|
Powiedzieć z dumą: "mój pradziadek był z Polski".
Witold Liliental
Dziennik Polonii w Kanadzie
Gazeta, 13 stycznia 2006
Witold Liliental rozmawia z Ewą Juńczyk-Ziomecką,
Dyrektorem ds. Rozwoju Muzeum Żydów Polskich w Warszawie
W.L. Tematyka stosunków polsko-żydowskich i w ogóle Żydów
w Polsce nie jest łatwa, a dyskusja z nią związana zbyt często
wywołuje emocje, bo do tej pory, dominują w niej stereotypy.
Przedstawiam Czytelnikom panią Ewę Juńczyk-Ziomecką, Dyrektora
Rozwoju Muzeum Żydów w Polsce, Muzeum, które, mamy nadzieję,
ukaże światu, że historia Żydów w Polsce, to nie tylko Holocaust,
ale blisko tysiąc lat kwitnącej, bogatej kultury i wcale
nie tragicznej historii. Czy może Pani powiedzieć, co spowodowało,
że Panią, nieposiadającą korzeni żydowskich, zainteresowała
tematyka historii i kultury Żydów w Polsce?
EJZ: Jak mówi prof. Władysław Bartoszewski i wielu innych
światłych, mądrych ludzi w Polsce i poza Polską, nie ma historii
Polski bez historii Żydów polskich. Kiedy w Polsce wreszcie
skończył się komunizm i Polska stała się wolnym krajem, odżyły
dotąd przemilczane sprawy. Jedną z tych bardzo przemilczanych
i manipulowanych spraw była historia Polski. Prawdziwa historia.
Ja jestem stąd, moje dzieci będą mieszkać tutaj, prawdopodobnie
moje wnuki i prawnuki będą tu mieszkać i historia tego miejsca
jest dla nas, Polaków, bardzo ważna. Prawdziwa historia,
zarówno to, co się działo w czasie wojny, po wojnie, jak
i wcześniej. Teraz jest taki moment, kiedy można zajrzeć
do tych zamykanych na siłę stron historii, żeby je czytać
i opowiadać na nowo w pełnym świetle. Stąd moje zainteresowanie,
ponieważ otworzyła się taka droga, taka możliwość, aby opowiadać
prawdziwą historię i ja chcę brać w tym udział. Prawdziwa
historia Polski składa się z historii Polaków i historii
Żydów na ziemiach Polskich, a ta liczy sobie dziesięć wieków,
czyli całe milenium.
W.L. Kiedy i jak powstał zamysł stworzenia Muzeum Historii
Żydów w Polsce?
EJZ: Wszystko zaczęło się, paradoksalnie, w Ameryce. Mianowicie
w chwili otwarcia muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, pani
Grażyna Pawlak, która wtedy pracowała w Stowarzyszeniu Żydowski
Instytut Historyczny, przyjechała z tego otwarcia niesłychanie
poruszona tym, że dziś na świecie można opowiadać historię
w sposób interesujący i że dziś muzeum to jest coś więcej,
niż tylko miejsce, gdzie znajdują się przedmioty z dawnych
czasów, ale że jest to interaktywna podróż w czasie. Zaproponowała
ona Stowarzyszeniu ŻIH, aby, skoro otworzyły się takie możliwości
budowania społeczeństwa otwartego w Polsce, opowiedzieć historię
Żydów polskich w sposób interesujący, taki, w jakim dziś
opowiada się historię w nowoczesnych muzeach. Ten pomysł
został przyjęty i tak to się zaczęło. Trwało to niesłychanie
mozolnie i długo, ponieważ wtedy - a było to już prawie osiem
lat temu - nikt nie wiedział w Polsce, jak się robi nowoczesne,
multimedialne narracyjne muzea, bo takiego muzeum w tej części
Europy i świata nie było. Takim drugim muzeum, nowocześnie
i w sposób narracyjny zorganizowanym było i jest teraz Muzeum
Historii Żydów w Berlinie. Więc my nie wiedzieliśmy, od czego
zacząć. Jerzy Halbersztat, obecny dyrektor Muzeum, zaprosił
w związku z tym twórcę tego typu muzeum, urodzonego w Warszawie
Izraelczyka Jeshajahu Weinberga, który wymyślił i opracował
muzea multimedialne. Pierwszym takim muzeum jest Muzeum Diaspory
w Tel Awiwie. On tu przyjechał do Warszawy i mieszkał w budynku,
z którego ja w tej chwili rozmawiam, mianowicie z siedziby
biura Muzeum na Żoliborzu. Mieszkał z nami aż do swojej śmierci
i jakby punkt po punkcie, narysował cały plan budowy tego
projektu. I pierwszą rzecz, którą nam powiedział, to to,
że historię Żydów należy opowiadać w trzech krajach: mianowicie
w Polsce, w Stanach Zjednoczonych i w Izraelu. W Polsce dlatego,
że tu przez wieki biło serce diaspory żydowskiej, w Izraelu
dlatego, że dziś Żydzi mają swój kraj - państwo Izrael, a
w Ameryce dlatego, że tam dziś mieszka największa społeczność
żydowska na świecie. To była jedna uwaga. Druga, to to, że
tego typu muzea zaczyna się budować od środka, a mianowicie,
nie od budynku, tylko od treści. Tak, powolutku, zaczęliśmy
tę pracę.
W.L.: Jeśli można Pani wtrącić, czy to Muzeum przejmuje
wzory multimedialne od, przykładowo, Muzeum Tolerancji w
Los Angeles?
EJZ: Wie Pan, zasady dla muzeów multimedialnych i narracyjnych
są wszędzie takie same. Na przykład, już w tej chwili w Polsce,
mamy taki obiekt, mianowicie Muzeum Powstania Warszawskiego.
Myśmy byli konsultantami tego Muzeum. Ja z największą przyjemnością
dzieliłam się swoimi doświadczeniami z ludźmi, którzy to
Muzeum budowali. Ta multimedialność jest wszędzie taka sama.
Co to znaczy? To znaczy, że do opowiedzenia historii jakiejkolwiek,
osoby, zdarzenia, całej epoki, historii całej cywilizacji,
używa się wszystkich dzisiaj możliwych dostępnych środków.
Korzysta się z filmów, z radia, daje się młodzieży brać udział
w tej opowieści, tworzy się różne stanowiska interaktywne,
w których zwiedzający mogą symulować różne sytuacje. Czyli
jednym słowem, ta multimedialność, w zależności od poziomu
technicznego i funduszów, jakimi, oczywiście, dysponuje dane
muzeum, jest albo bardzo potężnie rozbudowana, albo w sposób
taki, na ile jest to konieczne. I teraz połączenie tego z
narracją, bo cóż to jest muzeum narracyjne? To znaczy, że
opowiada się coś. Opowiada się przy zachowaniu chronologii,
ale opowiada się to blokami tematycznymi. Tak mamy ustawioną
całą wystawę stałą, czyli te dziewięć galerii. Na przykład
jest galeria pod tytułem "Sztetl", czyli miasteczko żydowskie
w Polsce. Ale ono się zmieniało, w związku z czym ta galeria
będzie skonstruowana w ten sposób, że zbudujemy w środku
Muzeum dach drewniany, składający się z trzech balkonów,
gdzie jest tzw. "babiniec", to jest cześć synagogi przeznaczona
dla kobiet. To będzie rekonstrukcja synagogi osiemnastowiecznej
w Wołpie, czyli na dzisiejszej Ukrainie, która to część kiedyś
należała do Rzeczypospolitej Obojga Narodów i pod tym drewnianym,
czyli bardzo klasycznym i w starym stylu dachem będzie sala,
która zamiast ścian będzie miała ekrany. Na tych ekranach,
rotacyjnie będzie się przesuwała historia Żydów w małych
miasteczkach. Dlaczego pod dachem? Dlatego, że centrum życia
w sztetl była synagoga, która pełniła nie tylko rolę miejsca
religijnych modlitw i obrządków, ale była też miejscem spotkań,
miejscem towarzyskim.
WL: A więc jest tu pewna analogia do dzisiejszej diaspory
polskiej, gdzie kościół polski pełni podobną rolę, właśnie,
oprócz obrzędów religijnych, również spotkań i podtrzymania
tego ducha polskości, nieprawdaż?
EJZ: Zgadzam się całkowicie z Panem. Tylko, z tą różnicą,
że taki kościół może być w zarówno dużym mieście, jak i w
małym miasteczku, natomiast sztetl, to było typowe małe miasteczko,
czy nawet osiedle, wioska. Już życie żydowskie w mieście,
kiedy diaspora z wiosek i miasteczek ruszyła do miast, było
inne. Synagoga w dalszym ciągu stanowiła pewien punkt spotkań,
ale już nie było to centrum. W Warszawie, czy na przykład
w Łodzi, czy w Lublinie, nie musiała być centrum życia całej
społeczności. Bo już ta społeczność była bardzo zróżnicowana.
Już byli jedni wierzący troszkę mniej, jedni asymilowani
troszkę więcej, już jedni mieli inne organizacje, w których
mogli się spotykać. Moglibyśmy tak opowiadać całą historię.
WL: Przeciętnemu Polakowi pojęcie "kultura żydowska" kojarzy
się przede wszystkim z czarnym chałatem, pejsami i kapeluszem
futrzanym z szerokim rondem. Jest to, oczywiście, pewien
stereotyp, ponadto ograniczony wyłącznie do ubioru i myślę,
że właśnie powstające Muzeum ukaże nam coś znacznie bogatszego.
Czy może Pani powiedzieć, na czym polegały blaski tej kultury?
Czy były to tylko obyczaje, czy też kultura ta stworzyła
trwałe dzieła w innych dziedzinach?
EJZ: Szalenie szerokie pytanie, ale postaram się na nie
odpowiedzieć. Tak, oczywiście, jeśli dzisiaj przeciętny,
nie tylko Polak, ale w ogóle człowiek, który nie zna kultury
żydowskiej, może cokolwiek opisać, to przede wszystkim strój.
Ale tak było przez większość czasu. Jednak, gdy popatrzymy
na samą Warszawę, a mówimy już o Warszawie z końca dziewiętnastego
wieku i początku dwudziestego,, to owszem, na Nalewkach są
warszawscy Żydzi w chałatach z pejsami i w jarmułkach, ale
na Marszałkowskiej, czy na Pięknej, czy w Alejach Jerozolimskich
mieszka adwokat, lekarz, malarz, który owszem, założy jarmułkę,
ale dwa razy do roku, bo dwa razy do roku tylko pójdzie do
synagogi. Czyli mówimy o pewnym stereotypie, który narastał
przez wieki, ponieważ taka była ta historia. Przecież czytamy
w opowiadaniu Singera jak syn mówi do ojca: "Nie, tata, ja
już nie będę rabinem. Ja jadę do Krakowa, bo ja chcę być
malarzem." I on już nie będzie kontynuował, zarówno w stroju,
jak i w obyczajach, tradycji odwiecznych swoich dziadów i
pradziadów. On wybiera trochę inną drogę. On też pójdzie
do synagogi prawdopodobnie, ale też tylko dwa razy do roku.
A może trzy. Czyli, ten stereotyp bierze się z czegoś, bierze
się z bardzo długiej historii właśnie takiej, a nie innej.
My, naturalnie, będziemy opowiadać całą historię, czyli od
początków dziesiątego wieku do dwutysięcznego roku. Czyli,
ten strój będzie nam szedł przez wieki, ale w pewnym momencie,
to nie jest tylko i wyłącznie stricte społeczność rozpoznawalna
przez religię, ale też, jako część kultury polskiej i nauki
polskiej, ekonomii polskiej, polityki. Tam już nie widzimy
społeczności żydowskiej w chałatach, czy w jarmułkach. Widzimy
mężczyzn w garniturach, w kapeluszach, w surdutach, widzimy
kobiety, które już nie noszą peruki, które już w ogóle inaczej
żyją, już nie w ortodoksyjnych zwyczajach, ale bardziej po
świecku. Będziemy o tym opowiadać na różnych płaszczyznach,
w miarę, jak historia żydowska w Polsce się zmieniała. A
ona bardzo długo się nie zmieniała i właśnie długo była rozpoznawalna
przez te cechy zewnętrzne stroju.
WL: Pozwolę sobie tutaj zauważyć, że tu narzuca się, nolens
volens, pewna analogia do sytuacji Polaków na emigracji,
szczególnie po tej wojnie, ponieważ nasze dzieci też pomalutku
odchodzą od tradycji polskich. My jeszcze utrzymujemy polskie
szkoły sobotnie, ale są też liczne przypadki dzieci tu urodzonych,
które mówią po polsku z bardzo silnym akcentem, bądź z błędami,
względnie w ogóle nie mówią. Obyczajami polskimi już mniej
się interesują, więc tutaj też zachodzi proces asymilacji
do nowego kraju, jak niegdyś zachodził proces asymilacji
Żydów w Polsce.
EJZ: Tak, z tym, że u Żydów były dwa procesy równolegle.
Tylko część osób odeszła, wchłonięta przez kulturę polską,
ale jednak część nie. Przecież, proszę zobaczyć, na czym
polega, miedzy innymi, straszliwy dramat podczas Holocaustu.
Przecież gros - nie wiem, jaki procent, ale ogromny - Żydów
polskich był "inny" i ten ogromny dramat polegał na tym,
że nie było kontaktów z Polakami, a więc nie było adresu
- polskiego adresu, do którego się udać i żeby nawet ten
ktoś chciał się ukryć po aryjskiej stronie, to bez znajomości
języka polskiego, bez polskiego adresu kolegi, znajomego,
przyjaciela, uratowanie się było praktycznie niewykonalne.
A w Polonii zauważyłam taki proces, że pierwsze pokolenie
dzieci przywiezionych z Polski do Ameryki, czy gdzieś do
Europy, natychmiast wchodzi w kulturę danego kraju, ale już
ich dzieci nagle sobie przypominają rodowód i są ciekawe
skąd są ich rodzice. Dziadkowie mówią po polsku, a tatuś
i mamusia nie za bardzo. Jest jakiś powrót, ja zauważyłam
szczególnie tu w Polsce, gdzie nagle pojawia się osoba, której
rodzina od czterech pokoleń jest w Ameryce, a ona nagle przypomniała
sobie język polski, nagle poczuła jakiś silny ciąg do zobaczenia
tego miejsca swojego dziedzictwa. Polska teraz jest wolnym
krajem i zwłaszcza, kiedy Żydzi mają swój kraj - państwo
Izrael, to się trochę zmieniło.
Mówi Pan, żeby podać parę przykładów dorobku kulturalnego
Żydów w Polsce. Jeśli chodzi o tych Żydów, których poznajemy
po stroju, to chciałabym wymienić wybitnych Chasydów polskich.
To są tacy: cadykowie: Lewi Izaak z Berdyczowa, Nachman z
Bracławia, Aaron z Karlina, Izaak Horowic z Lublina, Naftali
Ropczyc, Izrael z Kozienic, czy Jakub Izaak z Przysuchy.
Albo cadyk Elimelech Weissblum z Leżajska, który zmarł w
1787 roku. Otóż do niego przyjeżdżają co roku chasydzi z
całego świata. To jest malutkie miasteczko, a zjeżdżają się
tu chasydzi ze wszystkich stron świata, właśnie w tych strojach,
podtrzymując ten stereotyp. Przylatuje samolot z Nowego Jorku,
samolot z Los Angeles, samolot z Tel Awizu i wysiadają potomkowie
Żydów polskich (i nie tylko) w tych kapeluszach, w tych długich
chałatach. Jadą do Leżajska. Ich jest dziś więcej, niż było
w 1787 roku, oni przyjeżdżają corocznie oddać mu cześć, pomodlić
się na jego grobie. Albo też jest taki dom cadyka Waltera
Abrahama w Górze Kalwarii. On sam uratował się z Holocaustu,
wyjechał z Polski i zmarł w 1948 roku. Do niego też przyjeżdżają
chasydzi, zwiedzać ten dom i modlą się tam.
Jakie dzieła zostały stworzone? Tak naprawdę, to początki
wielkiego ruchu chasydzkiego sformułował urodzony w 1700
roku na Podolu Izrael Eljezer, który miał przydomek Szantow,
ale twórcą ruchu był w istocie jego uczeń, Dow Ber z Międzyrzecza.
Mówię o tym po to, żeby pokazać, że teren Rzeczypospolitej,
zwłaszcza Rzeczypospolitej Obojga Narodów był tym miejscem,
gdzie się rodziły te ruchy, a ponieważ tak duża była ta społeczność,
automatycznie wchodziły w to dziesiątki tysięcy ludzi w Polsce.
W szesnastym wieku we wszystkich większych miastach polskich
znajdowała się jesziwa, czyli religijna szkoła żydowska -
miejsce, w którym dzieci tych rozpoznawalnych z ubioru chasydów
uczyły się. Ich wysoki poziom był tak niesłychanie ceniony
w całym żydowskim świecie, że Natan Hanower, mędrzec i historyk
z Zasławia pisał: "Nigdzie wśród rozproszenia Izraelitów
nie było tyle nauki, ile w Polsce. Nigdzie w całej diasporze
nie było tyle Tory, co w polskim kraju". Z kolei, w dwudziestym
wieku te religijne uczelnie żydowskie miały też tak niesłychanie
dobrą opinię, że tu przyjeżdżali studenci żydowscy z dyplomami
uniwersyteckimi, by uczyć się dalej. Gdzie się uczyli? Przede
wszystkim w Wilnie, w Brześciu Litewskim, w Łucku, w Baranowiczach,
w Kamieńcu Podolskim, w Kobryniu, w Nowogródku, w Grodnie.
A w 1930 roku nastąpiło otwarcie jesziwy "Mędrców Lublina".
Powstała ona dzięki wysiłkom rabina Meira Szapiro. Budynek
tej słynnej szkoły stoi do dzisiaj. Tam nawet w tym roku
był zjazd tych wszystkich, którzy czytają Torę. Jest tam
cykl czytania Tory na całym świecie i właśnie ten cykl kończył
się po pięciu latach, a wszyscy, którzy Torę czytali zjechali
się do tego, właśnie, miejsca.
Jeszcze chciałabym powiedzieć o czymś innym. Pierwsza drukowana
książka w jidysz ukazała się Pradze w szesnastym wieku, ale
zaraz potem drukowanie książek w jidysz rozpoczęła oficyna
wydawnicza braci Haliczów w Krakowie. To po tej drukarni
w Pradze była pierwszą tego typu drukarnią w Europie, wydająca
też książki po hebrajsku. Dopiero później drukarnie takie
powstały w Augsburgu, w Wenecji, Bazylei, Weronie i w Lublinie.
Co prawda, język jidysz powstał w południowych Niemczech,
ale rozkwitł na ziemiach polskich. Dlaczego? Bo po prostu
tutaj mieszkało najwięcej Żydów w całej Europie, a przez
długi czas najwięcej w całym świecie. Chciałabym dodać, że
tutaj, na terenie Rzeczypospolitej, powstała najpopularniejsza
księga w języku jidysz, zwana "Ceme Ureme". To jest książka
napisana w siedemnastym wieku przez Jakuba, syna Izaaka Aszkenazy
z Janowa, (prawdopodobnie Lubelskiego). I ta książka doczekała
się dwustu pięćdziesięciu wydań. Dlaczego ona była i jest
tak istotna? Bo jest to częściowa parafraza Pięcioksięgu,
napisana dla kobiet, do dziś popularna w tłumaczeniu na angielski
i hebrajski. Skoro jesteśmy przy tematyce jidysz, to chcę
dodać - przynajmniej tak twierdzi prof. Szame Szmeruk, że
dziewiętnastowieczna Polska była też kolebką nowoczesnej
literatury w tym języku. Nie tylko dzieł religijnych, ale
też literatury świeckiej. Z Polski przecież pochodzą najwybitniejsi
pisarze, tacy, jak poeta Abraham Suckiewer z Wilna, Izaak
Bashevis Singer, urodzony w Radzyminie, Ichak Lejba Perec
z Zamościa, czy Szalom Asch z Kutna. Badacze tego języka
twierdzą, że przed wojną literatura jidysz w Polsce stanowiła
system komplementarny na równi z innymi literaturami krajów
europejskich. Od końca dziewiętnastego wieku, Warszawa, pod
egidą Pereca, stała się takim wielkim ośrodkiem literatury
jidysz. Niektórzy pisarze wyemigrowali później do Ameryki
i tak powoli, ten ośrodek przeniósł się z Warszawy do Nowego
Jorku. Mówimy tu już o latach dwudziestych - trzydziestych
dwudziestego wieku. A mimo to, przed drugą wojną światową,
Warszawa, stolica Polski, była miastem, w którym co trzeci
mieszkaniec był Żydem.
WL: Czy i w jaki sposób kultura żydowska wpłynęła na kulturę
polską?
EJZ: No wie Pan, to słychać w muzyce i widać w malarstwie.
Cała grupa malarzy. cała Ecole de Paris, ponieważ oni wyemigrowali
do Francji, jest dzisiaj znana. Przykładowo, Maurycy Gottlieb,
uczeń Matejki, Leopold Gottlieb, uczeń Jacka Malczewskiego,
Maurycy Trębacz, Izaak Kramsztyk. To oni właśnie działali
w Paryżu, jako Ecole de Paris. Do tego należy dodać postaci
takie, jak: Mela Muter, Henryk Epstein, Jerzy Ascher. Tutaj
znawcy przedmiotu najlepiej by powiedzieli. Ja tylko mogę
powtórzyć, co oni mówią. Mianowicie, twierdza, że patrząc
na te obrazy widzi się zarówno wpływ Matejki, czyli kultury
polskiej, jak i wpływ domu, z którego wyrośli. Dostrzega
się to w ich sposobie mówienia, dyskusji z Panem Bogiem,
ze światem, ze środowiskiem zewnętrznym. Niech Pan zwróci
na to uwagę, że religia żydowska zabrania malowania portretów.
To jest, więc, nowy zawód, jeśli chodzi o społeczność żydowską.
On powstał dopiero na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego
wieku. Ja ciągle widzę przed oczyma i wracam do tego opowiadania
Singera, w którym syn mówi do taty, ze nie będzie rabinem,
bo chce zostać malarzem. Przecież to brzmi, jak herezja.
Odejdźmy od religii, od wielkiej sztuki. Popatrzmy na inne
dziedziny. Mistrzowie świata w szachach, polscy Żydzi: Akiba
Rubinstein, Sawierij Tartakower, Dawid Przepiórka, Mieczysław
Najdorf. Popatrzmy na naukę: Ludwik Zamenhof, twórca Esperanto.
Z rodzin pochodzenia żydowskiego, już zasymilowanych: Ludwik
Hirszfeld, wielki lekarz, mikrobiolog, immunolog, twórca
podstaw nauki o grupach krwi, dziedziczenia, odkrywca duru
brzusznego, Kazimierz Funk, urodzony w Warszawie, odkrywca
witamin, Tadeusz Reichstein, urodzony we Włocławku, wynalazca
witaminy C. Nie chciałabym zawłaszczyć wszystkich uczonych
żydowskich dla Polski, ale wielu się tu właśnie urodziło.
Ich losy potoczyły się różnie. Niektórzy z nich wyjechali
zagranicę, Ludwik Hirszfeld do końca pracował w Warszawie.
Albert Abraham Michelson, konstruktor interferometru - urządzenia
do pomiaru prędkości światła - noblista z 1907 roku, też
urodził się tutaj. Wyjechał stąd, ale trzeba pamiętać, że
jego rodzina przez wieki mieszkała właśnie tutaj. Polska
ziemia była bardzo płodna w wielkie talenty.
WL: Żeby nie wspomnieć o Julianie Tuwimie, Marianie Hemarze,
czy Henryku Goldszmidcie (czyli Januszu Korczaku)
EJZ: Ależ oczywiście. Tylko, że to już są twórcy kultury
polskiej sensu stricte. Takich nazwisk możemy wymienić bardzo
dużo. Polski rodowód przypisuje się także Henry Bergsonowi,
wybitemu filozofowi dwudziestego wieku. Najwięcej o tym można
się dowiedzieć tak naprawdę na Cmentarzu Żydowskim w Warszawie
przy ulicy Okopowej. Po tych nazwiskach rodzin, po zawodach.
Na tym cmentarzu można się nauczyć historii, prawdziwej historii
życia. Tam widać, czym się ci ludzie zajmowali, gdzie żyli,
kim byli. Po opisie można się dowiedzieć, że byli twórcami
polskiej ekonomii, polskiej kultury, czy polskiej nauki.
WL. Proszę Pani, mam pytanie z całkiem innej beczki. Wiemy,
że były takie osoby, jak Berek Joselewicz, dowódca oddziału
żydowskiego w Powstaniu Kościuszkowskim. Postać Jankiela
z Pana Tadeusza ukazana jest, jako patrioty polskiego. Czy
może Pani podać jakieś przykłady tego, kiedy polscy Żydzi
zaczęli przejawiać patriotyzm polski, bądź identyfikować
się ze sprawą polską i interesami polskimi?
EJZ:. No, tak naprawdę, to się zaczęło podczas zaborów.
W każdym zaborze sytuacja obywateli polskich była inna. My
między innymi będziemy poświęcać część naszej wystawy stałej
takiemu obrazowi, który jest niezwykle symboliczny i właśnie
odpowiada na Pana pytanie. Taki przykład przewidziany jest
w jednej z naszych galerii. Jest taki obraz, namalowany przez
Aleksandra Lessera, zatytułowany "Pogrzeb pięciu zabitych
w Warszawie". Obraz pokazujący, jak fotografia, ponieważ
odzwierciedla autentyczne wydarzenie, pogrzeb pięciu Polaków,
którzy zginęli podczas demonstracji w lutym 1868 roku. Na
tym obrazie są przedstawiciele wszystkich wyznań. Jest tam
zarówno biskup katolicki, jak i rabin, jak i pop cerkwi prawosławnej
i też są inni przedstawiciele środowiska żydowskiego. Jest
to taki symbol współpracy między Polakami, a Żydami w imię
wolności. Ponieważ Polska jest pod zaborami, to jest taka
demonstracja wspólnoty. Na tym obrazie pokazany jest m.in.
rabin Meisels. Jest właśnie takie zjawisko, jak polsko-żydowska
solidarność, demonstrowana w walce z zaborcą. Wie Pan, że
Adam Mickiewicz stworzył przecież oddział żydowski.
WL: Ale najnowsza historia Polaków i Żydów, począwszy od
wczesnych lat ubiegłego stulecia, poprzez okoliczności towarzyszące
napaści sowieckiej w 1939 roku, czasy okupacji hitlerowskiej,
aż po czasy represji stalinowskich, otoczona jest, niestety,
wzajemnymi oskarżeniami, często poczuciem wyrządzonej krzywdy.
Czy Muzeum Żydów Polskich podejmie również tę tematykę, żeby
wyjaśnić prawdę historyczną dziejów najnowszych i obalić
mity stereotypów, jakie pokutują u niektórych przedstawicieli
obydwu społeczności?
EJZ: Na pewno my nie będziemy zajmować się wyjaśnianiem,
bo od tego są historycy. My będziemy pokazywać całą historię,
prawdziwą historie. Nie unikamy trudnych tematów, w żadnym
wypadku. Natomiast wszystko jest kwestią proporcji. Wszystko
musi być pokazane w taki sposób, żeby ukazać zjawisko. Nas
pytają, czy będzie Jedwabne? Owszem, będzie Jedwabne. Ale
nie będzie to jedyna ilustracja postaw, jakie były w czasie
okupacji, w czasie Drugiej Wojny Światowej. Pokazane będą
trzy postawy. Chcemy pokazać Jedwabne, jako przykład tego
strasznego, okrutnego mordu, chcemy też pokazać przykład
wioski, której ludność cała została stracona, a wioska spalona
za ukrywanie Żydów. Zginęli tam zarówno Żydzi, jak i Polacy.
Chcemy wreszcie pokazać miejscowość Gniewoszów, gdzie zebrali
się Polacy i Żydzi i razem ustalali, w jaki sposób swoich
mieszkańców żydowskich ochronić. Na tej naradzie podzielono
się zadaniami. Ktoś, kto pracował w jakiejś fabryce, otrzymał
zadanie sprokurowania pieczątek. Fałszywych, oczywiście.
Czyli znów tutaj mamy przykład innego rodzaju solidarności.
Będziemy mieli w tym kontekście trzy przykłady, żeby pokazać
wachlarz postaw, a nie tylko jedną. Chcemy pokazać w ogóle
zachowania, jakie były charakterystyczne w tym strasznym
czasie. Tutaj wchodzimy w galerię Holocaustu. Każda z galerii
w Muzeum ma swój tytuł, i tym się charakteryzuje, że będzie
wyglądała zupełnie inaczej. Ponieważ jest to opowieść o czymś
zupełnie nieporównywalnym z czymkolwiek, jak będzie się przechodziło
w tej podróży w czasie od dziesiątego wieku, w pewnym momencie,
kiedy zaczyna się wojna i powstają pierwsze getta, zwiedzający
stanie przed murem. Przed murem z cegły, wysokości takiej,
jakiej był mur w getcie warszawskim i żeby przejść przez
galerię Holocaustu będzie musiał znaleźć się po drugiej stronie
muru. To jest serce galerii Holocaustu, w którym będzie opowieść
o gettach, a oprócz tego, będą, oczywiście, podtematy i galerie
boczne: napad Niemców na Polskę w 1939 roku, następny temat,
to okupacja niemiecka, potem okupacja sowiecka, pierwsze
egzekucje Żydów, powstanie w getcie, życie poza gettem, czyli
po aryjskiej stronie, polsko-żydowskie stosunki i destrukcja
Żydów europejskich w obozach zagłady.
WL: Rozumiem, ale chciałbym zadać pytanie, które może zabrzmi
prowokacyjnie, niemniej musi być postawione. Istnieje też
ta "druga strona medalu", mianowicie, chodzi o postawę niektórych
Żydów (zresztą tak samo i polskich komunistów) w chwili wkroczenia
wojsk sowieckich do Polski, począwszy od 17 września 1939
r., ale także chodzi o udział komunistów żydowskiego pochodzenia
w stalinowskim aparacie represji. Czy ta strona też będzie
w jakiś sposób poruszona w Muzeum?
EJZ: Oczywiście. Wszystkich tematów nigdy się nie da pokazać,
jest pewna selekcja. Ale w tych galeriach tematycznych obejmujących
Drugą Wojnę Światową jest temat po tytułem: Część okupowana
przez Rosjan. I tutaj te wszystkie problemy, o których Pan
wspomina będą poruszane, proporcjonalnie do wydarzeń historycznych.
Nasi specjaliści historycy bynajmniej tego nie ignorują,
nie zamierzają udawać, że tego nie było. Na pewno my nie
rozwiążemy wszystkich problemów, ponieważ nie jesteśmy od
ich rozwiązywania. Chcemy tylko pokazać, jak było naprawdę.
A że była rosyjska okupacja i były różne postawy? Tak!
WL: Żeby Muzeum powstało, trzeba ogromnych środków finansowych.
Wiemy, że obecny Prezydent Polski Lech Kaczyński, jeszcze
jako Prezydent Warszawy zaangażował się w poparcie projektu,
przyznając działkę pod budowę obiektu i niemałą sumę. Rządy
niektórych innych państw i fundacje też włączyły się w dzieło.
Nas interesuje, z jaką reakcją spotkał się projekt wśród
Polaków w kraju i na emigracji.
EJZ: Może zaczniemy od krótszego tematu, od emigracji. Najbardziej
życzliwie, ale i też konkretnie, bo w postaci wsparcia finansowego,
zareagowała Polonia w Wielkiej Brytanii. Polonia ta dysponuje
funduszem pozostałym po rządzie polskim na uchodźstwie w
Londynie. Ten fundusz nazywa się PAFT (Polonia Aid Foundation
Trust). Na Muzeum przekazano nam dotację w wysokości L70000,
w ten sposób wyrażając swoją solidarność z ideą budowy Muzeum
Historii Żydów Polskich w Warszawie. Jeśli chodzi o działalność
tego rządu, pozwoli Pan, że wspomnę o jednym jego członku,
mianowicie o Szmulu Zygielbojmie, który jako reprezentant
Bundu w nim zasiadał. Kurier Jan Karski wspominał wielokrotnie
o tym, jak przemycił wszystko to, co zobaczył wchodząc do
obozu w Bełżcu i do getta warszawskiego w przebraniu. Przekazał
on wszystkie rozmowy z resztkami przedstawicieli społeczności
żydowskiej, która już była zdziesiątkowana. Szmul Zygielbojm,
który miał najbliższą rodzinę w getcie warszawskim, bardzo
się zaangażował w misję Karskiego, żeby przekazać światu
tę wiadomość i ratować tych, którzy jeszcze pozostali przy
życiu. Niestety, nie spotkali się oni ze zrozumieniem, jak
wiemy. Zygielbojm po powstaniu w getcie warszawskim popełnił
samobójstwo w sposób niesłychanie znaczący, mianowicie odkręcił
gaz. Tak jak większość jego współsióstr i współbraci zginęła
w komorach gazowych, tak i on postanowił zginąć, mając nikłą
ostatnią nadzieję, że jego samobójstwo zwróci uwagę publiczną
na sytuacje Żydów w okupowanej Polsce. No, niestety, nie
zwróciło uwagi w Anglii, ani w Ameryce i historia tej strasznej
zbrodni toczyła się dalej, bez jakiejkolwiek wielkiej reakcji
Zachodu, jak wiemy z historii. Tak, więc, wrażliwość rządu
na uchodźstwie wobec Żydów i dramatu żydowskiego była wielokrotnie
demonstrowana i potomkowie, kontynuatorzy tego rządu uznali,
że należy dołączyć tę cegiełkę do budowy Muzeum Historii
Żydów Polskich. Mamy nadzieję, że Polonia w Ameryce północnej,
zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Kanadzie, pójdzie
w ślady Polonii Wielkiej Brytanii.
WL: Czy był już jakiś odzew?
EJZ: Nie, ale muszę powiedzieć, że myśmy się jeszcze w sposób
bezpośredni do Polonii północno-amerykańskiej nie zwracali.
Ale to już jest pora, żeby się zwrócić, sądzę, że to już
jest ten czas, kiedy należy również poprosić Polonię o włączenie
się w dzieło budowy Muzeum.
Natomiast, jeśli chodzi o Polskę, muszę zrobić jedną poprawkę.
Ziemię miasto dało już bardzo dawno temu, 13000 m2 przed
Pomnikiem Bohaterów Getta, jeszcze za prezydentury Marcina
Swięcickiego, który po zakończeniu swojej kadencji został
przewodniczącym polskiego komitetu wspierania Muzeum. To
jest taka grupa, która reprezentuje wszystkie środowiska
społeczne w Polsce, zarówno świat nauki, kultury, jak i polityki.
Natomiast prezydent Kaczyński, kiedy został prezydentem miasta
powiedział, że dla niego historia i przeszłość są bardzo
ważne, bo przeszłość określa także obecną tożsamość Polaków
i Polski. W związku z czym chce odrobić zaległości w tej
dziedzinie i chce zbudować trzy muzea: Muzeum. Powstania
Warszawskiego, Muzeum Komunizmu i Muzeum Historii Żydów Polskich.
Po otwarciu Muzeum Powstania Warszawskiego, zgodnie z obietnicą,
zaprosił nas do współpracy. Myśmy już wtedy dostali dotację
od rządu polskiego i od miasta, ale ta dotacja, z różnych
powodów formalnych nie była możliwa do skonsumowania, więc
prez. Kaczyński zaproponował, żeby prawnicy rządu, miasta
i stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny zastanowili
się, jak to zrobić. Zgodnie z propozycją, Muzeum przestało
być projektem, a stało się instytucją. Ponieważ jest ustawa,
że dla tego typu działalności tworzy się "Instytucję kultury".
Ta właśnie "Instytucja kultury" składa się z członków trzech
grup, czyli miasta, rządu i Stowarzyszenia ŻIH. Każdy ma
tu coś do zrobienia W ślad za powołaniem Instytucji poszła
dotacja z miasta w wysokości 40 000 000 zł, z rządu przyszła
też dotacja, a miasto wzięło na siebie ciężar budowy budynku
za te pieniądze. Natomiast Stowarzyszenie, czyli my, jesteśmy
odpowiedzialni za zbieranie reszty potrzebnych pieniędzy
i za wypełnienie budynku treścią. A budynek, jak wiadomo,
będzie taki, jaki został w wyłoniony w wyniku międzynarodowego
konkursu, do którego przystąpiły największe sławy z całego
świata. Spośród 200 zgłoszeń, międzynarodowe Jury wyłoniło
11 finalistów. Jury wybrało projekt fiński Lahdelma & Mahlamäki
Architects. Wszyscy byli zaskoczeni, że wygrali akurat Finowie.
Budynek według tego projektu w pewnym miejscu w symbolicznej
formie jakby rozstępuje się, całkiem jak Morze Czerwone,
czyli mamy tu odniesienie do Biblii, Starego Testamentu,
wspólnego dla chrześcijan i dla żydów. Zrobione to jest z
piaskowca. Myśmy wszyscy myśleli, że ten projekt jest z Hiszpanii.
Okazało się jednak, że to byli Finowie. I właśnie ten budynek,
wyłoniony z konkursu z pieniędzy prywatnych będzie realizowany
przez miasto z dotacji rządowej i miejskiej. Tu wielki ukłon
w stronę Prezydenta miasta, ponieważ tak naprawdę to on ruszył
całą sprawę do przodu.
WL: Czy spotkała się Pani, bądź Instytucja, o jakiej już
w tej chwili mówimy, z jakimikolwiek przejawami trudności,
względnie niechęci z czyjejkolwiek strony?
EJZ: Nigdy jawnie. Ja nigdy tego nie doświadczyłam. Proszę
zwrócić uwagę na fakt, że pieniądze, o jakie wystąpił minister
kultury z budżetu Państwa, musiały być uchwalone przez Sejm.
I zostały te pieniądze uchwalone. Zadecydowali posłowie.
Podobnie pieniądze od Miasta zostały uchwalone przez Radę
Miejską. Nie było w tej sprawie żadnych nieprzyjemnych dyskusji,
żadnych napięć. Zarówno w Radzie, jak i w Sejmie, te dotacje
przeszły bez normalnych nerwów, które towarzyszą uchwaleniu
każdej sumy pieniędzy. Ja też nigdy nie doświadczyłam osobiście,
żeby ktoś wyrażał się lekceważąco, czy ironicznie, czy obraźliwie.
WL: Czy mam rację, jeśli powiem, że kultura Żydów polskich,
aczkolwiek pod wieloma względami unikalna i różniąca się
od kultury rdzennie polskiej, jest jednak jej częścią składową,
a już na pewno częścią wspólnego dziedzictwa?
EJZ: Powiedziałabym, że z punktu widzenia polskiego, tak,
bo nie ma miasteczka, które w swojej tożsamości nie ma historii
żydowskiej. Już najlepszym tego dowodem jest stolica państwa
polskiego - Warszawa. Nie wspominając o Krakowie i leżącym
u stóp Wawelu Kazimierzu, nie wspominając o Lublinie, gdzie
u stóp zamku lubelskiego mieszkała wielka społeczność żydowska.
W ogóle pytanie o tożsamość w tej chwili jest bardzo ważnym
pytaniem, interesującym Polaków niesłychanie. Dzisiaj dzieci
w szkole pod egidą jakiegoś nauczyciela, czy bibliotekarki,
zajmują się odgrzebywaniem historii ulicy, kamienicy, historii
regionu swojego i zawsze w tej historii pojawia się wątek
żydowski. Młodzież dzisiejsza, która wychowuje się właściwie
w Polsce praktycznie bez Żydów, odkrywa to, co my właśnie
chcemy odkryć przed tymi Polakami, którzy nie są tego świadomi
i przed tymi Żydami, którzy też nie są tego świadomi, a także
przed światem. Mianowicie, że tutaj, na tej ziemi, która
jest kojarzona przede wszystkim z dramatem i tragedią, przez
wieki toczyło się normalne życie żydowskie. Jest to ważne
też dla Europy, a poprzez emigrację także ważne dla Ameryki
i dla państwa Izrael.
WL: Rzeczywiście, to trzeba wszystkim uświadamiać, jak głęboko
te losy Polaków i Żydów są ze sobą splecione i wzajemnie
powiązane.
EJZ: To tak, jak powiedział prez. Kaczyński, z którym robił
wywiad bardzo znany izraelski dziennikarz polskiego pochodzenia
Sever Plocker. Otóż ten dziennikarz zapytał prezydenta o
stosunki Polski z Izraelem, a na to prezydent odpowiedział,
że stosunki te nie będą takie, jak z każdym innym państwem,
bo to są trochę tak, jak stosunki między dalekimi kuzynami.
WL: Ciekawa myśl. Uważam, że pozytywna.
EJZ: No, ja tak samo uważam, i chciałabym, żeby z drugiej
strony było takie samo podejście, ponieważ mamy nie tylko
jakieś straszne karty wspólnej historii, ale mamy też takie
karty wspólne i oddzielne, z których nawzajem możemy być
dumni. I warto to do siebie przyjąć. Bo jeśli mamy powody
do dumy, to łatwiej nam się rozmawia o sprawach trudnych.
WL: Dziękując Pani serdecznie za rozmowę, chciałbym prosić,
aby Pani dodała coś od siebie na temat własnych oczekiwań,
co do oddziaływania powstającego Muzeum na stan wzajemnego
zrozumienia Żydów i Polaków.
EJZ: Proszę Pana, proszę wziąć pod uwagę rzecz następującą:
ja, moje dzieci i mój ośmiomiesięczny wnuk mieszkamy w Polsce,
która jest postrzegana, jako ziemia przeklęta. Bardzo dużo
krwi, straszliwego losu polskiego, straszliwego losu żydowskiego
w czasie Holocaustu. Przez środowiska żydowskie i przez świat
Polska jest postrzegana, jako wielkie cmentarzysko. I te
komory gazowe, które zbudowali na tej ziemi Niemcy, zawsze
tu będą i ja, moje dzieci i wnuki będziemy zawsze żyć w ich
cieniu. Ale żyć przecież trzeba dalej i tworzyć ten kraj.
Więc ja mam nadzieję, że to Muzeum będzie takim miejscem,
które znajdzie się na trasie wszystkich tych, którzy przyjeżdżali
i będą przyjeżdżać do Polski, żeby w drodze do Oświęcimia,
Treblinki, Brzezinki, zatrzymać się w tym Muzeum, aby poznać
te karty historii, które dadzą im powód do powiedzenia, że
"mój pradziadek był z Polski", a nie ukrywania tego z zawstydzeniem.
Tego bym chciała i bardzo bym też chciała, żeby moi rodacy
zobaczyli w historii żydowskiej w Polsce bogactwo i wspólne
dziedzictwo.
WL: Serdecznie i z prawdziwym wzruszeniem dziękuję Pani
za tę rozmowę.
Kończąc ją, zawracam się do Czytelników: Tematy, które tu
zostały poruszone i ciekawe opisy z ust pani Ewy Juńczyk-Ziomeckiej,
stanowią, z konieczności, tylko maleńki fragment tego, co
Muzeum pokaże z dziedziny historii oraz kultury materialnej
i duchowej Żydów na przestrzeni dziesięciu wieków w Polsce.
Muzeum ma stanąć i otworzyć swe podwoje za rok. Uważam, ze
każdy z nas, czy Polak, czy Żyd, kiedy odwiedzi Warszawę,
znajdzie w tym Muzeum swój własny powód do zadumy, ale także
i do dumy.
Witold Liliental
|