E-mail

English






Coś po nas zostało, jak myślisz?

Teresa Torańska

Gazeta Wyborcza
5 marca 2006

Na granicy wszedł żołnierz WOP-u po paszporty, sympatyczny młody człowiek, i zapytał, pamiętam dokładnie: Co to dzisiaj? Cała Polska wyjeżdża? Po 1968 roku wyjechało prawdopodobnie ok. 20 tys. polskich obywateli. Pozbawiono ich obywatelstwa i dano "dokumenty podróży" w jedną stronę, bez prawa powrotu.


Według danych MSW wyjechało m.in:

430 pracowników naukowych wyższych uczelni i instytutów naukowych, w tym

65 profesorów, 50 docentów, 10 kierowników katedr;

407 adiunktów;

261 pracowników wydawnictw oraz prasy, radia i telewizji;

23 muzyków, 20 plastyków, 26 aktorów;

525 wysokich urzędników ministerialnych i z centralnych urzędów, w tym

90 dyrektorów i 130 naczelników wydziałów;

370 lekarzy

oraz około 1000 studentów.

Branley z Wałbrzycha i z Wrocławia

Mówią na mnie Bralek, ale w dokumentach mam Branley. To połączenie imion moich dwóch babć. Jedna nazywała się Brana, druga Lea. Obie zginęły. Jedna w Kołomyi w getcie albo w dołach w lesie, w masowych rozstrzelaniach, a druga uciekła z moją mamą z Kołomyi do Związku Radzieckiego i umarła na ewakuacji w Uzbekistanie.

Tata najpierw był zmobilizowany do Armii Czerwonej, później był na trud froncie jako zakładnik, a potem w dwóch armiach. Najpierw w 1. Armii Wojska Polskiego, z którą doszedł do Warszawy i został ranny na płycie czerniakowskiej przy próbie forsowania Wisły w czasie Powstania Warszawskiego. A potem, po rekonwalescencji, wcielono go w Rzeszowie do oddziału artylerii tworzącej się właśnie 2. Armii. Ta 2. Armia szła na Drezno. Przy forsowaniu Nysy Łużyckiej tata został ranny po drugi raz. Wtedy go zdemobilizowano. Spotkali się z moją mamą i pobrali.

Urodziłem się w Niemczech. Rodzice po pogromie kieleckim w lipcu 46 roku nie chcieli żyć w Polsce. Mama była w ciąży. Ruszyli przez czeską granicę, Austrię, do Niemiec. Z Dolnego Śląska bardzo dużo ludzi wtedy wyjechało. Urodziłem się w obozie dla uchodźców.

Mama nie chciała jechać do Palestyny. Bała się malarii, bo chorowała na malarię w Uzbekistanie, i bała się, że ojciec znowu pójdzie do wojska. W Palestynie trwała wojna o Izrael i wojen moja mama miała już dość.

Wróciliśmy więc do Polski. Mama zdecydowała, że najlepiej będzie zamieszkać na Dolnym Śląsku. W Wałbrzychu było żydowskie życie, żydowskie organizacje i łatwiej z mieszkaniami.

Nie chodziłem na lekcje religii. W mojej szkole nie tylko ja nie chodziłem na religię. Do Wałbrzycha przyjechała po wojnie spora grupa górników z Francji. Byli komunistami, pracowali w kopalniach. Koledzy nam zazdrościli, bo wychodziliśmy ze szkoły godzinę wcześniej i kopaliśmy piłkę na podwórku.

W domu mówiło się po polsku, ale rodzice, gdy chcieli, żebyśmy z siostrą czegoś nie rozumieli, przechodzili na żydowski. Nie byli religijni. Maca na Pesach i to wszystko. Chodziło się do klubu żydowskiego, w domu były żydowskie książki, trzy razy pojechałem na żydowskie kolonie.

Dzieci żydowskie z podwórka poznawało się po tym, że w lecie nie wyjeżdżały na wakacje do babci na wieś. Nie miałem babć, dziadków, nie miałem ciotek, wujków, kuzynek, kuzynów, byliśmy minimalną rodziną: mama, tata, siostra i ja. Pytałem mamy dlaczego. I mama opowiadała. W moim domu żydostwo cały czas było obecne i ja byłem Żydem jawnym. Zresztą z moją twarzą nie bardzo mógłbym to ukryć.

Należałem do harcerstwa, kochałem chodzić po górach, organizowałem rajdy turystyczne.
W 1968 roku byłem studentem III roku matematyki na Uniwersytecie Wrocławskim. W końcu stycznia od kolegi z Zielonej Góry dostałem protest przeciwko zdjęciu "Dziadów". Dwa wieczory pokręciłem się z kolegą po akademikach, zebraliśmy kilkaset podpisów, studenci bardzo chętnie podpisywali, i przekazaliśmy je do klubu poselskiego Znak. Z tego, co wiem, były to jedyne kopie podpisów z Wrocławia, które do nich dotarły.

12 marca miałem wieczorem zebranie kierownictwa rajdu studenckiego Marzanna. Wpadłem wcześniej z kolegą na zupkę do studenckiej stołówki i tam znaleźliśmy ulotkę z balladą dziadowską o wydarzeniach w Warszawie, bardzo fajną.

Zebranie odbywało się w biurach ZSP. Przepisaliśmy balladę w sześciu egzemplarzach, więcej nie szło, bo mieliśmy tylko pięć kalek, i jedną odbitkę dałem koledze z komitetu uczelnianego ZMS-u. Resztę rozdaliśmy na wiecu studentów matematyki, który się właśnie odbywał, a jedną kopię zostawiłem sobie.

Po wiecu wróciliśmy na zebranie w sprawie rajdu. Nagle wpadło do nas dwóch członków komitetu uczelnianego partii. Pogrzebali w papierach, spisali nasze nazwiska i poszli. Następnego dnia zaczął się w uczelniach wrocławskich strajk okupacyjny. Byłem, ale się nie udzielałem.

Rano przeczytałem w gazecie duży artykuł o wykryciu na uniwersytecie grupy wichrzycieli, syjonistów i bananowej młodzieży. Tą grupą byliśmy my - uczestnicy zebrania turystycznego. Podano nasze nazwiska. Ja im do koncepcji, że winni wydarzeń marcowych są syjoniści, doskonale pasowałem. Jestem Żydem, mam żydowskie nazwisko, w sam raz do cytowania, dziwne imię, mama pracowała jako nauczycielka w żydowskiej szkole, a tato przyszedł w szynelu ze Wschodu i należał do partii. To, że miał Krzyż Walecznych i nie był politrukiem, nie miało żadnego znaczenia. To, że nie zajmował stanowisk i najpierw pracował jako technik w przedsiębiorstwie remontowo-budowlanym, a potem wykryto u niego gruźlicę, jeszcze z wojny, wycięto jedno płuco i przeszedł na rentę, można było pominąć. Zostałem syjonistą.

16 marca wezwano mnie na komendę MO jako świadka. Przy wejściu stało dwóch milicjantów. Jeden wskazał pałką kierunek. Nie bolało, miałem na sobie grubą skórzaną kurtkę.

Porucznik wypytywał o zebranie. Opowiedziałem, czym są rajdy, czym zajmuje się komitet organizacyjny rajdu. Wyciągnął kopię ballady dziadowskiej. Niewiele mogłem powiedzieć, więc porucznik oświadczył, że muszę sobie przypomnieć. Opróżniłem kieszenie, oddałem sznurówki, rewizja i do celi.

Seria przesłuchań i sąd.

Moja mama rozpaczała. Nie powiedziała mi: A nie mówiłam! Rodzice prosili, bym siedział w domu, ostrzegali, że młodzież żydowska nie powinna się angażować, a ja im - idąc na strajk okupacyjny - odpowiedziałem: "Moje miejsce jest tam, z kolegami, i cześć".

Ja i kolega, z którym przepisałem balladę dziadowską, a którego ojciec - taki traf - też był Żydem, dostaliśmy po 10 miesięcy więzienia. Ojciec mego "wspólnika" został zwolniony z pracy. Mojego ojca wyrzucono z partii, zabrano rentę dla zasłużonych, a matce zrobiono dyscyplinarkę i dostała naganę. Zarzucili jej, że źle wychowała syna i że w szkole też źle wychowuje dzieci. To oświadczyła im, że lepiej nie potrafi, i zwolniła się z pracy.

Sądzono nas za rozpowszechnianie fałszywych wiadomości. Napisałem w odwołaniu od wyroku, że nic złego nie zrobiłem, bo w ulotce nie było ani jednej fałszywej wiadomości. Nie uwzględnili. Wyrok odsiedziałem w całości, kolegę wypuścili warunkowo dwa tygodnie wcześniej. Ja o warunkowe zwolnienie nie prosiłem. Co mi tam, mogę odsiedzieć do końca.

We Wrocławiu były to chyba najwyższe wyroki, jakie wtedy zapadły. Inni sądzeni byli z chuliganki.

Wielu kolegów zostało relegowanych ze studiów i zmobilizowanych do wojska. Dwóch z nich spotkałem potem w więzieniu. Dostali wysokie wyroki za odmowę wykonania rozkazów podczas najazdu na Czechosłowację.

Po wyroku nadal siedziałem w więzieniu śledczym. Od siedzenia w celi dostaje się tzw. kurwicy więziennej. Zaczyna się biegać po celi, nie tylko od ściany do ściany, ale łazić po ścianach. Poprosiłem, by przeniesiono mnie do pracy. Nie zgodzili się, to zagroziłem głodówką. Po dwóch dniach głodowania wezwał mnie naczelnik i powiedział: "Wysyłam cię do pracy". Posłali do obozu koło Złotoryi, pracowałem w kopalni miedzi. Siedziałem pod ziemią na taśmie, naciskałem guziki, jak coś spadło z taśmy, załadowywałem z powrotem. Ciepło, lepsze jedzenie, można wytrzymać.

Więźniowie uznawali mnie za politycznego, więc nie musiałem udowadniać, że jestem człowiekiem, a nie frajerem. Ktoś czasem powiedział: co ten Żyd tu robi, ale natychmiast inni go uspokajali, przekonując, czasem brutalnie, że jestem w porządku. Trochę problemów było ze służbą więzienną, z klawiszami, ale oni raczej trzymali się regulaminu. Ja zresztą nie byłem aż takim buntownikiem, by musieli wobec mnie stosować specjalne sankcje.

Przed wyjściem z więzienia wezwał mnie tzw. wychowawca. Powiedział, że ma nadzieję, iż nie powrócę do przestępczego życia. A potem dodał: "Taki piękny kraj macie, dlaczego nie chcecie tam pojechać?".

Wyszedłem 16 stycznia 1969 roku. Postanowiłem: nigdzie nie wyjadę i koniec. Nie muszę studiować, mogę prowadzić schronisko w górach. Zostałem bardzo dobrze przyjęty przez kolegów.

Wezwał mnie śledczy z SB. "Dlaczego, obywatelu - zapytał - nie chcecie jechać do Izraela"?. Odpowiedziałem: "Bo mnie tu dobrze, tu wyrosłem". Wtedy rzekł: "Wasza siostra chce studiować medycynę (ona była wtedy w klasie maturalnej), ale my jej na to nie pozwolimy".

Trzeba było mu wierzyć, oni mieli siłę.
Rodzice naciskali na wyjazd. Wiedziałem, że nie ustąpią. I wiedziałem, że sami też nie wyjadą, bo po wojnie mama stwierdziła, że rodzina musi być razem, że już nigdy nie pozwoli, by się rozdzieliła. Moja mama miała trzech braci i siostrę. Jak zaczęła się wojna, wszyscy się rozjechali i więcej nie spotkali. Uratowała się tylko moja matka i jej brat, który z Workuty trafił przez Belgię do Ameryki.

Mama się bała. Kiedy mówiłem, iż wrócę o 20., to dwie minuty po, gdy stukałem do drzwi, rodzice siedzieli bladzi i przerażeni.

Część z moich kolegów uważała, że należy przeczekać, bo szykany miną, część mówiła, że sami by wyjechali, a część rozumiała, dlaczego wyjeżdżam, i liczyła, że wrócę, że może jeszcze wrócę.

Nie wierzyłem, że będzie można wrócić. I nie wierzyłem, że kiedykolwiek spotkam swoich kolegów z Polski. Wszystkie drogi w kierunku Izraela były zamknięte. Wiele osób jechało więc do Skandynawii, łudząc się, że stamtąd będzie łatwiej utrzymać kontakt z rodziną czy ze znajomymi, a może i wrócić. Przed 1989 rokiem jednak było to niemożliwe. Zakaz wjazdu do Polski obowiązywał nie tylko nas, Izraelczyków, ale wszystkich emigrantów marcowych.

Chciałem jechać do Izraela. Żeby czuć się u siebie. Byłem wychowany w przekonaniu, że człowiek musi mieć ojczyznę. Tą ojczyzną była Polska. Do 1969 roku.

Podałem dokumenty na wyjazd, zezwolenie dostałem w ciągu miesiąca.

Potem załatwiłem w Warszawie tzw. promesę wizową w ambasadzie holenderskiej, bilety oraz pożyczkę na bilety, bo przecież my nie mieliśmy żadnych oszczędności. Potem obleciałem Wrocław, zdobywając zaświadczenia z uniwersytetu, z urzędów skarbowych, z bibliotek dzielnicowych, że nie mam żadnych zobowiązań i długów. Ponieważ nie skończyłem studiów, nie żądano ode mnie zwrotu kosztów. Zresztą o ile wiem, ludzi ze skończonymi studiami - o których wiedziano, że nie można nic od nich wyciągnąć - puszczali bez zwrotu kosztów. Byle tylko przypadkiem nie chcieli zostać.

Wyjeżdżałem z Polski w niedzielę. W dniu wyborów do Sejmu. Od południa zaczęli przychodzić harcerze przypomnieć, że jeszcze nie spełniłem obywatelskiego obowiązku. Pokazywałem im swój dokument podróży. Żadnych obowiązków już tu nie miałem.

Ewa i Freda, bliźniaczki, z Włoszczowy i Łodzi

- Wyjechałyśmy w listopadzie '68, chociaż data była na październik. Mama zachorowała, trzeba było przedłużać.

- Dostała jakiejś wysypki połączonej z temperaturą.

- Była strasznie spuchnięta.

- Lekarka skórna, do której mama się zwróciła, powiedziała jej, że to jakaś alergia. A nam dała znak, że to reakcja nerwowa. Że mama nie powinna w takim stanie wyjeżdżać.

- Nasza mama była bardzo ładną kobietą i w Izraelu nie chciała pokazać się swoim znajomym w tak opłakanym stanie. Jej się wydawało, że wszyscy będą się nad nią litować, że taka nieszczęsna.

- Mama nie znosiła tego.

- Nie znosiła litości. Dla niej ważne było, żeby do Izraela wjechać godnie. Ten pierwszy krok jest najważniejszy. Pani doktor zaproponowała coś, może nieuczciwego...

- ...po ludzku bardzo uczciwego...

- ...ale niezgodnego z prawem. Zapytała mamę, czy zna lekarza, do którego miałaby pełne zaufanie. Mama odpowiedziała, że tak, jest prywatną pacjentką docenta... Nie wiem, czy mogę wymienić jego nazwisko.

- Lepiej nie.

- Lekarka na to nazwisko zareagowała entuzjastycznie: "Och, mój przyjaciel". I zadzwoniła. Mama pobiegła do niego o 11 w nocy i on dał jej zaświadczenie, że jest operowana. Tylko nagła operacja zezwalała na przedłużenie pobytu.
- Myśmy nie mieli już obywatelstwa.

- Mebli, niczego.

- Z tym zaświadczeniem, że mama jest w szpitalu, pojechałyśmy do Warszawy przedłużyć prawo pobytu. I tam po raz pierwszy w życiu zdarzyła nam się historia, gdy odczułam, co znaczyło być zaczepionym przez szmalcownika.

- No, prawie.

- Po nas, normalnie, nie poznawano, że my jesteśmy Żydówki. Wszyscy przyjaciele, oczywiście, wiedzieli, ale na ulicy nigdy nie byłyśmy zaczepiane przez obcych.

- Co niejednokrotnie zdarzało się naszemu bratu, który był ciemny.

- Chłopcom w ogóle było trudniej.

- W Warszawie stanęłyśmy grzecznie w kolejce do taksówki, żeby jechać do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przyszła nasza kolej i nagle nadszedł ksiądz. Myśmy nie wiedziały, że w polskiej tradycji katolickiej jest obyczaj, iż księdzu się ustępuje, że ksiądz ma pierwszeństwo.

- Choć my na polskich obyczajach się znałyśmy. I wiedziałyśmy np., że jak ksiądz idzie z dzwoneczkiem, to się klęka, bo idzie z ostatnim namaszczeniem do umierającego. Tego jednak nie wiedziałyśmy. Ksiądz podszedł do taksówki i zaczął wsiadać. "Proszę księdza - powiedziałam - to jest nasza kolejka".

- Myśmy się śpieszyły, my tego samego dnia musiałyśmy wrócić do Łodzi. Ksiądz był bardzo uprzejmy, odszedł. Ewa rzuciła taksówkarzowi adres: "Rakowiecka", i w tym momencie wszyscy ludzie stojący w kolejce zaczęli krzyczeć: "Żydówy!". O Boże, to było straszne.

- "Wykupili wszystkie ręczniki! - krzyczeli. - W Chince wykupili!".

- Chodziło o chińskie ręczniki.

- Ksiądz wtedy zachował się bardzo elegancko.

- Dzielnie i pięknie.

- Wrócił do nas. "Proszę państwa - powiedział do ludzi - tak nie wolno, proszę je zostawić. Te panie były przede mną".

- Otworzył nam drzwiczki.

- "Proszę wchodzić - powiedział do nas - proszę szybko wsiadać do auta".

- A do szofera krzyknął: "Proszę stąd szybko odjeżdżać".

- My w ogóle mamy dobre doświadczenia z księżmi. Pierwszy lincz przeszłyśmy w wieku dziewięciu, dziesięciu lat.

- Ośmiu. Byłyśmy w drugiej klasie. Mieszkaliśmy we Włoszczowie na Kielec- czyźnie.

- Wtedy jeszcze była religia w szkole. I ksiądz także nas wtedy uratował.

- On nas uwielbiał.

- Przychodził do mamy, prosił, żeby nas pozwoliła ochrzcić.

- Miałyśmy blond loki.

- I niebieskie oczy, wyglądałyśmy jak aniołki. Mama się nie zgodziła, ale on i tak nas lubił.

- Chodziłyśmy na religię, ale nie musiałyśmy się modlić, klękać i nie byłyśmy klasyfikowane. Co odbierałyśmy jako wielką krzywdę, bo byłyśmy najlepsze. Jednego dnia równoległa klasa nie miała lekcji, więc połączono dwie. Było 80 uczniów. Ksiądz zaczął lekcję od Nowego Testamentu.

- Powiedział: "Drogie dzieci, wy może nie wiecie, ale Maryja, matka naszego Pana Jezusa, była Żydówką".

- Tupot!

- I krzyk. Tych smarkaczy. "Nieprawda!". I walenie w ławki. Te małe dzieci krzyczały, wskazując na nas: "To są Żydówy, one są Żydówy!".

- One krzyczały: "Matka Boska nie była Żydówką!". I ksiądz, do dzisiaj go widzę, wyciągnął z sutanny ciemnoczerwoną, wielką lnianą chusteczkę do nosa i zaczął nerwowo ocierać pot z czoła. On się przestraszył.

- "Dzieci - prosił - tak nie można, kochane dzieci, tak nie wolno mówić".

- Bo Polacy są w stanie uznać żydostwo Jezusa, nigdy Matki Boskiej.

- Matka Boska jest przecież królową Polski. Jak mogła być Żydówką?

- Nasi rodzice nie byli komunistami. Raczej socjalistami.

- Tata przed wojną udzielał się w socjalistycznym ruchu syjonistycznym, a mama należała do lewicującej organizacji skautowej Haszomer Hacair. Była w jednym zastępie z Anielewiczem.

- Nasz dom był kompletnie świecki.

- Ale mama nie wychowywała nas w nienawiści do religii. Odwrotnie. W wielkiej tolerancji. Bo dzieci komunistów religię często miały w pogardzie. A my nie. Nasza mama uczyła nas: jak dzieci katolickie klękają do modlitwy, to wy nie klękajcie, bo będą się z was śmiać, ale wstańcie, okażcie szacunek. Nasza mama pierwsza podpisała list protestacyjny, kiedy chciano wycofać religię ze szkoły. I ksiądz potem chyba przez 20 lat głosił z ambony, że Żydówka podpisała ten protest, nie bała się.

- We Włoszczowie wszyscy nas znali. Znali naszego dziadka, a nawet pradziadka. W małych miasteczkach nie używa się nazwisk, ale przydomków. Dla nich byłyśmy Dereszówny. Bo nasz pradziadek jeździł na koniu deresz.

- Ojciec był częścią tej społeczności.

- A dziadek ze strony ojca założył we Włoszczowie pierwszą świecką żydowską szkołę, był działaczem społecznym, radnym miasta.
- A dwie siostry ojca były przed wojną nauczycielkami w naszej podstawówce. I jak nauczyciel od śpiewu nas zobaczył, rzekł: "Och, znałem waszą ciocię, lepiej śpiewała od was". A potem poznała nas pani od biologii i też powiedziała: Och!

- "Och, pięknie mówicie po polsku. Jak Róża. I śliczne jesteście, jak Róża".

- Wszyscy pojechali do Treblinki, całe miasteczko, trzy i pół tysiąca Żydów.

- Więcej, sześć tysięcy, bo jeszcze dowieziono Żydów z Włocławka.

- Jednego dnia. We wrześniu 1942 roku.

- My po wojnie osiedliśmy we Włoszczowie, ponieważ mama nie mogła wrócić do Warszawy.

- Płakała. To już nie była jej Warszawa.

- Nasi rodzice wojnę przeżyli na terenie Polski, przeszli obozy i my dużo o wojnie wiedziałyśmy. Same chciałyśmy wiedzieć.

- Mamusiu - pytałyśmy jej - dlaczego nie mamy babci? We Włoszczowie wszyscy mieli babcie i ciotki, a my nie. Mama odpowiadała: były złe czasy, wojna.

- I wszyscy stracili rodziny. Nie chcieli nam powiedzieć.

- Później mówiła.

- Rodzice mamy byli zamożni. Dziadek przed wojną miał fabrykę obuwia. Oni byli w getcie warszawskim. Pytałam mamę, czy nie chcieli się schronić. "Dlaczego nie próbowałaś?". Dziadek kupił jej i pierwszemu mężowi mieszkanie po aryjskiej stronie, ale ona powiedziała mi, że bała się wyjść z getta, że ją oczy zdradzą. Że jakiś szmalcownik pozna.

- Jej przyjaciółka miała pszenne warkocze i błękitne oczy, wyszła z braciszkiem i wróciła do getta. Mówiła, że to co słyszy w tramwaju od obcych ludzi, jak się cieszą, co jest robione z Żydami, to zaczyna płakać. I ten płacz w końcu ją zdradzi. Więc woli być w getcie.

- Najpierw zginął ojciec mamy.

- Nasz dziadek ma grób, jedyny z rodziny. Mama mówiła, że na cmentarzu przy Gęsiej.

- Dzisiaj to Okopowa.

- Na razie nie znaleźliśmy grobu, ale musi być.

- Był nagrobek.

- Dziadek zginął w dniu wyprowadzenia domu dziecka Korczaka. To był czarny dzień w getcie.

- Zabił go Ukrainiec. W getcie go zabił.

- Potem matka naszej mamy ze swoją młodszą córką zginęły w Treblince.

- Babcia z naszą ciocią.

- Potem mama przeszła powstanie w getcie. I wyszła z pierwszym mężem kanałami.

- Po Powstaniu.

- Właz był otoczony przez Niemców i wzięto ich do Majdanka. Próbowali ucieczki.

- On wyskoczył pierwszy, mama miała za nim, zatrzymano pociąg, ośmiu Ukraińców pobiegło za nim. W liście, który mama po wojnie wysłała do swego kuzyna do Izraela, bo pamiętała adres sprzed wojny, napisała: "Artek biegł szybko, ale kula leciała szybciej". Mama w tym pociągu zemdlała. Ocucili ją dopiero na Majdanku.

- Mama jeszcze po wojnie łudziła się, że może przeżył. Szukała go.

- Będąc już z naszym tatą.

- Mama po przyjeździe do Izraela miała zamiar spisać swoje wspomnienia, a ponieważ tego nie robiła, zadzwoniłam kiedyś i mówię: "Mama, jeśli ciężko ci zacząć, to pierwsze zdanie ja napiszę". "Pierwsze zdanie już mam" - odpowiedziała. "Jakie?". "Że jak miałyście dwa lata, pytałyście, czy bycie Żydem oznacza, że nie ma się babci?".

- Rodzice czasami rozmawiali ze sobą po żydowsku. Jak mieli jakieś tajemnice albo się kłócili, my jak dobrze wychowane panienki natychmiast się wyłączałyśmy.

- Dlatego nie znamy jidysz.

- Teraz żałuję. Chciałabym znać.

- Ale jestem pewna, że do dzisiaj we Włoszczowie "pipik" mówią na żołądek kurzy, "gergele" na...

- ...na gardziołko.

- A na kurzą nóżkę jak? Pamiętasz? Pulka, pulka.

- Tata uczył tych określeń wszystkie nasze koleżanki. To coś może tam po nas zostało? Jak myślisz?

- My później z Włoszczowy przeprowadziliśmy się do Łodzi.

- Rodzice czasami myśleli o wyjeździe do Izraela.

- My nie chciałyśmy z Polski wyjeżdżać. Dobrze się tu czułyśmy. Miałyśmy w Łodzi dużo znajomych, wszyscy nas znali. Ale rodzice uważali, że my jako Żydówki nie mamy w Polsce przyszłości. Nasi rodzice nie byli za asymilacją. Nie chcieli, byśmy odeszli od żydostwa. Mama kulturowo była Polką, ale także dumną Żydówką.

- My niejeden raz słyszałyśmy różnego rodzaju komentarze na temat Żydów. Mnie podrywano np. na dowcipy żydowskie. Stawałam sztywno, mówiłam: To ja, to ja jestem tą Salcią. Bo co miałam powiedzieć?

- Te komentarze w pewnym momencie zaczęły być groźne. Byłam na pedagogice, po pierwszym roku miałam praktyki na koloniach. To było lato 1967 roku. Przyjechali dwaj kontrolerzy ze związków zawodowych. Podeszli do mnie, że chcą ze mną porozmawiać. Jeden starszy, bezzębny wstręciuch, a drugi młody byczek, obaj paskudniacy. Była 11 w nocy, miałam dyżur na korytarzu. "Skocz po wódeczkę" - zarządził starszy. "Ja nie piję" - oświadczyłam. "Idź, idź" - on do tego młodszego. Ruszył niezadowolony, a ten stary zaczął mnie podrywać. Głupi kretyn, czego on szuka. "Pani Ewo - zapytał mnie nagle - czy pani jest Żydówką?". "Tak i bardzo się cieszę, że panu to przeszkadza"."Nie, nie" - on odpowiedział i zmienił taktykę podrywu. Zaczął mnie szantażować. "My wiemy, że wy w waszym klubie żydowskim uczycie się hebrajskiego i macie tajną organizację, i wiemy też, że pani przyjechała tu wychowywać dzieci w duchu syjonistycznym". To wszystko były wymysły! "Pani tego pożałuje - zaczął mi grozić". "My doniesiemy. Pani nie dostanie od nas zaświadczenia o zaliczeniu praktyk".

Oznaczałoby to niezaliczenie roku. Użyłam fortelu. Opowiedziałam mu jakiś niewinny dowcip polityczny, on to podchwycił i opowiedział o Chruszczowie, który przyjechał do Polski i rzekł do Gomułki: ja będę kierował, a ty będziesz trąbił. "Pan opowiada - nastraszyłam go - antyrządowe dowcipy, no to do jutra". On się przeraził. Naprawdę. I wyniósł się.

- A potem, pół roku później zaczął się Marzec.

- Pamiętasz przemówienie Gomułki z Sali Kongresowej? Oglądaliśmy całą rodziną.

- Wszyscy chyba Żydzi usiedli przed telewizorami.

- I mama powiedziała do nas: "Chyba trzeba będzie wyjeżdżać".

- Potem były nasze urodziny, 26 marca. Przyszło sporo chłopaków z klubu żydowskiego, bardzo radykalnych, i polscy przyjaciele. W tym dniu wyjeżdżali do wojska przywódcy łódzkiego Marca, bardzo bliscy koledzy.

- To byli Polacy, karnie wcieleni do wojska za Marzec.

- Żydzi nie byli liderami Marca. Myśmy już wiedzieli, że to prowokacja, że nasz udział może posłużyć do jakichś tam rozgrywek.

- Mama nam zabroniła.

- Nie mama, ale Andrzej, jeden z przywódców. Powiedział do mnie: "Nie daj się w to wciągnąć i niech Ewa nie da się wciągnąć, bo zrobią z was bananówy".

- Uczestniczyłyśmy więc w strajkach jak wszyscy studenci, ale nie byłyśmy w żadnych komitetach.

- Dostałyśmy na urodziny masę kwiatów. "Te kwiaty - zaproponowałam - zanieśmy na dworzec". Całą watahą poszliśmy więc na dworzec, pożegnaliśmy chłopców i znowu wróciliśmy do nas do domu.

- Weszłyśmy do kuchni. Nasza mama robiła kanapki. Widzę - ma łzy w oczach. "Dlaczego płaczesz?". I mama powiedziała, że jak kończyła 20 lat, otwierano getto. A na nasze urodziny wyrzucają nas z Polski.

- W pewnym momencie powstała bardzo przykra sytuacja, bo nasi żydowscy koledzy, którzy byli o wiele bardziej radykalni niż dziewczyny, zaczęli pokrzykiwać, że skoro Polska ma ich za obcych, nie wierzy w ich lojalność i obraża, to trzeba wyjechać. W takiej Polsce nie chcemy żyć. Mówię: "Przestańcie".

- Wstydziłyśmy się za nich przed polskimi przyjaciółmi. Przecież im było przykro.

- A oni do mnie: "Na co czekasz! Na kopniaka?! Wyjedziesz stąd dopiero, jak dostaniesz kopniaka?".

- No i mieli rację.

- Byłyśmy przerażone. Polacy siedzieli zawstydzeni. Witek Sułkowski, nasz przyjaciel, dosyć ważna postać w Łodzi, poeta, współzałożyciel wydawnictwa Puls, już nie żyje, Witek siedział ze spuszczoną głową. Nigdy tego nie zapomnę. Nic nie mówił. Wstydziłam się za nich, właśnie przed Witkiem, którego poglądy znałam. Winio, nazywaliśmy go.

- Niektórzy Polacy, pamiętasz, próbowali coś mówić.

- "Przecież ci u władzy to bałwany - mówili. - To jest taki system".

- I w kółko: "Nie wyjeżdżajcie, dlaczego macie wyjeżdżać?".

- Ale tak pytać mógł Polak. A nie ktoś, kto wcześniej został ze 40 razy skopany na ulicy, bo był Żydem. Bo to nie była tylko sprawa systemu. Nie tylko.

- Ci żydowscy chłopcy pierwsi wyjeżdżali. Od razu.

- A potem były pożegnania. Pani Janeczka dała salę w SPATIF-ie. Chociaż do SPATIF-u myśmy nie chodziły, bo nie piłyśmy, ale znałyśmy sporo ludzi, którzy tam chodzili.

- Jacyś panowie dziennikarze, których nazwiska znałyśmy, pamiętasz je? Stali przy bufecie i jeden przed drugim się tłumaczył, że on nie chciał takiego artykułu napisać, ale go zmusili, i mówił jeszcze, że takie piękne dziewczyny wyjeżdżają, jaka to szkoda dla Polski. Aż prosiło się o komentarz: "Precz z Żydami, Żydóweczki z nami". A później weszły trzy osoby, pamiętasz?

- Pewnie. Jeden z nich zapytał: "Co to? Szkoła Pereca?".

- "Czy Klub Babel?". Na cały głos.

- Miał bardzo donośny głos.

- To był nasz kolega. Może tak zapytał żartem, nie wiem. Ale w tamtych czasach ten żart był nie na miejscu.

- Pożegnanie zrobiła nam też pani Stefania w Honoratce. Dyskretne. Ja jej zresztą powiedziałam: "Nie, pani Stefanio, lepiej nie, będzie afera". Ale ona oświadczyła: "Zrobiłam Romkowi Polańskiemu, zrobię i wam". Ewunie wyjeżdżają - zawiadomiała wszystkich.

- Ona na nas mówiła Ewunie.

- Chciałyby się pożegnać. Przyszło bardzo dużo ludzi.

- Była też zabawa Pod Siódemkami.

- Wielka. A później jeszcze u przyjaciółki, która już nie żyje.

- Na przyjaciołach myśmy się nie zawiodły.

- Nigdy.

- A potem, jak pierwszy raz przyleciałyśmy do Polski, na Okęciu też było pełno przyjaciół.

Ilana z Łodzi

Widziałam, co się w Polsce dzieje. Ale ja... Polka.

Nie złożyłam podania o wyjazd! Żadnego. Nic, nic!

Ludzie wyjeżdżali, ale... Polska to mój świat, moje życie, mój naród!

Studiowałam na Politechnice Łódzkiej.

Mój tato był dyrektorem fabryki włókienniczej, przenieśli go na posadę o nazwie desenator i kiedy znajomi pytali go, co to, bo nikt nie wiedział, on mówił: następny stopień po dyrektorze.

Rodzicom było bardzo źle, czuli się nie-szczęśliwi. Ale ja miałam 20 lat, byłam na

III roku studiów i miałam polskiego narzeczonego.

Nagle wezwali mnie na komendę milicji w Łodzi. Mam się stawić i odebrać dokument podróży. OK, stawić się mogę, żeby nie przyszli mnie zabrać z domu, ale żadnego dokumentu nie wezmę. Powiedziałam im: "Urodziłam się Polką i umrę Polką, nie mam zamiaru wyjeżdżać". Pan, który ze mną rozmawiał, na początku był całkiem grzeczny. "Tak, to bardzo trudna decyzja - potakiwał ze zrozumieniem. Na pewno mam tu swoje życie, kocham Polskę, jest moją ojczyzną, ale jednak powinnam zrzec się polskiego obywatelstwa. Dlaczego? Przecież nic złego nie zrobiłam.

Mój tata nie należał do partii. Mama też nie. Tata był ateistą, a mama zachowała trochę tradycji żydowskiej, od czasu do czasu chodziła do synagogi.

Wezwali mnie po raz drugi. I po raz trzeci. My - usłyszałam - musimy wyjechać. I co to w ogóle znaczy, że ja się nie zgadzam. Ten pan nie był już grzeczny. "Wy musicie stąd wyjechać! Wy nie macie tu czego szukać. Dla was tu nie ma miejsca".

Nie ma miejsca? Dlaczego? Co myśmy takiego zrobili, że dla nas tu nie ma miejsca. Moi wszyscy dziadkowie urodzili się w Łodzi, obydwoje rodziców urodziło się w Łodzi, ja w Łodzi. Zawsze tu byliśmy.

Ten pan wyjął jakieś papiery. W tych papierach było paszportowe zdjęcie mojej mamy z małym dzieckiem i zdjęcie mojej mamy z dwojgiem małych dzieci, czyli ze mną i z moim starszym bratem. Nie wiedziałam, że rodzice chcieli wcześniej wyjechać. Ale wtedy, w 1957 roku, wyjechać im nie pozwolono, inż. Grossman był potrzebny. I dopiero gdy tato skończył 56 lat, uznali, że inż. Grossman jest już zbyteczny, można się go pozbyć.

Przysłano mi dokument podróży do domu. Było w nim napisane, że nie jestem polską obywatelką i muszę z Polski wyjechać w ciągu miesiąca. Nie wolno zostać. Trzeba wstać i iść. I... i... nic nie można zrobić...

Przepraszam, że płaczę.

Moje polskie koleżanki nie przyszły się ze mną pożegnać. Na dworcu był tylko narzeczony i przyjaciele rodziców.

One się bały. Powiedziały mi to potem. Ojciec jednej z nich był ważnym członkiem partii, zabronił jej iść na dworzec. Ja chyba nawet nie wiedziałam, że on jest taki ważny. A my znałyśmy się od trzeciego roku życia, byłyśmy razem od trzeciego roku życia. I ona nie przyszła się ze mną pożegnać.

One mnie potem przepraszały. Już za niepodległości, kiedy przyjechałam po raz pierwszy do Polski. Wcześniej nie pozwalano. Wszystkie się zbiegły, ściskały mnie, przepraszały, że takie były układy, bały się przyjść.

Nie powinnam płakać, przecież minęło

37 lat. Ale wtedy świat mi się zawalił. Niczego nie pakowałam, nic nie robiłam, mama szyła mi ubrania bez mierzenia.

Dostaliśmy pięć dolarów i na tułaczkę.

Mama pakowała skrzynie. Cały nasz dobytek. Meble - stoją u mnie do dzisiaj, polskie książki, słowniki, encyklopedie - mam je! Trochę srebra, parę obrazów, dwa dywany. Leżą w moich pokojach, bardzo jestem z nich dumna, pokazuję gościom, dwa metry na trzy. Oraz obrusy, serwetki, bluzki haftowane, wycinanki ludowe - wiszą u mnie na ścianie.
Dojechaliśmy pociągiem do Wiednia i po tygodniu mieliśmy samolot do Izraela. Dostałam jakiejś alergii, prawdopodobnie psychosomatycznej, pół ciała mi spuchło, łącznie ze strunami głosowymi, nie mogłam mówić. To trwało parę tygodni. Znajomi, którzy czekali na nas w Izraelu, nie poznawali mnie, byłam zupełnie zmieniona, spuchnięta.

Nie chciałam się uczyć hebrajskiego, to nie mój język, jestem Polką, chcę rozmawiać po polsku. Ale mnie wysłali i się nauczyłam.

Nie mogłam studiować na wydziale włókienniczym, bo takiego w Izraelu nie było, to zapisali mnie na mechaniczny, skończyłam.

Wyszłam za mąż za Izraelczyka. Jego rodzice pochodzą z Sieradza, ale on urodził się w Izraelu.

Nie, my jesteśmy Polacy. Moje córki lubią nakładać moje haftowane bluzki sprzed 37 lat. Za często im nie pozwalam, żeby po kolejnym praniu się nie rozsypały.

Chociaż nie, teraz czasami myślę, że chyba bardziej jesteśmy Żydami. Starą pierzynę przerobiłam na dwie kołdry dla córek. Są bardzo ciepłe.

Na pewno jestem Izraelką. Tak, jestem Izraelką. Nie, jednak Polką.

Józef z Sosnowca

Najtrudniejsze było pożegnanie z Florentyną. Moją Florcią. Nie mogę o tym mówić.

Rodzice mojego taty zginęli w Oświęcimiu. Rodzice mojej mamy zostali rozstrzelani w getcie w Brzesku Nowym pod Krakowem.

Mój tato po kampanii wrześniowej był najpierw w getcie sosnowieckim na Środuli, później był ukrywany po tzw. aryjskiej stronie. Moja mama przeżyła kilka obozów koncentracyjnych i obozów pracy, była w Płaszowie i w Skarżysku-Kamiennej.

Urodziłem się w Sosnowcu w 1947 roku na tej samej ulicy, gdzie tato kilka domów dalej ukrywał się w bunkrze przygotowanym przez polską katolicką rodzinę państwa Nowaków. Florentyna Nowak była jego mamką. Potem nianią. W czasie wojny przechowywała przez półtora roku mojego ojca, jego brata i jego siostrę. Opowiadała mi często, że największą sztuką było kupowanie chleba, bo gdy ktoś kupował więcej, otoczenie zaczynało podejrzewać, że przechowuje Żydów. Wychowała mnie. Była dla mnie babcią.

Mój tato miał zakład fotograficzny. Słynny na cały Sosnowiec Foto Zorski.

Wiedziałem, że jestem Żydem. Kiedy miałem siedem czy osiem lat, jakieś dzieci na ulicy krzyczały za mną: "Ty Żydzie!". Zapytałem rodziców, co to znaczy, i rodzice mi wytłumaczyli. Nie, nie czułem lęku. Natomiast czułem potrzebę, być może naturalną, nieeksponowania się ze swoją innością.

Co stało się z Żydami, wiedziałem i nie wiedziałem. Wiedziałem, że w Sosnowcu przed wojną było ich 30 tysięcy, a po wojnie zostało 30, 40 rodzin. Że w wielu domach mieszkali krewni mojego ojca, chodzili ulicami, po których ja chodziłem, ale nie myślałem o tym, że mieszkam na gigantycznym cmentarzysku. Nie zastanawiałem się też nad tym, dlaczego o przedwojennych mieszkańcach nie ma żadnych informacji, nikt nie wystawia im jakiegoś pomnika, i dlaczego ludzie po wojnie albo wyparli ich z pamięci, albo swoim dzieciom przekazali fałszywy ich obraz.

Jedna z koleżanek z Akademii Medycznej - jechaliśmy wtedy pociągiem na rajd, byłem instruktorem harcerskim, przejeżdżaliśmy przez Sosnowiec, moje miasto - i jedna z koleżanek powiedziała: "To jest straszne miasto, przed wojną mieszkali tu sami Żydzi i Cyganie". Nie miałem odwagi, żeby coś powiedzieć, żeby zacząć z nią dyskutować.

Nie wiem, czy wiedziała, że jestem Żydem. Ułatwieniem w świecie zewnętrznym, z czego wtedy nie zdawałem sobie sprawy, było moje nazwisko. Nazwisko w jakiś sposób determinuje człowieka. Chroni przed obcością. Nie chciałem być postrzegany jak obcy. Chyba w pewnym sensie się ukrywałem. Chyba bardzo wielu ludzi w Polsce się ukrywało. Bo gdybym się nie ukrywał, to przecież zwróciłbym uwagę tej koleżance, że powiedziała o Żydach coś bardzo negatywnego. Prawda? Powinienem jej coś powiedzieć, ale ja nigdy w podobnych sytuacjach się nie odzywałem.

Kiedy miałem sześć, siedem lat, moja Florcia prosiła mnie, żebym śpiąc, swój nos przytrzymywał palcem do góry. Miała nadzieję, że dzięki temu będzie zadarty. Martwiła się, że rośnie w zły sposób. Ten nos był przecież w czasie wojny przekleństwem. A ona była troszkę opętana myślą, że okupacja może się powtórzyć. "Jak Józik był mały - lubiła przypominać - wyglądał jak aniołek, miał takie ładne blond włoski". Marzeniem każdego Żyda, który przeżył okupację, było mieć blond włosy. Zrozumieć to mogą tylko ludzie, którzy się ukrywali. Lub ci, którzy ich ukrywali.

Chodziłem do polskich szkół. Czułem się i Polakiem, i Żydem. Podwójna identyfikacja. Ludziom, którzy jej nie doświadczyli, trudno wytłumaczyć, czym jest. Bo kulturowo i językowo byłem Polakiem. Jednak jadąc na przykład pociągiem i słuchając w przedziale dowcipów o Żydach, nagle automatycznie stawałem się kimś innym. Od razu traciłem dobry humor, sztywniałem w środku i czułem się Żydem, wyłącznie Żydem.

Te dwie świadomości z sobą nie kolido-wały.
Kiedy miałem 15, 16 lat, chciałem studiować historię lub dziennikarstwo. Interesowałem się polityką, czytałem wszystko, co się dało, i słuchałem jak większość ludzi Voice of America, Wolnej Europy. Ojciec też słuchał. Jego znajomi również.

Rozmawiałem potem, już w Szwecji, z mądrym, starszym człowiekiem. Powiedział mi, że gdyby nie było Holocaustu, gdyby przeżyli ci wszyscy rzemieślnicy, drobne i średnie mieszczaństwo żydowskie, to nie wiadomo, czy ten komunizm można by było w Polsce wprowadzić, bo przecież ci ludzie byli antytezą komunizmu. Paradoksem jest, że w oczach ludu polskiego Żydzi stali się symbolem tych, który wprowadzali komunizm, a zapomina się, że olbrzymia większość ludności żydowskiej, która przeżyła, nie była zaangażowana w sprawy ideologiczne.

Dobrze się stało, że poszedłem na medycynę. Gdybym studiował historię czy dziennikarstwo, prawdopodobnie bym siedział.

Na Akademii Medycznej w Zabrzu Rokitnicy w 68 roku wszyscy sympatyzowaliśmy ze studentami z Warszawy. Nie było strajków i komitetów, ale kotłowało się. Pisałem wierszyki antyrządowe, czytałem je kolegom na rajdach. Oni też byli anty. Moim popisowym numerem była mowa ambasadora wietnamskiego w Polsce, parodia różnych oficjalnych gadek.

W maju lub w czerwcu 1968 roku do naszej harcerskiej dziesięcioosobowej Rady Kręgu przyjechał towarzysz z Komitetu Wojewódzkiego partii w Katowicach. Przyjechał uświadomić nas, czym były wypadki marcowe i kto za nimi stoi. Nazywał się Lichoś. Opowiadał o Żydkach, którzy w czasie okupacji nie chcieli walczyć, choć partyzanci ich do tego namawiali i dawali im broń. Żydki odrzucały broń, krzyczały: "Aj waj", i uciekały.

"Aj waj" jest zwrotem obraźliwym wobec Żydów, wyrażającym pogardę.

Czułem, że się pocę. Ten człowiek mówił o Żydach straszne rzeczy. Że zmienili wiarę i nazwiska po to, by Polakom szkodzić, ale wypalimy ich, towarzysze, ogniem i mieczem, do samego dna, tym razem już im nie pozwolimy rządzić. "Wypalimy do dna" - te trzy słowa słyszę do dziś.

Jeden z kolegów zadał mu pytanie: "Towarzyszu, czy oni z Polski mogą wyjechać?". I towarzysz Lichoś odpowiedział: "Owszem mogą, ale nie jadą, mają rozkaz czekać".

I wtedy pomyślałem sobie, że to już nie jest farsa. To jakiś faszyzm, i ja mam do czynienia z paranoikami. Wróciłem do domu i zdecydowałem, że wyjeżdżam.

Rozsądek nakazywał, że powinienem zostać i skończyć studia. Byłem na czwartym roku medycyny. Nie mogłem. Postronnym ludziom nie sposób wytłumaczyć psychologicznej siły tej histerycznej kampanii, skierowanej do nas, małej grupki ludzi, którzy albo jeszcze niedawno przeżyli wojnę, albo jak ja - żyli w jej cieniu. Chciało się uciekać. Nie planując jak, dokąd konkretnie, nie kalkulując kosztów. W panice.

Czy była ona uzasadniona, nie wiem. Wtedy odnosiłem wrażenie, że wielu ludzi uważa, że dobrze, iż Żydzi wyjeżdżają, bo Żydzi to element obcy, syjonistyczny. Odnosiłem wrażenie, że ja, owszem, mam status "swojego Żydka" - jak się mówiło - czyli tego dobrego. Ale jednocześnie słyszałem, co mówiło się o innych. Że ci inni, panie dziejku, są niedobrzy, im powinno się dać w kość. Bo nawet w ludziach, którzy wobec propagandy partyjno-rządowej mieli tzw. mieszane uczucia i jej nie ulegali, tkwił gdzieś w podświadomości głęboko zakodowany obraz jakiegoś wyimaginowanego Żyda. Oni mówili: "Przecież wy nie musicie wyjeżdżać, to nie do was skierowany jest ten atak. Oni nie was mają na myśli. Tylko tych innych". We mnie te słowa zwiększały jeszcze poczucie strachu.

Powiedziałem ojcu, że wyjeżdżam. Ojciec nie chciał opuszczać Polski. Nie chciał zostawić swojego zakładu fotograficznego. Foto Zorski istniał od 1900 roku. Wybudował go jego ojciec Jakub Zorski, który jako młody człowiek wyjechał z rodzinnej Częstochowy i rozpoczął proces asymilacji. Najpierw mieszkał pięć lat w Londynie, ucząc się zawodu, później wrócił do Kongresówki, otworzył zakład fotograficzny w mieście Sosnowice, czyli w późniejszym Sosnowcu, i ożenił się z córką zamożnego kupca Abrama Jasnego.

Słowo syjonista ani w stosunku do mnie, ani do mojej rodziny nigdy nie zostało użyte. Być może dlatego, że tata nigdy nie należał do żadnej partii, a i ja byłem zwykłym studentem wtopionym w szarą masę.

Musiałem oddać swoją książeczkę wojskową. Poszedłem do wojskowej komendy rejonowej. Major otworzył ją i zaczął czytać. Józef Zorski - syn Zygmunta, Zygmunt - syn Rozalii i Jana. "Jak was, cholera, rozpoznać?" - zwrócił się do mnie.

Pamiętam uczucie ulgi. Że powziąłem słuszną decyzję. Jeszcze nie rozumiałem, czym jest utrata języka - amputacją części osobowości.

Następnego dnia na tę samą komendę poszedł mój ojciec. Tato w książeczce wojskowej miał wpisane, że walczył w kampanii wrześniowej. Major przeczytał i powiedział do niego: "Biliśmy Niemców, biliśmy, prawda?". A mój tato odpowiedział: "Ja biłem, ale co pan robił, nie wiem".

Mój ojciec był żołnierzem 73. Pułku Piechoty, walczył na pierwszej linii jako dowódca CKM-u, ciężkiego karabinu maszynowego. Ten pułk był trzy razy rozbijany, w zorganizowanej formie utrzymał się najdłużej i definitywnie rozbity został dopiero w ostatnich dniach września pod Tomaszowem Lubelskim.

Nie rozmawiałem wtedy z moimi kolegami Polakami. O swojej decyzji poinformowałem ich na krótkim wyjeździe harcerskim. Byli zaszokowani. Dlaczego?! Niektórym było przykro. U niektórych widziałem autentyczne uczucie wstydu. A w niektórych było - powiedziałbym - zdziwienie, bo potwierdzenie jakby faktu, że nawet tak spolszczony człowiek jak ja spolszczony do końca nie jest i nagle decyduje się opuścić swój kraj. Dyrektorka mojego gimnazjum, kiedy pojechałem się z nią pożegnać, też nie mogła zrozumieć, dlaczego wyjeżdżam. Nie miałem siły jej tego tłumaczyć.

Tato sprzedał zakład fotograficzny za symboliczną sumę, chyba 20 tysięcy, i Foto Zorski przestał istnieć. Słynny Foto Zorski nie był już naszą własnością.

Wyjeżdżałem z Katowic 10 października 1969 roku. Wyjeżdżałem na zawsze. Na granicy wszedł żołnierz WOP-u po paszporty, sympatyczny młody człowiek, i zapytał, pamiętam dokładnie: "Co to dzisiaj? Cała Polska wyjeżdża?".
Pozostał żal.