|
http://ksiazki.wp.pl/felietony/id,35590,kat,0,s,0,felieton.html
Przeczytaj ten artykul i zajrzyj koniecznie na ten adres powyżej, dowiesz się więcej o autorze tego artykułu - I.B.
Obrzydliwy Strach
2008-02-08 17:32:31 | Jacek Dehnel
Zanim siegnalem do ksiazki Grossa, wielokrotnie slyszalem, ze jest obrzydliwa.
I owszem, jest. Jest obrzydliwa, ohydna, plugawa. Tak, jak zawsze jest i
zawsze bedzie (przynajmniej dopóki ludzie nie wyzbeda sie ostatnich
szlachetnych odruchów) kazdy opis brutalnej masakry. Tak samo obrzydliwe, ohydne i plugawe byly dla mnie teksty opisujace zycie w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i w stalinowskich lagrach, rzezie Polaków na Ukrainie, masowa ksterminacje olbrzymich rzesz ludzkich w Kambodzy, czystki etniczne w bylej Jugoslawii. Sa to rzeczy obrzydliwe, to znaczy takie, od których chcialoby sie odwrócic wzrok - tak, jak dziecko
odwracajac wzrok od czegos niemilego moze sobie powiedziec, ze "tego nie ma".
Bedac galazka wielokrotnie "szczepionego" drzewa genealogicznego, gdzie do postnormanskich francuskich hugenotów (pod drodze zreszta zniemczonych), domieszalo sie kilka rodów polskich, Niemcy, Rosjanie, Kozacy Donscy, Niemcy Baltyccy, Ormianie, a nawet Tatarzy i Jacwingowie, uwazam sie mimo wszystko za Polaka - chocby dlatego, ze pisarz zawsze mieszka w jezyku, w którym tworzy.
Wprawdzie jest dla mnie tajemnica dlaczego tylu (niespecjalnie przeciez
glupich) ludzi postanowilo sie osiedlic akurat w tym, tak ciezko
doswiadczanym, zakatku Europy - ale cóz, taka decyzje podjeli, tego jezyka
sie nauczyli, tu bili sie w kolejnych wojnach i powstaniach, tu "krew
serdeczna przelewali" i "skladali na oltarzu Ojczyzny" to i owo: czasem
wieloletnia prace, czasem majatek, czasem zycie. Co czyni dla mnie Strach
Grossa tym bardziej ohydnym i obrzydliwym, bo czuje sie czescia zbiorowosci ludzkiej okreslanej mianem "Polacy" (w której mieszcza sie najrózniejsi ludzie, od wojów Mieszka po Tuwima, od Lindego po jakiegos emigranta zajadajacego kelbasa na Greenpoincie). I, zdajac sobie sprawe, ze jest to myslenie troche przestarzale i niespecjalnie logiczne, czuje sie dumny z wielkich osiagniec Polaków, z demokracji szlacheckiej (kulawej, bo kulawej, ale jakiejs), z Gombrowicza i Schulza, z Mickiewicza i Milosza; jestem dumny z Wawelu i z tego, ze najwiecej medali "Sprawiedliwy wsród narodów swiata" i drzewek w Yad Vashem maja Polacy.
I dlatego wlasnie Strach Grossa, który pokazuje druga strone tych medali
budzi we mnie takie obrzydzenie i zlosc. Bowiem, idac tym samym
nielogicznym tropem myslenia wspólnotowego, jest mi wstyd za wszystko to, co Polacy maja na sumieniu: kolonizacje Ukrainy, warcholstwo czasów
saskich, rozmaite Targowice, budowanie stalinizmu. I za to, co Gross
opisuje w swojej ksiazce. Milo mi bylo bowiem wierzyc, ze przypadki szmalcownictwa to jakies oderwane, wyjatkowe zbrodnie, ze Polacy, którzy nie chcieli oddac ukrytych u nich przed okupantami dóbr zydowskich sasiadów, to tylko kropla w morzu wspólczujacych i wspólodczuwajacych wspólobywateli (bo wszyscy przeciez byli obywatelami jednego, najechanego przez Niemców panstwa), ze zbrodnia w Jedwabnem, która (dzieki miedzy innymi poprzednim publikacjom Grossa)
przedarla sie jakos do zbiorowej swiadomosci (na ile zbiorowej, to juz inna
sprawa) to mimo wszystko wyjatek.
Ale Strach Grossa splugawia, niestety, to moje dobre samopoczucie.
A z drugiej strony - czego sie moglem spodziewac?
Przeciez kazdy z nas uczyl sie w szkole, do czego chlopstwo polskie bywalo
zdolne (a o nizinach spolecznych pisze glównie Gross): do wydawania
powstanców styczniowych w rece carskich patroli, do wyrzniecia galicyjskiej szlachty w czasie Rabacji; kiedy ludzi naprawde "pila rzneli". Ale tosmy wszystko zapomnieli.
A przedwojenne getta lawkowe, a antysemickie wystapienia w parlamencie,
pochody, rozruchy, nawet Wiechowe obrazki z zycia przedwojennej Warszawy.
Jakos przyjemniej bylo wierzyc, ze wszystkie te glupie przesady, krzywdzace uprzedzenia w obliczu wspólnej walki z okupantami zblakly. Podobnie jak milo bylo wierzyc, ze "naród bez Quislinga", wtloczony miedzy zachowujacych sie jak najgorsze bestie Niemców, urzadzajacych rzezie Ukrainców, mordujacych wlasny naród i inne narody Rosjan okresu stalinizmu, wspólpracujacych z Niemcami przy najgorszych zbrodniach Lotyszów i Litwinów, byl jedyny jako ta Polonia w szacie jasnej a niezbrukanej prosto z pocztówek patriotycznych.
A tymczasem plugawa ksiazka Grossa wszystko mi to obrzydza.
Bo nie da sie przejsc obojetnie obok tak ogromnego, powszechnego i
bolesnego aktu niesprawiedliwosci.
To, co Gross opisuje, kaze odwracac twarz w druga strone - i nie dziwie sie
tym wszystkim, którzy chca powiedziec "Tego nie bylo, to sie nie moglo
wydarzyc". Mnie tez sie zdawalo, ze to sie nie moglo wydarzyc, ale wymordowanie milionów ludzi przez kulturalny naród niemiecki tez nalezy do tej kategorii niezrozumialych spraw, których jednak nikt (poza kilkoma oszolomami) nie kwestionuje.
Nie umiem sobie wyobrazic, jak po wojnie mozna bylo wywlekac ludzi z
pociagów za "zly wyglad", krzyczac do nich po niemiecku (znaczace,
nieprawdaz?), a nastepnie rozstrzeliwac w polu; ani nawet jak mozna ich
bylo zlosliwie "kluc agrawka" (pisownia oryginalna z listu pewnej pani,
która w ten sposób fologowala swojej niecheci do zydowskich wspólpasazerów przez kilka godzin jazdy pociagiem); nie umiem sobie wyobrazic jak dobrzy ojcowie rodzin rozbijali obcym ludziom glowy na miazge metalowymi klockami, wyrzucali mlode kobiety przez okna, kamienowali chlopaka stojacego w strumieniu.
Sa to dla mnie rzeczy niepojete i ohydne.
Gross, wspominajac równoczesnie pieknie o Polakach, którzy Zydów ratowali w czasie wojny, pokazuje powszechnosc antysemityzmu i powszechnosc przyzwolenia na zbrodnie, przestepstwa, a nawet malenkie wykroczenia i nieprzyjemnosci.
Pokazuje, ze antysemityzm to szeroki wachlarz spraw, poczawszy od
krzywdzacych slów, wyzwisk, hasel "No, za to wybicie zydków to sie
Hitlerowi pomnik nalezy", przez odprawianie z kwitkiem petentów ze "zlym
nazwiskiem", zamienianie synagogi na kino, klucie agrafka, bicie, az po
morderstwa. I to morderstwa nie pojedyncze i oderwane, ale systemowe,
majace miejsce na duzym obszarze zajetej Polski, powtarzajace podobne
scenariusze.
A równoczesnie pokazuje obrzydliwa i ohydna ksiazka Grossa, jak znakomicie dzialal mechanizm wykluczenia tego z wizji swiata.
Tutaj najcenniejsze sa fragmenty eseistyczne dotyczace jezyka. Jak chocby
sygnalizujace zmiany w tekstach. We wstrzasajacych pamietnikach dr. Klukowskiego, dyrektora szpitala w Szczebrzeszynie, pojawia sie opis mordowania Zydów w 1942 roku, w czym brala udzial miejscowa ludnosc, na przyklad niejaki "wozny Skórzak" który z braku broni palnej rabal glowy siekiera.
Pamietniki opublikowano w 1958 r. ze znaczacymi zmianami: zamiast "Wielu ludzi bralo bardzo czynny udzial w tropieniu i wynajdywaniu Zydów" jest "niektórzy brali"; zamiast "ludnosc cywilna wylapywala Zydów" - "nieliczni cywile", zamiast "jakas psychoza ogarnela wiekszosc ludzi" tylko "jakas psychoza ogarnela ludzi".
Z kolei Adolf Rudnicki w Dziennikach opisal ostrzeliwanie przez Niemców
powstania w getcie warszawskim: "Kanonierzy na Krasinskich i Bonifratrach ladowali i odpalali wsród zyczliwosci tlumu. Dzieci glaskaly wrogów po rekawach. Wzrok kobiet towarzyszyl brawurowym podjazdom SS-ów pod mury. Patrzylo sie na to i nie chcialo wierzyc. Nazbyt bolalo". Ale juz w opowiadaniu, w którym po kilku latach umiescil ten sam fragment, "tlum" zamienil na "motloch", "wzrok kobiet" na "wzrok niektórych kobiet" a kawalek o dzieciach w ogóle usunal.
Ale sa jeszcze ciekawsze przygody jezyka - jak chocby odezwa biskupa
Kaczmarka po pogromie w Kielcach i list do proboszczów, w którym ani razu nie pojawia sie slowo "Zyd" czy "zydowski", a w zamian za to jest mnóstwo ogólników o "krwawym dramacie", "niskich celach", zas na najwieksza ofiare wyrastaja dzieci (polskie, nasze, oczywiscie), które byly swiadkami "tych godnych politowania wypadków".
Na tych miedzy innymi przykladach Gross pokazuje, ze polski antysemityzm nikomu nie pasowal jako aspekt wojennych losów polsko-zydowsko-rosyjsko-niemieckich; musial byc zawsze opatrzony dopiskiem
"niektórzy", "nieliczni", "pojedyncze akty"; albo w ogóle zamieciony
pod dywan.
Szczególnie znaczace sa u Grossa te drobne przesuniecia semantyczne albo
niestandardowe - a przeciez, jak sie zdaje, odpowiednie - zastosowania slów.
Zydzi wracajacy z lagrów to "sybiracy", choc to slowo w powszechnym
mysleniu odnosi sie tylko do etnicznych Polaków (cokolwiek by to mialo
oznaczac); "rozbiór Czechoslowacji" w miejsce "podboju Czechoslowacji przez Niemców" tez jest znaczacy - i budzi mój prawdziwy szacunek, ze ktos nazywa rzeczy po imieniu.
Podobnie jak trzezwe spostrzezenie, ze nikt sie nie oburza, kiedy ktos napisze "Ukraincy wymordowali wiele tysiecy Polaków"
czy "Niemcy wymordowali miliony Polaków", ale kiedy padnie oskarzenie
"Polacy zamordowali kilkuset (kilkudziesieciu, czy nawet kilku) Zydów" to od razu pada: "Jacy Polacy?
To znaczy ze co, ze ja mordowalem, moja matka mordowala? Jacy Polacy,
to nie byli Polacy, to jacys bandyci byli, jakies szumowiny!".
Nie wspominam juz o wyrazonych niedawno pogladach (nazwisko posiadacza pogladów zmilcze przez litosc) ze Polacy dopuszczajacy sie zbrodni równoczesnie wykluczaja sie z grupy Polaków, wiec zaden Polak nie popelnil zbrodni. Bo to juz raczej nalezy do dziedziny psychiatrii niz psychologii spolecznej.
Podnoszono czasami zarzut, ze Strach to nie ksiazka historyczna, ale
"zabawa w psychoanalize narodowa".
Owszem, widze to jako psychoanalize narodowa, ale trudno mi tutaj dostrzec jakakolwiek zabawe; kiedy Mariusz Szczygiel w tekscie o Baarovej w Gottlandzie zrobil taki psychoanalityczna wycieczke w dusze Czechów, jakos nikt przeciwko psychoanalizie narodowej nie protestowal. Ale cóz, pacjent obcy, a nie swój.
Tymczasem Gross nie tylko wyciaga z najrózniejszych dokumentów (nawet jesli "najzlosliwiej" dobranych, to przeciez w swej masie wstrzasajacych) sprawy, których najchetniej nigdy nie widzielibysmy na oczy, ale jeszcze pokazuje, ze jakiej pracy umyslowej dokonalo cale spoleczenstwo zeby ich przez latanie dostrzegac: poczawszy od zaniedbywania i pomijania pewnych tematów przez historyków, a na konstruowaniu mitów usprawiedliwiajacych mordy konczac.
Siegajac po Strach Grossa spodziewalem sie (po wielu recenzjach) ksiazki
skrajnie stronniczej, odsadzajacej Polaków od czci i wiary i wreszcie
poruszajacej ogólnie znane sprawy.
Niestety, znajduje ja "stronnicza" tylko w takim sensie, ze pokazujaca
druga strone medalu, która jak dotad nie zdolala sie przedrzec do
powszechnej polskiej swiadomosci. Strone wstydliwa, bolesna, ciemna, która jednak nalezy do naszej historii tak samo jak dzwon Zygmunta czy Insurekcja Kosciuszkowska.
Jest rzecza prawa i szlachetna przyznawac sie do spraw wstydliwych, jest
rzecza godna pietnowac zbrodnie i przywary. W tym sensie Strach Grossa,
przy calej ohydzie czynów, które opisuje, wydaje mi sie ksiazka po pierwsze
gleboko polska, bo pozwalajaca Polakom inaczej spojrzec na swoja historie w XX wieku, a po drugie - gleboko patriotyczna.
|