|
Zbigniew Brzeziński Człowiek Roku
Gazeta Wyborcza
19-05-2006
Umiar w postępowaniu
politycznym, umiejętność osiągania kompromisów to konieczne
wymogi utrwalania Polski praworządnej, którą Europa będzie
cenić - mówil 18 maja Zbigniew Brzeziński, po otrzymaniu
nagrody Człowieka Roku "Gazety Wyborczej"
Adamie i Pani Wando,
dziękuję za dyplom,
który będę zawsze wysoko cenił.
Panie Ministrze, dziękuję za słowa uznania, są one dla mnie
szczególnie znamienne, bo pochodzą od osoby, której działalność
międzynarodową bardzo wysoko podziwiam.
Adamie, nie wiedziałem, że potrafiłeś strawić do tego stopnia
moje różne pisania, ale z podziwem słuchałem twoich wypowiedzi
i gdybym je oceniał, powiedzmy, jako profesor studenta, to
bym powiedział, że to było bardzo dobre ujęcie.
Ale chcę przede wszystkim podkreślić, że nagroda ta ma dla
mnie specjalne znaczenie nie tylko ze względu na poprzednich
odbiorców tego wyróżnienia, ale szczególnie ze względu na
to, że wiem, od kogo tę nagrodę otrzymuję - od Adama i od
Heleny.
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z każdym z nich. Adam wspomniał
o tym, że nastąpiło ono 42 lata temu. Przyleciał wtedy do
mnie Janek Nowak [Jeziorański] i powiedział: Musisz spotkać
tego fantastycznego młodzieńca z Warszawy. To jest błyskotliwy
umysł polityczny i prawdziwy bojownik. No i spotkaliśmy się,
i od razu jakoś tak styknęliśmy się. Najlepszy dowód - kto
się lubi, ten się czubi, bo się często nie zgadzamy. Zawsze
prowadzimy bardzo ożywione dyskusje polityczne, czasami nawet
na trzeźwo, ale są zawsze bardzo żywe, namiętne.
Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Helenką. Nie wiem, czy
ona pamięta, ale to było we wczesnych latach 80., kiedy coś
bardzo specjalnego istniało w Polsce, i ona była w Waszyngtonie
z pewną misją do załatwienia, do której w pewnym stopniu
się przyczyniłem, co również może miało pewien odzew tutaj.
Więc sobie myślę, jestem człowiekiem roku, nie wiem dokładnie,
dlaczego tego roku, ale jestem człowiekiem roku. Ale Adam
i Helena to są dla mnie postacie jednej wielkiej, przełomowej
dekady i za to jestem im bardzo wdzięczny.
Muszę też wspomnieć o rocznicy "Gazety Wyborczej",
nie tylko ze względu na jej obecną rolę tu, w Polsce, ale
głównie ze względu na jej pochodzenie. To był początek wolnej
prasy w Polsce. A bez wolnej prasy nie ma demokracji. I tutaj "Gazeta
Wyborcza" rzeczywiście odgrywa niezmiernie istotną rolę.
Pozwolą państwo, że się podzielę dwoma bardzo prostymi wnioskami
na temat może niezbyt elegancko, niespecjalnie naukowo ujęty.
Co by było, gdyby było inaczej? I co będzie, jeśli będzie
inaczej? Nawiązuję tu do tego, co od razu mnie łączyło z
Adamem czy też z Helenką. Marzeniem nas wszystkich przez
wiele lat było, by Polska była Polską. O tym marzyło miliony
Polaków po 1945 r. I tysiące umierało z tym marzeniem na
sercu. Ale jak i kiedy to marzenie mogło się spełnić? Czy
wtedy, kiedy Ameryka miała broń atomową, a Rosja jej nie
miała, w latach 40.? Czy kiedy Stalin umarł i wkrótce Berlin
wybuchł? Czy też podczas powstania węgierskiego w latach
50., czy podczas kryzysu berlińskiego i wkrótce też kubańskiego
- w latach 60.?
No i proszę sobie wyobrazić, że to nastąpiło. Imperium pęka.
Sowiety w odwrocie. No i co dalej? Na Zachodzie głównym sojusznikiem
Stanów Zjednoczonych były wtedy Niemcy zachodnie. I ani Ameryka,
ani Niemcy zachodnie nie uznawały wtedy granicy na Odrze
i Nysie. Czyli atmosfera niepewności.
Może rozpoczyna się chaotyczna ucieczka część ludności z
ziem zachodnich i spontaniczny powrót przynajmniej pewnej
części Niemców wysiedlonych. A co wtedy na wschodzie? Może
początek nowych walk o Lwów? Może marsz na Wilno? A co wtedy
w samej Polsce? Skąd demokracja, prawdziwa demokracja? W
trakcie rozrachunków siłowych z jeszcze żyjącą elitą bierutowską
czy też nawet z Gomułką? Jakie instytucjonalne źródło demokracji
i kultury demokratycznej wtedy istniało w kraju, który przez
15 czy też przez 20 lat był pod krwawą i w dużej mierze obcą
dyktaturą?
Pierwszy więc wniosek. Wyzwolenie w 1989 r. nastąpiło w optymalnych
warunkach historycznych. Po uznaniu przez Amerykę Odry i
Nysy, również przez aliantów, łącznie z Niemcami. Czyli na
Zachodzie stan posiadania niezagrożony. A na wschodzie? Pokojowy
rozpad imperium. I nagle wolna Ukraina potrzebująca wsparcia
Polski i wolna Litwa nawiązująca do tradycji polsko-litewskich.
A w samej Polsce - odrodzenie społeczeństwa obywatelskiego,
pobudzenie kultury politycznej i mobilizacja społeczeństwa
przez szereg lat, przez demokratyczny ruch wolnościowy, "Solidarność",
czyli prawdziwa szkoła demokracji. I niedługo potem wolna
Polska w NATO, w Unii Europejskiej. Wielka przewaga światowa
Ameryki - sytuacja historycznie optymalna. Wyjątkowy, wyjątkowy
zbieg okoliczności, graniczący naprawdę z cudem. No i oczywiście
Papież. To była sytuacja historycznie optymalna.
Ale co będzie, jeśli będzie inaczej? Obecnie istniejąca optymalna
sytuacja Polski wynika z biegu trzech realiów, realiów geopolitycznych.
Przede wszystkim dominującej roli w świecie Ameryki. Po drugie,
powstawania szerszej i powoli jednoczącej się Europy powiązanej
z Ameryką. I po trzecie, postimperialnej Rosji przemieniającej
się w państwo narodowe, aczkolwiek jeszcze cierpiące na nostalgię
imperialną. Ale czy ten wyjątkowy geopolityczny stan rzeczy
jest trwały, czy on jest naprawdę trwały?
Jeśli Ameryka się wciągnie, coraz głębiej, w konflikt polityczno-religijny
ze światem islamskim i coraz bardziej krwawo, nie tylko w
Iraku i w Afganistanie, ale również może - mam nadzieję,
że nie - w Iranie, a być może w Pakistanie, który może wybuchnąć
każdego dnia - czy Ameryka swej obecnie dominującej roli
w świecie nie straci? I szczególnie czy jej nie straci, jeśli
przestanie Ameryka być wierną Ameryce, tym, czym zawsze Ameryka
była dla świata. A jak spoista będzie wtedy Europa, której
Polska jest już częścią instytucjonalnie? Ale Europa powaśniona
z Ameryką i pozostawiona sam na sam z Rosją? I co wtedy stanie
się z Ukrainą? Dla Polski może być znów źle. I stąd też mój
drugi wniosek i na tym kończę. Polska musi świadomie, celowo
i konsekwentnie wykorzystać swą obecnie optymalną sytuację,
by uniknąć tego rodzaju wersji przyszłości. Czy ją wykorzystuje?
Może nie całkiem. Polska nie jest na Księżycu, ale między
Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego
stopnia sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem.
Punktem wyjścia do zapewnienia trwałości, optymalnej sytuacji,
która obecnie istnieje, jest przyjacielskie, naprawdę historycznie
zakotwiczone pojednanie polsko-niemieckie, mimo - oraz właśnie
dlatego - że Polsce jest ono znacznie bardziej konieczne
niż Niemcom. Pojednanie polsko-niemieckie to nie tylko odskocznia
do z czasem lepszych stosunków z Rosją, ale konieczna odskocznia.
Jest ono również konieczne do utrzymania bliskich sojuszniczych
stosunków z Ameryką, bo dla Ameryki Niemcy są obecnie głównym
sojusznikiem na kontynencie europejskim. A dla Ameryki Rosja
jest jednocześnie koniecznym partnerem. Pojednanie, każde
pojednanie, wymaga pracy, wysiłku, cierpliwości i specjalnie
szerszej perspektywy historycznej, a nie głównie bolesnej
pamięci historycznej. O swych racjach należy przekonywać
przyjaciół, ale ich nie zrażać z pozycji moralnej wyższości.
Utrzymanie i utrwalenie sytuacji optymalnej wymaga również
państwa polskiego, które świadomie pogłębia społeczną kulturę
demokratyczną. Umiar w postępowaniu politycznym, umiejętność
osiągania kompromisów - i tu nawiasem chcę dodać, że należy
przewartościować pojęcie językowe słowa "kompromis" w
polskiej kulturze politycznej - tworzenie stałych koalicji
opartych na umiarkowanych wersjach prawicy czy też lewicy,
koalicji, które wykluczają z życia politycznego powtórne
wahadła od jednej skrajności do drugiej i potem znów, z powrotem
- to są konieczne wymogi utrwalania Polski praworządnej,
którą Europa będzie z kolei cenić i uważać za integralną
część swej wspólnej przyszłości, szerszej Europy, która łącznie
z Polską będzie wtedy wpływać na Amerykę, by Ameryka pozostała
Ameryką. Bo tylko wtedy nie będzie inaczej.
|