O gorzkiej chwale, albo o polskim heroizmie, megalomanii
i warcholstwie
Adam Michnik
Gazeta Wyborcza
21-01-2006
Książka amerykańskiego historyka Richarda Watta
dobrze ilustruje trwałą osobliwość polityki polskiej. Reakcją
na poważny konflikt bywa najpierw spontaniczne warcholstwo,
chaos i wrogość. Dopiero w sytuacjach granicznych wrogość
przeobraża się w zdolność do kompromisu. Z tych kompromisów
bywamy później dumni - ale tym większy żal, że partykularna
zaciekłość i mściwa zawiść tak często biorą górę.
O tym właśnie, o osobliwym splocie heroizmu,
megalomanii i warcholstwa opowiada Richard
M. Watt, amerykański pisarz historyczny,
w "Gorzkiej chwale" - książce
o polskich losach w epoce II Rzeczypospolitej.
Tę książkę koniecznie należy przeczytać, zwłaszcza w świetle
rozlegających się od pewnego czasu wezwań do nowej "polityki
historycznej". Osobiście bardziej ufam ocenom Watta,
rozumnym i zrównoważonym, niż hałaśliwym projektantom nowej "polityki
historycznej", którzy najwyraźniej pragną wzmocnić narodową
krzepę Polaków poprzez robienie im wody z mózgu.
Lata II Rzeczypospolitej fascynują mnie, a fascynację tę
zawdzięczam wielu rozmowom z Antonim Słonimskim. Pan Antoni
wspominał tamten czas z sentymentem, z dumą, ale i z krytycznym
namysłem. Lubił powtarzać: "Byliśmy wtedy na własnych
śmieciach".
Dziś znów jesteśmy "na własnych śmieciach" - sukcesy
zawdzięczamy sobie. Niestety, porażki i kompromitacje - również.
I.
Wielkie dokonania II Rzeczypospolitej i jej elit przywódczych
wzbudzają podziw. Dla tamtych ludzi - urodzonych jeszcze
pod obcymi zaborami, gdy niepodległa Polska mogła być tylko
przedmiotem marzeń - odzyskana suwerenność była rodzajem
cudu, przedmiotem wielkiej radości i dumy. Wszelako od samego
początku "rzeczywistość skrzeczała". I właśnie
w tych "skrzeczeniach", w skazach i porażkach
odnajdujemy niejeden z korzeni naszej współczesności.
Chcecie wiedzieć, dlaczego złoszczą was dzisiejsze skandale,
żądza klasy politycznej (mimo oczywistych wyjątków), niska
jakość debaty publicznej? Sięgnijcie po "Gorzką chwałę" Watta,
w której - w wartkiej, ciekawej i rzetelnej narracji sporządzonej
przez życzliwego cudzoziemca - odnajdziecie pewne prawdy
niemiłe i niemile wspominane. Przypomnijmy zatem, za Wattem,
niektóre zdarzenia.
II.
Oto konferencja wersalska. Paryż, rok 1918. Tu decyduje się
o statusie Polski na arenie międzynarodowej.
Polskę reprezentuje w Paryżu - oczywiście nieoficjalnie,
gdyż państwo polskie jeszcze nie istnieje - Roman Dmowski,
przywódca narodowej demokracji, i stworzony przezeń Komitet
Narodowy Polski. Dmowski cieszył się wielkim autorytetem
w kołach politycznych Europy. Obdarzony kulturą osobistą,
obyty z kulisami dyplomacji, był także bliskim współpracownikiem
Ignacego Paderewskiego, wielkiego pianisty, symbolu "sprawy
polskiej" w Stanach Zjednoczonych.
Miarą autorytetu Dmowskiego może być przebieg pierwszego
spotkania delegacji polskiej z Radą Dziesięciu w gabinecie
ministra spraw zagranicznych Francji (29 stycznia 1919).
Premier Francji Georges Clemenceau poprosił Dmowskiego o
przedstawienie generalnych aspektów sytuacji. Dmowski - pisze
Watt - "wygłosił przemówienie, które trwało pięć godzin
z przerwą na lunch. Był to wykład znakomity: historyczny,
socjologiczny, demograficzny, polityczny i militarny".
Na konferencji mówiono po francusku i angielsku. "Dmowski
mówił doskonałą, idiomatyczną francuszczyzną, od czasu do
czasu przerywając, by przetłumaczyć swe wypowiedzi na angielski,
którym również władał znakomicie. Jego wystąpienie zrobiło
wielkie wrażenie na słuchaczach; gdy skończył, rozległy się
spontaniczne oklaski".
Dla polityków europejskich było oczywiste, że to Dmowski
i jego zwolennicy przejmą rządy w odrodzonej Polsce. Tymczasem
już 16 listopada 1918 r. państwa sprzymierzone otrzymały
z Warszawy telegram informujący o "istnieniu niepodległego
państwa polskiego, jednoczącego wszystkie polskie ziemie".
Telegram podpisał naczelny wódz polskiej armii Józef Piłsudski.
Piłsudski był wśród sprzymierzonych znany słabo i nie cieszył
się dobrą opinią. "Jego reputacja - pisze Watt - była
wielce dwuznaczna: socjalista, złodziej, który napadł na
pociąg, generał amator, który przez niemal całą wojnę walczył
po stronie państw centralnych. Piłsudski, jak się wydawało,
miał rewolucyjną przeszłość bardzo podobną do życiorysów
bolszewików. Na wypadek gdyby jacyś dyplomaci państw sprzymierzonych
nie znali tego niezbyt pochlebnego portretu Piłsudskiego,
współpracownicy Dmowskiego pospiesznie go dla nich malowali".
Dmowski był rozgoryczony sytuacją w kraju. Usiłował przekonać
sprzymierzonych, że tylko jego obóz jest dla nich partnerem,
rząd Piłsudskiego zaś należy po prostu ignorować.
Tak oto zaczął się kolejny akt spektaklu nazywanego nieraz "polskim
piekłem". Konferencja zaczyna swe prace, a Polska nie
może mieć dwóch delegacji. Piłsudski wysyła do Paryża swojego
przedstawiciela, by wynegocjować utworzenie wspólnej delegacji. "Zamiast
tego - pisze Watt - doszło tylko do gwałtownej awantury.
Dmowski początkowo odmówił jakichkolwiek ustępstw. Był przekonany,
że alianci w końcu uznają jego i Komitet Narodowy Polski
za jedyną oficjalną delegację Polski. Czemu zatem miałby
dzielić się miejscem przy stole obrad z ludźmi Piłsudskiego?".
Dopiero argument, że "jest nie do pomyślenia, by Polskę
reprezentował w Paryżu jeden obóz polityczny, a zupełnie
inny sprawował rządy w Warszawie", przekonał Dmowskiego.
Taka sytuacja bowiem - zauważa Watt - naraziłaby "kraj
na pośmiewisko".
III.
Powyższy epizod dobrze ilustruje pewną trwałą osobliwość
polityki polskiej. Reakcją na poważny konflikt bywa najpierw
spontaniczne warcholstwo, które wytwarza chaos i wrogość.
Dopiero w chwilach szczególnych, w sytuacjach granicznych
wrogość przeobraża się w zdolność do kompromisu. Z tych kompromisów
i ich rezultatów bywamy później dumni - np. z polskich dokonań
na konferencji wersalskiej - ale tym większy żal, że partykularna
zaciekłość i mściwa zawiść tak często biorą górę.
I tak po czterech latach zaciekła zawiść wzięła górę. Brutalna
i bezkompromisowa w swej nikczemności kampania propagandowa
obozu narodowej demokracji zakwestionowała prawo demokratycznie
wybranego prezydenta RP Gabriela Narutowicza do pełnienia
urzędu. Tę kampanię zwieńczyło zamordowanie prezydenta przez
Eligiusza Niewiadomskiego, znanego malarza, skądinąd fanatycznego
i niezrównoważonego zwolennika endecji.
Mord potępiły wszystkie partie polityczne, a Sejm wybrał
- tymi samymi głosami - nowego prezydenta, Stanisława Wojciechowskiego.
Jednak emocje, które towarzyszyły zabójstwu Narutowicza,
nie znikły. "Wszystkie ponownie wypłynęły na powierzchnię
- pisze Watt - gdy 29 grudnia 1922 r. Niewiadomski stanął
przed sądem oskarżony o morderstwo. Zamachowiec korzystał
ze wszystkich okazji, by wygłaszać długie przemówienia, w
których wychwalał nacjonalizm i oskarżał Piłsudskiego o zaaranżowanie
wyboru Narutowicza przy pomocy dekadenckich i nielojalnych
mniejszości narodowych. W trakcie procesu, stojąc przed sędziami,
Niewiadomski przybierał pozę człowieka samotnego, dumnego
i odważnego. Wielu Polaków nie uważało go za fanatyka i mordercę,
tylko za człowieka honoru, który poświęcił się z pobudek
patriotycznych".
Wszyscy sympatycy Niewiadomskiego byli związani z endecją,
ale było ich wielu i ich opinie słychać było coraz częściej.
W prawicowych gazetach ukazywały się długie i pozytywne życiorysy
Niewiadomskiego.
Znaczna część opinii publicznej prędko zdołała zapomnieć,
że Niewiadomski "z zimną krwią zamordował człowieka godnego
szacunku i podziwu. Dla wielu stał się bohaterem". 31 stycznia,
po wyroku - prezydent Wojciechowski nie skorzystał z prawa
łaski - Niewiadomski został rozstrzelany. "Do końca - pisze
Watt - zachowywał się w teatralnym stylu: trzymał w ręku
różę i nie zgodził się, by zawiązano mu oczy. >Zachowam spokój
- powiedział. Strzelcie mi w głowę i w serce. Umieram dla
Polski, którą Piłsudski zniszczył <".
"Prawica - pisze Watt - zmieniła pogrzeb Niewiadomskiego w wielkie wydarzenie
polityczne, z przemówieniami i sztandarami. Demonstracje podziwu dla mordercy
ze strony różnych przedstawicieli prawicy nie skończyły się wraz z jego pogrzebem.
W ciągu następnych kilku miesięcy rodzice ponad trzystu dzieci nadali im na
cześć zabójcy rzadkie imię Eligiusz. Jego grób stał się czymś na kształt kaplicy
polskiego nacjonalizmu".
Historia mordu Narutowicza i apoteozy Niewiadomskiego układa
się w swoistą przypowieść o polskich skazach - zwyrodniały
patriotyzm może prowadzić do zamachu na instytucje demokratyczne,
do pogardy dla reguł państwa prawa, do zbrodni, wreszcie
do otoczenia mordercy kultem i uwielbieniem. Warto przeto
stale pamiętać, że tradycja polskiej bezkompromisowości ma
i taką twarz - fanatyczną i nikczemną. Ta wiedza musi być
składnikiem elementarza polskiej świadomości historycznej.
IV.
Tym bardziej że ten bezkompromisowy, zdegenerowany patriotyzm
miewał swoje konsekwencje międzynarodowe.
Podczas konferencji wersalskiej nasza delegacja musiała skonfrontować
się z nieżyczliwym Polsce premierem Wielkiej Brytanii. Lloyd
George "nie ufał - pisze Watt - w zdolność Polaków do
rządzenia sobą, a tym bardziej innymi". Nie był wrażliwy
na "legendarny polski urok", zwłaszcza na urok
Paderewskiego. "Żądania polskie uważał zwykle za ekstrawaganckie
i ze swoistą przyjemnością odrzucał je jako niedopuszczalne".
Zauważał złośliwie, że Polacy "nie mają zrozumienia
dla organizacji... nie są zdolni do przewodzenia i rządzenia.
Ich premier to pianista, a ich prezydent to idealista bez
żadnych praktycznych pomysłów".
To Lloyd George zablokował polskie aspiracje do Śląska. Stwierdziwszy,
że na Śląsku mieszka ponad 2 mln Niemców, określił to jako "ziarno
przyszłej wojny". Zadał "budzące lęk" pytanie:
czy w chwili buntu Niemców przeciw polskiej władzy Francja,
Wielka Brytania i Stany Zjednoczone "rozpoczną wojnę
w obronie polskiej władzy nad nimi?".
Opinie i sceptycyzm brytyjskiego premiera były zaraźliwe.
Woodrow Wilson, życzliwy Polsce prezydent Stanów Zjednoczonych, "stopniowo
zbliżał się do Lloyda George'a; czuł się rozczarowany postawą
Polaków, zwłaszcza gdy nabrał przekonania, iż sprzymierzeńcy
zostali nabrani w kwestii armii Hallera". Armia Hallera
- uformowana i uzbrojona pod francuskim protektoratem - została
zobowiązana, że nie będzie uczestniczyć w zbrojnym konflikcie
polsko-ukraińskim. Wbrew tym ustaleniom i polskim zobowiązaniom
to właśnie armia Hallera przesądziła o polskim sukcesie militarnym
w Galicji Wschodniej.
W tym kontekście - stosunku do mniejszości narodowych - pojawiła
się sprawa antysemityzmu. W brytyjskich gazetach ukazywały
się liczne artykuły - zwykle autorstwa Israela Cohena, działacza
syjonistycznego - w których opisywano konkretne przypadki
zdarzeń "pogromowych". W tej sytuacji amerykański
dyplomata Stephen Bonsal otrzymał polecenie wysondowania
Dmowskiego w sprawie jego poglądów na kwestię żydowską. "Dmowski
- pisze Watt - był całkiem szczery. Od wielu lat twierdził,
że w Polsce musi powstać własna, etniczna - czyli nieżydowska
- klasa kupców i ludzi wolnych zawodów". W rozmowie
z Bonsalem oświadczył, że Żydzi "stanowią co najmniej
10 proc. ludności, a moim zdaniem to co najmniej o 8 proc.
za dużo. Gdy w jakimś miasteczku żyje tylko niewielka grupka
Żydów, to jeśli nawet są chciwymi kupcami lub lichwiarzami,
jak to często bywa, wszystko toczy się gładko; jeśli jednak
pojawią się następni, a tak się z reguły dzieje, zaczynają
się kłopoty i niekiedy dochodzi do pogromów... Jeśli nie
narzucimy im szybko odpowiednich ograniczeń, wkrótce wszyscy
nasi prawnicy, lekarze i kupcy będą Żydami".
Szczerość Dmowskiego była zarówno godna podziwu (co do intencji),
jak i ubolewania (co do skutków). Polski polityk rozmawiał
przecież z dyplomatą amerykańskim, a nie hitlerowskim. W
czasie konferencji wersalskiej język rasistowskich ustaw
norymberskich nie był jeszcze w powszechnym użyciu. Toteż
za szczerość Dmowskiego Polska zapłaciła wysoką cenę: "Rada
Czterech - pisze Watt - postanowiła zmusić Polskę do podpisania
traktatu chroniącego Żydów i inne mniejszości narodowe".
Polacy - całkiem zasadnie - uznali to za afront, lecz pod
przymusem Rady Czterech podpisali te traktaty. Szkoda tylko,
że słusznie krytykując je później, tak łatwo zapomnieli,
komu je zawdzięczają.
Mało tego - Lloyd George zakwestionował polskie dążenie do
wcielenia Gdańska i przeforsował dlań status "wolnego
miasta" pod protektoratem Ligi Narodów związanego z
Polską tylko unią celną. Wzbudziło to sprzeciw Paderewskiego,
który - pisze Watt - "występując przed Radą Czterech,
gorzko narzekał na to, jak alianci traktują Polskę. Mówił,
że jeśli Polacy nie dostaną tego, czego się domagają, w rozpaczy
mogą ulec bolszewizmowi. Moi rodacy - mówił Paderewski -
nie wierzą teraz nikomu, ponieważ zapewniałem ich, i to z
wielkim naciskiem, że dostaną to, co zostało im obiecane.
Jeśli teraz coś zostanie im odebrane, stracą całe zaufanie
do przywództwa. Stracą wiarę w wasze przywództwo ludzkości
i wybuchnie rewolucja".
Ten rodzaj argumentacji okazał się całkowicie chybiony. Replikując
natychmiast Paderewskiemu, Lloyd George zauważył, że "przyszła
pora, by mówić bez ogródek. Kim byli Polacy, żeby potępiać
aliantów? W czasie wojny Polacy, jeśli w ogóle walczyli,
to z reguły po stronie niemieckiej. Alianci nie składali
wtedy Polakom żadnych obietnic dotyczących granic. Nie było
zresztą żadnego powodu, by coś im obiecywać. Zaledwie pięć
lat temu Polacy stanowili podbity naród bez żadnych perspektyw
na odzyskanie wolności, a już na pewno nie dzięki własnym
wysiłkom... Zdobyli wolność za sprawą półtora miliona zabitych
Francuzów, miliona Anglików, pół miliona Włochów i nie pamiętam
już ilu Amerykanów... Polska zdobyła wolność nie dzięki własnym
staraniom, lecz dzięki krwi przelanej przez innych, a teraz
nie tylko nie okazuje wdzięczności, ale opowiada, że straciła
zaufanie do ludzi, którzy wywalczyli jej wolność!".
Następnie Lloyd George wspomniał o "polskiej zachłanności". "Ten
naród - mówił - który zawsze twierdził, że domaga się tylko
niepodległości", teraz chce zagarnąć "trzy i pół
miliona mieszkańców Galicji". Polska z innymi państwami
Europy Środkowej - konkludował brytyjski premier - "serwuje
aliantom przykry spektakl aneksji terenów innych narodów
i narzucania im takiej samej tyranii, jaką sama znosiła przez
lata".
Brytyjski premier w zacietrzewieniu pomylił najpewniej Galicję
polską z hiszpańską - jego sąd nie wskazywał na dobrą znajomość
realiów. Jego słowa były tyleż brutalne, co niesprawiedliwe.
Na szczęście jednak po stronie polskiej nie znalazł się wtedy
komediant pełen kompleksów, który, szukając aplauzu wśród
rodaków, zadeklarowałby: "Gdańsk albo śmierć!".
Wtedy polskie elity polityczne rozumiały jeszcze, że ze sprzymierzeńcami
- nawet aroganckimi i trudnymi - nie należy rozmawiać językiem
wojny...
Dlatego konferencja wersalska skończyła się w sumie polskim
sukcesem.
V.
W ogóle w swym pierwszym czteroleciu Polska odniosła wiele
sukcesów - od zwycięstwa w wojnie z bolszewikami poczynając,
na integracji państwa i uchwaleniu konstytucji kończąc. Jednak
i kłopotów nie brakowało. Przyczyną ich był - zdaniem Watta
- "chaotyczny, egoistyczny i często skorumpowany styl
uprawiania polityki". Doświadczenie demokratyczne Polaków
ograniczało się do odległej tradycji burzliwych sejmików
szlacheckich, często zrywanych przez przekupionych warchołów. "Sejm
w odrodzonej Polsce zachowywał się podobnie. Posłom brakowało
umiejętności osiągania kompromisu. Widać było taką samą niechęć
do dzielenia się władzą, jaka w przeszłości powodowała osłabienie
polskich królów. Politycy wyraźnie unikali wspólnego działania,
nawet w obliczu narodowej katastrofy, a także wykazywali
egoizm, typowy - obok wielu szlachetniejszych cech - dla
dawnego polskiego ziemiaństwa. (...) Polityczne obyczaje
zostały zakonserwowane niczym muchy w bursztynie, co bardzo
zaszkodziło nowej Polsce".
Dalej zaś amerykański historyk pisze: "Z pewnością nie
wszyscy politycy byli skorumpowani, ale niewątpliwie korupcja
stanowiła poważny problem polskiej klasy politycznej. Polską
tak długo rządziły obce państwa, że Polacy przyzwyczaili
się uważać każdy rząd za ciało obce i wrogie, a jego oszukiwanie
uznawali za patriotyczny obowiązek. To nastawienie nie znikło
po odzyskaniu niepodległości; przeciwnie, uległo wzmocnieniu
wskutek pojawienia się wielu okazji do korupcyjnych praktyk".
Jakie były mechanizmy korupcji? Najprostszą drogą były koncesje
importowe, gdyż rząd chciał kontrolować całą gospodarkę.
Kto uzyskiwał koncesję, stawał się bogaty. "Partia polityczna
- pisze Watt - która kontrolowała ministerstwo wydające koncesje,
mogła wynagradzać swych zwolenników w bardzo konkretny sposób.
W każdym rządzie wszystkie większe partie domagały się kontroli
nad takimi ministerstwami, te zaś szybko zamieniały się w
bastiony klientelizmu i protekcji. Ministrowie często uważali
się nie za członków rządu, lecz za obrońców partyjnych przywilejów".
Partie bywały nader pomysłowe w swych operacjach finansowych.
W 1921 r. - pisze Watt - "członek PSL Piast został prezesem
rządowej komisji ds. reformy rolnej. Sprawował nadzór nad
wykupem przez państwo majątku Dojlidy na Pomorzu. Niedługo
potem wyraził on zgodę na sprzedanie majątku Bankowi Ludowemu
za okazyjną cenę 75 mln marek. Bank należący do PSL Piast
natychmiast sprzedał majątek za cenę pięć razy wyższą, niż
sam zapłacił". Gdy sprawa oszukańczej transakcji stała
się znana, powszechne zdziwienie wzbudziła rola PSL Piast,
gdyż "nikt nie podejrzewał, że w tej chłopskiej partii
byli ludzie zdolni do skomplikowanych szalbierstw finansowych".
Najwyraźniej polski szlachcic - po raz kolejny - nie docenił
talentów polskiego chłopa. Natomiast - zauważa Watt - "samo
oszustwo nie wywołało większego poruszenia".
Okazję do korzyści dawały też dzierżawy państwowej ziemi
i lasów, dostawy dla wojska oraz koncesje na handel tytoniem
i alkoholem. "Korupcja w sprawach związanych z kontraktami
rządowymi i koncesjami - pisze Watt - była tak nagminna,
że żadna partia nie mogła domagać się uporządkowania sytuacji
w ministerstwie kontrolowanym przez inną partię, ponieważ
naraziłoby ją to na odwet".
Posłowie nierzadko wymuszali usługi od ministrów, szantażując
ich interpelacjami poselskimi.
"W Polsce nie istniała tradycja - pisze Watt - uczciwości i sprawności
służby publicznej. W instytucjach państwowych (np. koleje, poczta, fabryki
broni) na każdym poziomie pracowało zbyt wiele osób. Biurokracja rozrastała
się wskutek zatrudniania protegowanych rozmaitych polityków. Korzystanie ze
stosunków i klientelizm stały się cechami polskiego systemu politycznego. Przeciętny
obywatel, a na pewno przedsiębiorca, był przekonany, że bez znajomości politycznych,
a tym samym łapówek, nie załatwi niczego w żadnym ministerstwie".
W tej sytuacji niewielka była wiarygodność sądów w sprawach
skorumpowanych polityków, natomiast "dziennikarze, równie
zaciekli i stronniczy jak politycy, rzucali się na każdy
przykład nadużyć, potęgując wrażenie powszechnej korupcji".
Także Józef Piłsudski, przebywając na dobrowolnym wygnaniu
w Sulejówku, pogardzał politykami, którzy - oprócz zawsze
wiernych legionistów - "wydawali mu się bandą złodziei,
oszustów i awanturników". O konstytucji mówił "prostytuta".
Przystępując do przejęcia władzy drogą antykonstytucyjnego
zamachu stanu, deklarował: "Staję oto do walki (...)
z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii nad
Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko
o groszu i korzyści".
W maju 1926 r. Józef Piłsudski zwyciężył w walce o władzę.
Czy jednak utorował drogę do zwycięstwa nad korupcją? Dwa
lata później doszło do skandalu - ujawniono, że minister
finansów Gabriel Czechowicz przekazał znaczne kwoty pieniężne
ze skarbu państwa na kampanię wyborczą BBWR. Piłsudski oświadczył,
że uczyniono tak na jego osobiste polecenie. Od Czechowicza
zażądano wyjaśnień przed Sejmem. Piłsudski stwierdził w wywiadzie
prasowym, że Czechowicz chciał złożyć wyjaśnienia, by bronić
swego honoru, lecz on sam, Piłsudski, mu tego zabronił. "Gdzie
można znaleźć honor wśród jakichś małp?" - pytał retorycznie.
Czy ten smutny przykład korupcji politycznej osłoniętej brutalnym
językiem antyparlamentarnym nie dowodzi, że choć demokracja
przegrywała, to korupcja świetnie sobie radziła w warunkach
pogardy dla reguł państwa prawa?
Także ten niewesoły morał można wyczytać ze świetnej książki
Richarda Watta. Odniesienia tamtych konfliktów do zjawisk,
które obserwujemy dziś, narzucają się same.
VI.
Książkę Watta warto przeczytać również w kontekście toczącej
się dziś dość egzotycznej debaty na temat tzw. polityki historycznej
i sposobu badania historii najnowszej. Propagatorzy "nowej
polityki historycznej" tłumaczą nam, że ma ona służyć
przywróceniu Polakom dumy z ich przeszłości. Oni sami jednak
nie przysparzają im narodowej dumy swymi dokonaniami. Jeśli
bowiem tytułem do dumy ma być stwierdzenie, że 15 lat wolnej
Polski to czas nihilizmu narodowego i zaparcia się przeszłości
patriotycznej, to czytając te nieporadne głupstwa, mogę tylko
współczuć nowym "inżynierom ludzkich dusz", którzy
historii Polski nie znają lub ją świadomie fałszują.
Inni znowu "inżynierowie dusz ludzkich" dowodzą,
że dla rzetelnego opisu historii niezbędny jest dostęp do
materiałów aparatu bezpieczeństwa, do raportów ubeckich,
szpiclowskich donosów, nielegalnych podsłuchów w prywatnych
mieszkaniach. Trudno odmówić im skuteczności - co chwila
ujawniane są jakieś strzępy archiwów ubeckich. Nie służą
one jednak powstawaniu wartościowych prac naukowych - służą
wykańczaniu ludzi niewygodnych, co najwyraźniej nie przeszkadza
heroldom rewolucji moralnej.
Tymczasem książka Richarda Watta dowodzi, że można napisać
doskonałą książkę o najnowszej historii, o wielkości i małości
polskich losów bez posługiwania się policyjnymi donosami.
W tym celu jednak trzeba posługiwać się mądrością serca i
własną głową, a nie mózgiem ubeków.
VII.
Druga Rzeczpospolita była wielkim dokonaniem Polaków. Wielkim
postaciom tamtego czasu należy się trwała wdzięczność także
dlatego, że pamięć o II Rzeczypospolitej była łykiem autentyczności
i prawdy w zakłamanym świecie komunistycznej dyktatury.
Jednak wdzięczność nie może oznaczać bezkrytycyzmu. Tamte
lata nasycone były krytycyzmem i debatą wewnętrzną, choć
i wtedy krytyków oskarżano o jednostronność i czarnowidztwo.
W odpowiedzi na te zarzuty Antoni Słonimski napisał felieton
zatytułowany "M.Ż.G.S.R.", co było skrótem formuły: "mimo
że Gdynia się rozbudowuje". Od tego zwrotu - zauważał
sarkastycznie Słonimski - należy zaczynać każdą opinię, by
uniknąć oskarżeń o "krytykanctwo".
A przecież także "Kroniki" Słonimskiego były składnikiem
świata II Rzeczypospolitej - z tych "Kronik" wyłaniał
się przecież kraj pasjonujący, pełen niełatwych konfliktów,
ale i pełen nadziei.
Dowodzą tego zresztą i inne świadectwa tamtego czasu: Wincentego
Witosa i Romana Rybarskiego, Stanisława Strońskiego i Mieczysława
Niedziałkowskiego, Stanisława Cata-Mackiewicza i Henryka
Dembińskiego, Adolfa Bocheńskiego i Melchiora Wańkowicza,
Marii Dąbrowskiej i Ksawerego Pruszyńskiego. Warto, naprawdę
warto pochylić się nad tymi korzeniami naszej współczesności.
Wtedy dzisiejsze fobie, kompleksy i paskudztwa łatwiej zrozumieć.
Książka Richarda Watta jest dobrą odtrutką na pomysły i praktyki
nowych odkrywców glorii polskich dziejów i nowych adeptów
metody materializmu detektywistyczno-policyjnego. Ta książka
- wolna od megalomanii, nieuctwa i fałszerstwa - udowadnia,
że tylko prawda jest ciekawa, a polski czytelnik ma prawo
do dumy z tej nieskłamanej historii.
Ma on również okazję do namysłu...
Richard M. Watt: "Gorzka chwała. Polska i jej los 1918-1939".
Tłum. Piotr Amsterdamski. Przedm. Norman Davies. Wyd. Andrzej
Findeisen - A.M.F. Plus Group, Warszawa 2005
|