E-mail

English






Wolność i jej wrogowie
Timothy Garton Ash*

Gazeta Wyborcza, 8 października 2006

W pierwszej dekadzie XXI wieku nawet w krajach, gdzie od dawna panuje liberalna demokracja, obszar wolności słowa ulega i będzie ulegał erozji - chyba że staniemy w jej obronie

Niemal co dzień pojawia się nowe zagrożenie wolności słowa. Francuski filozof ukrywa się, bo na islamskich stronach internetowych grożą mu śmiercią za opublikowanie we francuskiej gazecie artykułu, w którym pisał, że Koran ukazuje Mahometa jako "mistrza nienawiści". Berlińska Deutsche Oper przerwała przygotowania do wystawienia "Idomeneo" Mozarta - w inscenizacji miała być pokazana ucięta (plastikowa? z papier mâché?) głowa Mahometa wraz z głowami Jezusa, Buddy i Posejdona - po telefonicznej groźbie przekazanej dyrekcji przez policję. To tylko ostatni tydzień.

Wcześniej mieliśmy zabójstwo holenderskiego reżysera Theo van Gogha oraz polowanie na Ayaan Hirsi Ali i Salmana Rushdiego. Pobito brytyjskiego działacza antyfaszystowskiego po umieszczeniu jego zdjęcia z adresem na stronie skrajnie prawicowej organizacji Redwatch. Obrońcy praw zwierząt grożą śmiercią prowadzącym badania medyczne i ich rodzinom. Ekstremiści sikhijscy zmusili brytyjski teatr do zdjęcia ze sceny sztuki, która im się nie podobała. Ekstremiści chrześcijańscy grożą dyrekcji BBC, oburzeni wyemitowaniem musicalu "Jerry Springer: The Opera". Mam kontynuować?

Cenzura i autocenzura

"Fanatycy bez granic" są w natarciu. Błędem byłoby widzieć jedną "wojnę z terroryzmem", gdyż nasi przeciwnicy są bardzo różni, podobnie jak ich ideologie. Ale kto łudzi się, że nie walczymy z legionem wrogów wolności, potencjalnie równie niebezpiecznych, jak ci, którym musieliśmy stawić czoło w latach 30., ten nie wie, w jakim świecie żyje. To znaczy - jest typowym współczesnym Europejczykiem. W pierwszej dekadzie XXI wieku nawet w krajach, gdzie od dawna panuje liberalna demokracja, obszar wolności słowa ulegał, ulega i będzie ulegał postępującej erozji - chyba że staniemy w jej obronie. Wolność słowa nie jest wyłączną domeną pisarzy i artystów. To wolność podstawowa, życiodajny tlen dla wszystkich innych swobód. Nie bez powodu John Stuart Mill poświęcił w "O wolności" cały rozdział "wolności myśli i słowa".

Erozja jej następuje na różne sposoby. Najoczywistszym jest przemoc bądź groźba przemocy: "jeśli to powiesz, zabijemy cię". Dziś jest to nieporównanie łatwiejsze dzięki internetowi, poczcie elektronicznej i komórkom. Francuski filozof Robert Redeker ukrywa się, odkąd na islamskiej stronie wezwano, by "ta świnia" została "ukarana przez lwy Francji" tak, jak to zrobił "lew Holandii Mohammed al Bouyeri", pod czym zamieszczono jego adres domowy, zdjęcie i numer telefonu. Mohammed Bouyeri był zabójcą Theo van Gogha.

Dalej mamy protesty publiczne, łączące się niekiedy z zawoalowaną groźbą przemocy. Są i inne, mniej widoczne formy nacisku, w tym broń ekonomiczna - np. bojkot produktów duńskich przez niektóre kraje islamskie po aferze z karykaturami Mahometa, czy niejawne naciski Pekinu na eksporterów, dla których Chiny są głównym rynkiem zbytu.

W reakcji na groźby mamy też do czynienia z autocenzurą. Kanclerz Angela Merkel trafnie nazwała decyzję Deutsche Oper, by zdjąć "Idomeneo", "autocenzurą strachu". Ale autocenzura może wynikać także z poszukiwania w dobrej wierze wielokulturowej harmonii, w myśl zasady "szanuj moje tabu, a ja uszanuję twoje". Demokratyczne rządy i parlamenty podejmują nieprzemyślane próby zapewnienia spokoju i harmonijnego współżycia odmiennych wspólnot religijnych i etnicznych poprzez ustawodawstwo ograniczające wolność słowa. W tę stronę szedł zaproponowany przez rząd brytyjski projekt prawa o podżeganiu do nienawiści religijnej.

Zagrożenia płyną z różnych stron. Absurdem byłoby udawać, że islamscy ekstremiści nie wiodą prymu w zastraszaniu, przynajmniej w Europie i Ameryce. O ile mi wiadomo, chrześcijanie, buddyści i wyznawcy Posejdona nie grozili odwetem z powodu wystawienia na scenie berlińskiej opery odciętych głów ich świętych idoli. Jednak nie tylko dżihadyści chcą odciąć wolności słowa dopływ życiodajnego tlenu. Otrzymałem właśnie wiadomość, że mój przyjaciel Tony Judt, badacz europejskiej historii najnowszej i zdeklarowany przeciwnik polityki Izraela, musiał z dnia na dzień zrezygnować z pobytu w Nowym Jorku po telefonach do goszczącej go instytucji, którą - tak się złożyło - był polski konsulat (Judt proponował debatę na temat "lobby izraelskiego i polityki zagranicznej USA"). Według konsula telefonowały "różne ugrupowania żydowskie", w tym Liga przeciw Zniesławieniu, oraz "amerykańscy dyplomaci i kręgi intelektualne". Telefonów nie da się oczywiście porównać do grożenia śmiercią, ale są jednym z wielu czynników, które prowadzą do stopniowej erozji wolności słowa - nawet w takich klasycznych bastionach wolności, jak: Stany Zjednoczone, Francja i Wielka Brytania.

Słowo pokona miecz

Co robić? Po pierwsze, czuć powagę zagrożenia. Powtarzam: jest to jedno z największych zagrożeń wolności w naszych czasach. Potrzebna jest debata o tym, o czym prawo powinno, a o czym nie powinno pozwalać mówić i pisać. Nawet Mill nie twierdził, że każdy może zawsze i wszędzie mówić wszystko. Potrzebna jest też debata o tym, o czym mądrze i rozsądnie jest mówić w zglobalizowanym świecie, w którym odmienne kultury żyją tak blisko siebie, niczym współlokatorzy przedzieleni cienkim parawanem. Granica mądrości i rozsądku leży dalej niż to, co dyktuje prawo. Uważam na przykład, że artykuł Roberta Redekera w "Le Figaro" był niepowściągliwy i niemądry - autor twierdził, że islam (nie islamizm, nie dżihadyzm, po prostu islam) jest współczesnym odpowiednikiem radzieckiego komunizmu - wczoraj Moskwa, dziś Mekka - a Mahomet był "okrutnym watażką, pogromcą Żydów i poligamistą". Lecz kiedy w odpowiedzi fanatycy bez granic żądają jego głowy, naszym obowiązkiem jest okazać - w duchu Woltera - bezwarunkową solidarność z zagrożonym pisarzem.

Nieważne, że Wolter nigdy zapewne nie wyrzekł słów tak często mu przypisywanych: "Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do ich głoszenia". To sławne zdanie jest zapewne parafrazą z początku XX wieku, lecz jak najbardziej w jego stylu. Natomiast do chrześcijańskiego duchownego zwrócił się rzeczywiście słowami: "Monsieur l'abbe, nie cierpię tego, co piszesz, ale oddałbym życie, byś mógł to pisać dalej". Decydująca jest kolejność. Za często ostatnimi czasy, od sprawy Rushdiego poczynając, reakcja ma odwrotną składnię: "bronię oczywiście twojej wolności słowa, ale...". Wolter słusznie to odwrócił: najpierw dystans, lecz potem bezwarunkowa solidarność. Teraz wszyscy musimy spełnić swoje zadanie. Przyszłość wolności zależy od słowa, które pokona miecz.

* Timothy Garton Ash - profesor studiów europejskich na Uniwersytecie Oksfordzkim, autor książek o historii najnowszej. Ostatnio opublikował "Wolny świat. Dlaczego kryzys Zachodu jest szansą naszych czasów"

Przełożył Sergiusz Kowalski
Timothy Garton Ash