|
"New York Times" atakuje swoją dziennikarkę
MarcinŚ Gadziński
Gazeta Wyborcza
Waszyngton, 25 pazdziernika 2005
Wielkie pranie brudów w najsłynniejszej
gazecie świata. Kierownictwo "New
York Timesa" atakuje swoją dziennikarkę, która spędziła
prawie trzy miesiące w więzieniu. A jeszcze niedawno czyniło
z niej wzór dziennikarza walczącego o wolność prasy
Judith Miller, reporterka "New
York Timesa", która
przesiedziała prawie trzy miesiące w więzieniu za odmowę
ujawnienia sądowi nazwiska tajnego informatora, jeszcze w
ubiegłym tygodniu odbierała nagrodę za walkę w obronie wolności
prasy od Stowarzyszenia Zawodowych Dziennikarzy. Przez rzesze
zwolenników, w tym własnych szefów, była wynoszona pod niebiosa
za pryncypialną obronę prawa dziennikarzy do utrzymania w
tajemnicy źródeł informacji.
Dziś naczelny dziennika przyznaje
w liście do pracowników "NYT",
że Miller "wprowadziła w błąd" kierownictwo gazety.
Że gdyby powiedziała mu całą prawdę, gazeta być może w ogóle
nie pomagałaby jej w sporze z prokuratorem i sądem. Redaktor
pełniący w "NYT" funkcję "rzecznika czytelników" wyraźnie
napisał, że nie wyobraża sobie powrotu Judith Miller do pracy.
Gwiazda w tarapatach
Miller była do
niedawna jedną z największych gwiazd "NYT".
Zdobyła Pulitzera za cykl artykułów o walce z al Kaidą po
11 września, jest autorką niezliczonych ekskluzywnych tekstów
na pierwszej stronie gazety oraz kilku książkowych bestsellerów.
W 2002 i 2003 roku Miller opublikowała kilkanaście artykułów
na temat irackiej broni masowego rażenia.
Działo się to w momencie, gdy administracja
Busha przekonywała, że tylko siłą można odebrać Saddamowi
arsenały broni chemicznej, biologicznej i nuklearnej. Teksty
Miller - często na pierwszej stronie - powoływały się na
źródła w Białym Domu, Pentagonie, CIA oraz informacje od
irackich emigrantów.
Dziś wiadomo, że głównym
informatorem Miller był w tamtym czasie Ahmed Szalabi, faworyt
waszyngtońskich neokonserwatystów, którzy szykowali go na
nowego przywódcę Iraku. Szalabiemu zależało więc na wojnie
i "życzliwie" podtykał
administracji i dziennikarzom rzekomo supertajne informacje
o składach irackiej broni masowego rażenia, których po prostu
nie było.
W maju 2004 roku redakcja "NYT" przeprosiła
czytelników za serię artykułów, które podawały nieprawdę
o posiadaniu przez Irak broni masowego rażenia. Nie wymieniono
jednak nazwiska Judith Miller, choć większość tekstów była
jej autorstwa. Głosy wielu komentatorów, głównie lewicowych,
ale także samych dziennikarzy "NYT", by Miller
zwolnić z pracy, zignorowano. Przeciwnicy wojny w Iraku nigdy
jednak tych artykułów jej nie wybaczyli. To dlatego czołowa
felietonistka "NYT" Maureen
Dowd zjadliwy artykuł o Miller w sobotnim wydaniu zatytułowała "Kobieta
masowego rażenia".
Afera z agentką
Obecna afera z udziałem Miller
zaczęła się od orędzia o stanie państwa wygłoszonego przez
George'a Busha w lutym 2003 roku.
Prezydent, przygotowując grunt pod
inwazję na Irak, oskarżył wówczas Saddama Husajna, że próbował
kupić uran w afrykańskim Nigrze i że jest to dowód na rozwój
irackiego programu budowy broni masowego rażenia.
Kilka miesięcy później były ambasador
USA w kilku krajach Afryki Joseph Wilson napisał artykuł
dla "NYT",
w którym ujawnił, że wiele tygodni przed przemówieniem Busha
został wysłany z misją do Nigru, by sprawdzić doniesienia
o uranie dla Saddama, i okazały się one nieprawdą. Wilson
oskarżył Biały Dom o celowe wyolbrzymianie irackiego zagrożenia
wbrew dostępnym, również dostarczonym przez niego, informacjom
i dowodom. Wybuchł skandal, gdyż publiczne oskarżenia osoby
z kręgu administracji pod adresem prezydenta w epoce George'a
Busha zdarzają się bardzo rzadko.
Biały Dom był więc wściekły na Wilsona.
I właśnie wtedy do kilku dziennikarzy
doszedł przeciek z Bialego Domu: Wilsonowi nie ma co ufać,
gdyż jego misja w Nigrze i niby-sprawdzanie informacji o
irackich zakupach były tylko wygodną przykrywką dla pracy
w tym kraju jego żony Valerie Plame, cenionej tajnej agentki
CIA, tropiącej przypadki handlu materiałami nuklearnymi.
Informację dyskredytującą Wilsona
zdobyła dla "NYT" Judith
Miller.
Prokuratorowi i sądowi odmówiła ujawnienia nazwiska informatora.
Powoływała się na obowiązek utrzymania dziennikarskiej tajemnicy,
gdyż obiecała to swojemu źródłu. Za tę odmowę spędziła w
więzieniu 85 dni.
W ostatnich tygodniach, gdy jasne
się stało, że prokurator wystąpi o przedłużenie aresztu na
kolejne miesiące, adwokaci Judith Miller skontaktowali się
z jej źródłem. Był nim Scooter Libby, jeden z najbliższych
ludzi wiceprezydenta Dicka Cheneya i jedna z szarych eminencji
Białego Domu.
Libby stwierdził, że z własnej, nieprzymuszonej woli zwalnia
dziennikarkę z obowiązku zachowania tajemnicy. - Jestem gotowa
zeznawać - oświadczyła wtedy Miller.
Prokurator, który ją przesłuchiwał, prowadzi śledztwo w sprawie
nielegalnego przecieku, jakim było ujawnienie, że Valerie
Plame jest z CIA. Podejrzewa się, że uczynili to Libby oraz
główny doradca i architekt zwycięstw wyborczych prezydenta
Busha Karl Rove. Dlaczego? Chcieli niejako odegrać się na
publicznie atakującym Busha mężu Plame ambasadorze Josephie
Wilsonie. We wtorek "NYT" ujawnił, że z notatek
Libby'ego, które są w posiadaniu prokuratora, wynika, że
o Plame powiedział mu sam wiceprezydent Cheney.
Do końca tego tygodnia ma się okazać, czy prokurator postawi
kogoś przed sądem. Bardzo prawdopodobne jest postawienie
w stan oskarżenia Libby'ego. Być może także Karla Rove'a.
Byłoby to ciężkim ciosem w prezydenta, bo w Białym Domu żadna
inicjatywa polityczna nie przechodzi bez udziały Rove'a -
autora sukcesów wyborczych Busha, speca od czarnego PR-u,
nazywanego nawet "mózgiem Busha".
Winy Judith Miller
Przez wiele miesięcy "NYT" stał murem za reporterką.
Wydał kilka milionów dolarów na koszty prawne - zamiast przeprowadzić
staranne redakcyjne śledztwo - i to będąc w trudnej sytuacji
finansowej (spadek dochodów z reklam spowodował zwolnienie
we wrześniu z koncernu - oprócz "NYT", cztery dzienniki
i kilka radiostacji - 500 osób). Gazeta opublikowała co najmniej
12 komentarzy redakcyjnych oraz felietonów w obronie Miller,
i, jak dziś zarzucają sceptycy, żadnego podającego w wątpliwość
intencje reporterki. Mimo że wątpliwości mieli niemal wszyscy
dookoła.
Dziś kierownictwo gazety zarzuca Miller, że poszła na zbyt
daleko idącą współpracę z Libbym, wykraczającą poza normalne
kontakty dziennikarz - tajny informator. Zapewniała swoich
szefów, iż ujawnienie tożsamości agentki nie było żadną grą
ludzi Białego Domu. Na dodatek zgodziła się, by Libby występował
w jej artykule jako "były urzędnik Kongresu", a
nie człowiek Białego Domu.
Teraz szefowie "NYT" są pewni, że Miller od dawna
zdawała sobie sprawę, że jest uczestnikiem gry, jaka prowadzi
Libby. A mimo to postanowiła zostać "heroiną wolności
prasy", i pójść do więzienia. Postawiła gazetę w sytuacji,
w której trudno było odmówić pomocy reporterce, zmuszanej
do ujawnienia anonimowego źródła.
Zespół "NYT" się podzielił. Wielu reporterów publicznie
i prywatnie mówiło, że Miller, zbytnio ufając grającym z
nią politykom, zatraciła dziennikarskiego nosa, przyjmowała
bez refleksji podawane jej na tacy informacje. Zaś mający
ją nadzorować redaktorzy niczego nie nadzorowali.
Dziennikarze mówią dziś, że obrona anonimowego źródła jest
rzeczą cenną, ale tylko wtedy, gdy służy dobru czytelników.
A w sytuacji Libby'ego na pewno tak nie było. Jej sprawa
zamiast więc wspierać argumenty dziennikarzy walczących o
wolność prasy, raczej im szkodzi.
Kongres akurat rozważa uchwalenie ustawy dającej dziennikarzom
bezwzględne prawo do utrzymania tajemnicy (prawo takie obowiązuje
w wielu stanach, jednak w sprawie Miller chodzi o śledztwo
federalne). I teraz losy, a przede wszystkim kształt ustawy,
są bardzo niepewne.
Nie tylko "New York Times"
"NYT" nadal pozostaje najważniejszą amerykańską gazetą, marką rozpoznawaną
na całym świecie i czytaną uważnie we wszystkich stolicach. Jednak afera z
udziałem Judith Miller to kolejny cios w reputację dziennika.
Zaledwie dwa lata temu doszło do skandalu z udziałem reportera "NYT" Jaysona
Blaira. Opublikował on kilkadziesiąt artykułów na podstawie
sprytnie zmyślonych lub skopiowanych z innych źródeł informacji.
Blair przysyłał do redakcji korespondencję i wywiady z całego
kraju, nie ruszając się z domu i z nikim nie rozmawiając.
Po skandalu "NYT" wprowadził wiele reform, zmieniło
się całe kierownictwo gazety. Utworzono instytucję ombudsmana
- rzecznika czytelników, który w cotygodniowym raporcie analizuje
i krytykuje wpadki dziennikarzy i kierownictwa redakcji.
Zmieniono też zasady używania anonimowych źródeł. Dziś, by
dziennikarz "NYT" powołał się na anonimowe źródło,
musi mieć na to za każdym razem zgodę kierownika swojego
działu i przynajmniej jednego wicenaczelnego gazety. Tyle
tylko, że zmiany te wprowadzono dużo później, niż Judith
Miller zjadła dwa razy śniadanie ze Scooterem Libbym.
Sprawa Judith Miller to przynajmniej trzeci w ciągu ostatnich
12 miesięcy przypadek, gdy nieprawidłowości i skandale w
wielkich amerykańskich redakcjach przyciągają uwagę Ameryki.
Rok temu prestiżowy program telewizji CBS "60 minutes" przedstawił
dokumenty oskarżające walczącego wówczas o prezydenturę George'a
Busha o zdezerterowanie w młodości ze służby wojskowej. Niemal
następnego dnia okazało się, że były one bardzo nieudolnie
sfałszowane. W efekcie skandalu na emeryturę przeszedł największy
gwiazdor CBS, prowadzący program Dan Rather.
W maju tygodnik "Newsweek" - kolejna wielka instytucja
amerykańskiej prasy - opublikował fałszywą informację o tym,
że w więzieniu Guantanamo amerykańscy strażnicy wrzucali
Koran do toalety. Artykuł oparty na jednym anonimowy źródle
wywołał zamieszki w krajach muzułmańskich, w których zginęło
przynajmniej 17 osób, a setki zostały rannych.
Wszystkie te sprawy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Różne
są ich przyczyny, różni bohaterowie, różne konsekwencje.
Łączy je jednak odbiór opinii publicznej, która widzi następne
skandale w kolejnych szanowanych dotąd redakcjach.
Cierpi reputacja wszystkich mediów. Według badań Instytutu
Gallupa tylko 45 proc. Amerykanów wierzy w rzetelność prasy.
W 1974 roku, po ujawnionej przez dziennikarzy aferze Watergate,
w rzetelność dziennikarzy wierzyło 69 proc. opinii publicznej.
Niknie też coraz bardziej podział mediów na te rzetelne,
o nieposzlakowanej reputacji, prawdziwe instytucje wolnej
prasy, i te stronnicze, rażące nieobiektywnością, personalnymi
atakami. Spadają nakłady gazet (2-3 procent w ciągu ostatniego
roku, ale jest to zjawisko ogólnoświatowe). Rośnie popularność
jednostronnych blogów internetowych, stacji talk-radio i
kablowych kanałów TV, takich jak Fox News Channel, prezentujących
politykę jako raczej bijatyki słowne, w których ostatnie
słowo zawsze należy do prowadzącego, zwykle jednoznacznie
prawicowego komentatora.
Kolejne skandale w "NYT", "Newsweeku" czy
CBS tylko ten trend wzmocnią.
|