|
Tacy jestesmy
Z prasy zagranicznej: Der Spiegel
January 30, 2006
W naszej rodzinie milczy się o przeszłości
Jak ktoś, kto przeżył Auschwitz, mówi o tych doświadczeniach
z własnymi dziećmi?
42-letnia pisarka Gila Lustiger i jej ojciec, 81-letni
historyk Arno Lustiger wybrali skomplikowaną drogę: czytali
to, co drugie z nich napisało, a teraz o tym rozmawiają.
SPIEGEL: W autobiograficznej powieści
"So sind wir" ("Tacy jesteśmy") opowiada pani, co to znaczy
być córką kogoś, kto przeżył holokaust. Kiedy stała
się pani tego świadoma?
Gila Lustiger: Jak tylko mogę sięgnąć
pamięcią, czułam, że mój ojciec przeżył coś, co oddziela
go od nas, jego córek i od naszej codzienności. Uczestniczył
w niej co prawda, ale jak jakaś ciągle wymykająca się nam
postać. Miałam 13 czy 14 lat, gdy do szkół przyszło pokolenie
68 roku, owi młodzi, wysoce upolitycznieni nauczyciele,
którzy zabrali się za coś, co do tej pory nie było przedmiotem
rozważań. Nagle holokaust stał się tematem nauczania i
ja, która dotąd nie chciałam być nikim innym, jak całkiem
zwykłą młodą dziewczyną, stałam się z dnia na dzień przedstawicielką
mego narodu. (...)
W powieści czytamy: "Byliśmy i jesteśmy rodziną,
która chroniąc się milczy o przeszłości." Był pan zaskoczony
czytając to zdanie?
Arno Lustiger: Nie, zupełnie nie. Już
moi rodzice mieli tę skłonność do milczenia, formułowanie
uczuć nie należało w naszej rodzinie do rzeczy popularnych.
Tym, co się liczyło, były czyny - słowa są tanie.
Najwyraźniej pańska córka uważała to za wadę.
A.L.: To także jest problem, o którym
się nie rozmawia.
W pani powieści stawia się pytanie: "Dlaczego nigdy
nam niczego nie opowiadałeś o wojnie?" Czy naprawdę wszystko
chciała pani wiedzieć?
G.L.: Nie. Pytanie, które stawiam w powieści,
jest także perfidne. Ktoś, kto mówi "Dlaczego nigdy nam
nie opowiadałeś o wojnie?", nie chce w istocie otrzymać
niczego innego, jak tylko jakieś psychologiczne wytłumaczenie,
ponieważ gdyby chciał się naprawdę czegoś dowiedzieć,
musiałby powiedzieć "Opowiedz mi coś o wojnie.". Takimi
sposobami wprawialiśmy naszych ojców w milczenie.
Bo woleliśmy zbyt dokładnie nie wiedzieć.
Czy pan też to odczuwał? Dlaczego pan milczał?
A.L.: Nie chciałem przyczyniać się do
tego, by moje dzieci odgrywały jakąś specjalną rolę. Miały
swobodnie bawić się ze swoimi kolegami z klasy, nieobciążone
moją historią. Po wojnie musiałem zostać w Niemczech, ponieważ
moja matka i moja siostra Hella były w chwili wyzwolenia
śmiertelnie chore. Właściwie chciałem pojechać do Stanów
Zjednoczonych, gdzie mieszkała już moja siostra Mania,
uzyskałem nawet wizę.
(...)
Kiedy pierwszy raz opowiedział pan swoją historię?
A.L.: Po raz pierwszy mówiłem o tym publicznie na uroczystości
we Frankfurcie nad Menem z okazji 40. rocznicy wyzwolenia Auschwitz. W 10 lat
później, w 1995 roku, rozgłośnia Hessischer Rundfunk nadała serię audycji w
związku z 8. maja. Także wtedy opowiadałem o swoich przeżyciach. Z tej serii
audycji powstała książka. W styczniu 2005 roku dzień pamięci ofiar narodowego
socjalizmu był obchodzony w Bundestagu po raz dziesiąty, przypadała wtedy 60.
rocznica wyzwolenia Auschwitz. Wygłosiłem przed parlamentem okolicznościowe
przemówienie - tego samego dnia, niemal o tej samej godzinie, przemawiał w
Auschwitz obok niemieckiego prezydenta Horsta Köhlera mój kuzyn, paryski
kardynał Jean-Marie Lustiger, którego matkazostała zamordowana w Auschwitz.
Przemawiał jako przedstawiciel chorego papieża Jana Pawła II. (...)
Co może pan nam dziś opowiedzieć o swych latach cierpień? Co wydarzyło
się w 1939 roku?
A.L.: W górnośląskim mieście przemysłowym Będzinie mój ojciec
prowadził handel maszynami dla piekarń i cukierni. Musiał podróżować po całym
polskim Górnym Śląsku, co było bardzo uciążliwe. Ale nigdy nie słyszałem od
niego słowa skargi. Robiło się to, co trzeba było robić. Także później w obozie
koncentracyjnym - moja matka rozdzielała między nas, dzieci chleb, nie tracąc
przy tym ani słowa. W tak prosty sposób ujawniała się jej bezgraniczna miłość.
Nie potrzebowała mówić "Tak was kocham!". Takie słowo w naszej rodzinie nigdy
nie padło.
Co stało się po wkroczeniu Niemców?
A.L.: Najpierw skonfiskowano nasze rodzinne przedsiębiorstwo.
Jednak dotychczasowi właściciele musieli w nim nadal pracować. To był rozległy
teren, na którym składowano duże ilości żelaza, części maszyn, stalowych nośników
i szyn.
I tam pan się ukrywał?
A.L.: Tak, na początku 1943 roku wszyscy Żydzi z Będzina musieli
udać się do getta. Ze strachu przed deportacją przebywaliśmy tam tylko w ciągu
dnia, na noc schodziliśmy do naszego piwnicznego schronienia, które zbudowaliśmy
na terenie firmy - woda bieżąca, prąd, kanalizacja, wszystko to tam było. Zgromadziła
się tam cała rodzina, 40 osób.
I jak długo to trwało?
A.L.: Do 1 sierpnia 1943 roku. Dowiedzieliśmy się wtedy od
polskich kolejarzy, że pod Będzinem zgromadzono bardzo wiele wagonów. Zatem
na koniec tygodnia pozostaliśmy w bunkrze, nikt z nas nie poszedł do getta...
... z którego odchodziły już transporty do Auschwitz-Birkenau.
Jak długo przebywaliście w bunkrze?
A.L.: Kilka dni. Potem dowiedzieliśmy się, że w pobliżu Będzina
dawną fabrykę zbrojeniową zamieniono w obóz pracy przymusowej. Z drutem kolczastym,
esesmanami. Mimo to poszliśmy tam. Droga przez miasto była piekłem, wszędzie
leżały zwłoki. Jak twierdziło SS, "około 400 ludzi zastrzelono z powodu zbrojnego
oporu i prób ucieczek". Pomaszerowaliśmy tam, ponieważ mieliśmy nadzieję, że
nawet w obozie koncentracyjnym nasza rodzina nie zostanie rozdzielona. Potem
przebywaliśmy jeszcze przez krótki czas w obozie pracy przymusowej pod Górą
św. Anny na Śląsku. Tam nas jednak rozdzielono. Każdy z nas został wysłany
do innego obozu.
A pan sam dokąd trafił?
A.L.: Spod Góry św. Anny zabrano mnie przez obóz koncentracyjny
w Otmęcie do Blachowni Śląskiej, to był podobóz Auschwitz, gdzie wytatuowano
mi numer A 5592. Nie zabijano tam wprawdzie od razu, ale z więźniów wyciskano
przy pracy ostatnie siły. Jeśli ktoś nie mógł pracować, odsyłano go do Auschwitz
do zagazowania - jak mojego ojca, który dwa tygodnie po moim przybyciu
do Blachowni został odtransportowany do Birkenau.
Co stało się z panem, gdy w 1945 roku nadeszli Rosjanie?
A.L.: Musieliśmy pomaszerować pieszo w kierunku obozu Gross-Rosen
ma Dolnym Śląsku. To była ostra zima, minus 20 stopni, dużo śniegu. Kto nie
mógł maszerować, tego rozstrzeliwano. Jednemu rozwiązało się sznurowadło.
Pochylił się, a esesman oddał do niego salwę w nogi, praktycznie odciął mu
je i zostawił go leżącego. Rosjanie go uratowali, poddali amputacji. Przeżył
i później sam mi to opowiedział.
Czy podczas tych marszów tracił pan chwilami wiarę, że da się to wszystko
przetrzymać?
A.L.: Tak, często popadałem w zupełne zwątpienie. Pojawiał
się głos: "Połóż się po prostu i niech będzie z tym koniec", ale także: "Wytrwaj,
bo musisz opowiedzieć, jak to było". I tak wlokłem się dalej. Z Gross-Rosen
trafiłem do Buchenwaldu, a stamtąd do obozu koncentracyjnego Langenstein koło
Halberstadt, najgorszego w mojej karierze więźnia siedmiu obozów, gdzie spodziewany
czas przeżycia wynosił od trzech do czterech tygodni.
I tam zastał pana koniec wojny?
A.L.: Gdy w kwietniu 1945 roku nadeszli Amerykanie, musieliśmy
znowu ruszać, w mój drugi marsz śmierci. Wreszcie nocą uciekłem z kilkoma przyjaciółmi,
zostałem schwytany przez Volkssturm, uciekłem ponownie i straciłem przytomność
z wyczerpania. Znalazł mnie i uratował amerykański patrol wojskowy...
G.L.: Mam poczucie, że to wyliczanie przeszłości ukrywa coś
istotnego.
A.L.: Jak to? Tego, Gilo, nie rozumiem.
Gila Lustiger: To nie jest zarzut wobec ciebie.
A.L.: Jestem w roli historyka, który jest jednocześnie świadkiem
wydarzeń. Historyk we mnie stara się oddzielić od własnych przeżyć dane, które
nie pochodzą z mojej własnej pamięci. Te uzyskałem z akt.
Ma pani zatem poczucie, że coś wie, ale właściwie nic dokładnego. Potem
trafia pani nagle w paryskiej księgarni na książkę, w której jest zapis wypowiedzi
ojca. A on dowiaduje się z powieści, jak pani na to zareagowała. Dlaczego
to się tak komplikuje?
G.L.: O tym właśnie rozmawiamy.
A.L.: Rozmawiamy o tym pierwszy raz. Nigdy przedtem o tym
nie rozmawialiśmy.
Ale teraz pańska córka staje się niecierpliwa, gdy pan to nam jeszcze
raz opowiada.
G.L.: Sądzę, że denerwuję się, gdyż nie chcę tego słyszeć
tak dokładnie, nie tutaj, nie tak, nie tak bez przygotowania. (...)
Dlaczego, pana zdaniem, w opinii publicznej utrwalił się obraz Żydów,
którzy dają się prowadzić na rzeź jak jagnięta?
A.L.: Tego dokładnie nie wiem, ale mam hipotezę: skoro Żydzi
byli naprawdę bierni, to ponoszą pewną współwinę. I wtedy sprawcy są nieco
mniej winni. To jest forma często nieuświadomionej samoobrony.
Przeprowadził pan wiele wywiadów z przedstawicielami żydowskiego
ruchu oporu. Co pana do tego skłoniło?
A.L.: W 1984 roku, mając 60 lat, leżałem po zawale serca na
oddziale intensywnej terapii szpitala w Jerozolimie. Moje życie przebiegło
mi przed oczyma jak film. Przypomniałem sobie wielu kolegów, którzy działali
w ruchu oporu, a wśród nich towarzyszy obozowych, którzy walczyli w Hiszpanii.
Jednak w publikacjach historycznych ci stawiający opór Żydzi w ogóle nie występują.
Przysiągłem sobie w szpitalu, że jeśli nie umrę, będę wypytywał żyjących jeszcze
bojowników i informował o pomijanym dotąd milczeniem żydowskim oporze. (...)
|