|
"Strach" - książka, która wstrząśnie Polską
Marcin Gadziński, Waszyngton 05-07-2006
Gazeta Wyborcza, 5 lipca 2006
Książka "Strach" Jana
Tomasza Grossa ukazała się w Ameryce w 60. rocznicę pogromu
kieleckiego. W Polsce może wywołać nie mniej kontrowersji,
niż jego "Sąsiedzi" opowiadający
o masakrze w Jedwabnem.
"O rany, to ty żyjesz?". Tak witali
powracających do swoich domów Żydów ich polscy sąsiedzi,
znajomi sprzed wojny. Z nieskrywaną mieszanką
zaskoczenia, zakłopotania, może wstydu. I niepokoju. Reagowali, jakby ktoś
ich na czymś przyłapał. Zdaniem Jana Grossa tak było wszędzie - w dużych miastach,
miasteczkach, wioskach polskiej prowincji, które dopiero co opuścili Niemcy.
Zaskoczenie było zrozumiałe, bo przecież podczas wojny zginęło
ponad 90 proc. Żydów mieszkających w Polsce przed rokiem
1939. Polacy raczej nie oczekiwali powrotu swoich żydowskich
sąsiadów.
Ale najważniejszy był ten niepokój. Niepokój, który gdy do
nich dotarł, gdy go przetrawili, zmieniał się w strach.
"Strach" (angielski "Fear") to właśnie tytuł nowej książki
Grossa, autora słynnych "Sąsiadów" o masakrze kilkuset Żydów dokonanej
w 1941 roku przez polskich mieszkańców wioski Jedwabne na okupowanym przez
Niemców Podlasiu.
"Strach" ukazał się w ubiegłym tygodniu w USA i został entuzjastycznie
oceniony przez recenzentów, m.in. "Washington Post" (pełna gorzkich
zarzutów pod adresem polskiego antysemityzmu recenzja noblisty Elie Wiesela), "Los
Angeles Times", "Baltimore Sun" i "New York Sun".
Polskie wydanie zapowiadane jest na wiosnę przyszłego roku.
Kto się kogo bał
Z analizy Grossa wynika - to główna teza książki - że
powojenny agresywny antysemityzm eksplodował wśród Polaków,
gdyż mieli poczucie winy z powodu swojej postawy wobec
Żydów podczas wojny, i ponieważ na zagładzie Żydów wielu
Polaków skorzystało materialnie.
Według analizy Grossa w całej Polsce w latach 1945-46 mogło
zostać zamordowanych w sumie 500-1,5 tys. Żydów. Tysiące
pobito i poraniono, w krótkim czasie 200 tys. Żydów uciekło
z powojennej Polski.
Pisze Gross: "Przyczyn tej nowej, jadowitej jakości
antysemityzmu w powojennej Polsce trzeba szukać nie w zbiorowych
halucynacjach czy przedwojennych stosunkach, ale w rzeczywistych
doświadczeniach z lat wojennych. Dopóki ktoś nie zaproponuje
alternatywnego wyjaśnienia, musimy uznać, że to szeroko rozpowszechniona
wśród zwykłych Polaków aprobata nazistowskiej eksterminacji
Żydów mogła wywołać taką bezduszność. Ocaleli Żydzi byli
świadectwem wielkiej klęski charakteru i moralności ich polskich
sąsiadów, i przez samą swoją obecność przypominali i grozili,
że może trzeba będzie odpowiedzieć za swoje czyny. () Żydzi
byli tak przerażający i niebezpieczni dla Polaków nie z powodu
tego, co Polakom zrobili, lecz z powodu tego, co Polacy
zrobili Żydom".
() Wszędzie tam, gdzie Żydzi byli złupieni, wyklęci, zdradzeni
albo zabici przez swoich sąsiadów, ich pojawienie się po
wojnie wywoływało u Polaków mieszankę wstydu i pogardy, które
można było zastąpić wspólną żałobą. Ale gdy polskie społeczeństwo
okazało się niezdolne do żałoby po swych zabitych żydowskich
sąsiadach, mogło albo ich się pozbyć, albo żyć dalej w hańbie".
Jak zauważa Gross, ta aprobata eksterminacji bardzo niepokoiła
choćby Jana Karskiego, legendarnego kuriera. W jednym z pierwszych
raportów dla emigracyjnego rządu, już w 1940 roku, pisał
o "szerokiej aprobacie" polskiego społeczeństwa
dla polityki hitlerowców wobec Żydów. I niepokoił się, że
brak reakcji na to zjawisko może mieć "demoralizujący
wpływ na polskie społeczeństwo (szczególnie warstwy niższe)".
Gross opisuje zajmowanie pożydowskich mieszkań, domów, majątków,
rozkradanie wszystkiego, co tylko miało jakąś wartość. Powołując
się na wspomnienia, pamiętniki i opracowania historyczne,
pisze o warszawiakach ściągającym buty z nóg Żydów schwytanych
przez Niemców, jak i o chłopach z furmankami ustawiających
się w kolejce czekającej, aż Niemcy wywiozą z miasteczka
ostatnich Żydów i będzie można zacząć rabować. Przypomina
też "gorączkę złota" w Treblince w 1945 roku -
masowe rozkopywanie okolic obozu, gdzie chowano szczątki
Żydów, w poszukiwaniu ocalałej biżuterii czy złotych zębów.
Gross opisuje np. przypadek niejakiej "pani Chrapczyńskiej
z Ożarowa", która przeklinała swego pecha, gdy
wróciła "jej Żydówka" i zażądała zwrotu czterech
poduszek. I wspomina też kobietę, która z tonącego we
krwi budynku w Kielcach, gdzie w 1946 roku zabito 40 Żydów,
wyniosła pudełko macy, a w filmie dokumentalnym Marcela Łozińskiego
z 1987 roku opowiedziała z zadowoleniem, jaka była
smaczna
"Tego, komu wyrządziliśmy krzywdę, nienawidzimy jeszcze bardziej" -
przekonuje Gross. I dodaje: "Alergiczna reakcja polskiego społeczeństwa
na Żydów ocalonych z Zagłady byłaby bez sensu, gdyby polscy sąsiedzi nie
wyrządzili Żydom krzywdy podczas wojny".
Aprobatę dla zagłady Żydów z czerpaniem z niej
ekonomicznych korzyści świetnie oddaje zdaniem Grossa przytoczona
opowieść niejakiej "pani Klimaszewskiej z Goniądza" na
Podlasiu, która po zakończeniu wojny pojechała do pobliskiego
Radziłowa (gdzie Polacy dokonali w 1941 roku pogromu podobnego
do tego z Jedwabnego), aby starać się o mieszkanie dla
swoich dzieci. Wiedziała, że jest wiele wolnych domów pożydowskich.
Ale czuwający nad nimi mężczyzna odmówił. "Jakbyś zabiła
10 Żydów, to dziś należałby ci się dom" - tłumaczył
jej.
Kobiecina broniła się, twierdząc, że rodzina pomagała przecież
w pogromie, a jeden z wnuków wlazł nawet na stodołę,
w której zamknięto Żydów, by oblać dach benzyną
Gross przypomina właśnie takie wydarzenia - małe i duże,
ważne, obszernie opisywane, i kompletnie zapomniane szczegóły,
strzępy rozmów, pojedyncze zdania z pamiętników czy
oficjalnych dokumentów. Dzięki temu buduje obraz generalnego
stosunku Polaków do Żydów tuż po zakończeniu wojny.
Główną osią książki czyni pogromy Żydów w Krakowie w sierpniu
1945 roku (kilka ofiar) oraz w Kielcach (lipiec 1946), w
którym jego zdaniem zginęło łącznie z ofiarami w sąsiednich
wioskach oraz w przejeżdżających przez kieleckie pociągach
w sumie około 80 osób.
Pogrom kielecki Gross nazywa "najbardziej krwawym aktem
antysemityzmu w Europie po II wojnie światowej", a jeśli
nie liczyć II wojny, to nawet w całym XX wieku.
Jedną ze słabości książki jest brak powiązania jej głównej
tezy - nienawiści do Żydów z pobudek ekonomicznych i
z powodu poczucia winy po czasach hitlerowskiej okupacji
- z głównym opisywanym w niej wydarzeniem - pogromem
kieleckim. Gross nie przekonuje, że uczestnicy pogromu kieleckiego
mieli rzeczywisty interes w tym, by mordować przejeżdżających
przez Kielce Żydów. Albo że czuli strach przed ich powrotem.
O losach konkretnie kieleckich Żydów i stosunku do nich Polaków
z książki nie dowiadujemy się praktycznie niczego. Autor
uznaje, że pogrom daje się wytłumaczyć obszernie opisaną
przez siebie nową formą antysemityzmu, który ogarnął Polskę
po zakończeniu wojny.
Dalszy ciąg "Sąsiadów"
Nie można "Strachu" porównać do "Sąsiadów" (2000),
gdzie Gross mozolnie zebrał relacje świadków i dotarł do
nieznanych wcześniej materiałów.
W "Strachu" oczywiście nie usiłuje sobie przypisywać
odkrywania jakichkolwiek faktów w sprawie Kielc (choć niektórzy
amerykańscy recenzenci chwalą go za ujawnienie "kolejnej
po Jedwabnem" zapomnianej tragedii).
Mimo że książka zawiera bardziej wnioski socjologiczne niż
historyczne, Gross korzysta z warsztatu historyka, powołując
się na setki źródeł, począwszy od najnowszych opracowań polskiego
IPN, przez prace Andrzeja Paczkowskiego, Krystyny Kersten,
Bożeny Szaynok, po relacje świadków zebrane przez Żydowski
Instytut Historyczny i wiele fundacji i instytucji w Polsce,
USA i Izraelu. "Strach" to bardziej socjologiczna
analiza i interpretacja niż historyczny raport.
Tyle tylko, że to wcale nie przekreśla jej znaczenia. "Strach" staje
się naturalnym uzupełnieniem, niejako dalszym ciągiem "Sąsiadów".
Nowe refleksje i wnioski Grossa z pewnością znów nie
przysporzą mu w Polsce sympatii, z czego autor doskonale
sobie zdaje sprawę. I nie waha się stawiać kolejnych kontrowersyjnych
tez czy prowokacyjnych pytań.
Gross, cytując podziemne wydawnictwa i oficjalne raporty
Armii Krajowej, opisuje np. atmosferę na polskich ziemiach
wschodnich po wkroczeniu na nie Niemców w 1941 roku. Według
tych raportów duża część ludności wiejskiej witała Niemców
niczym "wyzwolicieli", przynajmniej na szczeblu
lokalnej administracji kolaborowała z nimi, i sama z siebie
atakowała Żydów. Cytuje raport podróżującego po tych terenach
oficera AK: "Polacy w tym rejonie uważają Niemców za
swych wybawicieli. Wszędzie przyjęli ich oddziały entuzjastycznie,
kwiatami, i zgłaszają się dobrowolnie do współpracy. () Wrogość
Polaków do Żydów jest tak duża, że lokalni mieszkańcy nie
wyobrażają sobie, jak będzie można odbudować w przyszłości
normalne z nimi stosunki".
Gross komentuje to: "Jestem pewien, że długo pomijana
historia polskiej kolaboracji z niemieckimi "wyzwolicielami",
po ataku Hitlera na Związek Radziecki, gdy zostanie w końcu
opisana, wywoła w polskim społeczeństwie podobnie zażartą
debatę [do tej o Jedwabnem]" - pisze Gross. I dalej: "Ciekawe,
czy utrwalona w zbiorowej pamięci kolaboracja Żydów z wkraczającymi
na polskie ziemie Sowietami nie funkcjonuje czasem jako próba
zatarcia w tej samej pamięci kolaboracji polskich chłopów
i mieszkańców małych miasteczek z nazistami, co jest
dużo bardziej kłopotliwe i trudniejsze do pogodzenia z dominującą
wersją historii tej wojny".
Gross z publicystyczną werwą odrzuca, nawet ośmiesza,
tezę o prowokacji, tak często powtarzaną w kontekście pogromu
kieleckiego. Pokazuje, jak "wytrychem" prowokacji
- używanym od pierwszych minut pogromu - posługiwali się
zarówno rządzący komuniści, oficjele kościelni, antykomunistyczna
opozycja i do dziś uznaje tę teorię za prawdopodobną wielu
historyków.
Oczywiście różni mieli być tylko prowokatorzy, ale sam mechanizm
spowodowania masakry był według wszystkich tych teorii podobny.
Gross twierdzi, że teoria prowokacji to efekt prostackiego
rozumowania, według którego wydarzenia w Kielcach da się
wyjaśnić, jeśli najpierw odpowie się na pytanie "kto
na nich skorzystał". "Na tej samej zasadzie spytajmy
więc: kto najbardziej korzysta na nagłaśnianiu hipotezy prowokacji?
Odpowiedź jest prosta - ci, którzy mają gdzieś wyjaśnienie
tego, co się naprawdę wydarzyło, lub wyciągnięcie wniosków
z tych wydarzeń" - pisze Gross.
Żydokumuna?
Z nie mniejszą werwą zabrał się Gross do obalenia mitu "żydokomuny" -
kolejnego "usprawiedliwienia" antysemityzmu w powojennej
Polsce. Do dziś bywa on przedstawiany jako naturalna reakcja
na to, że Żydzi zajmowali czołowe miejsca w strukturach komunistycznego
państwa, a szczególnie w znienawidzonym aparacie bezpieczeństwa.
Gross zdecydowanie odrzuca tę tezę, nazywając ją nawet równie
nonsensowną jak oskarżenia, że Żydzi porywają chrześcijańskie
dzieci, by wypijać z nich krew (taka plotka wywołała
pogromy w Krakowie i Kielcach).
Jego zdaniem większość polskich komunistów, a także Stalin,
mieli równie nieprzychylny stosunek do Żydów, jak wielu zwykłych
Polaków.
Żydzi popierali władzę komunistyczną - pisze Gross - "na
tej samej zasadzie, jak przed wojną popierali sanację - bo
nie mieli innych opcji, bo każda alternatywa była dla nich
gorsza". A to, że kilka tysięcy Żydów wstąpiło w szeregi
partii komunistycznej, nie oznacza - argumentuje - że za
polityczne wybory ułamka jednego procenta przedwojennej mniejszości
żydowskiej mają odpowiadać wszyscy Żydzi.
Cytując badania prof. Paczkowskiego, Gross ocenia, że ok.
30 proc. ważnych stanowisk w powojennym aparacie bezpieczeństwa
mogli stanowić Żydzi. Ale sprzeciwia się obwinianiu
za czyny zbrodniarzy takich, jak Berman, Różański, Humer
czy Brystygierowa innych Żydów. Skoro Żydów na kierowniczych
stanowiskach było np. 27,5 proc., "to oznacza, że 67,5
proc. stanowili tam sami Polacy" - odbija piłeczkę Gross. "Funkcjonowanie
komunistycznej tajnej policji nie miało związku z tym, czy
służyli w niej Żydzi, czy Polacy. Bo przecież działała ona
równie sprawnie i według podobnego wzorca w Albanii, NRD,
na Kubie, w Chinach czy Korei Północnej".
Przypominając "czyszczenie" Polski z Żydów
w okresie 1945-46 oraz dwie wielkie fale masowej emigracji
(1956 i 1968), Gross pisze: "To nie Żydzi sprowadzili
do Polski komunizm, lecz wręcz przeciwnie, po setkach lat
obecności na tych ziemiach zostali wreszcie wypędzeni z Polski
rządzonej przez komunistyczny reżim".
Kończąc wątek żydokomuny, Gross znów nie powstrzymuje się
od publicystycznych ciosów: "Trwałość mitu żydokomuny
w powszechnej pamięci można by przypisać, między innymi,
chęci zagłuszenia poczucia winy Polaków z powodu współpracy
przy budowie komunistycznego systemu".
Tylko Jan Karski
Gross w swojej krytyce reakcji na antysemityzm Polaków nie
oszczędza nikogo. Odmowę potępienia pogromu kieleckiego wypomina
nie tylko takim kardynałom jak Hlond czy Sapiecha, lecz także
Stefanowi Wyszyńskiemu, wówczas biskupowi lubelskiemu (wyjaśniając
jego przyszłą rolę jako Prymasa Tysiąclecia). Traktowanie
antysemityzmu jako coś w pełni normalnego przypisuje też
choćby dowódcy AK Stefanowi Roweckiemu, przywódcy PPR Władysławowi
Gomułce i setkom innych wymienianym z nazwiska Polakom
(na wszystko dostarcza przykłady).
Jednym z niewielu jasnych, "polskich" punktów
w książce Grossa jest legendarny kurier wojenny Jan Karski,
który wsławił się dostarczeniem władzom USA i Wlk. Brytanii
relacji i dowodów na trwającą w Polsce eksterminację Żydów
przez Niemców.
Gross pisze jednak, że Londyn i Waszyngton były tak samo
głuche na te raporty, jak w 1945 i 46 roku społeczeństwo
polskie było głuche na apele swoich intelektualnych elit,
by wyrzec się antysemityzmu.
Gross szeroko przytacza wielką debatę o antysemityzmie na
łamach ówczesnej prasy, głównie "Odrodzenia", "Kuźnicy" i "Tygodnika
Powszechnego". Cytuje głośne teksty Jerzego Andrzejewskiego,
Kazimierza Wyki, Stanisława Ossowskiego, Mieczysława Jastruna
zaszokowanych wydarzeniami w Krakowie, Kielcach i innych
miejscach. I pyta: jak to możliwe, że tak wielu tak wybitnych
ludzi przegapiło narodziny tego zjawiska? "Dlaczego
intensywność polskiego antysemityzmu zaskoczyła tych błyskotliwych,
światłych i dobrze poinformowanych obserwatorów polskiego
społeczeństwa?" - pyta Gross.
Za jedną z możliwych odpowiedzi uznaje to, że zjawisko
rodziło się podczas wojny na styku dwóch najniższych - według
przedwojennej hierarchii - warstw społecznych - chłopstwa
i Żydów. "Ta krótkowzroczność była rezultatem archaicznych,
quasi-feudalnych pozostałości w strukturze społecznej i mentalnym
nastawieniu, które przeważały w polskim społeczeństwie w
tamtych czasach".
Znajduje też głębsze wytłumaczenie. "Ponieważ historii
zagłady Żydów nie przedstawiono w wojennej prasie podziemnej
tak, jak rzeczywiście ona wyglądała [ignorowano polskie pogromy
takie jak w Jedwabnem], w końcu polskie i żydowskie ofiary
zlały się w jedną narrację. Wydaje mi się, że nie ze złej
woli, ale raczej z braku odpowiednich słów, by opowiedzieć
tę historię tak, jak naprawdę ona wyglądała. To dlatego polska
inteligencja była tak zaszokowana powojennym wybuchem antysemityzmu.
Śmierć i gwałt, jakie spotkały Żydów ze strony polskich sąsiadów
podczas wojny, zostały wtedy przez inteligencję być może
odnotowane, ale nigdy nie przetrawione".
Wstyd sprawiedliwych
Gross konsekwentnie natomiast gasi polską dumę z tego,
że właśnie Polacy otrzymali najwięcej tytułów "Sprawiedliwy
wśród narodów świata", za ratowanie Żydów podczas wojny.
Po pierwsze, biorąc pod uwagę miliony żyjących w Polsce Żydów,
setki czy tysiące ocalonych przez swoich polskich sąsiadów "statystycznie" nie
robią wrażenia. Po drugie, niemal każdy z tych Polaków,
pisze Gross, czynił to w tajemnicy nie tylko przed Niemcami,
ale i przed rodakami. I nawet po wojnie robił wszystko, by
ukryć ten fakt, by mu nie zarzucano, że jest "żydowskim
pachołkiem", albo nie posądzano, że ukrywa gdzieś żydowskie
bogactwa.
Gross twierdzi, że przez wiele lat nie mógł zrozumieć, jak
ktoś mógł po wojnie wstydzić się i ukrywać fakt pomagania
Żydom. Dopiero napisanie "Strachu" pozwoliło mu
to zrozumieć.
Marcin Gadziński, Waszyngton
|