|
HISTORIA I ŻYCIE
Jak z tego wyjść
Stefan Meller
Rzeczpospolita, Plus Minus
3 czerwca 2006
Kiedy czytałem ostatnio wydaną w Polsce książkę
Bronisława Baczki "Jak wyjść z terroru", nie
mogłem oprzeć się wrażeniu, iż jej fragmenty w moim pokoleniu
muszą kojarzyć się nieuchronnie z własnym doświadczeniem
życiowym
Dla jednych historia jest nauczycielką
życia i tym samym może ona właściwie głosić wszystko czasom,
które mają dopiero nadejść, czyli nam współczesnym. Wielu
historyków mierzi jednak już sama tylko myśl o odejściu od
źródła osadzonego w konkretnym czasie i szybowanie ku analogiom
z innych epok. Jak wobec tego oznajmić, że spowiedź terrorystycznych
grzeszników z końca XVIII wieku brzmi prawie tak samo, jak
akty skruchy przywódców komunistycznych wygłaszane wzdłuż
i wszerz "obozu" po XX Zjeździe KPZR w 1956 roku?
Dobrze wiem, jakie można przytoczyć argumenty przeciw mojej
tezie, sam je nawet sprawnie wymyślę, więc powiem tyle tylko,
że to nie jest teza, lecz głębokie wrażenie.
Jest w książce Baczki mowa i o strukturze, i o dynamice represji,
a także o systemie i o strachu. "Zasadniczy problem
to stwierdzić, co jest rewolucyjne, nie będąc tyrańskie",
oraz "określić wyraźnie, co rozumiemy przez rząd rewolucyjny...
Czy przez rząd rewolucyjny rozumiemy rząd zdolny do dokończenia
rewolucji czy też rząd działający na sposób rewolucyjny" -
pisze historyk, cytując byłego terrorystę Talliena (który,
nawiasem mówiąc, w Bordeaux był okrutnikiem, a nad Loarą
potrafił być swojskim chłopem).
Oczywiście, książka profesora Baczki
nie o tym głównie traktuje, ale zanim czytelnik dojdzie do
refleksji na tematy ogólniejsze, natyka się od razu na problem
ekspiacji dawnych terrorystów - prawdziwej czy też domniemanej.
Pojawiają się też inne pytania. Jak wyjść z wojny domowej?
Jak wyjść z wojen między narodami? Jak wreszcie wyjść z ustroju
już "normalnego",
lecz uchodzącego w oczach nowych zarządców państwa i społeczeństwa
za zły, bo dziedziczącym po jeszcze wcześniejszym, ewidentnie
złym. Pojawia się też generalne pytanie o to, jak nie wejść
w terror.
Krzysztof Pomian napisał kiedyś: "Od rewolucji francuskiej
nadzieje zbiorowe były podtrzymywane przez dwa pewniki: właściwie
poprowadzona, gwałtowna lub pokojowa przebudowa instytucji
może ostatecznie rozwiązać podstawowe problemy społeczne,
polityczne i kulturalne; odkrycia naukowe, wynalazki techniczne
i ekspansja gospodarcza wystarczają, by stworzyć warunki
trwałego i powszechnego dobrobytu. Pierwszy z tych pewników,
uważanych niekiedy za wzajemnie się wspierające, niekiedy
zaś za przeciwstawne, mocno zwietrzał z upływem czasu. Drugi
ma się niewiele lepiej". Słowem, z przekonaniem o skuteczności
rewolucji nie jest najlepiej. Skoro nie ma przekonania, to
i o wiarę trudno. Terror to właśnie owa gwałtowna przebudowa.
Co oznacza zatem wychodzenie z terroru? Wychodzenie z treści
czy też jedynie z formy? Pogodzenie się z tym, że przemoc
nigdy nie daje oczekiwanych rezultatów, czy też uznanie,
że była jedynie źle stosowana? Wszystkie te pytania odnoszą
się do każdej postaci rządów, które uciekają się do przemocy
lub działań mogących za przemoc uchodzić nie tylko w rozumieniu
prawa.
Rewolucja francuska od swego zaistnienia
uchodziła za matrycę wszelkich podobnych ruchów. Wprawdzie
i wcześniej podobne wydarzenia miały miejsce, ale dopiero
wydarzenia francuskie znalazły poprzez cały wiek XIX i pokaźną
część XX piewców i antypiewców na masową skalę. Sprzyjały
temu niewątpliwie procesy demokratyzujące Europę (m.in. w
wyniku rewolucji) i w konsekwencji pokaźnie zwiększona ilość
potencjalnych czytelników. Ponadto, stała się ona w zrewoltowanym
wieku XIX punktem odniesienia zwłaszcza dla pobudzonych rozwojem
społecznym intelektualistów. Jej fiasko wielu niczego jednak
nie nauczyło. W oczach intelektualnych miłośników rewolucji
największym grzechem był sam termidor, czyli wyjście z terroru.
Za sprawą owych dyskusji, rozterek
i namiętności język rewolucji francuskiej stał się rodzajem
ogólnoświatowej łaciny rewolucyjnej. Inteligenci europejscy,
a również ci z innych kontynentów, przez grubo ponad sto
lat porozumiewali się jej słownictwem i jej metaforami, póki
nie wypracowali własnego języka, przystosowanego do potrzeb
narodowych. Casus meksykański opisał kiedyś Tadeusz Łepkowski.
Przypadek rosyjski był szczególny, bowiem imitacji języka
i diagnozowaniu własnych fenomenów z pomocą słownictwa osiemnastowiecznej
Francji zaczęło towarzyszyć dość szybko, bo jeszcze przed
rewolucją, nie wspominając już o czasach sowieckich, przysposabianie
wydarzeń francuskich do wymogów bolszewicko-sowieckiej propagandy.
W rezultacie powstała całkiem nowa historia rewolucji francuskiej,
bezwzględnie fałszująca jej dzieje, ale tworząca Krajowi
Rad rodzaj alibi odwołującego się do wspólnych z Europą korzeni.
Jednak, wbrew niektórym historykom, upieram się przy tym,
że bolszewicy byli w prawie, gdy uznali, że czas francuskiego
terroru to ich matecznik. To bowiem, co się liczyło naprawdę,
to nie żadna rewolucja, tylko nagi terror służący zdobyciu
i utrzymaniu władzy, której nie wolno oddać. Wydarzenie historyczne,
gdy się je zuniwersalizuje, totalnie zideologizuje i zaprzęgnie
do polityki, może dać i daje takie właśnie rezultaty. Historia
źle odczytywana jest bowiem nauczycielką złą.
Nie jestem do końca przekonany, że
władza rewolucyjna stanęła przed takim właśnie wyzwaniem:
jak skończyć z terrorem? Chodzi mi po głowie, że do przywódców
rewolucji zaczęła raczej docierać świadomość, że oto za chwilę
wszyscy pożegnają się z życiem w trybie już całkowicie niekontrolowanym,
bowiem wszyscy znaleźli się w wyniku własnych działań na
liście oczekujących. Leon Schiller, partyjny dyrektor teatru,
gdy go usunięto z posady, miał rzec: Myśmy nas wyrzucili
z teatru. Terrorystom można by przypisać podobne zdanie,
a mianowicie: My nas nieuchronnie wyrżniemy. Inna możliwość,
którą, być może, brali już pod uwagę, to bunt narodzonych
w 1789 roku mas. Bunt przeciw reżimowi.
Nie dziwi zatem, że terror uciszali
sami byli terroryści, chcąc nie tylko uniknąć anarchii, lecz
nade wszystko z przekonania, iż w ten sposób utrzymają się
po prostu przy władzy. Pamiętajmy, iż często chodziło o drugi
i kolejne garnitury rewolucjonistów, czyli po prostu o awans
dzięki terrorowi, lecz już w czasach spokoju. Wszystko to
wyśmienicie pojął Bonaparte.
Historia opowiedziana przez Bronisława
Baczkę jest przerażająca. Jest w niej wszystko: idealizm,
marzenia ludzkości o dobrym spełnieniu, które legły u początków
wydarzeń zapoczątkowanych w 1789, ale jest też cynizm, fanatyzm,
bestialstwo i koszmarne przekonanie, że tymi środkami można
zbudować jutro. Jest wreszcie najgorsze: pogarda dla człowieka
w imię człowieczeństwa.
Profesor Baczko napisał dzieło zrozumienia,
ale nie wybaczenia. Marzyłbym o tym, by zechciał napisać
podobny tom o naszej części Europy po 1989 r. Na przykład: "Jak wyjść z PRL",
nad czym się przecież do dziś głowimy.
STEFAN MELLER
Autor jest historykiem i dyplomatą, autorem książek o rewolucji francuskiej,
m.in. "Kamil Desmoulins". W latach 2005 - 2006 był ministrem
spraw zagranicznych RP
|