Palestyna pod zielonymi flagami Hamasu
Gazeta Wyborcza
Dawid Warszawski 31-01-2006
Nie ma cienia wątpliwości, że wybory były demokratyczne,
a Palestyńczycy wybrali tych, których chcieli. Nie ma też
cienia wątpliwości, że Hamas w ogóle nie zasługuje na to,
by uczestniczyć w demokratycznym procesie
Karta Hamasu, powołując się na Koran i "Protokoły mędrców
Syjonu", głosi, że zniszczenie Izraela jest religijnym
obowiązkiem każdego muzułmanina. Hamas odrzuca więc i izraelsko-palestyńskie
porozumienia pokojowe z Oslo, i samo prawo państwa żydowskiego
do istnienia.
Proklamując prymat szariatu nad prawem cywilnym Hamas zagraża
także podstawowym prawom i swobodom samych Palestyńczyków.
Hamas wciela swoje słowa w czyn - to hamasowcy byli sprawcami
najkrwawszych zamachów terrorystycznych w Izraelu. I to oni
chłostali, a czasem zabijali Palestyńczyków za zdradę (także
małżeńską), za pijaństwo, narkotyki czy po prostu "niemoralne
prowadzenie się".
Bojówki terrorystów z Hamasu regularnie maszerowały z bronią
po ulicach palestyńskich miast: w ubiegłym tygodniu, po ogłoszeniu
wyników wyborów, po raz pierwszy uczyniły to bez masek na
twarzach. Przebywający w Syrii na emigracji przywódca Hamasu
Haled Maszaal chce z nich stworzyć palestyńską armię.
Każdy z tych trzech powodów - program zniszczenia suwerennego
państwa, program zaprowadzenia rządów religijnych, posiadanie
zbrojnych bojówek terrorystycznych - wystarczyłby, aby w
demokratycznym państwie Hamas po prostu nie mógł uczestniczyć
w wyborach.
Wyjątków od tej zasady właściwie nie ma: jedynie rządzący
w Iranie mułłowie oraz współrządzący w Libanie Hezbollah
także głoszą zniszczenie innego państwa (tak się składa,
że we wszystkich trzech przypadkach państwem tym jest Izrael).
W Indonezji i w Indiach w wyborach uczestniczyły z powodzeniem
partie o teokratycznych programach - ale musiały przynajmniej
wygłaszać deklaracje o niesprzeczności tych programów z zasadami
konstytucyjnego ładu.
W Turcji, gdzie od kilku lat rządzą islamiści, gwarantem,
całkiem skutecznym, takich deklaracji jest armia. Wreszcie
są w Europie - w Ulsterze, Kraju Basków czy tureckim Kurdystanie
- partie oskarżane o to, że są powiązane z terrorystami.
Wszystkie zawzięcie zaprzeczają.
Jedynie libański Hezbollah jawnie się ze swymi terrorystami
i z teokratycznym programem obnosi. Ale żadna z tych partii
nie zdobyła nigdy znaczącej liczby głosów w wyborach, o większości
absolutnej nie wspominając. Triumf Hamasu jest więc precedensem
- i to budzącym głęboki niepokój.
Czy nie należało mu zapobiec? Izraelczycy zrazu zapowiadali,
że o ile w palestyńskich wyborach uczestniczyć będzie Hamas,
i o ile partia ta nie wyrzeknie się programu zniszczenia
Izraela oraz posługiwania się terrorem, to Izrael nie umożliwi
przeprowadzenia wyborów. Wystarczyłyby blokady głównych miast
palestyńskich i wybory nie doszłyby do skutku.
W końcu, pod międzynarodową presją, Izraelczycy ustąpili,
zakazując jedynie prowadzenia przez Hamas kampanii w Jerozolimie
wschodniej, którą Izrael uważa za integralną część swego
terytorium. Daremnie zresztą: Hamas zdobył wszystkie cztery
tamtejsze miejsca w parlamencie.
Dziś Izraelczycy mówią: a ostrzegaliśmy! A niektórzy eksperci
w USA zastanawiają się, czy nie należało jednak do wyborów
nie dopuścić, na przykład nalegając na palestyńskiego prezydenta
Abbasa, by odroczył ich termin.
Niesłusznie. Zabronić Hamasowi startu mogliby jedynie sami
Palestyńczycy, a ci, jak widać, mieli w tej sprawie zdanie
całkowicie odmienne. Podobnie niedawno postąpili Irańczycy
wybierając Ahmadineżada, wcześniej Turcy, wybierając islamistów,
czy na początku lat 90. Serbowie, wybierając Miloszevicia,
albo Algierczycy, głosując na islamistyczny FIS.
Ten ostatni przykład jest tu zwłaszcza znaczący. Algierscy
wojskowi z cichym błogosławieństwem Francji, USA i Rosji
po triumfie FIS w pierwszej turze wyborów przeprowadzili
zamach stanu i zapobiegli w ten sposób przejęciu władzy przez
islamistów. Wojna domowa, która wówczas wybuchła, trwa do
dziś, zginęło w niej już 200 tys. ludzi. Wydaje się czymś
przesądzonym, że gdyby władze Autonomii zastosowały podobne
rozwiązanie, wynik byłby podobny - i trudno by odmówić Hamasowi
prawa do użycia siły.
Tym bardziej że udział Hamasu w wyborach to nic innego, jak
tylko realizacja apeli zachodnich przywódców, w tym prezydenta
Busha, o więcej demokracji w krajach arabskich. Pokojowe
przekazanie władzy Hamasowi przez pokonany Fatah to pierwszy
taki akt w całej historii świata arabskiego.
Należałoby właściwie klaskać, gdyby nie to, że niemal wszędzie
w świecie islamskim owo "więcej demokracji" oznacza "więcej
islamizmu". Sukcesy wyborcze Hezbollahu w Libanie, Bractwa
Muzułmańskiego (prekursora Hamasu) w Egipcie i w Jordanii,
triumfy radykalnych szyitów w Iraku, Ahmadineżada w Iranie
czy wreszcie Hamasu w Palestynie jednoznacznie o tym świadczą.
Zwolennicy szkoły realistycznej w amerykańskiej polityce
zagranicznej wyciągają z tego wniosek, że społeczeństwa muzułmańskie
nie dojrzały jeszcze do demokracji. Ale to bzdura. Nie ma
innego sposobu na dojrzewanie do demokracji, niż jej praktykowanie.
Jedynie popełniając błędy, społeczeństwa są w stanie nabrać
rozeznania, gdzie leżą ich rzeczywiste interesy - co zresztą
wcale nie oznacza, że gdy te młode demokracje dojrzeją, to
zaczną wybierać przywódców, którzy będą się nam podobać.
Znaczy to natomiast, że będą wybierać przywódców, którzy
będą ich reprezentować. Dziś Palestyńczyków reprezentuje
Hamas.
Po części dzieje się tak dlatego, że Hamas głosi program
zniszczenia państwa żydowskiego. Lata, jakie minęły od porozumień
z Oslo, to dla obu stron konfliktu okres głęboko zawiedzionych
oczekiwań i nadziei. Dwanaście lat temu naprawdę wierzono
w pokój, dziś nie wierzy weń prawie nikt.
Obie strony uważają, że wojna trwać będzie jeszcze przez
pokolenia. Niezależnie od tego, kto jak chce przypisywać
odpowiedzialność za tę klęskę, nie ulega wątpliwości, że
palestyńska decyzja o niewyrzeczeniu się terroru była tu
znacząca. Tyle że argument o niemoralności czy choćby kontrproduktywności
terroru Palestyńczycy przyjmują ze śmiechem: terror zabija
żydów, jest więc jak najbardziej produktywny. Zmusza ich,
by dzielili nasz ból - i zmusza ich do odwrotu. Bez terroru
Izrael nie wyszedłby z Gazy.
Ta druga teza jest, rzecz jasna, fałszywa. Gaza szczelnie
otoczona murem nie była wylęgarnią terroru. Ale w Gazie już
panował Hamas - i to on wywiesił zieloną flagę nad opuszczonymi
żydowskimi osiedlami. Dziś zieleni się cała Palestyna.
To jednak nie terror był główną przyczyną zwycięstwa Hamasu,
lecz głęboka wrogość wobec rządzącego w Autonomii Fatahu.
Fatah obiecywał pokój i dobrobyt, a jest wojna i korupcja.
Fakt, że to, iż jest wojna, wynika przynajmniej po części
z palestyńskiej decyzji o kontynuacji terroru, nie przekonywało
wyborców.
Korupcja też nie wadziła, póki uczestniczyli w niej wszyscy.
Autonomia dostaje ponad miliard dolarów rocznie pomocy międzynarodowej;
Arafat, póki żył, dbał o to, by pieniądze trafiały do wszystkich,
którzy byli mu wierni. Abbas usiłował ograniczyć korupcję,
naraził się więc wszystkim.
Tymczasem Hamas za ogromne pieniądze z Arabii Saudyjskiej,
Iranu i Unii Europejskiej (czyli także z Polski) budował
nie tylko infrastrukturę terroru, lecz także alternatywną
wobec oficjalnej infrastrukturę społeczną - bezpłatne szpitale,
żłobki, przedszkola, szkoły. Banki islamskie udzielające
nieoprocentowanych pożyczek. Kursy zawodowe. I bojówki zdolne
skutecznie ukarać opornego dłużnika, złodzieja, sprzedawcę
narkotyków czy alkoholu albo niemoralnie prowadzącą się dziewczynę.
Hamas założył całe alternatywne państwo, na dodatek państwo,
które działa. Palestyńczycy wiedzieli, na co głosują. Ale
wiedzieli też, że ci, których wybiorą, nie będą partnerami
do rozmów dla Izraela, USA czy UE, która niechętnie, ale
jednak umieściła Hamas na liście organizacji terrorystycznych.
No i co? - mówił sobie zapewne palestyński wyborca. Pokoju
jak nie było, tak nie ma i nie będzie - a dzięki zwycięstwu
Hamasu burmistrz może wreszcie przestanie kraść.
Nie tylko z resztą ten jeden burmistrz się boi. Hamas już
zapowiedział zniesienie koedukacyjnych klas w szkołach. Zakrywanie
twarzy przez kobiety ma nie być obowiązkowe, choć na zdjęciach
z Gazy nie widać ani jednej kobiety z odsłoniętą twarzą na
ulicy.
Prawdę powiedziawszy, kobiet w ogóle widać mało. Przeważają
mężczyźni z brodami, zielonymi opaskami i twarzami wykrzywionymi
nienawiścią. Wyglądają jak dodatki do kałasznikowów. Izraelowi
nie są w stanie poważnie zagrozić, ale świeckiemu społeczeństwu
palestyńskiemu - owszem.
Skorumpowany burmistrz być może odejdzie, ale tysiące bezrobotnych
młodych, którym władze Autonomii dały mundury i karabiny,
o ile zapiszą się do Fatahu, nie podzielą się swoimi przywilejami
z hamasowcami bez walki. Prezydent Abbas zapowiedział już,
że służby bezpieczeństwa podlegają jemu, a nie rządowi.
Rządowi Hamasu trudno będzie uzyskać choć jednego centa pomocy
międzynarodowej. Jakoś nie wyobrażam sobie prezydenta Busha
łożącego na terrorystów. Być może jakieś pieniądze trafią
do Abbasa z pominięciem rządu. Pewne jest, że groźba odcięcia
funduszy nie jest na dłuższą metę poważna - Teheran chętnie
zastąpi Zachód jako skarbnik Autonomii. Z wszystkimi politycznymi
tego konsekwencjami.
To prawda, że Hamas nie jest monolitem. Jego przedstawiciele
mówili w ostatnich latach o możliwości trwałego rozejmu z
Izraelem, o ile ten wycofa się do granic z 1967 r. W końcu
OWP też głosiła zagładę Izraela, a w końcu zawarła z państwem
żydowskim porozumienie.
Ale z Hamasem raczej tak nie będzie. Po pierwsze dlatego,
że OWP zgodziła się na negocjacje w Oslo w sytuacji historycznej
klęski: kierownictwo intifady wymknęło jej się z rąk, a na
arenie międzynarodowej jej poparcie dla Saddama Husajna w
wojnie w Zatoce wzbudziło powszechne potępienie, także w
świecie arabskim.
Porozumienie z Izraelem uratowało palestyńską organizację
przed historycznym niebytem. Tymczasem Hamas cieszy się poparciem
większości Palestyńczyków, a jego irańscy patroni mogą, dzięki
cenom ropy naftowej, pozwolić sobie niemal na wszystko, a
jutro, gdy będą mieli bombę atomową, po prostu na wszystko.
Po drugie: OWP była organizacją świecką, a jej dążenie do
zdobycia całego terytorium Palestyny wynikało z politycznych
aspiracji. Gdy te stały się jawnie nieosiągalne, OWP uczyniła
to, co politycy robią najlepiej - poszła na kompromis. Hamas
pragnie całej Palestyny nie z wyboru, ale z religijnej konieczności.
To imperatywny nakaz wiary.
Prywatnie przywódcy Hamasu może i byliby gotowi pójść na
ugodę, ale jak powiedzieć wiernym, że to, co było absolutnie
zabronione, okazało się w pół dozwolone? To jakby powiedzieć,
że wieprzowina jest jednak dopuszczalna, ale tylko w dni
parzyste. Dla Hamasu taki krok byłby samobójczy.
Ale być może Hamas religijny zrodzi z siebie z czasem Hamas
świecki, bardziej zdolny do kompromisu. Może irańscy mułłowie
zawrą ugodę z Waszyngtonem. Może islamiści tak bardzo zajmą
się reformami wewnętrznymi w Autonomii, że nie będą mieli
czasu wysadzać się w powietrze.
Jedno jest pewne - zanim Izraelczycy zatęsknią za Abbasem
jako sąsiadem, za rządami świeckiego i skorumpowanego Fatahu
zatęsknią sami Palestyńczycy rządzeni przez islamistów, którzy
program budowy państwa islamskiego traktują poważnie. A wówczas
najważniejszą kwestią będzie to, czy w następnych wyborach
palestyńskich - o ile się odbędą - pokonany Hamas pokojowo
odda władzę następcy.
* Dalsza pomoc finansowa UE dla Autonomii Palestyńskiej będzie
kłopotliwa, jeśli Hamas się nie zmieni - ostrzega przedstawiciel
UE ds. polityki zagranicznej Javier Solana. - Według prezydenta
potrwa to około trzech miesięcy. Jeśli w tym czasie nie otrzymamy
żadnego sygnału, że Hamas przesunął się we właściwym kierunku,
sprawa będzie bardzo trudna - stwierdził Solana. W ostatnich
latach UE przekazywała Palestyńczykom co roku 0,5 mld euro
pomocy.
Dawid Warszawski
|