Wobec
pogromu kieleckiego: dwa rachunki sumienia (I)
Adam Michnik
Gazeta Wyborcza
3 czerwca 2006
W 1946 r. biskup Czesław
Kaczmarek uznał, że winę za pogrom kielecki ponoszą Żydzi
kolaborujący z reżimem komunistycznym, a nawet skłonny
był upatrywać w tej zbrodni prowokacji żydowskiej. Oceny
biskupa pokazują, jak głębokie były wówczas pokłady stereotypów
antysemickich wśród części duchowieństwa
Pamięci Stanisława Musiała
W raporcie sporządzonym przez kurię kielecką i przekazanym
przez ks. bp. Czesława Kaczmarka na ręce ambasadora Stanów
Zjednoczonych w Warszawie Artura Bliss-Lane'a są dwa stwierdzenia
zasługujące na zapamiętanie. Czytamy tam:
"Wypadki kieleckie niezależnie od ich tła, niezależnie od tego, że były
sprowokowane, niezależnie od tego, że władze rządowe mogły, lecz nie chciały
do nich nie dopuścić, były jednak zbrodnią zostawiającą plamę na społeczeństwie
polskim. Wiadomo było, że czynniki wrogie Polsce będą się starały atakować
ją z tego powodu. Każdy uczciwy rząd polski, tak jak każdy rząd na świecie,
z obowiązku starałby się przedstawić wypadki kieleckie jak najsumienniej, podać
wszystkie okoliczności łagodzące, bo takie były niewątpliwie - zabijający w
Kielcach nie byli przecież zawodowymi zbrodniarzami".
W innym zaś miejscu czytamy na temat tłumu mordującego Żydów:
"Działanie w afekcie zawsze zmniejsza winę, zwłaszcza wtedy, gdy przestępca
jest jednym z tłumu przestępczego, gdy jest przez tenże podniecony, niejako
zachęcany".
Cóż odpowiedzieć na takie stwierdzenia? "Miast się targować
i usprawiedliwiać - pisał Jan Błoński w głośnym eseju >Biedni
Polacy patrzą na getto < - winniśmy najpierw pomyśleć o sobie,
o własnym grzechu czy słabości".
Zestawienie tych dwóch stanowisk dobrze ilustruje różnice
w pojmowaniu rachunku sumienia przez polskich katolików.
I.
Jan Błoński opublikował swój pamiętny esej na łamach "Tygodnika
Powszechnego", pisma katolickiej inteligencji, które
z podziwu godną odwagą i konsekwencją przez dziesięciolecia
sprzeciwiało się stereotypom antysemickim. Tenże "Tygodnik
Powszechny" w sierpniu 1945 r., a więc u progu swego
istnienia, opublikował po pogromie krakowskim (11 sierpnia
1945 r.) znamienną deklarację:
"Z wielokrotnych wypowiedzi Stolicy Apostolskiej i przedstawicieli hierarchii
kościelnej wynika niedwuznacznie, że antysemityzmu z światopoglądem katolickim
pogodzić nie można. Antysemityzm to rasizm, przekonanie o naturalnej nierówności
czy nawet wrogości ras, antysemityzm to nienawiść. Kościół uczy, że wszyscy
ludzie są równi wobec Boga. (...) Zdziczenie obyczajów, samosądy i zbrodnie
- oto nazbyt widoczne skutki pięciu lat wojny i okupacji. Zwłaszcza po (...)
straszliwej eksterminacji narodu żydowskiego przez Niemcy, o której żadnemu
chrześcijaninowi nie wolno myśleć inaczej, niż z najgłębszym współczuciem,
zajścia krakowskie mają swoją smutną wymowę".
Tej deklaracji "Tygodnik Powszechny" pozostał wierny
przez 60 lat swego istnienia.
Esej Jana Błońskiego był oczywistą konsekwencją takiego stylu
myślenia: bezwzględnie uznać własną winę, wtedy gdy miała
ona miejsce, bezwzględnie mówić prawdę, która ma moc wyzwalającą
i uzdrawiającą. Jednak ten esej - jeden z najpiękniejszych
i najbardziej szlachetnych tekstów, jakie napisano w języku
polskim - wzbudził wiele oporów opinii publicznej. Także
i ja uważałem, że prawdy bolesne zostały wypowiedziane przez
Błońskiego nie w porę. Sądziłem, że społeczeństwu zmagającemu
się z poczuciem upokorzenia i poniżenia w ponurych dniach
stanu wojennego nie można narzucać obowiązku rozliczania
się - w tym momencie właśnie - z dramatycznym bagażem stosunków
polsko-żydowskich.
Nie miałem racji. Później, uczestnicząc wielokrotnie w debatach
polsko-żydowskich - w Nowym Jorku i Chicago, w Los Angeles
i Toronto, w Melbourne i Paryżu - reprezentując polemicznie
polski punkt widzenia, miałem okazję stwierdzić, że mądry
i przenikliwy esej Błońskiego dokonał moralnego przewrotu
w tych stosunkach, "oczyścił skażoną ziemię". Ten
esej stał się też manifestacją nowego sposobu myślenia i
pisania o antysemityzmie - przełamał wieloletnie zakłamanie
i milczenie powodowane komunistyczną dyktaturą i cenzurą.
Polska opinia publiczna przemówiła językiem ludzi wolnych,
okazała się zdolna do poważnego rachunku sumienia.
Proces dążenia do prawdy bywa jednak odmiennie odczytywany.
Oto jeden z propagatorów "nowej polityki historycznej" zauważa,
że w perspektywie nakreślonej przez Błońskiego "niemożliwe
jest z samej istoty posługiwanie się kategorią interesu narodowego".
Zadziwiający sąd: czyż dążenie do prawdy o własnej historii
- przez dziesięciolecia zakłamywanej przez komunistyczną
dyktaturę - nie jest elementarnym wymogiem interesu narodowego?
Inny obrońca godności narodowej przed "rytuałem bicia
się w piersi" odnotowuje: "Dzisiaj w modzie jest
głośne łomotanie się we własne piersi za antysemityzm...".
Nie słyszę wprawdzie tego "łomotu" - czasem tylko
czytam gorzkie słowa prawdy - a jednak mam wrażenie, że nasz
obrońca "godności i dumy" chętniej by się bił w
cudze piersi za cudze winy.
Czytałem też niedawno o postępującym "odwrocie od historii"
w wyniku "politycznej operacji odcinania przeszłości, której
przeprowadzeniem z różnych powodów byli zainteresowani zarówno
postkomuniści, jak i część dawnej opozycji ze środowiskiem
>Gazety Wyborczej < na czele". To lewica i środowiska liberalne
- czytamy - "dzierżą prym w tej demaskatorskiej aktywności".
Pozostaje tylko zapytać: A cóż jest niestosownego w aktywnym
demaskowaniu kłamstwa?
Autorami cytowanych opinii są prominentni politycy obozu
rządzącego dziś Polską, co prowokuje smutną refleksję, że
kłamliwa insynuacja znów zastępuje rzeczowy argument - równie
łatwo jak w epoce komunistycznej dyktatury. Wszak to właśnie
wtedy wyzwiskami w rodzaju "nihilizm narodowy" czy "pogarda
dla polskiej tradycji" posługiwano się wobec oponentów
bez cienia przyzwoitości, umiaru i sensu.
Po 1989 r. proces oczyszczania pamięci zbiorowej z kłamstw,
wypełniania białych plam w badaniach historycznych obejmował
wszystkie zdarzenia cenzurowane i skazane na zapomnienie
w epoce dyktatury: pakt Ribbentrop-Mołotow, agresję 17 września
1939 r., zbrodnię katyńską, skonfiskowane obszary kultury
narodowej, powstanie warszawskie, prześladowanie Kościoła
katolickiego, stosunki polsko-ukraińskie, stosunki polsko-żydowskie
- po prostu całość polskiego dziedzictwa. Dlatego możemy
dzisiaj swobodnie rozmawiać o sprawach najtrudniejszych -
także o powojennych tragicznych losach ludności żydowskiej
w Polsce.
II.
To jest z pewnością jedna z najtragiczniejszych i najbardziej
zawikłanych spraw w najnowszej historii Polski. Nie był to
konflikt polsko-żydowski; był to konflikt polsko-komunistyczny,
którego ofiarą często padali Żydzi.
Kiedy zastanowimy się nad tamtym powojennym czasem, to zderzają
się ze sobą dwie odmienne, często przeciwstawne pamięci.
Dochodzą do głosu dwa monologi, które zwykle nie przeobrażają
się w dialog. Nie brak w tych monologach uogólnień, które
fałszują rzeczywistość, nie brak też oskarżeń niesprawiedliwych
opartych na całkowitym niezrozumieniu drugiej strony. Ścierają
się dwa sposoby myślenia, pamiętania i wartościowania dwóch
społeczności, z których każda żyje w przeświadczeniu o własnej
niewinności i pielęgnuje swój "triumfalizm cierpienia".
Nie ułatwia to - łagodnie mówiąc - rozumienia sąsiada, antagonisty,
Innego...
By ująć rzecz najprościej: dla Żydów najistotniejszym doświadczeniem
była Zagłada, dla Polaków - utrata wolności i niezawisłości.
Dla Żydów wkroczenie Armii Czerwonej oznaczało kres "epoki
pieców", dla Polaków - początek nowej fali represji
i nowej obcej dominacji.
Podstawowym problemem dla Żydów po 1945 r. było przeżycie;
podstawowym problemem dla Polaków było nowe zniewolenie.
Żydzi żyli w lęku przed ekscesami antysemickimi, które towarzyszyły
im od pierwszego dnia po zakończeniu wojny; Polacy żyli w
lęku przed komunistycznym aparatem bezpieczeństwa, który
od początku stanowił dla nich zagrożenie. W chwilach grozy
obecność ludzi z UB stanowiła dla Żydów nadzieję na ratunek;
pojawienie się ludzi z UB stanowiło dla Polaków moment grozy.
Żydzi z lękiem myśleli o pogromach antysemickich; Polacy
mieli poczucie, że komunistyczna władza urządza im permanentny
pogrom.
"W polskim społeczeństwie - pisała Krystyna Kersten, znakomita znawczyni
przedmiotu - upowszechniona była klisza myślowa: Żydzi - władza - zagrożenie
polskości", a "w oczach Żydów istniało sprzężenie: podziemie - reakcja
- antysemityzm - śmiertelne niebezpieczeństwo dla Żydów". W oczach żydowskich
pogrom w Kielcach był wybuchem owładniętego bestialstwem motłochu, zatrutego
tradycyjnym antysemityzmem polskiej prawicy. Dla Polaków była to prowokacja
komunistów, która miała na celu zohydzenie w oczach demokratycznego Zachodu
Polski walczącej o wolność.
Nie ma żadnych "twardych" dowodów na to, że pogrom
kielecki był rezultatem świadomie przygotowanej prowokacji
aparatu bezpieczeństwa czy służb sowieckich. Nie ulega jednak
wątpliwości, że - tuż po sfałszowanym referendum - komuniści
wykorzystali propagandowo pogrom kielecki w taki właśnie
sposób, by odwrócić uwagę od fałszerstwa, by okryć hańbą
opozycję antykomunistyczną. Nie ulega również wątpliwości,
że tendencje antysemickie były w owym czasie bardzo powszechne
i owocowały agresją wobec Żydów. Jest też faktem, że totalitarna
władza komunistyczna cieszyła się poparciem instytucji żydowskich
- choć można się spierać, w jakim stopniu były one reprezentatywne.
Wreszcie należy mieć na uwadze to, że pogrom kielecki - choć
najbardziej głośny - nie był, niestety, jedynym pogromem
antysemickim w owym czasie. Był to bowiem czas powszechnego
bandytyzmu i krwawej rozprawy władzy komunistycznej ze zbrojnym
podziemiem, czas chaosu, zdziczenia i bezprawia. Deprawująca
i wielostronna propaganda hitlerowska zohydzała i odczłowieczała
Żydów. Praktyka hitlerowskiego terroru - stosując zasadę "dziel
i rządź", zamykając Żydów w gettach, promując i premiując
szmalcowników - uczyniła ograbianie i mordowanie Żydów składnikiem
codziennej rzeczywistości. Żyd przestawał być bliźnim - stawał
się kimś na kształt robactwa zasługującego tylko na wytępienie.
Wreszcie - zwraca na to uwagę nowojorski historyk John Micgiel
we wstępie do publikacji raportu bp. Kaczmarka - "antysemityzm
miał główne źródło w tym, że większość tych ubogich ludzi
mieszkała w domach lub mieszkaniach należących przed wojną
do Żydów polskich. Lęk przed powrotem prawnych właścicieli
wzbudzał w nich niechęć graniczącą z antysemityzmem".
Żydów miało już nie być. Tymczasem Żydzi powracali. Nieczęsto,
nieliczni, ale powracali.
III.
Bożena Szaynok, autorka książki o pogromie kieleckim, podaje,
że do Kielc zamieszkiwanych przed wojną przez ok. 25 tys.
Żydów przyjechało po wojnie ok. 300 Żydów. Wedle danych z
maja 1946 r. w Kielcach mieszkało 163 Żydów, głównie w dwóch
domach na ul. Planty, w centrum miasta.
Przebieg pogromu był wielokrotnie opisywany. Rozpoczął się
od plotki o porwaniu Henryka Błaszczyka, kilkuletniego chłopca,
w celu dokonania na nim mordu rytualnego. Rozwścieczony tłum
wspierany przez milicjantów i wojskowych zaatakował dom przy
ul. Planty, gdzie mieszkali Żydzi i mieścił się Komitet Żydowski,
by szukać polskich dzieci przechowywanych przez Żydów w piwnicach
i przeznaczonych na mord rytualny. Po wtargnięciu do budynku
Żydów wyciągano z mieszkań, bito, grabiono i mordowano. Trwało
to przez wiele godzin. Pogromowi towarzyszyła bierność -
mimowolna lub celowa - wszystkich instytucji odpowiedzialnych
za porządek w mieście i bezpieczeństwo obywateli.
Podczas pogromu zginęło 40 osób, 80 zaś zostało poranionych,
pobitych, okaleczonych. To jest bezsporne - reszta pozostaje
w sferze interpretacji, przypuszczeń i domysłów.
Jedną z takich interpretacji jest memorandum przekazane przez
ks. bp. Czesława Kaczmarka, ordynariusza diecezji kieleckiej,
ambasadorowi Arturowi Bliss-Lane'owi. Wedle opinii Jana Śledzianowskiego,
biografa bp. Kaczmarka, w lipcu 1946 r. biskup powołał specjalną
komisję do zbadania okoliczności pogromu pod kierownictwem
ks. prof. Mieczysława Żywczyńskiego. Wręczając raport tej
komisji ambasadorowi USA, bp Kaczmarek przyjął na siebie
odpowiedzialność za jego treść i konkluzje.
Ten obszerny raport na temat "zajść kieleckich" (dokument
konsekwentnie unika słowa "pogrom") należy odczytywać
w kontekście kampanii propagandowej rozpętanej przez władze
komunistyczne.
Od pierwszej chwili propaganda komunistyczna oskarżała o
pogrom opozycję antykomunistyczną. Pisano, że w tłumie pogromowym
prym wiedli żołnierze gen. Andersa, co wnet okazało się kłamstwem.
Władysław Gomułka, sekretarz generalny PPR, wprost wskazywał
oprawców pogromu w przemówieniu z 6 lipca do aktywu PPR i
PPS: "PSL-owsko-NSZ-owska negacja, nie uzyskawszy zwycięstwa
w głosowaniu ludowym, chce je osiągnąć przez wtrącenie kraju
w odmęty anarchii. (...) Jaskrawym tego dowodem jest pogrom
Żydów w Kielcach. (...) Faszyści polscy, ci sami, którzy
tak entuzjazmują się na widok pana Mikołajczyka i których
wita on lordowskim uśmiechem zadowolenia, prześcignęli w
antysemickim szale mistrzów hitlerowskich".
W odezwie kieleckich organizacji PPR i PPS obwiniano dodatkowo
duchowieństwo polskie.
IV.
Raport bp. Czesława Kaczmarka sporządzony został 1 września
1946 r., a więc po serii propagandowych publikacji i pokazowych
procesów, które swym przebiegiem przypominały ten typ procesów
stalinowskich, gdzie chodziło o przykładne ukaranie "kozłów
ofiarnych" i ukrycie okoliczności kompromitujących przedstawicieli
aparatu władzy. Najbardziej głośne procesy konsekwentnie
pomijały rolę milicji, wojska i aparatu bezpieczeństwa.
Odrzucając - zasadnie - wersję rządowo-propagandową, dokument
przedstawia ocenę bp. Kaczmarka. Czytamy tam:
"Polacy nie mają opinii sadystów. (...) W Kielcach nie było przedtem żadnych
wystąpień antyżydowskich, mieszka tu ludność spokojna, bądź co bądź katolicka,
a mordowali - wg urzędowego aktu oskarżenia - nie jacyś rozgoryczeni życiem
bezrobotni lub nędzarze, lecz przedstawiciele drobnego mieszczaństwa, ludzie
biedni, ale nie nędzarze. (...)
Dlaczego więc miało to miejsce? Odpowiedź może być tylko
jedna. Dlatego, że tłum nienawidził Żydów. Ta nienawiść mogła
sprawić, że uwierzono opowiadaniu chłopca, że stało się ono
ostatnią kroplą, która spowodowała wylew tej nienawiści w
formie niesłychanie drastycznej. Rzecz jasna, że nie czuje
się nienawiści do ludzi obojętnych, nieszkodliwych, nienawidzi
się tylko wrogów czy też tych, których się za wrogów uważa,
i to z przyczyn, jeśli chodzi o tłum, konkretnych, jasnych,
wyraźnych. W Kielcach przyczyny tej nienawiści były dwojakiego
rodzaju. (...)
Oto po olbrzymich mordach Żydów dokonywanych przez władze
niemieckie w Polsce ówczesnej, a więc i w Kielcach nie było
wrogiego nastawienia do Żydów i nie było antysemityzmu. Wszyscy
współczuli Żydom, nawet ich najwięksi wrogowie. Wielu Żydów
ocalili Polacy, boć przecież bez pomocy polskiej nie ocalałby
żaden. Ratowano ich, choć były za to surowe kary, aż do kary
śmierci włącznie. Tak było w roku 1944 i na początku roku
1945. Po wejściu wojsk sowieckich, po rozciągnięciu władzy
rządu lubelskiego na całą Polskę ten stan rzeczy zmienił
się gruntownie. Zaczyna się niechęć do Żydów, szerzy się
szybko, ogarniając szerokie masy społeczeństwa polskiego
- wszędzie, a więc i w Kielcach. Żydzi są nielubiani, nawet
znienawidzeni na całym obszarze Polski. Jest to zjawisko
nie ulegające najmniejszej wątpliwości. Nie lubią Żydów nie
tylko ci Polacy, którzy nie należą do żadnej partii lub też
są w opozycji, ale nawet wielu spośród tych, którzy oficjalnie
należą do partii rządowych.
Powody tej niechęci ogólnej są powszechnie znane, w każdym
razie nie wynikają one ze względów rasowych. Żydzi w Polsce
są głównymi propagatorami ustroju komunistycznego, którego
naród polski nie chce, który mu jest narzucany przemocą,
wbrew jego woli. Każdy Żyd ma poza tym dobrą posadę lub nieograniczone
możliwości i ułatwienia w handlu i przemyśle. Żydów jest
pełno w ministerstwach, na placówkach zagranicznych, w fabrykach,
urzędach, w wojsku, i to wszędzie na stanowiskach głównych,
zasadniczych i kierowniczych. Oni kierują prasą rządową,
mają w ręku tak surową dziś w Polsce cenzurę, kierują urzędami
bezpieczeństwa, dokonują aresztowań. Niezależnie od szerzenia
komunizmu nie odznaczają się oni taktem, zwłaszcza w stosunku
do ludzi o przekonaniach niekomunistycznych. Są często aroganccy
i brutalni. Wielu z nich nawet nie pochodzi z Polski. Przybywszy
z Rosji, słabo mówią po polsku, jeszcze słabiej orientują
się w stosunkach polskich. Na podstawie powyższych powodów
powiedzieć zatem można, że sami Żydzi ponoszą lwią część
odpowiedzialności za nienawiść, jaka ich otacza. Przeciętny
Polak sądzi (mniejsza o to słusznie, czy niesłusznie), że
prawdziwymi i szczerymi zwolennikami komunizmu w Polsce są
głównie tylko Żydzi, bo olbrzymia większość komunistów Polaków
to - zdaniem ogółu - ludzie interesu, bezideowi, którzy są
komunistami tylko dlatego, że im się to sowicie opłaca. (...)
Obok tej przyczyny działa jednak na masy w Kielcach przyczyna
druga, którą by można nazwać bezpośrednią. Już na parę miesięcy
przed dniem 4 lipca 1946 r. rozchodziły się po Kielcach wersje
o ginięciu dzieci obu płci. (...) Szeroki ogół uważał, że
sprawcami ich są Żydzi, którzy na dzieciach popełniają mord
rytualny, toteż skargi rodziców dzieci wpływały bardzo podniecająco
przeciwko Żydom, zwłaszcza na ludzi prostych. Te niewątpliwie
fakty ginięcia dzieci oburzały nawet wielu ludzi z inteligencji.
Niektórzy z nich informowali na przykład piszącego, że Żydzi
dokonują transfuzji krwi z dzieci, a ofiary, z których pobrano
krew - mordują.
Fakty tu opisane były meldowane milicji, która jednak okazywała
wobec nich zupełną obojętność, nie przeprowadzając śledztwa,
ale i nie dementując otrzymanych wiadomości. Ta bezczynność
władz policyjnych utwierdzała szerokie masy w przekonaniu,
że Żydom w Polsce wszystko wolno, że wszystko może im uchodzić
bezkarnie".
Dlaczego - zastanawiał się autor raportu - mały chłopiec
uciekł z domu i opowiedział kłamliwą historyjkę o porwaniu?
Może był do tego namówiony? A jeśli tak - to przez kogo?
Odrzucając - logicznie - tezę o prowokacji ludzi z opozycji
antykomunistycznej, autor raportu zastanawiał się: A może
Żydzi? Czyżby Żydzi spowodowali pogrom?
Czy to nie absurd? - pyta autor raportu. I odpowiada:
"Przed daniem odpowiedzi na to pytanie trzeba wspomnieć o dwóch wiążących
się z nią zjawiskach. Po pierwsze, faktem jest, że Żydzi europejscy pragną
wywrzeć presję na rząd Wielkiej Brytanii, by oddał im w niepodzielne władanie
Palestynę. Niedawno dokonany przez terrorystów żydowskich zamach w Jerozolimie
na hotel króla Dawida, podczas którego zginęło podobno sporo Żydów, jest wymownym
dowodem tej presji. Po drugie, aby łatwiej uzyskać możność wyjazdu do Palestyny,
Żydzi europejscy starają się dowieść, że w niektórych krajach europejskich
są prześladowani. Do takich krajów należy Polska, której Żydzi, zwłaszcza rosyjscy,
szczególnie nie lubią za to, że nie chce przyjąć narzuconego sobie ustroju
komunistycznego. Ze względu na przytoczone zjawiska nie jest wykluczone, że
ktoś z Żydów mógł skłonić Henryka Błaszczyka do opowiadania (...) w przewidywaniu,
że skłoni ona podniecony już i tak przeciw Żydom tłum do ekscesów, które będzie
można potem obszernie wyzyskać".
Replikując na zarzuty pod adresem Kościoła katolickiego,
pisał autor raportu:
"Nauka Kościoła, głosząca, że każdy człowiek jest bliźnim i że zabijać
ani krzywdzić nikogo nie wolno, jest zupełnie wyraźna. Kościół potępia skrajny
nacjonalizm i walkę klas. Postępowanie księży nie było i nie jest odmienne.
Najlepszym tego gwarantem jest sama prasa rządowa, która, choć zajmuje się
tym problemem niezwykle obszernie, nie potrafiła zacytować ani jednego orędzia
biskupiego o charakterze antysemickim, nie potrafiła przytoczyć ani jednego
nazwiska księdza katolickiego, który by do napadania i bicia Żydów zachęcał.
Prasa rządowa zgodnym chórem atakuje kardynała Hlonda za jego wywiad udzielony
sprawozdawcom pism zagranicznych na temat wypadków kieleckich, choć nigdy w
całości go nie przedrukowała, lecz operowała zawsze powyrywanymi z kontekstu,
a często poprzekręcanymi zdaniami. Prymas Polski dał w tym wywiadzie krótki,
lecz prawdziwy obraz wypadków kieleckich. Stwierdził więc, że w Polsce istnieje
niechęć do Żydów, gdyż zajmują oni wybitne stanowiska rządowe i starają się
zaprowadzić ustrój komunistyczny. Na tym tle stają się zrozumiałe wypadki kieleckie,
które jednak kardynał uważa za opłakane, które też, jego zdaniem, Kościół jako
zabójstwo potępia. Ale jeżeli należy ubolewać nad tym, że na froncie politycznym
w Polsce giną Żydzi, to trzeba ubolewać również nad tym, że giną i to w znacznie
większej ilości Polacy. Oświadczenie to jest tak zgodne z prawdą, że prasa
rządowa w Polsce nie ośmieliła się podać go w całości, zrozumiałe jest jednak,
że musiało ono wywołać jej wściekłość, bo trudno inaczej nazwać ataki na czczonego
przez 90 proc. Polaków Prymasa.
Prasę rządową zabolały dwie prawdy: jedna o roli Żydów, druga
o mordowaniu Polaków. A przecież obydwie są niewątpliwe.
(...) Codziennie niemal giną z rąk członków partii rządzących,
z rąk milicji i służby Bezpieczeństwa działacze PSL, działacze
opozycji. W jednym tylko powiecie miechowskim ludzie rządowi
wymordowali 260 chłopów polskich w ciągu siedmiu tygodni.
A jednak, choć zabójcy są znani, nie aresztuje się ich, nie
wytacza się im procesów. Milczy na ten temat prasa polska,
nic o tym nie wie prasa zagraniczna. Stąd nic dziwnego, że
gdy Prymasa Polski zapytano, co sądzi o zbrodni kieleckiej,
odpowiedział, że potępia wszystkie - zarówno tę, której rząd
nadał rozgłos, jak i te, o których mówić nie pozwala. (...)
Prasa rządowa domaga się zbiorowego wystąpienia Episkopatu
przeciwko antysemityzmowi. Jest to żądanie paradoksalne,
a nawet uwłaczające Kościołowi. Poza tym jest ono niewykonalne
nie tylko z przyczyn o charakterze zasadniczym. Ogromna większość
Żydów w Polsce szerzy godziwie komunizm, pracuje w osławionych
Urzędach Bezpieczeństwa, dokonuje aresztowań, pastwi się
nad aresztowanymi i zabija ich, a za to spotyka się z niechęcią
społeczeństwa, które komunizmu nie chce, a metod Gestapo
ma już dosyć. I oto Kościół, stosownie do życzenia prasy
rządowej ma uroczyście ogłosić, że ta niechęć społeczeństwa
jest nieuzasadniona, że postępowanie Żydów jest całkiem niewinne,
że winni są Polacy, którzy się na nich oburzają.
To jest prawdziwy sens żądań prasy rządowej. Przemilcza się
to, że Kościół codziennie i stale głosi wykluczającą antysemityzm
miłość bliźniego, że jak najszczerzej i najchętniej wyciąga
rękę do Żydów dobrej woli, że zakazuje niezwykle surowo napadania
na Żydów (zabójstwa kieleckie nazwano przecie w odezwie Kurii
Kieleckiej z 11 lipca zbrodnią wołającą o pomstę do Boga,
godną >całkowitego i bezwzględnego potępienia <), ale żąda
się, by Kościół publicznie, urzędowo orzekł, że Polacy i
katolicy nie mają do nich słusznej urazy. Wygląda to na żądanie
od Kościoła, by zaaprobował system terroru, jaki jest obecnie
w Polsce stosowany".
W konkluzjach raportu czytamy:
"Analiza wypadków i zeznania świadków doprowadzają nas do następujących
wniosków. Wskutek komunistycznej działalności Żydów wytworzyła się w stosunku
do nich nienawiść szerokich mas w Polsce. Rzeczywiste wypadki ginięcia dzieci
w Kielcach, przypisywane Żydom, nie wywołały jej, lecz powiększyły ją w wysokim
stopniu. Z tego postanowiły skorzystać pewne komunistyczne czynniki żydowskie
w porozumieniu z opanowanym przez siebie Urzędem Bezpieczeństwa, aby wywołać
pogrom, który by dał się potem rozgłosić jako dowód potrzeby emigracji Żydów
do własnego kraju, jako dowód opanowania społeczeństwa polskiego przez antysemityzm
i faszyzm i wreszcie jako dowód reakcyjności Kościoła, którego zabijający byli
członkami".
V.
Obszerne przytoczenia memorandum uznałem za niezbędne dla
zrozumienia sposobu myślenia, aksjologii i klimatu duchowego
bp. Czesława Kaczmarka i niemałej części duchowieństwa. Bp
Kaczmarek z pewnością miał rację, oskarżając komunistów o
kłamstwa i nieuczciwość - chcieli oni uczynić z tragedii
kieleckiej oręż w walce z opozycją antykomunistyczną. Prawdziwa
jest przeto teza raportu o manipulatorskim charakterze procesu
sprawców pogromu: "Do mordujących na ulicy Planty 7
należy zaliczyć milicjantów i żołnierzy, robotników oraz
zebrany przypadkowo motłoch. Aresztowań dokonano tylko wśród
tego ostatniego, gdyż posadzenie na ławie oskarżonych także
milicjantów i robotników będących członkami PPR uniemożliwiłoby
ukucie zarzutu, że mordowali tylko katolicy, uniemożliwiłoby
atakowanie Kościoła katolickiego oraz Andersowców i PSL".
Te słuszne stwierdzenia nie uchylają jednak pytania: Jak
mógł polski biskup sporządzić w 1946 r. raport nacechowany
tak licznymi stereotypami antysemickimi? I nie rozwiewa wątpliwości
końcowe, jasne i jednoznaczne stwierdzenie: "Wszelki
antysemityzm jest uczuciem poniżającym człowieka i nieetycznym".
Bowiem to stwierdzenie było adresowane do amerykańskiego
ambasadora, a nie do opinii publicznej w Polsce.
Tytułem uzupełnienia zacytujmy relację Jechiela Alperta,
kielczanina i świadka pogromu, złożoną w sierpniu 1967 r.
w Izraelu. Alpert był w latach 1945-46 działaczem Komitetu
Żydowskiego w Kielcach. Gdy w grudniu 1945 r. nieznani sprawcy
wrzucili do domu żydowskiego kilka granatów, Alpert i przewodniczący
kongregacji religijnej Eisenberg udali się z wizytą do bp.
Kaczmarka.
"Siedzieliśmy u niego godzinę - wspominał Alpert. - Powiedziałem, że przyszedłem
prosić, żeby wpłynął na swoje duchowieństwo i żeby duchowieństwo z kolei wpłynęło
na społeczeństwo polskie, żeby zrozumieli, że ta mała garstka Żydów, która
pozostała, nie powinna być dalej prześladowana. On się uśmiechnął i mówi: -
Dziwne, że pan do mnie z tym przyszedł, czyta pan chyba prasę i wie, że my
nie mamy żadnego wpływu. Jak ja mogę wpłynąć na moje duszyczki, kiedy ja nie
mam nic do gadania...
Z taką ironią to powiedział. Potem mówił: - Wie pan, Żydzi
są zdolnymi kupcami, zdolnymi lekarzami, zdolnymi adwokatami
- Polska jest zniszczona, potrzebuje sił - dlaczego Żydzi
nie zajmują się tym, do czego są zdolni, dlaczego zajmują
się polityką? Czy pan sobie wyobraża, jak to wygląda, jak
jakiś ksiądz przychodzi do ministerstwa, a tam siedzi Żydówka,
Bóg wie skąd, i z wyższością, z bezczelnością odnosi się
do duchowieństwa naszego? Jakie to robi wrażenie?
Pyt.: Czy biskup przyrzekł pomoc?
Odp.: Dyplomatycznie. >Postaram się <... Ale widać było,
że nic z tego nie będzie...".
Tak wyglądała rozmowa bp. Kaczmarka z Jechielem Alpertem,
Żydem cudem ocalałym z Zagłady, w przeddzień pogromu kieleckiego.
VI.
Nie ma sensu prostować wszystkich sprzeczności, niekonsekwencji
i fałszów, ba - jawnych absurdów obecnych w raporcie bp.
Kaczmarka. U podłoża tego osobliwego tekstu, przesyconego
zrozumiałym i uzasadnionym sprzeciwem wobec terroru komunistycznego,
tkwią dwa przeplecione ze sobą stereotypy antysemickie: stereotyp "żydokomuny" i
przekonanie o istnieniu światowego spisku żydowskiego. Tylko
w ten sposób można powiązać działania syjonistów zabiegających
o państwo żydowskie z poczynaniami stalinowskiego aparatu
bezpieczeństwa w Polsce. Nie sądzę, by dziś trzeba przekonywać,
że jest to rozumowanie tyleż absurdalne, co antysemickie.
Niełatwo przyszło mi to stwierdzenie, gdyż mam w pamięci
późniejsze losy bp. Kaczmarka - uwięzienie przez komunistów,
stalinowski proces sądowy i haniebny, drakoński wyrok. Biskup
był jawnym przeciwnikiem systemu komunistycznego i stał się
jego ofiarą. Dlatego zwykła przyzwoitość nakazuje być powściągliwym
przy formułowaniu uwag krytycznych - taki jest nakaz pamięci
i szacunek dla ludzi, którzy zdobyli się na odwagę sprzeciwu
wobec totalitarnej dyktatury i zapłacili za to wysoką cenę.
Wreszcie - trzeba rozumieć niezwykle kłopotliwą sytuację
ludzi Kościoła, którym było wyjątkowo nieporęcznie przemawiać
jednym głosem z propagandystami reżimu komunistycznego. Ten
reżim codziennie deptał prawa człowieka i swobody obywatelskie
oraz konsekwentnie zmierzał do ustanowienia dyktatury totalitarnej
na wzór sowiecki, gdzie dla biskupów katolickich było miejsce
jedynie w więzieniu lub łagrze.
Tak, o tym nie wolno ani przez chwilę zapominać. A jednak...
A jednak trudno nie przypomnieć dramatycznych słów rabina
Kahane, który na pogrzebie ofiar pogromu kieleckiego mówił
z rozpaczą: "Do szeregu tragicznych mogił przyłącza się jeszcze
jedna mogiła pomordowanych w odrodzonej Polsce - Żydów kieleckich.
Ludzi, którzy cudem ocaleli z rąk faszystowskich. (...) Nie
jest naszą rzeczą w tej chwili analizować, kto ten ohydny
pogrom zorganizował. Ale jedno chciałbym w tej uroczystej
chwili, w obliczu ofiar pogromu kieleckiego powiedzieć. Istnieje
jedna kategoria ludzi, jeden stan w Polsce, który mógłby
temu zaradzić. (...) Stan duchowny, oficjalne czynniki Kościoła
katolickiego w Polsce. (...) Kapłani ludu polskiego! (...)
Czy możecie z czystym sumieniem po odejściu stąd mówić: >nasze
ręce nie przelały tej niewinnej krwi, nasze oczy tego nie
widziały Coście wy zrobili od czasu uzyskania niepodległości
celem uświadomienia mas społeczeństwa zatrutego pięcioletnim
jadem hitleryzmu? Biskupi polscy, gdzie wasz list pasterski
w tej sprawie? Czyżby nie były wam znane encykliki papieskie
wyraźnie zadające kłam wszelkim bredniom o mordzie rytualnym?
Czyżby przykazanie >Nie zabijaj < nie dotyczyło Żydów?".
Swoistą odpowiedzią na ten apel były słowa kardynała Augusta
Hlonda, prymasa Polski, dla którego Polska rządzona przez
komunistów nie była Polską niepodległą. W oświadczeniu dla
dziennikarzy zagranicznych prymas stwierdził: "Kościół
katolicki zawsze (...) potępia wszelkie mordy bez względu
na to (...) czy popełnione są na Polakach, czy na Żydach,
w Kielcach lub w innych zakątkach Rzeczypospolitej".
Stwierdził również: "W czasie eksterminacyjnej okupacji
niemieckiej Polacy, mimo że sami byli tępieni, wspierali,
ukrywali i ratowali Żydów z narażeniem własnego życia. Niejeden
Żyd w Polsce zawdzięcza swe życie Polakom i polskim księżom.
Że ten dobry stosunek się psuje, za to w wielkiej mierze
ponoszą odpowiedzialność Żydzi stojący w Polsce na przodujących
stanowiskach w życiu państwowym, a dążący do narzucenia form
ustrojowych, których ogromna większość narodu nie chce. Jest
to gra szkodliwa, bo powstają stąd niebezpieczne napięcia.
W fatalnych starciach orężnych na bojowym froncie politycznym
giną niestety niektórzy Żydzi, ale ginie nierównie więcej
Polaków".
Deklaracja prymasa Hlonda pełna jest sformułowań niezręcznych,
mylących i niesprawiedliwych. Jak bowiem zestawić ogólnikowy
eufemizm prymasa "ten dobry stosunek się psuje" z
kategorycznym stwierdzeniem bp. Kaczmarka, że "Żydzi
są nielubiani, nawet znienawidzeni na całym obszarze Polski"?
Jak można całą społeczność żydowską obwiniać o czyny komunistów
o żydowskich nazwiskach z rządu komunistycznego? Jak można
przyrównywać stosunki polsko-żydowskie do "starć orężnych
na bojowym froncie politycznym"? Jak wreszcie pojąć
całkowite milczenie, brak jakiejkolwiek deklaracji prymasa
na temat absurdalnych oskarżeń o "mord rytualny"?
Wszystko to wzbudza bolesne zdumienie. A jednak...
A jednak słowa Prymasa Hlonda - powtórzmy: niesprawiedliwe
i mylące - prowadzą do pytania, które należy sformułować:
Czy rabin Kahane, świadom przecież polskich realiów, nie
powinien był wtedy, w 1946 r., zaapelować publicznie do społeczności
żydowskiej, by unikała współpracy z narzuconym Polsce reżimem
komunistycznym, a zwłaszcza z aparatem bezpieczeństwa, który
był dla Polaków po prostu aparatem niebezpieczeństwa? Czy
rabin nie powinien potępić łamania praw obywatelskich, prześladowania
ludzi z AK, ekscesów cenzury, fałszowania wyników referendum?
Czy przykazanie "Nie zabijaj" nie obejmowało polskich
patriotów mordowanych przez aparat bezpieczeństwa? Czy -
wreszcie - rabin Kahane nie powinien wesprzeć propozycji
Polskiego Stronnictwa Ludowego, by wysłać do Kielc komisję
parlamentarną, żeby zbadała wszystkie okoliczności pogromu?
Opinia publiczna w Polsce - w znacznej swej części skażona
stereotypami antysemickimi - nie usłyszała żadnych takich
deklaracji ze strony rabina Kahane ani ważnych instytucji
żydowskich. To milczenie także miało swoją wymowę. Czy przeto
postawa obronna i autoapologetyczna bp. Kaczmarka nie była
naturalna i zrozumiała? Wielu tak właśnie sądziło - i tak
sądzi do dzisiaj. A jednak...
VII.
A jednak ten dokument - czytany dzisiaj - poraża. Ilustruje
on głębokie pokłady stereotypów antysemickich wśród części
duchowieństwa. Wskazuje, jak absolutna była nieczułość i
niewrażliwość tych ludzi na los garstki Żydów ocalałych z
piekła hitlerowskiej Zagłady, jak wielkie było niezrozumienie,
że pogrom - choćby sprowokowany - stał się przypieczętowaniem
Zagłady i oznaczał zniszczenie fundamentu polskiej aksjologii.
I wreszcie - jak totalne było poczucie niewinności pasterza,
który nie czuł się w żadnej mierze odpowiedzialny za to,
że jego owieczki wierzą bezkrytycznie w nonsensowne opowieści
o "mordzie rytualnym".
Kończąc swe wprowadzenie do publikacji tekstu "Memorandum",
John Micgiel pisze, że "nie znamy reakcji rządu USA
na publikowany dokument". Jeśli żadnej reakcji nie było,
pozostaje tylko radować się, że ten dokument utonął w czeluściach
waszyngtońskich archiwów. Inaczej stałby się nieuchronnie
niezbitym dowodem i podstawowym argumentem na rzecz tezy
o antysemityzmie polskiego społeczeństwa i polskiego duchowieństwa.
Dla wielu byłby to argument ostateczny. A jednak...
Dokończenie w następnej "Gazecie Świątecznej"
Adam Michnik
|