|
Recenzja ksiazki :
Emanuel Nowogródzki. Żydowska Partia Robotnicza Bund
w Polsce. Wstęp do wydania polskiego Marek Edelman. Z angielskiego
przełożyła Paula Sawicka.
Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2005
Wlodek Goldkom
Gazeta Wyborcza, 27 listopada 2005
Było to osiem lat
temu, w Nowym Jorku. W balowej sali nienajlepszego hotelu,
na ogół wynajmowanej na niezbyt eleganckie śluby, albo barmicwy
średniej klasy Amerykanów, przemawiał Marek Edelman: "Bund
był matką nas wszystkich", powiedział.
Na bankiecie, na którym zabrał głos
Edelman i gdzie przy stolikach siedzieli starsi panowie i
panie, świętowano setną rocznicę urodzin Jidiszer Algemener
Arbeter Bund in Rusland, Lite un Pojln; tak brzmiała,
do początku lat dwudziestych, zeszłego wieku oficjalna
nazwa partii politycznej, której ambicją było zrzeszenie
żydowskiego proletariatu i dokonanie socjalistycznej rewolucji.
Dziś, nakładem Żydowskiego Instytutu
Historycznego ukazała się w polskim tłumaczeniu, książka,
która wyjaśnia, dlaczego i w jaki sposób partia polityczna
(na dodatek rewolucyjna i klasowa) mogła być i była matką.
Jej autor, Emanuel Nowogródzki (1891-1967), był od 1921 do
1939 roku sekretarzem generalnym Centralnego Komitetu Bundu
w Polsce. W 1939 roku znalazł się w Stanach Zjednoczonych.
Po wojnie, jak wielu byłych działaczy Bundu (J.J. Trunk,
Bernard Goldstein), Nowogródzki zabrał się za pisanie wspomnień.
Ale inaczej niż Trunk i Goldstein, postanowił dać swojemu
świadectwu formę opowiadania o historii (podobnie jak Trocki
w Historii Rewolucji Rosyjskiej). "Żydowska Partia Robotnicza
Bund w Polsce 1915-1939", pióra Nowogródzkiego, jest książką
fascynującą, szczególnie dzisiaj.
Fascynuje jej język, a
raczej sposób opisywania rzeczywistości, wynikający z przekonań
autora. Nowogródzki był socjalistą przekonanym, że kapitalizm
nie ma przyszłości. Był przekonany nie tylko, że istnieje
coś, co można i należy nazywać "klasą robotniczą", ale także
wierzył, że klasa robotnicza, a ściślej proletariat, zmiecie
z powierzchni ziemi burżuazję i zaprowadzi ustrój braterstwa
wszystkich ludzi. Dyskusji na temat ideologicznych implikacji
tego przekonania, poświecona jest prawie połowa, a dokładnie
pierwsza część blisko czterystustronicowej książki zatytułowana
"Bund i ruch robotniczy".
Czy warto dziś czytać rozważania na
temat podziału Bundu na dwie frakcje: bardziej skłonną do
retoryki reformistycznej i drugą o frazeologii rewolucyjnej?
Jaki sens ma dzisiaj sprawa stosunków z Kominternem z
jednej strony i z Międzynarodówką socjalistyczną z drugiej?
Czy warto czytać o takim dylemacie jak sprawa uczestniczenia
lub nie w wyborach do kahałów (żydowskich gmin religijnych)?
Otóż warto. Po pierwsze, dlatego,
że sposób, w jaki Nowogródzki opisuje historię po prostu
należy do historii Polski. Po drugie, dlatego, że czytając
tę książkę i mając do czynienia z tą właśnie retoryką, można
bardzo wiele zrozumieć: choćby to, że językiem, który dziś
kojarzy się z komunistyczną nowomową posługiwali się ludzie
o zupełnie innych horyzontach intelektualnych. Ale również
to, że komunizm, a ściślej język, którym posługiwali się
komuniści, nie był obcy, a czasem wręcz mógł fascynować ludzi
porządnych, dobrych i uczciwych. Po pierwszej wojnie światowej
wydawało się, że burżuazyjny porządek świata jest nieuchronnie
skazany na śmierć. Mit rewolucji bolszewickiej miał ogromną
siłę przekonywania: był to mit równości wszystkich ludzi,
mit pokoju (po krwawej rzezi), mit braterstwa. I kiedy w
Rosji Sowieckiej likwidowano Bund, polska część tej partii,
w ów mit uwierzyła. Polski Bund postanowił przystąpić do Kominternu.
Na szczęście przywódcy Kominternu nie dowierzali
przywódcom Bundu, którzy uparcie domagali się bezwzględnej
wierności głoszonym ideom. Ale dopiero w latach trzydziestych
Bund zdecydował się przystąpić do Międzynarodówki socjalistycznej,
czego domagali się Henryk Erlich i Wiktor Alter. Obaj zostaną
zamordowani w latach czterdziestych przez Stalina, między
innymi za przynależność do tej Międzynarodówki.
Dzisiaj spory między radykalnym, lekko
skłaniającym się ku komunistom skrzydłem Bundu, a jego frakcją
bardziej umiarkowaną i niemającą złudzeń co do rzeczywistego
oblicza komunistów nie mają wielkiego znaczenia: "Dla polskich
komunistów Bund był synonimem praktyczności (tak nazywano
reformizm, który był słowem tabu); dla PPS przez wiele lat
był uosobieniem rewolucyjnych snów. Ale w rzeczywistości
Bundowi udawało się unikać obu skrajności i znaleźć własną
drogę działania", pisze Nowogródzki. Czytając jego książkę
rozumiemy, że ważny jest właśnie ten aspekt historii Bundu:
niezależnie od rewolucyjnej retoryki, albo nawet ze względu
na nią, bo możliwe, że to ta retoryka przyciągała doń ludzi,
Bund w ciągu niespełna dwudziestu lat stworzył w Polsce zalążek
żydowskiego społeczeństwa obywatelskiego: podkreśla to we
wstępie Marek Edelman. Ksiązka Nowogródzkiego wspaniale to
pokazuje.
Wiele stron książki poświęconych jest
polemice z syjonistami (także z komunistami). Polemika może
się wydawać, ze względu na język, ideologiczna. A tak na
prawdę, jest konkretna. A dotyczy przyszłości i (ówczesnej)
teraźniejszości żydowskiego społeczeństwa w Polsce, a także
form jego organizacji. Syjoniści Bundowi zarzucali wrogość
do pomysłu stworzenia żydowskiej ojczyzny w Palestynie. Bund
odpowiadał: nie należy mieć złudzeń, trzeba działać tu i
teraz, walczyć o polepszenie warunków życia konkretnych ludzi.
Bund organizował szkoły (sieć CISZO), związki zawodowe, kluby
sportowe (Morgenstern),
sanatoria dla chorych dzieci (nie tylko żydowskich). Bund
był promotorem organizacji kulturalnych (Kulturlige).
Trudno też przecenić rolę milicji bundowskich (ich dowódcą
był Bernard Goldstein) w obronie ludzi zagrożonych przez
pogromy i szykany antysemickie (wiele stron książki poświęconych
jest sprawie getta ławkowego na uniwersytetach). Nie można
nie dostrzec wagi strajku generalnego, do którego Bund zmobilizował
społeczeństwo żydowskie w reakcji na pogrom w Przytyku.
Trudno też pominąć znaczenie współpracy
Bundu z Polską Partią Socjalistyczną, do której doszło wreszcie
w latach trzydziestych, po latach nieporozumień. Bund i jego
ludzie stali się częścią społecznego, kulturalnego, politycznego
krajobrazu polskiej lewicy w kraju, do którego wielki pisarz
jidisz Szolem Asz wyraził swój stosunek w wiele mówiącym
zdaniu: "Wisła mówi do mnie po żydowsku".
Historia Żydów w Polsce na ogół widziana
jest przez pryzmat Holokaustu - Oświęcimia, Treblinki...
Międzywojenne dwudziestolecie jest postrzegane jako droga
ku upadkowi, ku katastrofie, zapisanej w logice dziejów.
Ten schemat, karykatura heglowskiej filozofii historii, jest
na pozór przekonujący: 90% Żydów polskich zginęło w latach
okupacji. Ale ten schemat nie ma nic wspólnego z prawdziwą
historią Żydów w okresie dwudziestu lat niepodległej Rzeczypospolitej.
Książka Nowogródzkiego pomaga zrozumieć tę rzeczywistą historię:
jej część druga nosi tytuł: "Bund i żydowskie życie codzienne".
Jest to historia społeczności, która stawiając czoła antysemityzmowi,
walcząc o demokrację i po prostu o lepszy byt, przeszła procesy
głębokich zmian: nauczyła się domagać równych praw. Jej członkowie
nauczyli się żyć jak wolni ludzie w wolnym kraju.
W przeddzień wybuchu drugiej wojny
światowej, Bund był najsilniejszą żydowską partią polityczną
w Polsce. Stało się tak dlatego, że Bund był trochę matką
dla swoich członków - nie tyle partią polityczną, co raczej
organizacją, na czele, której stali ludzie wielkiej szlachetności
jak Alter i Erlich; organizacją, która miała wpływ na codzienne
życie zwyczajnych ludzi, bo nawoływała ich do obrony godności
i pokazywała im jak to robić. Tu właśnie tkwi zasadnicza
różnica między Bundem a jego adwersarzami. Komuniści uważali,
że wyjście ze ślepej uliczki żydowskiej nędzy i desperacji,
(nazywanych w tych czasach "problemem żydowskim") prowadzi
przez asymilację; dla syjonistów zaś, tym wyjściem była emigracja
do Palestyny (do kraju, do którego klucz mieli nie oni, lecz
Anglicy, o czym często i chętnie się zapomina). Zarówno komuniści,
jak i syjoniści, wstydzili się języka jidysz. Dla syjonistów
diaspora była synonimem degeneracji, a godność antytezą diaspory.
Natomiast Bund miał i oferował pomysł na to jak tu i teraz
żyć w godności (warto by udostępnić polskiemu czytelnikowi
również wspomnienia Goldsteina, wspaniały fresk codziennego
życia Żydów w Warszawie). Ta sama idea społeczeństwa obywatelskiego
przyświeca dzisiejszym siłom politycznym walczącym na całym
świecie o demokrację i prawa człowieka.
Czy Bund przegrał? Lektura książki
Nowogródzkiego nasuwa następującą odpowiedź: katastrofa,
która zmiotła Bund była katastrofą nowoczesności. Albo inaczej
- Bund i jego przywódcy zrozumieli bardzo wiele, nie potrafili
jednak przewidzieć tego, co izraelsko-niemiecki historyk
Dan Diner nazywa " Zivilisationsbruch",
załamaniem się cywilizacji. Ale to już inna historia.
|