Lęk "Sprawiedliwych"
Paweł P. Reszka
Gazeta Wyborcza
12 lutego 2006
Starsza pani odebrała niedawno medal "Sprawiedliwy
wśród Narodów Świata". Na samą myśl, że ktoś mógłby
się o tym dowiedzieć, zaczyna się bać
Na Lubelszczyźnie ostatnia uroczystość wręczenia medali i
dyplomów "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata" odbyła
się jesienią w Białej Podlaskiej. Z całego województwa przyjechały
na nią trzy rodziny. Krewni "Sprawiedliwych".
Wcześniej dwie z rodzin zawiadomiły telefonicznie ambasadę
Izraela: - Nie życzymy sobie obecności dziennikarzy. Kategorycznie.
Wiosną w Białymstoku do uroczystości nie doszło w ogóle.
Rodziny, które miały odebrać wyróżnienie, uznały, że sprawy
nie uda się utrzymać w tajemnicy. Medale i dyplomy wysłano
pocztą.
O uroczystości w Białej Podlaskiej dowiedziały się jednak
media. Opisał ją bialski korespondent "Dziennika Wschodniego". "Sprawiedliwi" są
bardzo ostrożni. Żaden nie zdradził dziennikarzom swojego
nazwiska. Ambasada Izraela też kategorycznie odmawia wszelkich
informacji na temat personaliów. Stąd do ostatnich "Sprawiedliwych" i
ich rodzin dotrzeć jest bardzo trudno.
Medal pierwszy: Ja już swoje wiem
Biała Podlaska. Czteropiętrowy blok na jednym z osiedli.
Drzwi otwiera brunetka w średnim wieku. Kiedy proszę o chwilę
rozmowy, wzdycha głęboko.
- No tak - rzuca zdenerwowana. - Ja to już żałuję, że to
się wszystko w Białej Podlaskiej odbyło, trzeba było w Warszawie
dyplom odebrać i byłby spokój.
Rozmawiamy w przedpokoju. Jej dziadek uratował kilkoro Żydów.
Wie o tym tylko tyle, ile sami uratowani opowiedzieli historykom
z Yad Vashem. Szczegółów nie zdradzi.
Z pokoju wygląda starsza pani: - Panie, kto by to pamiętał,
przecież to 150 lat temu było!
- Ale właściwie czego się państwo obawiają? - dociekam.
- Już ja swoje wiem - stwierdza brunetka.
Głos z pokoju: - Skończ wreszcie tę rozmowę, bo mnie ciśnienie
skacze!
Kilka tygodni później jedna z pań wysłała do ambasady Izraela
list ze skargą. Napisała z wyrzutem, że zapytałem ją wprost:
ile na medalu zarobiła.
Nie pytałem.
Medal drugi: Że będą korzyści
Międzyrzec Podlaski. Senne miasteczko na drodze Siedlce -
Terespol. Piętrowy, ładnie utrzymany domek w bocznej uliczce.
- W dużych miastach to jest inaczej, a Międzyrzec to taka
dziura, że każdy każdego zna, tak że wie pan - pani Hanny
(imię zmienione) moja wizyta nie cieszy. - A w ogóle to różnie
się słyszy - jeden do Żydów nastawiony tak, drugi nie za
bardzo.
Pani Hanna regularnie słucha Radia Maryja. - Ale tam akurat
o Żydach nic złego nie słyszałam - stwierdza kategorycznie.
Siedzimy w kuchni. Mąż w pracy, ona jest emerytowaną pielęgniarką.
Nerwowo splata dłonie.
- W gruncie rzeczy to się bardzo cieszymy z medalu - zdradza.
- Ale jest tylko dla nas. Nie chcemy, żeby ktoś nas podziwiał
z tego powodu.
Podczas okupacji jej teściowie na wsi pod Międzyrzecem Podlaskim
przechowali czwórkę Żydów - mężczyznę i trzy dziewczynki.
Uratowani po wojnie odezwali się z Izraela.
- Całe życie żeśmy się dorabiali - zastrzega pani Hanna.
- Owszem, oni są bardzo mili, od czasu do czasu zadzwonią
i zapytają o zdrowie, ale poza tym to nic.
Mówi o nich zdawkowo. - Wiem, że jedna pani była pielęgniarką.
A mąż tej pani chyba był księgowym. Być może jeszcze przyjadą.
Byli u nas już dwa razy. Tak po cichutku - tłumaczy. - Nie
wiem, jak by sąsiadki zareagowały.
Na początku lat 90. uratowani odezwali się po raz pierwszy
od czasu wojny.
Do wsi, w której się ukrywali, przysłali list z prośbą o
kontakt. Teściowie pani Hanny już nie żyli, a rodzin o tym
samym nazwisku jest we wsi kilka. Ktoś zabrał list z poczty.
Pismo przewędrowało przez całą wieś, wywołując niemałe poruszenie.
- Męża brat stryjeczny, który też list widział, przyjechał
nas zawiadomić. A tam już były awantury o ten list. Ludzie
liczą od razu na jakiś pieniądz, że nawiążą kontakt i jakieś
będą korzyści z tego powodu. A przecież wiadomo, kto przechowywał
- mówi z wyrzutem pani Hanna.
Teraz do tej wsi jeżdżą tylko na groby rodziny.
- Ja nieraz słyszę: o, to jest dom po Żydach, przyjadą i
odbiorą. Nieraz słyszy się takie nieprzyjemne słowa - skarży
się kobieta. - Nawet taka plotka w Międzyrzecu krążyła bardzo
długo - że jeden facet, który dobrze się ma i dzieci są poustawiane,
przechowywał Żydów, a kiedy kończyły się im pieniążki, to
ich wydawał. Ale - zaznacza - mój teść dla pieniążków nie
przetrzymywał, bo jak zmarł, to teściowa naprawdę klepała
biedę.
Córka pani Hanny, która od pewnego czasu przysłuchuje się
rozmowie, rozumie matkę. - Jestem dumna z tego, że rodzina
pomagała Żydom - podkreśla. - No ale jak rodzice nie chcą
o tym mówić, to jest ich sprawa. Jest bardzo duża zawiść.
Nie wiem, jak otoczenie by to przyjęło. Ja na przykład bym
się bała, czy włamania nie będzie.
Najpierw sąsiad, potem Niemiec
Robert Kuwałek, dyrektor muzeum w Bełżcu, od blisko 15 lat
zbiera wśród mieszkańców Lubelszczyzny relacje o czasach
okupacji.
- Lęk tych ludzi mnie nie dziwi - przyznaje. - Zdarza się,
że moi rozmówcy zastrzegają, by podać same inicjały albo
najlepiej w ogóle zmienić nazwiska. W lokalnych społecznościach
ci ludzie są nieznani albo się o nich nie mówi. Ten lęk sięga
jeszcze czasów okupacji, gdy Polacy najpierw ukrywali Żydów
przed sąsiadami, a dopiero potem przed Niemcami. Sąsiad wiedział,
kto jest Żydem, Niemiec nie.
To, że każdy, kto przechowywał Żydów, musiał się na tym dorobić,
to oczywiście mit - uważa Robert Kuwałek. Wynika z przeświadczenia
że wszyscy ukrywający się musieli się opłacać i że mieli
na to środki.
- Ze "Sprawiedliwych" w Polsce zrobiono bezimienny
tłum - dodaje. - Uczyniono z nich parawan, za którym chowa
się antysemityzm i bierność. Podkreślano przypadającą naszym
rodakom największą liczbę medali Yad Vashem wśród wszystkich
nacji, ale niemal w ogóle nie pisano o strachu "Sprawiedliwych",
o tym, co musieli przeżywać nie tyle od strony Niemców, ale
od własnych sąsiadów.
Medal trzeci: Dlaczego do mnie żeście przyszli?
Kock. Leonarda Kazanecka sama dyplomu i medalu odebrać nie
mogła. Ma 97 lat i z trudem się porusza. Słabo słyszy, ale
pamięć ma dobrą.
- Chciałbym porozmawiać o Żydach, którym państwo pomogli
- krzyczę.
- Jak pomogli. To tak się złożyło - staruszka protestuje
energicznie. - Mieszkaliśmy dwa kilometry od Kocka. To był
drugi dzień Zielonych Świątek. Wieczorem, ale jeszcze było
widno. Patrzę - ktoś wchodzi - jeden, drugi, trzeci. Młode
chłopaki. Wpadły do izby przestraszone, zmoczone. Żydki!
Skądście się wzięli?! A oni: - Myśmy z getta z Łukowa uciekli.
Ojciec jednego miał łokciowy materiał, drugiego piekarnię,
a trzeciego sprzedawał wodę. Jeden Janek Grzebień się nazywał,
skończył w Kocku siedem klas przed wojną. Dobrze mówił po
polsku, ładnie wyglądał. Mówię do nich: - Tyle mieszkań przy
szosie, a do mnie żeście przyszli!? A mąż się nie odzywał
w ogóle. Zaczęli płakać. To ja zaraz kazałam usiąść, dałam
mleka, nakrajałam ciasta, bo miałam akurat takie dobre.
Zjedli sobie i dałam im jeszcze tego ciasta na drogę. Cieszyłam
się, że pójdą. Jeden chciał siekiery, dałam im i poszły.
Za jakieś dwa czy trzy dni chłopaki znowu są u mnie. Chcą
jeszcze piły. A mąż jeszcze powiedział im: - Pamiętajta,
żebyście nie kradli, bo ludzie zabiją. I jeszcze: - Jak nie
będziecie jeść gotowanego, nie przeżyjeta. Przychodźcie do
mnie dwa razy w tygodniu, dostaniecie gotowanego jeść. Siekierę
i piłę później oddali - zaznacza.
Była wiosna 1943 roku. Zbudowali kryjówkę kilometr od ich
zabudowań. Dziś Kazanecka już nie pamięta, ile razy dawała
im jeść. - Gotowałam ziemniaki, brałam mleko i zaniosłam
im za stodołę. Prosiłam ich, żeby nie przychodzili. Ojoj,
jak mnie prosili, żebym się nie bała, oni będą ostrożni.
A Grzebień Janek to tak mnie sobie upodobał, jakbym była
jego matką - babcia się uśmiecha. - Przyszedł raz i mówi:
- We śnie była u mnie matka. Głaskała mnie po głowie i mówiła,
że przeżyję wojnę. Jak wasza religia wskazuje? - pyta. A
ja mówię: - Nasza religia wskazuje, że umarli wszystko wiedzą,
przeżyjesz wojnę. I był zadowolony.
Gdy przyszła zima, chcieli przezimować w ich zabudowaniach.
- Mąż powiedział: - Jak wy przyjdziecie do mnie w nocy, to
ja w dzień ucieknę do Kocka. Bo ja też chcę żyć.
Starsza pani wie, że nie byli jedynymi, którzy im pomagali.
- Pytam raz sąsiadkę: - Warzęchowska, byli u was ci chłopcy
żydowscy? - Nie! Byli u was, bo mówili, że u was kawę piły!
- parska śmiechem.
Leonarda Kazanecka nie ma poczucia, by zrobiła coś wielkiego.
- Tak wypadało. Bo przecież wybić ich, wygnać ich, oskarżyć?
Jakżeż to - unosi się. - To by nie katolik był człowiek.
Po wojnie Janek Grzebień napisał im, że jest w milicji pod
Lublinem. Potem wyjechał do Izraela. O Kazaneckich pamiętał.
Przysyłał czasem paczki.
- Raz paczkę pomarańczów. Kierownik poczty przyleciał do
nas w nocy, żeby zabrać pomarańcze i żeby jemu dać. Przyszła
rodzina, to rozdałam. A potem zaczęli mówić: - O, dom mają,
pomarańcze przynoszą, trzymali Żydów.
Kiedyś przyjechał jego brat, innym razem on sam z żoną i
synem.
- Białe włosy jak profesor jaki, wyrośnięty, urodny - zachwyca
się pani Kazanecka.
Dyplom i medal w imieniu Leonardy Kazaneckiej odebrał jej
krewny, doktor C. Jako jedyny podał nazwisko dziennikarzowi
lokalnej gazety.
- Umiałem się zachować - powiedział mi potem. Tłumaczył,
że spora część społeczności lokalnej nie rozumie idei medalu.
Zrozumieliby, gdyby z nim wiązała się renta dla "Sprawiedliwych" lub
ich krewnych. Poprosił o autoryzację wypowiedzi.
- No dobrze, to o pieniądzach porozmawiamy później - stwierdził
na koniec.
- Jakich pieniądzach?
- Chyba dostanę jakieś honorarium za moje wypowiedzi? - zdziwił
się dobrodusznie. - Dogadamy się.
Trudny temat
- "Sprawiedliwych" opisywano i opisuje się nadal
albo w społecznej próżni, albo w przyjaznym, patriotycznym,
otoczeniu - twierdzi dr Dariusz Libionka, historyk z lubelskiego
IPN. - Tymczasem sytuacja była i jest daleko bardziej skomplikowana.
Temat "Sprawiedliwych" był i jest instrumentalizowany.
Kiedy mówimy o trudnych sprawach polsko-żydowskich, np. o
szmalcownictwie, rabunku mienia żydowskiego czy skali obojętności,
od razu pada argument o imponującej liczbie "Sprawiedliwych" wśród
Polaków. Pisze się o Radzie Pomocy Żydom, ale generalnie
to, co działo się na prowincji między Polakami i Żydami,
gdzie działalność Żegoty nie docierała, jest wciąż mało znane.
Historycy dopiero zaczynają się tym zajmować. Potrzebne są
programy edukacyjne, które pokażą całą złożoność tego zjawiska.
Pani da spokój
W lubelskim Ośrodku "Brama Grodzka - Teatr NN" przed trzema
laty powstał taki projekt. Nazywał się "Sprawiedliwi wśród
Narodów Świata - region lubelski". Jego efektem miała być
internetowa baza danych zawierająca opowieści osób uhonorowanych
medalem. Planowano: "Zebrane relacje, opisane bądź nagrane
wspomnienia >Sprawiedliwych < posłużą jako materiał edukacyjny
- dostarczą informacji o losach Polaków i Żydów podczas drugiej
wojny światowej, ukażą postawy osób, które w tragicznych
czasach odważyły się przeciwstawić złu, nietolerancji, antysemityzmowi".
Baza danych jednak nie powstanie.
- Ustaliłam adresy i nazwiska 58 "Sprawiedliwych".
Udało mi się skontaktować z 21 osobami. To "Sprawiedliwi" lub
ich bliscy krewni - wylicza Marzena Baum z Ośrodka. W końcu
zebrała 14 relacji. Ale tylko jedna osoba zgodziła się na
publikację pod nazwiskiem. Ona nie była "Sprawiedliwym",
tylko Żydówką, która mieszka w Lublinie, i starała się o
odznaczenie ludzi, którzy ją ukryli.
- Kiedy rozpoczynałam ten projekt, wiedziałam, że mogą być
opory przed podawaniem nazwisk do publicznej wiadomości,
ale skala tego zjawiska zaskoczyła mnie - przyznaje Marzena
Baum. - Pani da spokój, po co to od razu nazwisko podawać,
nie wiem, jak zareagują sąsiedzi, dzieci, a zresztą to było
tak dawno temu - takie argumenty słyszałam najczęściej. Stąd
na naszej stronie internetowej opublikujemy obszerny tekst
mówiący o idei medalu, jego historii, anonimowo podamy fragmenty
relacji. Zastanawiałam się, skąd w tych ludziach ten lęk.
Sądzę, że mogła mieć na to wpływ sprawa mordu w Jedwabnem
i tego, w jaki sposób niektóre środowiska interpretowały
to zdarzenie.
Według danych ze stycznia 2005 roku medalem "Sprawiedliwy
wśród Narodów Świata" uhonorowano na świecie 20 757
osób. Największą grupę stanowią Polacy - 5874. W ubiegłym
roku w Polsce wręczono 30 medali 50 "Sprawiedliwym" i
ich krewnym.
O 15 więcej niż rok wcześniej.
W ambasadzie izraelskiej usłyszałem, że to dlatego, iż pokolenie
uratowanych odchodzi. Przed śmiercią chcą się rozliczyć z
tymi, którzy uratowali im życie.
|