. Nie było dla Rumunów bez znaczenia, że był to papież Polak.

NASZ PROBLEM

Sympatia Rumunów do Polski w jakiejś mierze trwa do dzisiaj. A jednak przez ostatnie kilkanaście lat coś się popsuło. Lech Wałęsa, którego w pierwszej połowie lat 90. powitałoby na ulicach Bukaresztu setki tysięcy ludzi, konsekwentnie odmawiał przyjazdu do Rumunii. Andrzej Wajda jest od kilkunastu lat bezskutecznie zapraszany. A lista tych, którzy tego kraju nie zauważyli, jest znacznie dłuższa. A przede wszystkim Rumuni dostrzegli, że są przez Polaków lekceważeni. Do wyjątków należeli Aleksander Kwaśniewski, który był w Rumunii kilka razy, i Krzysztof Zanussi, który Rumunów zna i lubi.

Nie chodzi jednak o dyplomatyczne czy artystyczne wizyty. Jest coś absurdalnego w fakcie, że naród żywiący - jak rzadko który - wielką do nas sympatię, jest przez Polaków wyjątkowo odrzucany. Dlaczego, skoro - w przeciwieństwie do innych nielubianych przez nas nacji - trudno się dopatrzyć jakichkolwiek powodów, prawdziwych lub wyimaginowanych?

Mam w tej kwestii hipotezę, którą powierzam do dalszych badań specjalistom od psychologii społecznej. Wydaje mi się, że za sprawą Rumunów sfrustrowani Polacy chcą sobie poprawić samopoczucie. Że znaleźli sobie "młodszego brata", którym można bezkarnie pogardzać, by poczuć się lepszym. To jednak jest już nasz problem, i to poważny.

BOGUMIŁ LUFT

Publicysta "Rzeczpospolitej", ambasador RP w Rumunii w latach 1993 - 1999, korespondent "Rzeczpospolitej" w Bukareszcie w latach 2001 - 2003