Przemiany Adama Michnika
Tomasz Wołek
Gazeta Wyborcza,
3 marca 2006
Nie wiem, dokąd zaprowadzi Adama Michnika ewolucja, którą
próbowałem wyczytać z kart jego książki "Wściekłość
i wstyd". Może paradoksalnie zawróci go do punktu
sprzed prawie dwudziestu lat, kiedy tak pisał o swoim
przeznaczeniu: "Masz dochować wierności sprawom
przegranym, mówić rzeczy nieprzyjemne, budzić sprzeciw.
Masz zbierać cięgi od swoich i obcych.
Siędę sobie na przychaciu,
Będę patrzył, jak przyjaciół
Pozamieniał czas
Jan Krzysztof Kelus
Wściekłość i wstyd" - taki intrygujący tytuł dał Adam
Michnik swej najnowszej książce. Jakież tam furie, jakież
tam pasje muszą się kłębić, jakież namiętności kotłować!
- myślałem, biorąc ją do ręki. I owszem: temperament autora
nie opuścił, ostre pióro nie stępiało. Lecz zarazem w jego
wywodach pojawił się ton nowy.
Mimo iż to zbiór szkiców z lat 1993-2004 (jeden z 1987 r.),
Michnik rzecz starannie, w sposób przemyślany, skomponował.
Dzięki temu rozproszone, nieco przykurzone eseje odzyskały
świeżość i sens głębszy, nie zawsze tak oczywisty przy pierwszym
czytaniu. Te eseje odżyły. Tak jakby powstała książka niemal
zupełnie nowa.
Wbrew tytułowi wściekłości w niej niewiele. Nawet stanowcza
niezgoda wobec kłamstwa czy ignorancji przyprawia autora
raczej o smutną zadumę zaprawioną goryczą, jaką zsyła doświadczenie
wieku dojrzałego.
"Wściekłość i wstyd" to fascynująca próba rekonstrukcji drogi, jaką
Michnik przebył od wczesnych lat 60. po dziś. Dojmująco szczery zapis ewolucji
jednego z koronnych - w przenośni, ale i dosłownie - świadków i współtwórców
polskiej historii współczesnej.
Gentleman w każdym calu
Michnik jest w ogóle przypadkiem nietypowym - tylu wymyka
się schematom. A dla formacji lewicowej - wręcz arcynietypowym.
W przeciwieństwie do Jacka Kuronia, Leszka Kołakowskiego,
Bronisława Geremka i tylu innych - nie przeżywał rozdzierających
rozterek ani przełomów, nie występował z partii, bo nigdy
do PZPR nie należał. Nie był działaczem, aktywistą, aparatczykiem.
Czerwone harcerstwo "walterowskie" było ważnym
wprawdzie (choć nie w pełni świadomie przeżywanym), ale tylko
epizodem dzieciństwa.
Lecz fascynacje przechodził autentyczne - i "prawdziwym" komunizmem
(ze stadium "trockizującym" włącznie), i "socjalizmem
z ludzką twarzą", i "lewicą laicką" czy "demokratyczną".
Stawiam te cudzysłowy bez cienia ironii, gdyż wyborom młodego
Michnika nie towarzyszył koniunkturalizm. Przypłacał je represjami,
więzieniem.
A przecież poczuwa się do odpowiedzialności. Nie tylko za
swoje ówczesne poglądy, ale i za postawy i czyny ideowych
mentorów i politycznych przyjaciół, eksstalinowców. To zaiste
podejście godne... gentlemana.
"Michnik gentlemanem? Toż to czysta kpina!" - słyszę głosy niedowierzania.
Lecz tu nie chodzi o nienagannie zawiązany krawat (z tym byłyby pewne problemy...)
ani o wykwintne maniery w salonie. Michnik jest gentlemanem w niepomiernie
głębszym sensie - tak jak to pojmował William Faulkner: "Gentleman nigdy
nie zapomina swej przeszłości. Potrafi przeżyć wszystko. Potrafi wszystkiemu
spojrzeć w oczy. Gentleman przyjmuje odpowiedzialność za swoje czyny i bierze
na swoje barki ciężar ich konsekwencji, nawet jeśli sam nie był inicjatorem
tych czynów". Wedle tej definicji Adam Michnik jest gentlemanem w każdym
calu.
Rozliczenie z mistrzami
Byłych komunistów dręczyło poczucie winy za grzechy młodości,
toteż ich akces - niekiedy poprzez złudzenia rewizjonizmu
- do opozycji demokratycznej był swoistym aktem pokuty. Zgadzam
się, że taka przemiana - często drogo okupiona - zasługuje
na zrozumienie i szacunek miast nieustannego wypominania
minionych przewin.
To chyba lepiej, że Leszek Kołakowski nie pozostał stalinowcem
i zajadłym antyklerykałem po wsze czasy, lecz przeszedł ewolucję,
która doprowadziła go do zaszczytu goszczenia na sympozjach
u Jana Pawła II. Ewolucję, której kamieniem milowym były "Główne
nurty marksizmu" - zdaniem Stefana Kisielewskiego najprzenikliwsza
intelektualnie demaskacja komunizmu.
To chyba lepiej - u licha! - że ktoś wydobywa się z doktrynalnego
zaczadzenia i etycznie dorasta do wysokich kwalifikacji intelektualnych.
Że ktoś - jak powiada Michnik - "budzi się do życia
w prawdzie i godności". Bo przecież mogłoby być zgoła
odwrotnie. Gdyż ludzie "bywają niekonsekwentni, zmieniają
się raz na lepsze, raz na gorsze".
"Wściekłość i wstyd" to również tytuł eseju o rewizjonizmie. "Zrodziły
go - pisze autor - wściekłość i wstyd. Wściekłość na stalinowski system, którego
było się składnikiem; wstyd za własną naiwność i fanatyczną wiarę w ideologię,
która była zespoleniem absurdu z grozą". Oczywiście, sam Michnik był co
najwyżej dzieckiem rewizjonizmu, uczniem jego najwybitniejszych "kapłanów".
Ten uczeń dostrzega i ułomności swoich mistrzów, i docenia
ich zasługi w dziele podmywania ustroju, który kiedyś współtworzyli.
Śmiem twierdzić, że nieco je przecenia. "Destrukcja ideowa
komunizmu była dziełem zbuntowanych komunistów. Ten >kościół
< mogli zniszczyć od wewnątrz tylko heretycy, nigdy zaś -
innowiercy".
Zgoda - od wewnątrz. Ale to nie wystarczyło. Trzeba go było
kruszyć - równolegle - również "z zewnątrz". I
tak spokojna nieugiętość prymasa Stefana Wyszyńskiego, mądra
ironia Kisiela, szydercza finezja Leopolda Tyrmanda, dumna
wzgarda Zbigniewa Herberta, zabójczy dowcip Janusza Szpotańskiego, "obrona
czynna" Wiesława Chrzanowskiego, postawa tylu ludzi
i środowisk z gruntu niemarksistowskich - sprawiały, iż mur
pękał "od drugiej strony". W planie szerszym równie
ważny był "wewnętrzny" Michaił Gorbaczow, jak "zewnętrzny" Ronald
Reagan. Sam autor, przyznajmy, składa hołd "tym nielicznym",
którzy "odrzucali komunizm w całej rozciągłości i od
samego początku".
Fałszywa symetria
I oto, zanim się spostrzegłem, wszedłem w polemikę z Adamem
Michnikiem. No cóż, ostatecznie spieram się z nim od ćwierćwiecza.
Razi mnie uproszczona figura "fałszywej symetrii".
Kiedy zrównuje - moim zdaniem zatracając wszelkie proporcje
- zasługi Lecha Wałęsy i... Wojciecha Jaruzelskiego w obaleniu
komunizmu. Kiedy twierdzi, iż podział "prawica - lewica" nie
odnosi się do fenomenu Komitetu Obrony Robotników - owszem,
KOR miał frakcje, ale dominanta lewicowa (Kuroń! Sam Michnik!)
była jednak niewątpliwa. Kiedy zestawia w zbyt prostej linii "patriotyczne
motywacje" płk. Ryszarda Kuklińskiego z "wyższą
koniecznością", jaką - w dobrej wierze - kierować się
mieli Gomułka, Gierek i Jaruzelski. Kiedy zrównuje "draństwa
tych z ONR i NSZ" z "tymi z PZPR, którzy służyli
dyktaturze".
Fałszywą symetrią grzeszy też historiozoficzny wywód Michnika,
w którym "zagorzałych od początku przeciwników demokracji
parlamentarnej i gospodarki rynkowej" określa on - co
prawda "symbolicznie" - mianem "konserwatysty" i "socjalisty".
Dopiero na ich tle pojawia się pozytywna sylwetka "liberała".
Pal sześć odległe czasy Edmunda Burke'a, Alexisa de Tocqueville'a,
Johna Stuarta Milla czy Ottona Bismarcka, ale jak Michnik,
już w naszej epoce, zaszufladkuje Reagana i Margaret Thatcher?
A gdzież tu miejsce dla Adama Krzyżanowskiego i Kisiela,
Aleksandra Halla i Jerzego Buzka, Jana Rokity i Bronisława
Komorowskiego? Co pocznie z fenomenem jakże konserwatywnego "chrześcijańskiego
liberalizmu" Mirosława Dzielskiego i Tadeusza Syryjczyka?
Wszystko to byli bądź są przysięgli admiratorzy i demokracji,
i wolnego rynku.
Sławi Michnik, nie bez racji, "niezwykłą intuicję, rodzaj
politycznego geniuszu" Jacka Kuronia. Owszem, jednak i komuś
tej miary zdarzały się omyłki zgoła horrendalne. Tak było
w 1982 r., kiedy odcięty od świata Kuroń wzywał zza krat
do "ataku na ośrodki władzy i centra informacji" - czyli
de facto do powstania narodowego. Szczęście, że ten apel
nie dotarł do zapalnej młodzieży. Mogłoby się skończyć niewyobrażalną
tragedią... Stwierdzenie, iż wówczas "Jacek wierzył w możliwość
prędkich rozstrzygnięć", jest eufemizmem.
Na pytanie, co nam w Polsce zagraża bardziej - fanatycznie
nienawistny integryzm, czy immoralny, cyniczny nihilizm,
Michnik odpowiada po namyśle: jednak integryzm. On bowiem
godzi w istotę polskiej demokracji, podczas gdy nihilizm
zaledwie psuje jej jakość. Rozumiem rozgoryczenie Michnika
- pisał to w 1997 r., tuż po tym, jak w obecności (kompromitująco
milczącej!) polskich hierarchów niejaki Zygmunt Wrzodak plugawił
ludzi KOR-u i opozycji, wyzywając ich od "różowych hien".
Wszelako mamy jednak wiek XXI. Grzejące się dziś w cieple
władzy imperium o. Tadeusza Rydzyka zachwieje się w posadach
i w końcu runie. Nie wiem, czy istnieje "pokolenie Jana
Pawła II", lecz nie wierzę, by zatruły je opary fanatyzmu.
Natomiast bezideowy, rozkładowy nihilizm ("wszystko
jest błotem, dobro, prawda i świętość nie istnieją, nie ma
żadnego kanonu moralnego"- trafna definicja Michnika)
jest niestety i "rozwojowy", i śmiertelnie groźny.
To on, niczym ów Herbertowski potwór, może nas "powalić
bezwładem", "udusić bezkształtem".
W obronie dobrego imienia Polski
Trzy eseje o trudnych relacjach polsko-żydowskich wystawiają
autorowi świadectwo najwyższej próby. Adam Michnik, ten "Polak
o żydowskich korzeniach", nie pozwala, by polskie grzechy
i zbrodnie (Jedwabne!) "zabliźniły się błoną podłości",
ale też nie godzi się, "by oskarżono kolektywnie o te
zbrodnie (...) naród polski". Broni Polaków przed krzywdzącymi,
niesprawiedliwymi oskarżeniami o antysemityzm, rzekomo "wyssany
z mlekiem matki". Wskazuje przykłady podłości polskiej,
ale i podłość żydowską. Przejmująco brzmią niewolne od osobistych,
rodzinnych dramatów refleksje o "komunistycznych oprawcach
o żydowskim rodowodzie", czy o "żydowskich szmalcownikach
z gestapo, którzy zadenuncjowali moich bliskich".
Tym wiarygodniej i tym donośniej rozległ się w świecie ten
ważny, z respektem słuchany głos. Powtórzę: nikt jeszcze
nie bronił dobrego imienia Polski z taką determinacją. Owszem,
mało kto miał takie prawo i taki tytuł moralny, by to czynić.
Ale też nikt przedtem z niego - w tak dobrej wierze i w takim
stylu - nie skorzystał!
Jednym z punktów zwrotnych ewolucji Michnika jest z pewnością
polemika (z 2000 r.) z najbliższym i najważniejszym przyjacielem,
Jackiem Kuroniem. Toczą spór o kierunek polskich przemian
po 1989 r., o reformy Balcerowicza, o wolny rynek, o "demokratyczny
kapitalizm". Michnik aprobuje ten historyczny zwrot; Kuroń
tkwi nadal pośród złudzeń o "robotniczym ludowładztwie" i
"samorządzie pracowniczym". To spór fundamentalny - racjonalizm
versus szlachetnie naiwny, w praktyce tak bezradny, że aż
anachroniczny idealizm. Rozbrat ideowy jest tu definitywny.
Ale za to z jakim szacunkiem i taktem dokonany! Czyż może
być hołd głębszy, złożony jakże ludzkim "intuicjom" wielkiego
przyjaciela-marzyciela, niż to określenie: "iluzja rozumu
szukającego nadziei na sprawiedliwość"?
Polityk, wielbiciel poezji
Zanurzony w polityce po uszy, Adam Michnik w istocie nigdy
nie był typowym politykiem (pomijając krótki epizod parlamentarny).
Jego osobowość i bujny temperament nijak nie mieszczą się
w schematach partyjnych, rządowych czy sejmowych.
Ktoś powie: ależ on potrafił tworzyć nowe konstelacje ("wasz
prezydent, nasz premier"), kojarzyć polityczne małżeństwa
albo doprowadzać do takichż rozwodów, brać się za bary lub
iść pod rękę z możnymi tego świata, wywierać wpływ na kluczowe
decyzje prezydentów i premierów, stąpać pewnym krokiem po
salonach władzy! Zgoda, ale to - wbrew pozorom - nie jego
żywioł pierwotny, nie jego domena egzystencjalna. A w każdym
razie - to nie cały Michnik.
Jego książka upewnia, iż to raczej ktoś z obszaru metapolityki.
To arcypolityczne zwierzę zginęłoby z głodu (i z nudy!) na
politycznej pustyni ogołoconej z orzeźwiającej umysł bujnej
roślinności - z kultury, historii, estetyki, filozofii. O
ileż uboższa byłaby polityczna refleksja Michnika , gdyby
nie czerpała z tych obfitych źródeł! To pożeracz książek,
koneser literatury, wielbiciel poezji, zamiłowany historyk.
Dogłębnie przetrawioną znajomością dzieł Romana Dmowskiego
i Jana Ludwika Popławskiego zakasowałby większość wyznawców "idei
narodowej", a wiedzą o historii Kościoła i orientacją
w zawiłościach teologicznych wprawiłby w zadumę niejednego
uczonego kapłana.
Znam sugestie, iż owe kulturalne fascynacje Michnika mają
charakter instrumentalny, że wielką poezję - Herberta czy
Ryszarda Krynickiego - odziera on z metafizyki i transcendencji,
wyławiając zeń tylko wątki polityczne. To zarzut krzywdzący.
Wraz z Michnikiem należę do pokolenia, dla którego ta poezja
(także Czesława Miłosza, Stanisława Barańczaka, Krzysztofa
Karaska, Adama Zagajewskiego czy Jacka Bierezina) była doniosłym,
estetyczno-etycznym impulsem wyborów życiowych, ideowych
i politycznych.
I niemal wszyscy szukaliśmy tam wersów krzepiących ducha,
umacniających moralnie, przydających otuchy. "Bądź wierny
Idź" - to przesłanie Pana Cogito służyło za drogowskaz
młodym niepokornym. I nie było w tym nic zdrożnego! Dopiero
z czasem - gdy wezwanie do odwagi wypełniło się czynem -
przychodziła refleksja głębsza.
Mądrość serca
W szkicu o Jacku Kuroniu Michnik przywołuje fragment owego
sławnego "Przesłania":
Ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
Zbigniewa Herberta odwiedziłem w domu w ostatnim stadium
jego choroby, właściwie już na łożu śmierci. Spośród spraw
istotnych, jakie rozważał, najgłębiej zapadły mi w pamięć
proste słowa, rodzaj testamentu: "Najważniejsza jest
dobroć".
Myślałem o tych słowach w trakcie lektury szkicu o Kuroniu.
Uderza zmiana tonu w tej eseistyce, znamienne przesunięcie
akcentów. Czytając przejmujące wspomnienie o zmarłym, najbliższym
przyjacielu, mam nieodparte wrażenie, iż bliższy przeżyciom
i wrażliwości współczesnego Michnika byłby raczej ten fragment
Herbertowego arcydzieła:
strzeż się oschłości serca kochaj źródło zaranne
ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy
światło na murze splendor nieba
one nie potrzebują twego ciepłego oddechu
są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy
I ten jeszcze:
strzeż się jednak dumy niepotrzebnej
oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz
powtarzaj: zostałem powołany - czyż nie było lepszych
Kuroniowe przymioty - "Był dobry, lojalny i odważny" -
ułożył Michnik w takiej właśnie kolejności. I ta charakterystyka: "Ciepły
i serdeczny - zawsze". Oraz: "Miał niezwykle rzadki
dar - mądrość serca".
Może z takich przemyśleń, wspartych na fundamencie papieskiego
nauczania, tak akcentującego cnotę miłosierdzia - wzięło
się to, co tylu krytyków nadal ma Michnikowi za złe: zdolność
przebaczania dawnym prześladowcom. Nie podejmuję się rozstrzygać
motywów tego aktu wspaniałomyślności. Zakładam intencje szlachetne
i dobrą wolę, choć staram się też rozumieć wątpliwości tych,
dla których pojednanie to niezupełnie to samo co zbratanie,
ostentacyjna "fraternizacja".
Konserwatywno-socjalistyczny liberał
Różnicę między paryskim i amerykańskim Majem '68 a polskim
Marcem '68 Michnik postrzega wyraźniej niż kiedykolwiek.
Nawet ówczesny "wspaniały patos" zachodnich rówieśników
nie może przesłonić bezmiaru zła i lewackiego barbarzyństwa
- "zdemolowanych uniwersytetów, zniszczonych bibliotek
(...), przemocy, terroryzmu, zbrodni politycznych".
Tamten terroryzm był wszakże zaledwie przedsionkiem piekła,
jakie naszej cywilizacji chce zgotować skrajny fundamentalizm
Osamy ben Ladena i jemu podobnych. Michnik nie przepada za "irytującym" prezydentem
Bushem. Niemniej to jego - powiada bez wahania - "będziemy
popierać w wojnie z ben Ladenem, al Kaidą i Husajnem".
To nie jest tylko jasne uznanie twardych praw geopolityki,
realizmu i polskiej racji stanu. To również niezmiernie dobitna
deklaracja ideowa oraz etyczna. Składa ją człowiek, który
nie wypiera się, że jego środowisko brało udział "w
antyamerykańskich demonstracjach 1968 roku".
"Wtedy - wspomina - definiowałem siebie jako socjalistę i człowieka lewicy".
Dziś takie formuły budzą w nim "wewnętrzny sprzeciw". Już nie chce
się przypisać do żadnej ideologii.
Kim więc jest obecnie? Czy odszukał swoje nowe miejsce w
świecie wartości, na mapie idei? Bo przecież ktoś taki nie
może popaść w zupełny ideowy niebyt, stać się "człowiekiem
bez właściwości".
Myślę, że Michnik zmierza ku jakiejś próbie syntezy. Przywołuje
znaną formułę Leszka Kołakowskiego: to ów mityczny "liberalno-konserwatywny
socjalista". Tyle że niemal każdy umysł niedogmatyczny
odnajdzie się w obrębie konstrukcji tak pojemnej. Dlatego
ważne są proporcje składników oraz ich hierarchia.
Może więc raczej: "konserwatywno-socjalistyczny liberał"?
Bo choć u Michnika czynnik "liberalny" zdaje się
przeważać, to pierwiastek "konserwatywny" wyraźnie
wzrasta, zaś wektor "socjalistyczny" jeśli nie
zanika, to kurczy się zasadniczo.
Dochować wierności sprawom przegranym
Innymi słowy, Michnik to liberał w sferze nie tylko gospodarczej
("gorący zwolennik rynku"), ale też "wolnościowej" -
przekonany demokrata, zwolennik swobód ludzkich i obywatelskich,
obrońca praw mniejszości.
To zarazem konserwatysta, który rozumie, że demokracja nieosadzona
na fundamencie trwałych wartości etycznych wyrodnieje. Który
przyznaje rację Jürgenowi Habermasowi, iż "myślenie
religijne jest dla wszystkich nieusuwalną, niezbędną korektą
myślenia laickiego w społeczeństwie, w którym nastąpił rozdział
Kościoła od państwa". Który boi się "świata bez
moralności i bez sacrum", bo wie, że "to wiedzie
ku katastrofie". Który, przy całej otwartości na świat,
zgłasza potrzebę "akcji afirmatywnej dla kultury polskiej".
Który, świadom naszych wad, chce pielęgnować najcenniejsze
wątki tradycji narodowej. Którego niepokoi nadmierna ekspansja
kapitału niemieckiego w środkowoeuropejskich mediach. Który
kanon lektur coraz chętniej wzbogaca dziełami Burke'a czy
Chateaubrianda, tych "arystokratów ducha i artystów
pióra", klasyków przenikliwej myśli konserwatywnej.
To wreszcie ktoś, kto nie tylko nie wyrzekł się swych korzeni
i własnej biografii, lecz także wcale nie zdradził młodzieńczych
ideałów - zaledwie postradał ileś złudzeń. Ktoś, kto wprawdzie
zachował "lewicową wrażliwość", lecz zarazem wie,
iż nazbyt często w praktyce pozostaje ona nadużywanym frazesem.
Ktoś, kto posiadł wyzbytą naiwności wiedzę, że choć biedzie
i społecznym oraz ekonomicznym nierównościom należy wszelkimi
siłami przeciwdziałać, to przecież z gorzką świadomością,
iż stanowią one nieusuwalny - niestety - składnik kondycji
ludzkiej.
Bismarckowi przypisuje się powiedzenie: "Kto za młodu
nie był socjalistą, ten na starość zostaje łajdakiem".
Mało znam równie powierzchownych, bałamutnych "mądrości
życiowych". A cóż począć i jak nazwać męża w sile wieku,
który wciąż pozostaje mentalnym socjałem, chlubiącym się
bezrefleksyjną naiwnością, jaka nie przystoi umysłom dojrzałym?
Nie wiem, dokąd zaprowadzi Adama Michnika ewolucja, którą
próbowałem - czy trafnie? - odczytać z kart jego książki.
Może paradoksalnie zawróci go do punktu sprzed prawie dwudziestu
lat, kiedy tak pisał o swoim przeznaczeniu: "Masz dochować
wierności sprawom przegranym, mówić rzeczy nieprzyjemne,
budzić sprzeciw. Masz zbierać cięgi od swoich i obcych -
>bo tak tylko zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz
<".
(((
Te cięgi, Adamie, masz zapewnione jak w banku. Zwłaszcza
od swoich. Wielu nie zrozumie twoich rozterek. Z kolei obcy
nie przyjmą cię na własne łono - ale też nie sądzę, byś chciał
tam się znaleźć.
Widzę, że dogłębnie przemyślałeś cierpką mądrość Księcia
Poetów. Wybierasz drogę osobną - trudną i, w gruncie rzeczy,
nawet pośród przyjaciół, samotną. Życzę ci wytrwałości. I
zdrowia.
*Tomasz Wołek - publicysta, w latach 80. działacz Ruchu Młodej
Polski, w latach 90. redaktor naczelny "Życia Warszawy",
a następnie dziennika "Życie" (1996-2002, 2004-05), obecnie
dyrektor programowy telewizji Tele 5
Tomasz Wołek
|