|
Adam Szostkiewicz
Egzorcysta Gross
Polityka
29 stycznia 2008
http://www.polityka.pl/polityka/
Gross nie zamierzał pisać akademickiego podręcznika powojennej historii
Polski, lecz właśnie poruszyć nas do żywego przypomnieniem "moralnej
zapaści" w Polsce tuż po Holocauście. Zapaść polegała na zabijaniu przez
Polaków Żydów ocalałych z Zagłady.
Który czytelnik, jeśli tylko przeczytał "Strach" z odrobina dobrej woli, to
znaczy bez z góry powziętego negatywnego nastawienia do autora i tematu,
nie zadrży pod wrażeniem zebranego w książce materiału dowodzącego, że
Żydów zabijano i dyskryminowano już po wojnie po hitlerowsku, czyli
dlatego, ze byli Żydami?
Szukanie prawdy nie polega tylko na umiejętnym operowaniu warsztatem
historyka, socjologa, psychologa czy antropologa. Niewiele nas obchodzą
nawet najbardziej wzorowe metodologicznie dzielą, gdy okazują się w istocie
tylko przyczynkami. W pamięci zbiorowej zostaje to, co uderza w sedno, co
stawia pytania fundamentalnie zwane dla danej wspólnoty, jej tożsamości,
jej rozumienia samej siebie, jej zdrowia moralnego. Tak jak ogłoszony 21
lat temu w "Tygodniku Powszechnym" esej Jana Błońskiego "Biedni Polacy
patrzą na getto" czy jak książki Grossa: "Sąsiedzi", a dziś "Strach". Ale
za ten żywiołowy oddźwięk - esej Błońskiego rozpętał burzę podobną do
sporów wokół Grossa, a w Krakowie podczas promocji "Strachu" tłumy
młodzieży szturmowały wejścia na sale - płaci się cenę.
Kto próbuje popatrzeć na najnowszą historię Polski także oczami żydowskimi,
a więc zapytać o postawę Polaków wobec współobywateli Żydów, nie
zastrzegając się od razu, ze w Yad Vashem najwięcej drzewek
"Sprawiedliwych" mają Polacy, którzy ratowali Żydów, ten wystawi się nie
tylko na merytoryczne krytyki, ale i na ciosy. To tez cos mówi o sytuacji.
Mam tez wrażenie, ze z upływem lat te złe emocje raczej się nasilają, niż
słabną. Może ma to jakiś związek z modą na narodową asertywność, która
opowiada o cierpieniach i wielkości Polaków i jeśli chce się z czymś
rozliczać, to z komunizmem i komunistyczna agentura.
Wizja Polski jako kraju bohaterów i ofiar jest budująca, ale jak w niej
zmieścić Jedwabne, pogrom kielecki, antyżydowską "akcje wagonowa" - tematy
wywołane przez Grossa?
Zamiast mechanizmu zbrodni tematem stała się znowu
rzekoma zła wola i szkodliwa działalność Grossa.
Z osłupieniem usłyszałem, że książką zajął się prokurator - w kraju, gdzie
w kioskach leżą antysemickie broszury Leszka Bubla, a ks. Rydzyk,
opowiadający co jakiś czas na antenie antysemickie brechty pozostaje bezkarny.
Ale trzeba zaznaczyć, że zdecydowana większość krytyków "Strachu", nawet
ostrych, odcięła się od akcji prokuratury. Bo i co tu badać? To nie Gross
znieważa Polskę, lecz ci, co piszą na niego donosy do prokuratury czy
mediów. Radzić sobie z wyzwaniem "Strachu" można i należy w swobodnej
rzeczowej dyskusji bez wsparcia prokuratora lub cenzora.
Zdumiewał tez zarzut kardynała Stanisława Dziwisza - a wtórował mu pierwszy
intelektualista PO pos. Jarosław Gowin - że na miejscu Znaku książki Grossa
by nie wydawał, bo nie pasuje do profilu wydawcy katolickiego!
Tymczasem Znak ma w dorobku wiele ważnych publikacji dokładnie na ten temat
- Bartoszewski, Turowicz, Edelman, Grynberg - przypomina prezes wydawnictwa
Henryk Wozniakowski w przedmowie do "Strachu". Krakowskie wydawnictwo ma
tez na koncie wydany w 1987 r. światowej salwy reportaż historyczno-sadowy
Hannah Arendt "Eichmann w Jerozolimie" (Grossa łączy zresztą z Arendt dużo
więcej niż tylko to, że oboje, w różnych okresach, znaleźli się wśród
wykładowców renomowanego uniwersytetu Princeton). Poważne dzieło o
przerażających skutkach antysemityzmu podczas okupacji i po niej miesci sie
jak najbardziej w profilu wydawnictwa katolickiego i stwarza okazje do
debaty wprost i bez kompleksów. "Bez kompleksów - to znaczy bez strachu.
Jesteśmy dziś dojrzałym społeczeństwem i niepodległym narodem. Nie
potrzebujemy ani krzepienia serc, ani - przeciwnie - podkopywania wiary w
siebie, w naszą przeszłość i przyszłość".
Wozniakowski jest chyba, niestety, zbyt wielkim optymistą. Ukazało się
wprawdzie kilka tekstów krytycznych godnych uwagi (Marcina Zaremby,
Dariusza Stoli, Pawła Machcewicza, Macieja Kozlowskiego), ale kompleksy
znów się odezwały.
W ruch poszedł schemat obrony przez atak. W poważnej prasie
pewien historyk IPN nie wahał się zestawić Grossa z Bublem.
A na ulicy bojówki skrajnej prawicy - pod miejscami, gdzie
odbywały się promocje "Strachu" - trzymały plakaty: "Gross-wyrwać
chlasta".
Kwaśno o "Strachu" odezwali się tez inni hierarchowie. Robienie z Grossa
wroga Kosciola czy katolicyzmu jest jednak równie nieprzekonujące, jak
robienie z niego wroga Polski. Przeciwnie, "Strach" jest dziełem w istocie
chrześcijańskim. Bo refleksja etyczna, jaka niesie, zawiera również jakąś
cząstkę chrześcijaństwa, jego kulturowego dziedzictwa. Kościół współczesny,
przynajmniej ten oficjalny, przepracował temat swych relacji z narodem i
religią żydowską. Mamy na ten temat przełomowe dokumenty soborowe, mamy
pontyfikat Jana Pawła II, który jako pierwszy w historii papież odwiedził
synagogę, lecz także modlił się pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie i w Yad
Vashem oraz przeprosił w jubileuszowym rachunku sumienia za grzechy
Kosciola wobec starszych braci w wierze. Z takim dorobkiem Kościół może
spokojnie i bez obaw włączyć się w dyskusje, do jakiej zachęca Gross. Nikt
przytomny nie przeniesie antysemickich wypowiedzi bp. Bienka czy Kaczmarka
lub enuncjacji kard. Hlonda lub bp. Wyszynskiego z lat 40. na współczesną
postawę Kosciola wobec Żydów (mówię o obowiązującej doktrynie).
W tym kontekście kościelna reakcja na "Strach" mnie głęboko rozczarowała.
Ulubiona metoda dyskusji ze "Strachem" jest skupianie się na detalach,
wykazywanie nieścisłości czy błędów, dezawuowanie stylu - wszystko,
byle nie przejść do sedna, czyli pytania: jak to było możliwe?
Tak samo było z "Biednymi Polakami." Błońskiego i "Sąsiadami" Grossa.
Ale kto wie, co będzie za 20 czy 50 lat? Odsadzany od czci i wiary esej
Jana Błońskiego jucz wszedł do kanonu polskiej publicystyki. Zmiany
pokoleniowe i cywilizacyjne powodują, że rosną szanse, iż zapomniane
zostaną nie książki Grossa, lecz pamflety jego zajadłych przeciwników.
"Moralitet" (określenie prof. Pawła Śpiewaka) Grossa ma cel klarowny i
zrozumiały: opowiedzieć Polakom pewną dramatyczną historię, "historię
moralnej zapaści" z lat tuż powojennych.
Jest to opowieść o - jak pisze Gross - losie "żydowskich współobywateli,
którzy zginęli pośród swoich, którą musimy poznać do końca". Oznacza to, że
Gross pisze ze stanowiska polskiego i dla Polaków. To jest przede wszystkim
rzecz o stosunkach polsko-polskich: "Dochowując wierności własnej tradycji
- pisze w "Strachu" - Polacy musza sobie sami opowiedzieć historię
prześladowania Żydów w Polsce w taki sposób, żeby ofiara mogła w tej
narracji rozpoznać obraz własnego losu".
Przygotowując się do tego tekstu, przeglądałem archiwalne numery "Tygodnika
Powszechnego", wydane po pogromie kieleckim w 1946 r. (pogromowi Gross
poświęca spora cześć "Strachu").
W jednym z nich "Tygodnik" drukuje tekst Stefanii Skwarczynskiej "In
tenebris lux" (światło w ciemnościach) z apelem o nadsyłanie świadectw
przez osoby pochodzenia żydowskiego ocalone przez Polaków, tak by każdy
dowiedział się o owych dobrych Polakach. Odzew nie jest silny. Z jednego z
listów wynotowuje słowa wzięte jakby z tekstów Grossa:
"Antysemityzm nie skończył się wraz z Treblinką, Majdankiem, Oświęcimiem.
Smutny to objaw, ze często ci sami ludzie, którzy podczas wojny Żydom
współczuli i w miarę możności im pomagali, są im teraz niechętni. Niechęć
jednak nie jest nienawiścią i tych, którzy nienawidząc przyczynili się
ideowo czy tez materialnie do zajść kieleckich, należy stanowczo odróżnić
od niechętnych" (E. Koenowa, "TP" nr 43/1946).
A w innym, Ewy Szmajdlerowej, czytamy:
"Niemiec nauczył mnie gardzić Niemcem i śmiercią, którą niósł. Polacy teraz
[1946 - ASz] uczą mnie gardzić człowiekiem i wstydzić się, straszliwie się
wstydzić".
Opowieści polskich o tym, jaki i dlaczego "ludzie ludziom zgotowali los",
mamy z pewnością więcej niż tych, o które upomina się Gross. Napisać o
mordowaniu Żydów w powojennej Polsce tak, by w tej opowieści rozpoznali się
Żydzi, by odłożyli książkę ze słowami: tak było; co za ulga, że o tym
napisał Polak i że książka wyszła w Polsce - oto zadanie dla młodego
pokolenia historyków, a "Strach" przeciera im drogę.
Kto wie, czy kluczem do pisarskiego programu Grossa nie jest motto
pierwszego ogniwa jego trylogii o temacie żydowskim "Upiornej dekady"
(1998). Eseje te dedykował swym dzieciom "w nadziei, że ich świat będzie
trochę lepszy, jeśli wyciągniemy na światło dzienne - i mówiąc o nich bez
końca - poddamy egzorcyzmowi upiory, które zrujnowały życie pokoleniu
naszych rodziców".
Tym bezlitosnym wypędzaniem z narodu demona antysemityzmu (Kościół uważa go
za grzech) Jan Tomasz Gross wpisuje się w wielka i ważną polską tradycje
"rozdrapywania ran, aby nie zabliźniły się błoną podłości". W tradycje
Żeromskiego. Była i jest ona atakowana - ale bez niej bylibyśmy duchowo
ubożsi.
Rozdrapywaczy ran nie lubi się nie tylko u nas. Wspomniana Hannah Arendt,
jeden z najwybitniejszych umysłów XX w., musiała się po "Eichmannie" bronić
przed zarzutami, ze nie dość kocha naród żydowski. Pisała: "Nie może być
patriotyzmu bez zawsze obecnego elementu sprzeciwu i krytyki (...) zło
wyrządzone przez mój własny naród smuci bardziej niż Olz wyrządzone przez
inne narody".
Myślę, że książka Grossa jest patriotyczna wlanie w takim duchu. I że
dlatego dzieli los innych rozdrapywaczy ran - takich jak choćby środowiska
dawnego Komitetu Obrony Robotników.
Bohaterowie ostatniej godziny, którzy o niepodległość, wolność i demokracje
zaczęli walczyć po likwidacji PRL, mieli czelność podważać patriotyczne
intencje KOR.
Te otwarta walkę z korowską polskością toczą do dziś media i środowiska
trafnie nazwane przez Grossa "katoendecją", wyznający radykalnie odmienny
system wartości. I nie łudźmy się: między tymi dwiema Polskami, dwoma
patriotyzmami dialog jest wciąż niemożliwy.
Lecz autokrytyczny, czasem do bólu i przesady, patriotyzm ma w Polsce takie
samo prawo obywatelstwa jak inne patriotyzmy. Na razie patriotyzm Grossa
może się okazać mniejszościowy, ale dopiero za 10-20 lat przekonamy sie,
jakie podejście do naszej historii najnowszej ostatecznie zaskarbi sobie
uznanie społeczeństwa. W dobie masowej informacji i swobody kontaktów i
poszukiwań tradycja rozdrapywaczy nie jest wcale bez szans. Unikanie
trudnych tematów należy w zjednoczonej Europie do przeszłości. Kreślenie
mrocznych stron najnowszej historii brytyjskiej czy francuskiej jest dziś
czymś normalnym - wypełnianiem białych plam, dopowiadaniem dziejów ku
pożytkowi i przestrodze obecnych i przyszłych pokoleń. A towarzyszące takim
książkom dyskusje budują nowoczesna, otwarta narodowa tożsamość tak samo
jak muzea zwycięskich wojen czy powstań narodowych.
Grossowi należy się podziękowanie, że pisząc "Strach" dal nam okazje do
włączenia się w narodowe egzorcyzmy w dążeniu do prawdy i oczyszczenia.
|