Lęk rozbrojony
Agata Tuszynska
Gazeta Wyborcza
24 lutego 2006
Po latach życia w schizofrenicznym rozdwojeniu,
napisałam "Rodzinną historię lęku". Przestałam
się ukrywać. I - nic złego się nie stało. Nikt nie rzucił
we mnie kamieniem. Nie wyrysował gwiazdy Dawida na szubienicy
na drzwiach mojego mieszkania. Nikt nie odwrócił się ode
mnie. Przeciwnie.
Bałam się tej książki. Długo nie dotykałam słowem rodzinnej
tajemnicy. Minęły lata, zanim zdecydowałam się ujawnić światu
straszną, jak sądziłam, prawdę: moja mama jest Żydówką.
Dowiedziałam się o tym mając lat 18. Niczego nie przeczuwałam,
nie umiałam czytać znaków. Zapachu czosnku nie kojarzyłam
z niczym podejrzanym, podobnie jak smaku słodkiej marchewki
z rodzynkami. Wigilijny karp w galarecie nie miał obcego
rodowodu. Nie widziałam semickich rysów mojego dziadka i
jego sióstr. Nie wiedziałam, jak "powinni" wyglądać
Żydzi.
Uznałam natomiast, że musiał istnieć jakiś ważny powód, dla
którego zatajono przede mną informację o moim pochodzeniu.
Coś musiało w nim być, czym nie należało się chwalić, jakaś
wina czy skaza, coś z czego nie wolno było być dumnym.
Mama milczała. Nie mówiła o rodzinnej Łęczycy, o tym, jak
przeżyła wojnę ani jak zginęła jej matka, moja babka. Nigdy
nie słyszałam w domu słowa "getto" ani "aryjska
strona". Ale milczał też ojciec, potomek polskiej rodziny
z Łodzi, wnuk i syn kolejarzy. W moim domu nie pielęgnowano
przeszłości.
Skoro tak, więc i ja powinnam dotrzymać sekretu. Bycie Żydem
wydawało mi się upokorzeniem.
Moja rodzinna historia wyrosła z lęku, z lęku polskich Żydów,
którzy przeżyli wojnę, z lęku "innych", z lęku
tych, dla których zbudowano Treblinkę.
Niełatwo było ją opowiedzieć. Rozliczenie z własnym życiem
dotykało bliższych i dalszych członków mojej rodziny. Było
też sprzeniewierzeniem się ich milczeniu. Konfrontacja mojego
spojrzenia z ich własnym wizerunkiem nie odbyła się bez konfliktów,
podobnie jak zderzenie dwu wątków - polskiego z żydowskim
w mojej genealogii. Często pytałam siebie samą o granice,
których nie wolno przekroczyć. Odpowiedzią na wszelkie wątpliwości
stała się prawda. Moja prawda.
Czy tylko moja?
11 marca 2005 na spotkaniu promocyjnym "Rodzinnej histori
lęku" w Warszawie Ryszard Kapuściński powiedział, że
tożsamość to jedno z najważniejszych zagadnień przełomu XX
i XXI wieku, wielki i aktualny temat współczesnej literatury.
Po latach życia w schizofrenicznym rozdwojeniu, napisałam
"Rodzinną historię lęku". Przestałam się ukrywać. I - nic
złego się nie stało.
Nikt nie rzucił we mnie kamieniem. Nie wyrysował gwiazdy
Dawida na szubienicy na drzwiach mojego mieszkania. Nikt
nie odwrócił się ode mnie.
Przeciwnie.
Późną jesienią zeszłego roku wybrałam się z "Rodzinną
historią lęku" w objazd po Polsce. Odwiedziłam jedenaście
miast, od północy do południa, z zachodu na wschód, przez
Łódź, Toruń, Gdańsk do Poznania, Wrocławia, Krakowa, Katowic,
Lublina i Zamościa. W sumie dwanaście spotkań (w Lublinie
dwukrotnie) w centrach kultury, bibliotekach, księgarniach.
Przychodzili ludzie w wieku moich rodziców i dziadków, młodzież
licealna i studenci, trzydziesto- i czterdziestolatki, wykształceni
bardziej lub mniej, z tytułami i bez matury, ubrani lepiej
lub gorzej. Więcej kobiet niż mężczyzn. W sumie kilkaset
osób, z różnych środowisk, wrażliwości, historii. Znaleźli
się tam dobrowolnie i z własnej woli.
Te spotkania są dla mnie ważnym dopełnieniem książki. Dały
mi siłę i nadzieję, że Polska światła i tolerancyjna przewyższa
zaściankową i ksenofobiczną, chorą na chamstwo, moralną ortodoksję
i antysemityzm. Dwa niechętne Żydom komentarze zgasły wobec
reakcji sali, zginęły w setkach innych głosów, którym moja
historia dała przyzwolenie pójścia śladami własnej przeszłości.
Polski antysemityzm zawsze będzie mnie bolał, choć nie jest
niczym szczególnym w świecie. Boli bardziej, bo własny, bo
dotyczy sąsiadów. Mnie dotyczy. Paradoksalnie po publikacji "Rodzinnej
historii" objawy tej choroby na razie się wobec mnie
nie ujawniają.
I.
Żadna z poprzednich moich książek nie doczekała się takiego
odzewu. Żadna nie pozwoliła mi tak blisko poznać moich czytelników.
Dotychczas rozwiązywałam zagadki cudzych biografii. Przypadkami
cudzych losów starałam się odpowiedzieć na nurtujące mnie
pytania: o granice sztuki i życia z findesieclową aktorką
Marią Wisnowską, o siłę trwania i pokonywania siebie Ireny
Krzywickiej, o tożsamość osobistą i literacką żydowskiego
pisarza noblisty Isaaca Singera. Biograf odpowiada za portrety
swoich bohaterów, ale nie stwarza ich życia. Patrzy na nich,
uważnie patrzy, docieka, interpretuje, czasem otwiera niedostępne
innym rejony. Jednak zawsze bohaterowie stanowią dla autora
tarczę.
Pisanie o sobie stało się dla mnie szczególnym wyzwaniem.
Ostrze skalpela wytrenowane na innych skierowałam na siebie
i własną rodzinę. Dziewczynka z polskiego domu ubierająca
choinkę i dzieląca się opłatkiem przekształca się w wyniku
męczącego i długotrwałego procesu w córkę Żydówki. Otwarcie
sekretu, który stanowił niejako o mojej tożsamości i opowiedzenie
o nim w książce, było dość drastycznym wyjściem z samotności
prosto w światło reflektorów.
Nagle moja historia stała się własnością publiczną. Z mojego
wyboru, to prawda, ale i ku mojemu zaskoczeniu. Nie zdawałam
sobie sprawy, jak wielu ta historia dotyczy. Na różnych planach,
w różnych konstelacjach społecznych i narodowościowych. Czytelnicy
poczuli się ośmieleni do osobistej rozmowy. A i ja po raz
pierwszy w Polsce mówiłam o sobie otwarcie. Nie tylko o żydowskiej "skazie" mojego
losu, także o innych rodzinnych tajemnicach. Konfrontacja
z rodzinną legendą, zanim okrzepnie, przy żyjących świadkach,
nie ma w Polsce wielkiej tradycji.
Czytelnicy mówili o "odwadze". Że ta książka jest
gestem odwagi. Odpowiadałam, że odwagę rozumiem inaczej.
To była wewnętrzna konieczność, przymus, siła, której nie
mogłam i nie chciałam się oprzeć. Musiałam to opowiedzieć,
bo sekret mnie dławił i uniemożliwiał życie. Odwaga, w moim
pojęciu, należy do czasów wojny. Ci, którzy ratowali Żydów
byli odważni.
Dlaczego, pytali, pytali przyjaźnie i z szacunkiem, dlaczego
zdecydowałam się przyznać, że mam po matce żydowską krew.
Zwróciłam uwagę na to sformułowanie powtarzające się zresztą
powielekroć. W Polsce do żydostwa trzeba się "przyznać",
jak do czegoś wstydliwego, kompromitującego może, jak do
choroby albo słabości. Przyznać się można do kradzieży w
supermarkecie, odpowiadałam. Ale trudno było nie zauważyć
tego językowego przyzwyczajenia. Nie w tolerancji tkwi jego
źródło. To raczej wyznanie, tłumaczyłam, przełamanie milczenia.
Bo rdzeniem żydowskiej tożsamości w Polsce było milczenie
o niej.
Musiałam rozliczyć przeszłość w imię dalszego trwania. Nie
dawałam sobie rady z podwójnością i ukrywaniem się. Chciałam
się uwolnić od lęku. Nie chciałam się już bać. Po to napisałam
tę książkę.
Nie obawiałam się już niczego. Cóż takiego mogło mnie spotkać
po latach lęku? Obelga, oskarżenie, szyderstwo? Nie jest
w stanie mnie dotknąć.
II.
Pisałam dla siebie. Najpierw dla siebie. Żeby odbudować brakujące
fragmenty mojej przeszłości. Stworzyć zamilczaną rodzinę,
dać jej prawo życia we mnie, w końcu opowiedzieć o niej światu.
Komu stała się bliska ta historia? Oczywiście tym wszystkim,
którzy dzielą podobny los, obarczonym podwójnym dziedzictwem
polskim Żydom. Przegląda się w nim zarówno pokolenie okupacyjnych
dzieci, jak moja mama, ukrywanych w szafach, skrytkach i
na strychach, żyjących na aryjskich papierach także długo
potem, kiedy skończyła się wojna. Są i ich potomkowie - zwani
niekiedy drugim pokoleniem Dzieci Holocaustu, moi rówieśnicy,
którzy przenieśli lęk pod skórą, wyssali go z mlekiem żydowskich
matek, okupacyjnych sierot. Jednak także ich polscy sąsiedzi,
Polacy, dla których polsko-żydowskie współistnienie miało
znaczenie we wspólnej historii, którzy za wielokulturowością
tego kraju tęsknią, rozumieją, co stracili, co im, nam wszystkim
odebrano. Dla nich ta polsko-żydowska saga jest dopełnieniem
ich polskiego pejzażu.
Na spotkania przychodzą też ci, w czyich rodzinach cokolwiek
zatajano - pochodzenie, mezalianse, złe skłonności. - Pani
myśli, powiedziała mi młoda dziewczyna, że bycie pół-Żydem
jest najgorsze, proszę mi wierzyć, nie była Pani pół-Cyganką.
Dziewczyna mieszka w największym polskim mieście, a jej koledzy
kształcą się na prestiżowych uczelniach. Inni - a więc i
geje, którzy doświadczyli odrzucenia, upokorzenia z racji
tego, kim są. Ci, którzy żyli w cudzej skórze, którym świat
- dom, środowisko, miasto, kraj - nie pozwalał być tym, kim
byli.
Najbardziej uważnie słucha młodzież. W lubelskiej bibliotece
grupa licealistów zajęła całą podłogę, wszystkie miejsca
między krzesłami. Mówiłam o poszerzaniu przestrzeni pamięci
poprzez sztukowanie jej historią rodzinną, indywidualną,
własną. Zbierajcie opowieści znad wigilijnego stołu, z wypraw
na cmentarz w dniu Wszystkich Świętych. Pochylcie się nad
pradziadkiem i jego medalami, zapiszcie przepisy babci na
piernik i uszka. Spróbujcie wypytać mamę o jej szkolne koleżanki,
a wuja o więzienie i listy stamtąd. Zapamiętajcie widok z
okna i podwórko ze studnią.
Rozmawiając z młodzieżą mam wrażenie, że jeszcze wszystko
można w nich zmienić, wszystko wyjaśnić. Nauczyć nie tylko
historii, także tolerancji. Bo inny nie musi znaczyć obcy.
Obcy nie musi znaczyć daleki. Chciałabym sprawić, by w wielości
znajdowali inspirację i siłę.
Szukają własnego miejsca w kalejdoskopie plastykowej rzeczywistości.
Warto dać im oparcie w pamięci i bezpieczeństwo w historii.
To o mnie, to moja historia - słyszę znowu. Wielu jeszcze
milczy. Ciągle nie wiedzą, jak otworzyć tajemnicę. Nie czują
się na siłach. Obezwładnia ich pieczęć rodzinnego milczenia,
nie umieją jej przełamać. Często za późno na pytania, wyjaśnienia.
Nie wiedzą, jak żyli, jak wyglądali, jak jedli i kim byli
ich przodkowie. Czasem jeszcze próbują, sztukują, grzebią
w resztkach. Zwykle nie ma już nic.
Moja książka nie należy już do mnie. Posłana w świat, żyje
sama. Czasem jak lustro, czasem jak cień, odbicie, przypomnienie,
powrót w przeszłość. Dla jednych jest echem domu sprzed zagłady
lub portretem ojca, dla innych - sekwencją nieznanych fotografii,
znakiem walki o godność wobec choroby i śmierci.
Długotrwały lęk przed wydziedziczeniem przerodził się we
wsparcie ze strony czytelników. Mój gest wyznania stał się
dla nich zachętą do zajrzenia w głąb własnych rodzin, pomocą
w porządkowaniu genealogii.
Nikogo nie prosiłam o zwierzenia, same przyszły. W rozmowach
i listach, mailach i telefonach. Z Polski i Ameryki, z Izraela,
Szwecji, Francji, Kanady, niekiedy po raz pierwszy wyrażone
w słowach. Czasem nigdy dotąd nie wypowiedziane.
III.
Pamięć i przeszłość nas tworzą. Czy tego chcemy, czy nie.
Jakkolwiek o tym myślimy lub nie myślimy. Tak jest. Milczenie
tego nie przekreśli. Sekret nie odbierze.
Dążenie do określenia własnej tożsamości - pisał Kapuściński
- pomaga ustanowić ład w sobie. Uświadomienie sobie, kim
jesteśmy, jakkolwiek jest trudne, staje się kompasem wszelkiego
działania. Tworzą nas pokolenia prapradziadków, ich losy,
domy, obrazy, bagaże, to, kim jesteśmy, zależy od tego, kim
oni byli, co robili, skąd przyszli, czym się zajmowali, jakie
portrety wieszali nad stołem, w jakim języku i do jakiego
Boga się modlili. O czym marzyli i jak budowali własne życie.
Oni nas tworzą, pokolenia nieobecnych, po których dziedziczymy
talenty i słabości, kolor oczu czy włosów, przywiązanie do
ziemi lub wody. Nie da się ich wykluczyć z naszego losu,
nie można im odmówić obecności i wpływu, a więc i prawa głosu.
Słuchajmy ich. Póki jeszcze można, zadawajmy pytania, opisujmy
stare fotografie, szukajmy grobów. Dopóki jest kogo pytać.
Pytajmy.
Najbardziej niezwykłe spotkanie miałam w Zamościu, w wielkiej
renesansowej synagodze. Zapadał zmrok, wnętrze oświetlały
migocące świece. Było zimno, było uroczyście. Czułam ciężar
i siłę żydowskiej obecności w tym gmachu. W podobnych modlili
się przodkowie mojej mamy. Stali teraz za mną. Mówiłam o
nich i do nich. Ja, córka żydowskiej matki i polskiego ojca,
w żydowskiej bóżnicy przed polską publicznością, która przyszła
do tego miejsca dobrowolnie na spotkanie ze mną. Na sali
byli młodzi i starsi, chłop z pobliskiej wsi pamiętający
żydowskich sąsiadów przed wojną. Wasze ulice, nasze kamienice,
mówili - przypomniał. I on siedział i słuchał i był przyjazny.
Przyszli uczniowie i ich nauczyciele. Znalazł się też Izraelczyk
ze swoją dziewczyną, która właśnie odkryła w rodzinnym milczeniu
żydowskie ślady. I kiedy pewien dziennikarz z lokalnej gazety
zakwestionował istnienie antysemityzmu w Polsce, sala spontanicznie
ruszyła do walki. Usłyszałam zdania, jakich nie spodziewałam
się usłyszeć w niewielkim miasteczku na Lubelszczyźnie. O
tym, że ich antysemityzm boli, że wstydzą się czasami własnej
polskości, kiedy zdarza im się konfrontacja z agresywną antyżydowską
wypowiedzią.
Niedaleko zamojskiej synagogi stoi dom Bolesława Leśmiana.
Musiał nas słyszeć.
Pytanie, na które odpowiadałam najczęściej: jak żyją we mnie
polskość i żydowskość. Która część jest ważniejsza? Jak możliwe
współistnienie?
Polska jest we mnie językiem i kulturą, żydostwo cierpieniem
i tragedią zagłady.
Polska jest moją ojczyzną, bo mój ojciec jest Polakiem. I
dlatego, że moi żydowscy przodkowie wybrali Polskę za swój
kraj. Na tej ziemi chcieli budować swój los. I przez kilkaset
lat budowali. A skoro ta garstka ocalonych zdecydowała po
wojnie, że tutaj zostaną nie wolno im pozwolić się bać. Zostali,
bo wrośli w tą glebę. Zostali bo ich ojczyzną stał się polski
język, bo wierzby i sosny, piasek i Wisła, bo duchowe i inne
pejzaże.
Jestem spadkobierczynią ich wyboru.
Dom to miejsce, gdzie nie trzeba się bać. Dlaczego napisałam
tę książkę? Bo nie chcę się dłużej bać w Polsce. W moim domu.
Musiałam do tego dojrzeć. Należenie do obu tych światów wydaje
mi się szczególnym przywilejem.
Agata Tuszyńska - pisarka, reporterka, poetka, biografistka. Autorka
biografii Marii Wisnowskiej, Isaaca Bashevisa Singera, Ireny Krzywickiej, prof.
Hilarego Koprowskiego. Pedagog. Wykłada literaturę faktu i sztukę wywiadu na
Uniwersytecie Warszawskim oraz historię mniejszości narodowych w Europie Centralnej
na University of Toronto.
Agata Tuszyńska
|