E-mail

English






Strach ofiar, strach morderców

Piotr Wróbel*

Gazeta Wyborcza
29-07-2006

Jak pisać historię, by przekonać czytelników, że historycy nie są zdrajcami narodu? O nowej książce Jana Tomasza Grossa pisze Piotr Wróbel.

Kolejny raz Jan T. Gross rozbudza narodowe wyrzuty sumienia. Jego niedawno opublikowana książka "Strach. Antysemityzm w Polsce po Oświęcimiu. Esej historyczno-interpretacyjny" ("Fear. Anti-Semitism in Poland after Auschwitz. An Essay in Historical Interpretation") jest obszerniejsza od "Sąsiadów" i stawia cięższe zarzuty tradycyjnej, patriotycznej interpretacji najnowszej historii Polski.

W 1946 r. w Kielcach nie było Niemców. Żydów mordowali wyłącznie Polacy. Sposób, w jaki Gross przedstawia ich motywy oraz ogólnopolski kontekst tej zbrodni, zburzy spokój i ustalone poglądy niejednego czytelnika.

Akt "ludowej sprawiedliwości"

Do napisania nowej książki skłoniła Grossa świadomość, jak wielu Polaków, którzy ukrywali Żydów w czasie okupacji hitlerowskiej, po wojnie bało się do tego przyznać. Dlaczego Sprawiedliwi wśród Narodów Świata stali się wyrzutkami we własnym społeczeństwie? Dlaczego, mimo Holocaustu, antysemityzm w Polsce nie osłabł, lecz nabrał nowych, odrażających form?

Gross opisuje, co spotykało Żydów powracających do domu z obozów, z Rosji lub z ukrycia. Spotkało ich zdziwienie, że przeżyli, odmowa zwrotu mienia zagrabionego przez sąsiadów, morderstwa, rozkopywanie grobów w poszukiwaniu kosztowności, milczące przyzwolenie aparatu państwowego dla prześladowań, antysemityzm w szkołach i miejscach pracy. Eskalacja tych nastrojów przyniosła pogromy.

Opis tego, co stało się w Kielcach 4 lipca 1946 r., opiera się głównie na znanych już opracowaniach, oferuje jednak nową analizę wydarzeń. Pokazuje, że lokalne władze państwowe i partyjne nie chciały stanąć po stronie Żydów i przeciw atakującemu ich "ludowi", że robiły wszystko, by nie wyglądać na "obrońców Żydów", a nawet brały udział w pogromie. Przerażające są opisy mordów w "domu żydowskim" na Plantach oraz polowań na Żydów - w mieście, na dworcu kolejowym, w pociągach, na małych stacjach kolejowych w rejonie Kielc. Sen z powiek mogą spędzić relacje o tym, jak w polowaniu uczestniczyli harcerze i jak wrogo większość personelu kieleckich szpitali traktowała ranne ofiary przemocy.

Gross uważa i popiera to analizą źródeł (zwłaszcza dotyczących wyprowadzenia z mieszkania i zamordowania Reginy Fisz i jej dziecka), iż w niektórych kręgach społeczeństwa polskiego zabijanie Żydów uznano za czyn moralnie dopuszczalny, nie stanowiący zbrodni, lecz akt "ludowej sprawiedliwości", za coś oczywistego, czego nie trzeba ukrywać. Przychyla się do opinii znanego historyka Witolda Kuli, że w pogromie z 4 lipca 1946 r. wzięła bezpośredni udział jedna czwarta ludności Kielc.

Ofiary, ale nie nasze

Kolejny rozdział przynosi analizę reperkusji, jakie wywołała ta zbrodnia w różnych instytucjach i grupach ludności.

PPR usiłowała zorganizować masowy protest przeciw wystąpieniom antyżydowskim, przekonując opinię publiczną, że za zbrodnią stała "reakcja". Robotnicy odpowiedzieli strajkami i protestami przeciw obronie Żydów. Kierownictwo partii uznało więc, iż pogrom był kryzysem lokalnym i nie da się go wykorzystać do umocnienia władzy. Zorganizowano pośpieszny proces sprawców. Władze zajęte wynikami referendum z 30 czerwca 1946 r. nie potrzebowały dodatkowych problemów, zwłaszcza żydowskiego.

Wiele miejsca poświęca Gross reakcjom Kościoła. Uważa, że kler i hierarchia świadomie "obeszli" wyzwanie, jakie stanowił pogrom. Prymas August Hlond, ówczesny biskup lubelski Stefan Wyszyński i biskup Kielc Czesław Kaczmarek uznali, że Żydzi są zbiorowo współodpowiedzialni za narzucenie Polsce ustroju komunistycznego, co wywołuje opór i przemoc. Jedynie biskup częstochowski Teodor Kubina zareagował, jak przystało na prawdziwego chrześcijanina - wydał ostre oświadczenie potępiające sprawców pogromu. Zostało ono jednak przyjęte nieprzychylnie przez innych hierarchów, którzy sądzili, iż Kościół powinien mówić jednym głosem, a potępienie pogromu oznacza poparcie dla komunizmu. Ku zdumieniu wielu osób - m.in. brytyjskiego ambasadora Victora Cavendish-Bentincka - niektórzy hierarchowie skłonni byli wierzyć, że Żydzi zabijają chrześcijańskie dzieci, by - w różnych celach - wykorzystać ich krew. "Jeśli biskup może w to wierzyć, to trudno się dziwić, że nieedukowany Polak także może" - pisał ambasador do Londynu. Przy innej okazji dodawał: "Obawiam się, że polski kler jest fundamentalnie antysemicki".

Intelektualiści odpowiedzieli na pogrom zdumieniem i szokiem. W prasie, także katolickiej, ukazała się seria potępiających artykułów i apeli podpisanych przez znanych pisarzy, artystów i naukowców. Historyk literatury Kazimierz Wyka zaprezentował paradoksalną tezę, że Polska płaci za nieposiadanie swojego Quislinga - antysemityzm nie został doszczętnie skompromitowany jako forma kolaboracji z hitlerowcami.

Gross zastanawia się, dlaczego po wojnie intelektualiści byli tak zaskoczeni wybuchem antysemityzmu, skoro wkrótce po zajęciu Polski przez III Rzeszę wiele wpływowych osób - m.in. komendant AK gen. Stefan Rowecki i emisariusz Jan Karski - sygnalizowało narastanie wrogości do Żydów. Autor udziela następującej odpowiedzi: na liście najważniejszych problemów Polskiego Państwa Podziemnego nie było zagłady Żydów; nie postrzegano jej jako osobnego zagadnienia, gdyż jednocześnie ginęli zarówno żydowscy, jak i chrześcijańscy obywatele Rzeczypospolitej. Ale w podziemnej prasie nie traktowano żydowskich ofiar jako "naszych" i pisano o nich osobno. Polskiego udziału w prześladowaniach Żydów - z wielu względów - nie nagłaśniano.

W końcu - pisze Gross - duży wpływ na percepcję inteligencji miały pozostałości półfeudalnych stosunków. Sprawiły one, że inteligencja miała silne poczucie odrębności i wyższości nad innymi warstwami ludności. Niezasymilowani Żydzi nie należeli do inteligencji, a ich konflikty z chłopstwem i niewykształconą ludnością miejską postrzegano jako drugorzędne problemy lokalne, które nie mogły mieć wpływu na wielką politykę i losy zagrożonej ojczyzny.

Mit żydokomuny

Ostatni rozdział książki - "Żydokomuna" - poświęcony jest dekonstrukcji tego stereotypu. Częsta jest opinia, że najważniejszą przyczyną powojennego antysemityzmu był udział Żydów w ruchu komunistycznym, a później we wprowadzaniu komunizmu w Polsce. Gross odrzuca ten argument - w II RP spośród 3,3 mln Żydów do KPP należało tylko około 7 tys., a ludność żydowska była jednym z najbardziej "państwotwórczych elementów" społeczeństwa. Tymczasem w Związku Radzieckim od końca lat 30. narastał antysemityzm - dość przypomnieć tragiczne dzieje Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego. Podsumowując, autor pisze: "Myśl, że Żydzi lub żydowscy komuniści mogliby być traktowani w sposób uprzywilejowany gdziekolwiek w tym regionie [w ZSRR i krajach Europy Środkowej], uznać trzeba za polityczne science fiction".

Gross opisuje też sytuację w PPR, która starała się wyeliminować ze swego wizerunku związki z Żydami i w której kierownictwie sam generalny sekretarz Władysław Gomułka dostrzegał zbyt wielu Żydów. To prawda, Żydzi, tradycyjnie lojalni wobec istniejących władz, po 1944 r. musieli współpracować z rządzącą partią, gdyż - cudem ocaleni i wyrzuceni poza nawias społeczeństwa - nie mieli innego oparcia. Jednak ich stosunek do reżimu i do komunizmu to dwie oddzielne sprawy. "Ta widoczna propaństwowa i proreżimowa inklinacja Żydów w powojennej Polsce nie czyniła z nich komunistów". Wielu Żydów należało zresztą do niekomunistycznych partii żydowskich, które z przerażeniem obserwowały adoptowanie przez PPR przedwojennych nacjonalistów i skrajnej prawicy.

Gross dokonuje też krótkiego przeglądu danych o Żydach w aparacie represji - z konkluzją, iż ich mniejszy czy większy udział w tymże aparacie nie miał wpływu na stereotypy antysemickie. Mit żydokomuny ma taką samą wartość poznawczą jak teoria identyfikująca Żydów z wampirami - pisze autor książki.

Powojenny polski antysemityzm - to jest główna teza książki Grossa - zakorzeniony był w wojennych, oportunistycznych postawach Polaków wobec Zagłady. Ludzie ocaleli z Holocaustu stanowili żywy wyrzut sumienia; przypominali o udziale Polaków w przestępstwach, jakich dopuścili się naziści wobec Żydów. Wielu Polaków nienawidziło tych, których skrzywdzili, przeciwko którym podjęli współpracę z Niemcami i wobec których wyzbyli się wszelkiej przyzwoitości. To - zdaniem Grossa - było ważniejsze niż to, że ocaleli z Zagłady domagali się zwrotu swego mienia lub współpracowali z reżimem. Polacy bali się ocalałych Żydów, gdyż ci przypominali haniebne czyny z czasów wojny. Dlatego wielu ludzi wolało, by Żydzi zniknęli zupełnie, i gotowych było akceptować nowy reżim, który miał podobne intencje - pomagał uniknąć odpowiedzialności za zbrodnie wojenne i nie planował restytucji czyjegokolwiek mienia. Żydzi wraz z ich tragiczną przeszłością wojenną nie interesowali komunistów, którzy szybko odkryli praktyczną wartość nacjonalizmu oraz antysemityzmu i z dumą podkreślali, że pod ich władaniem Polska stała się krajem jednolitym narodowo.

Czerwone sztandary

"Strach" jest napisany z pasją i zaangażowaniem. Na każdej stronie widać, iż autor należy do ludzi, których opisana problematyka dotyczy osobiście. Gross wziął sobie do serca uwagi krytyczne towarzyszące dyskusji o "Sąsiadach" i lepiej udokumentował swój nowy temat. Tym razem czytelnik czyta trzy teksty naraz - właściwą narrację, obszerne przypisy na dole stron zawierające dodatkowe informacje i podejmujące dialog z głównym wykładem oraz przypisy na końcu książki podające adresy bibliograficzne wykorzystanych prac.

Podtytuł - "esej historyczno-interpretacyjny" - i konstrukcja książki wskazują, że autor nie rości sobie pretensji do systematycznego i całościowego opisu tematu, a tylko proponuje jego nową interpretację. "Strach" przedstawia "duży obraz" i kruszenie kopii o szczegóły - zwłaszcza w krótkiej recenzji - nie ma sensu. Żydów kieleckich mordowała zezwierzęcona tłuszcza i nie zmienią tego najbardziej szczegółowe rozmyślania nad możliwością prowokacji. Opisy kaźni w "domu żydowskim", których nie zakwestionują nawet zagorzali krytycy Grossa, odbierają ochotę do polemik.

Niektóre fragmenty tej książki nie są jednak całkiem przekonujące. Dotyczy to zwłaszcza rozdziału "Żydokomuna". To prawda, że w KPP było zaledwie kilka tysięcy Żydów, lecz kilka partii żydowskich plasowało się wśród radykalnej lewicy. Bund - w drugiej połowie lat 30. najpotężniejsza żydowska partia w Polsce, którą autor ledwo wspomina - występował pod czerwonymi sztandarami i z hasłami marksistowskimi. Poalej-Syjon Lewica był po prostu partią komunistyczną. Obie partie były antystalinowskie, ale ich programy i styl uprawiania polityki wzmacniały wśród wielu Polaków stereotyp "żydokomuny".

To prawda, że Stalin z czasem stawał się coraz bardziej wrogi wobec Żydów. Nie przeszkadzało mu to jednak całkiem świadomie posługiwać się nimi przeciw Polakom. Tych bowiem już w latach 30. uznał za "wrogi naród".

Dlaczego PPR tak bardzo starała się zrzucić "odium żydowskości" - o czym Gross wspomina - skoro, jak sam przekonuje, Żydzi stanowili w tej partii tylko nieistotny margines i wciąż tracili na znaczeniu? Autor "Strachu", w moim przekonaniu, nie docenia siły i trwałości stereotypu żydokomuny. Stereotyp ten zrodzony w czasie wojny polsko-sowieckiej 1919-21 i silny w Polsce już przed II wojną światową umocnił się po 1939 r., szczególnie pod okupacją sowiecką i na skutek propagandy anty-PPR-owskiej. Po wojnie, o czym pisze Michael C. Steinlauf w książce "Pamięć nieprzyswojona", wśród Polaków szeroko rozpowszechnione było przekonanie, że żydokomuna opanowała Polskę.

Temat wciąż niezamknięty

Gross nazywa mniejszość żydowską jednym z najbardziej "państwotwórczych elementów" II RP. Nie wiem, czy zgodziłaby się z tym ludność żydowska z niektórych rejonów - np. Wileńszczyzny, Białegostoku i Śląska - która, szczególnie na początku okresu międzywojennego, nie ukrywała, że nie chce należeć do Polski.

W latach 1918-19 przeszła przez Polskę fala pogromów. Były one jedynie cieniem tego, co wówczas działo się na Ukrainie, jednak w samym tylko grudniu 1918 r. władze RP wszczęły dochodzenia w sprawie rozruchów antyżydowskich w 37 miejscowościach. 11 listopada 1918 r. tłum zabił w Kielcach czterech Żydów, a wielu poranił. Nikt z uczestników tych wydarzeń nie miał wyrzutów sumienia wobec Żydów. Gross ma rację, twierdząc, że w latach II wojny światowej pojawił się nowy element w myśleniu o Żydach. Pisze o tym także Michael Steinlauf, przypominając o takim czynniku, jak "psychologiczne znieczulenie" wywołane doświadczeniami wojennymi.

Warto by porównać wystąpienia antyżydowskie z lat 1945-46 z wcześniejszymi pogromami w tym samym regionie oraz z pogromami, które miały miejsce w innych krajach europejskich po II wojnie światowej. W Słowacji np. było ich cztery - w 1945 r. w Preszowie i Topolczanach oraz w 1946 i 1948 r. w Bratysławie. Sytuacja Żydów i społeczne mechanizmy przemocy były w tym kraju podobne do polskich.

Jak pisać historię, by nie antagonizować wielu czytelników, by przekonać ich, że mimo odmiennych poglądów profesjonalni historycy nie są ich wrogami ani zdrajcami narodu? Wiadomo, że na ten sam temat pisze się inaczej dla różnych czytelników. Czy więc takie książki jak "Sąsiedzi" i "Strach" nie powinny mieć nieco zmienionych wersji dla Polaków i obcokrajowców? Nie po to, by ukrywać prawdę, lecz by dostosować język i argumenty do poziomu wiedzy i wrażliwości różnych czytelników. Śmiem twierdzić, że "Sąsiedzi" odegrali inną rolę w Polsce, a inną za granicą. Czy tak samo będzie ze "Strachem"?

W opisywaniu historii bardzo ważne jest wyczucie właściwych proporcji. Tak też powinno być w tej recenzji. "Strach", książka wybitna, poruszająca i inspirująca, to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy interesują się najnowszą historią Polski. Wydawało się, że o pogromie kieleckim i o sytuacji Żydów w Polsce po wojnie nie można już napisać nic zasadniczo nowego. Gross udowodnił, że ten temat wciąż nie jest zamknięty. "Strach", podobnie jak inne prace tego autora, dotyczy spraw, w których trudno osiągnąć pełną zgodę. Podziwiam Grossa za przenikliwość i odwagę. I choć z niektórymi z jego argumentów nie zgadzam się, inne zaś mnie irytują lub nawet złoszczą, jest w tym nuta zawodowej zazdrości: chciałbym umieć pisać takie książki.

*Piotr Wróbel - profesor historii na University of Toronto