|
75-lecie Tadeusza Mazowieckiego
Polityka i wartości
Andrzej Friszke
12 września 1989 po głosowaniu
w Sejmie
FOT. (C) DAMAZY KWIATKOWSKI
ANDRZEJ FRISZKE
|
Dziś Tadeusz Mazowiecki, działacz demokratycznej
opozycji od lat sześćdziesiątych, pierwszy niekomunistyczny
premier w powojennej historii Polski, obchodzi 75 urodziny.
Jaki był? Jaki jest? Spytaliśmy o to ludzi, którzy zetknęli
się z nim w ważnych momentach jego życia.
Tadeusz Mazowiecki urodził się w Płocku
w 1927 roku. Aktywność publiczną rozpoczął w pierwszych latach
po wojnie jako student prawa na Uniwersytecie Warszawskim.
Związał się z grupą katolickiego tygodnika "Dziś i jutro".
Potem, jako działacz PAX, awansował do funkcji zastępcy redaktora
naczelnego "Słowa Powszechnego", a w 1953 roku został
naczelnym "Wrocławskiego Tygodnika Katolickiego".
Stanął wówczas na czele grupy opozycyjnej wobec polityki prezesa
PAX Bolesława Piaseckiego. W sporach z Piaseckim sformułował
tezę, która określa jego postępowanie aż do dziś: nie ma chrześcijańskiej
polityki, jest natomiast chrześcijańska odpowiedzialność w
polityce.
W 1955 roku Mazowiecki wraz z bliskimi sobie ludźmi odszedł
z PAX. W przełomowym roku 1956 uczestniczył w ruchu demokratycznej
odnowy jako współzałożyciel Ogólnopolskiego Klubu Postępowej
Inteligencji Katolickiej, który dał początek Klubom Inteligencji
Katolickiej. Była to niezwykła w komunistycznej Polsce instytucja.
W klubach panowała wolność wypowiedzi w dyskusjach, odbywały
się demokratyczne wybory.
Zygmunt Skórzyński, były opozycjonista, współzałożyciel KIK,
Klubu Krzywego Koła
Na decyzję Mazowieckiego o wystąpieniu z PAX złożyło się kilka
powodów. W grupie młodych zbuntowanych działaczy, z najsilniejszą
osobowością Mazowieckiego, narastało przekonanie o fałszywości
obranej drogi. Jako człowiek uczciwy musiał mieć dosyć sytuacji,
w której Bolesław Piasecki, monopolizując katolicyzm laicki
w Polsce, udzielał władzom nieustającej aprobaty. Mazowiecki
był niewątpliwie zmęczony sytuacją wewnętrzną spowodowaną
dyktatorską mentalnością Piaseckiego. Ważne było również stanowisko
Watykanu potępiające PAX. Dla nas, ugrupowań opozycyjnych,
które patrzyły z boku na wyjście z PAX tzw. frondystów, było
to wydarzenie bardzo sympatyczne, wzmacniające front intelektualistów
nieposłusznych.
W 1958 roku otrzymał zgodę władz na utworzenie miesięcznika
"Więź". Przez następne dwadzieścia dwa lata redagował
jego kolejne numery. Było to pismo poszukujące miejsca katolików
w zmieniającym się świecie, chętnie podejmujące dialog z niewierzącymi.
Lewicowość "Więzi" wyrażała się w uznawaniu potrzeby
walki z niesprawiedliwością społeczną, narodową i rasową.
"Więź" szukała porozumień ponad podziałami, a kluczowym
słowem w tych poszukiwaniach był "dialog".
W 1961 roku Mazowiecki został posłem na Sejm jako jeden z
pięciu posłów Koła Znak. Próba dialogu z rządzącą partią toczona
w Sejmie przyniosła wiele goryczy i niepowodzeń. Władze niechętnie
słuchały argumentów posłów katolickich.
Andrzej Wielowieyski, były redaktor "Więzi" i sekretarz
KIK:
- Jako redaktor miesięcznika i działacz klubów katolickich,
jako poseł w Kole Znak Mazowiecki umiał przez długie lata
iść wąską ścieżką pomiędzy naciskiem władz, ubecji, a także
oczekiwań, oporów, krytyki ze strony hierarchii kościelnej.
Wielką szansą dla nas był papież Jan XXIII i sobór, a wsparciem
i osłoną była zawsze polityczna roztropność kardynała Wyszyńskiego.
Nieraz ostro spieraliśmy się z kardynałem, zwłaszcza w sprawach
kościelnych. Mazowiecki opublikował przed 40 laty krytyczną
dyskusję o księżach w Polsce i przez długie lata było to przyczyną
ataków w Kościele i nieufności.
Największym zagrożeniem dla Mazowieckiego i jego zasad działania
był spór wewnątrz "Więzi" i ruchu Znak o orientację
polityczną. Część naszych kolegów uważała, że można bardziej
popierać władzę, uzyskując w zamian szersze możliwości działalności
społecznej. Uważali też, że należy wspierać bardziej tradycyjne
nurty myśli w Kościele. Z wielkim trudem udało się wówczas
Mazowieckiemu uratować otwartą ideowo i zarazem bardziej niezależną
linię polityczną.
W marcu 1968 roku Mazowiecki był jedynym posłem, który odważył
się przekazać marszałkowi Sejmu petycję protestującej młodzieży
(z Wrocławia), a gdy doszło do brutalnej rozprawy milicji
z demonstrantami, podpisał wraz z pozostałymi posłami Znaku
interpelację do premiera. Stała się ona powodem brutalnego
ataku na posłów Znaku. W 1970 roku, po wydarzeniach na Wybrzeżu,
próbował zdobyć w Gdańsku niezależne informacje o tym, co
się tam stało. Rok później został skreślony z listy kandydatów
do Sejmu.
Stanisław Stomma, poseł katolickiego Koła Znak w latach 1957
- 1976:
- Bardzo trudno było nam wtedy działać. Musieliśmy prezentować
to, co myślimy w warunkach, gdy obce państwo narzucało nam
swoją ideologię. Władze wywierające na nas naciski nie żądały
od nas respektowania marksizmu, ale oczekiwały oportunizmu.
Tadeusz Mazowiecki bardzo dobrze spełniał swoje zadania. Nie
był doktrynerem bijącym głową w mur, wiedział, że stajemy
wciąż przed trudnymi wyborami, ale też uważnie słuchał głosu
społecznego i wyeliminowany z gry w ramach PRL. podszeptów
natchnień moralnych. I dlatego został
Po Marcu otworzył łamy "Więzi" dla ludzi, którzy
zostali pozbawieni możliwości druku w państwowych pismach.
Na początku 1976 roku Mazowiecki należał do inicjatorów protestu
przywódców ruchu Znak przeciw wpisaniu do konstytucji "kierowniczej
roli PZPR". Jesienią tego roku, po protestach czerwcowych,
wzywał władze do cofnięcia się z drogi represji przeciw robotnikom.
W maju 1977 roku został rzecznikiem głodujących w kościele
św. Marcina współpracowników Komitetu Obrony Robotników.
Biskup Bronisław Dembowski był wtedy rektorem kościoła św.
Marcina:
- Dwudziestego czwartego maja przed godziną dwudziestą podszedł
do mnie w kościele Bohdan Cywiński i powiedział, że sześć
osób rozpoczyna głodówkę. Był to protest przeciwko przetrzymywaniu
w więzieniu robotników Ursusa i Radomia oraz osadzenia w więzieniu
członków KOR. Cywiński poinformował mnie, że głodujący chcą
poprosić Mazowieckiego, by był ich mężem zaufania, i że za
jego pośrednictwem przekażą opinii oświadczenie, dlaczego
podjęli głodówkę. Mazowiecki zgodził się bez wahania. Na Piwną
przyszedł nazajutrz, informując, że oświadczenie głodujących
przekazał Radzie Państwa, do Sekretariatu Prymasa Polski,
KOR oraz do mediów. Mazowiecki mówił mi, jakie podejmuje działania.
Cały czas był spokojny. Także ostatniego dnia głodówki, 31
maja, podczas rozmowy z oficerami SB - którzy codziennie przychodzili
do św. Marcina - w sprawie wyjścia głodujących. Mazowiecki
powiedział im, że głodujący chcą wyjść godnie i spokojnie,
postarał się też, by wyszli tylnym wyjściem. Obawialiśmy się,
że gdyby wyszli od Piwnej, gdzie gromadził się tłum ludzi,
mogłoby dojść do prowokacji. Bardzo szanuję Mazowieckiego
za ówczesne jego zachowanie: odważne, konsekwentne, podyktowane
wiernością zasadom moralnym.
W 1978 roku był współzałożycielem Towarzystwa Kursów Naukowych,
które organizowało niezależną od partii działalność oświatową.
Gdy w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku wybuchł strajk,
Mazowiecki należał do autorów apelu, w którym wzywano do dialogu
i kompromisu. Udał się do stoczni i stanął na czele komisji
ekspertów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego.
Wspomina Lech Wałęsa:
- W sierpniu z Wolnej Europy dowiedzieliśmy o apelu 64 intelektualistów,
który był poparciem dla naszego robotniczego strajku. Pan
Tadeusz razem z panem Bronisławem Geremkiem przyjechali do
stoczni. Wcześniej osobiście ich nie znałem. Znałem tylko
ich nazwiska i wiedziałem, że mają duże doświadczenie w kontaktach
z władzą. Kiedy odczytano apel, z którym przyjechali, wszyscy
się cieszyli, że intelektualiści są razem z robotnikami. Był
to też ważny sygnał dla władzy. Jako że w lot wykorzystuję
okazje, zatrzymałem ich. My jesteśmy tylko robotnikami - mówiłem
im - ci z rządu są ludźmi wykształconymi. Dlatego potrzebujemy
waszej pomocy. Tak powstała komisja ekspertów, która bardzo
nam pomogła w osiągnięciu porozumienia z władzą.
Mówię "pan Tadeusz", bo mimo kilku prób przejścia
na ty, pozostał "panem Tadeuszem". To nie jest kwestia
dystansu, bo walka nas zbliżyła. Pan Mazowiecki jest człowiekiem
wielkiej uczciwości w działaniu i wielkiej lojalności. Czasem,
jak to pan Tadeusz, wolno podchodził do zagadnień. Ale jak
już za nie się zabrał, były efekty. On świetnie wiedział,
że "Solidarność" przy ówczesnej geopolityce musi
działać długofalowo, starać się utrzymać stan posiadania i
napierać, ale tylko do pewnych granic.
U mojej żony zdobył też szacunek. Bez wahania zgodziła się,
żeby został ojcem chrzestnym naszej córki Brygidy. W 1988
roku wychodziliśmy ze stoczni po zakończonym strajku trzymając
się pod ręce. To było takie symboliczne. Trochę podtrzymywaliśmy
się na duchu, trochę przełamywaliśmy jakieś obawy. Ale wiedzieliśmy,
że jak będziemy razem, ręka w rękę, to następnym razem nam
wyjdzie. I wyszło! Nie minął rok i Polska była niemal wolna.
Mazowiecki odegrał zasadniczą rolę podczas rozmów z delegacją
rządową i należał do autorów Porozumienia Gdańskiego. Potem
wraz z Bronisławem Geremkiem był najbliższym doradcą Lecha
Wałęsy i kierownictwa "Solidarności".
Opowiadał się za umiarkowanymi działaniami, zakładał możliwość
oswojenia władz z istnieniem niezależnych związków zawodowych.
Był także redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność",
najważniejszego pisma związku.
13 grudnia 1981 roku został internowany - najpierw w Strzebielinku,
potem w Jaworzu i Darłówku. Został zwolniony jako jeden z
ostatnich - tuż przed Wigilią 1982 roku.
Wspomina Jerzy Wocial:
- Mazowieckiego poznałem, gdy przewieziono mnie z Białołęki
do Jaworza w grudniu 1981 roku. Wtedy pojawił się w internacie
przystojny, lekko pochylony pan z dziesięciodniowym zarostem.
- Mazowiecki jestem - przedstawił się. Gdy wiosną 1982 roku
wróciłem z przepustki, okazało się, że trafiłem do niego do
pokoju. Dużo rozmawialiśmy. Sporo pracowałem, w pokoju przygotowałem
sobie biurko - chciałem uporządkować swoje sprawy zawodowe.
Przez ład na biurku chciałem też osiągnąć ład w duszy. Gdy
Mazowiecki zobaczył te moje przygotowania, powiedział: "bardzo
ci zazdroszczę, że potrafisz się tak zmobilizować". W
internacie Mazowiecki był bardzo stroskany - tym, co się dzieje
w kraju, rodziną. Dużo rozmawialiśmy, zastanawialiśmy się,
co można było zrobić, żeby uniknąć tego, co się w Polsce stało.
Pamiętam, jak powiedział: należało dążyć do porozumienia i
- podpisawszy porozumienie - należało jota w jotę wypełniać
nasze zobowiązania. Ale oczywiście nie dążył do porozumienia
za wszelką cenę. Mazowiecki nie był typowym liderem w internacie.
Taka rola przypadła Władysławowi Bartoszewskiemu. Ale Tadeusz
był wśród nas kimś szczególnym. W przeciwieństwie do większości
z nas potrafił słuchać drugiego, potrafił przy nim pobyć.
W latach 80. nie mógł brać udziału w oficjalnym życiu publicznym.
Należał do autorów książki-raportu "Solidarność - pięć
lat po Sierpniu" (wydanej w podziemiu). W 1987 roku wszedł
w skład grona kilkudziesięciu osób reprezentujących podziemną
"S" i różne związane z nią kręgi inteligencji. Grono
to pod koniec 1988 roku utworzyło Komitet Obywatelski przy
przewodniczącym NSZZ "S".
Gdy w maju 1988 roku wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, Mazowiecki
pospieszył tam z pełnomocnictwem Episkopatu. Podjął się roli
doradcy i mediatora komitetu strajkowego w rozmowach z władzami,
a po ich niepowodzeniu opuścił wraz ze strajkującymi stocznię.
Podczas następnego strajku, w sierpniu 1988 roku, ponownie
znalazł się w gronie doradców komitetu. Należał do ścisłego
grona przywódców "S" przygotowujących rozmowy Okrągłego
Stołu. W KO objął kierownictwo komisji do spraw pluralizmu
związkowego. Ponowną legalizację "S" określał jako
warunek kompromisu w innych sprawach. Podczas rozmów Okrągłego
Stołu odegrał zasadniczą rolę jako uczestnik obrad plenarnych
i współprzewodniczący zespołu do spraw pluralizmu związkowego
(współprzewodniczącym ze strony rządowej był Aleksander Kwaśniewski).
dy) PIOTR w sierpniu 1989 roku pojawiła się szansa utworzenia
rządu niekierowanego przez PZPR, Wałęsa wysunął kandydaturę
Mazowieckiego na premiera.
Rząd sformowany przez Mazowieckiego 12 września 1989 roku
był pierwszym w Europie Wschodniej rządem niekierowanym przez
komunistów. Mazowiecki przeprowadził regulację stosunków państwowych
ze zjednoczonymi Niemcami, zapoczątkował niezależną politykę
wobec ZSRR. Jego rząd kładł fundamenty pod przemianę ustrojową
w gospodarce, systemu prawnego, polityki zagranicznej i samorządu.
Opowiada Aleksander Hall:
- Mazowiecki nie wystartował w wyborach czerwcowych. Po pierwsze,
nie za bardzo układały się stosunki między nim a środowiskiem
dawnego KOR i Bronisławem Geremkiem. Po drugie, nie zgadzał
się na koncepcję wyborów. Nie podobał mu się pomysł "drużyny
Lecha", mianowanej przez Lecha Wałęsę. Wolał koalicję,
w której oprócz "S" i Komitetu Obywatelskiego są
również środowiska opozycji demokratycznej spoza związku.
Gdy w Komitecie Obywatelskim zwyciężyła linia Wałęsy, Mazowiecki
i ja wyciągnęliśmy z tego wnioski i wyborach nie kandydowaliśmy.
To, że Wałęsa zaproponował Tadeuszowi premierostwo, było dla
niego bardzo miłym zaskoczeniem. A także wyciągnięciem do
niego ręki w sytuacji, w której znalazł się trochę na marginesie
wydarzeń. To był powrót na główną scenę. Tadeusz poczuł się
w tej roli dobrze. Miał koncepcję ewolucyjnych, acz bardzo
gruntownych zmian. Wzbudził mój wielki szacunek, bo choć jego
wrażliwość społeczna i zauroczenie robotnikami raczej skłaniało
go do pójścia za sposobem myślenia Ryszarda Bugaja, jednak
zdecydował się na program Balcerowicza, co było sprzeczne
z jego wrażliwością, ale dobre dla Polski.
Polityka dialogu i kompromisów, którą realizował Mazowiecki,
była jednak kwestionowana przez część obozu "S".
Na czele krytyków rządu stanął Wałęsa.
Jesienią 1990 roku w rywalizacji o urząd prezydenta stanęli
naprzeciw siebie Mazowiecki i Wałęsa.
Mówi Aleksander Smolar:
- Bardzo ciężko było nam namówić Tadeusza Mazowieckiego do
startu w wyborach prezydenckich. Był osobą najmniej wśród
nas przekonaną, widział największe problemy, zdawał sobie
sprawę z dramatyzmu tego wyboru. Wydawało się nam, że retoryka
Wałęsy - populizm i hasło "przewietrzenia Warszawy"
- stwarza zagrożenie demokracji. Jak się później okazało,
na wyrost. Po przegranej był głęboko zraniony. Później podjął
decyzję o ustąpieniu z funkcji premiera, dla mnie całkiem
zrozumiałą. Powstanie Unii Demokratycznej było wynikiem jego
woli. Chciał utworzyć ruch społeczny bazujący na Ruchu Obywatelskim
Akcji Demokratycznej, Forum Prawicy Demokratycznej Halla i
komitetach wyborczych. Spełniał w Unii o wiele większą rolę
niż przypisywana mu dziś funkcja "spinacza" różnych
środowisk. Był naturalnym przywódcą wcale niełatwego sojuszu.
Bo i Hall z FPD, i ludzie ROAD nie byli zachwyceni znalezieniem
się w takim konglomeracie.
Przegrana Mazowieckiego była równoznaczna z odejściem ze stanowiska
premiera. Swoich zwolenników skupił w Unii Demokratycznej.
Partia ta - od 1994 roku Unia Wolności - grupowała wielu weteranów
opozycji. Mazowiecki jako przewodniczący UD i UW dbał o utrzymanie
centrowego charakteru Unii. Nie zdołał jednak powstrzymać
presji na nadanie UW liberalnej orientacji. W 1995 roku przegrał
w wyborach na przewodniczącego partii z Leszkiem Balcerowiczem.
W latach 1991 - 2001 był posłem i współtwórcą konstytucji.
W 1992 roku został specjalnym sprawozdawcą Komisji Praw Człowieka
w byłej Jugosławii. Starał się alarmować opinię publiczną
i nalegał na instytucje międzynarodowe, by podjęły bardziej
zdecydowane kroki dla powstrzymania zbrodni. Kiedy okazało
się, że nie jest w stanie przełamać inercji, w 1995 roku złożył
mandat.
Konstanty Gebert towarzyszył Mazowieckiemu w jego jugosłowiańskiej
misji:
- Tadeusz Mazowiecki otrzymał tę misję ze względu na swoją
reputację polityczną i moralną. Na początku żartowaliśmy,
że także z powodu przezwiska - "żółw". Niewykluczone,
iż jego szefowie z ONZ liczyli na to, że przyjedzie, "pożółwi"
i wszyscy będą zadowoleni. Zdumienie musiało być ogromne,
gdy okazało się, że bardzo się zaangażował. Tłukł się transporterami
po ryzykownych drogach, żeby dotrzeć do jakiejś zapomnianej
przez Boga i ludzi wsi, by porozmawiać z jej mieszkańcami.
Jego twarz bardzo szybko stała się rozpoznawalna.
Gdy premier zdecydował się pojechać z Tuzli do obozu uchodźców
dla kobiet ze Srebrenicy, której nie obroniła ONZ, odradzałem
mu. Bałem się, że obrzucą nas kamieniami. Nienawiść do ONZ
była tam namacalna. Przyjęło nas lodowate milczenie. Gdy Mazowiecki
wysiadał z samochodu, ktoś krzyknął nagle: to nie ONZ, to
Mazowiecki. Po wizycie Mazowiecki wezwał mnie do siebie i
powiedział, że rezygnuje z misji. Powiedziałem mu, że jest
jedynym głosem uwięzionych. Odpowiedział: czy pan wyobraża
sobie, iż mogę dalej udawać, że pod sztandarami ONZ bronię
praw człowieka? Próbowałem jeszcze negocjować, by się wstrzymał,
proponowałem, że w ciągu dwóch tygodni stworzymy organizację,
na czele której stanie i będzie mógł robić to samo. Odpowiedział:
wtedy już nikt nie będzie pamiętał o Srebrenicy. Muszę to
zrobić teraz. To był pierwszy przypadek w historii ONZ, że
wysoki funkcjonariusz podał się do dymisji na znak protestu
przeciwko polityce organizacji.
Cezary Gawryś: Animal politique
Dziełem życia Mazowieckiego jest "Więź", którą wraz
z gronem ówczesnych przyjaciół stworzył po 56 roku. Jej naczelnym
był przez 23 lata, aż do przełomowego dla Polski roku 80,
kiedy to bez reszty zaangażował się w politykę. Przyszedłem
do "Więzi" w 1976 roku. Po protestach wobec zmian
w konstytucji, po Radomiu i Ursusie, rodziła się opozycja.
"Więź" znalazła się wówczas w szczególnej sytuacji,
jako środowisko działające legalnie, a zarazem w naturalny
sposób powiązane z opozycją. Tadeusz czuł się w tym jak ryba
w wodzie. Każdy, kto w tamtych latach znał go bliżej, wyczuwał
w nim natychmiast zwierzę polityczne. Zebrania kolegium redakcyjnego
rozpoczynał zawsze od nakreślenia syntetycznego obrazu sytuacji,
nawiązując też do wydarzeń w świecie, z czego wyprowadzał
wnioski. Myślałem sobie wtedy często: "W wolnej Polsce
byłby doskonałym ministrem spraw zagranicznych". Tylko
trochę się pomyliłem... Talent polityczny Tadeusza przejawiał
się też w umiejętności przyciągania wybitnych autorów o różnych
rodowodach i przekonaniach. W "Więzi" drukowali
wtedy m.in. Antoni Słonimski, ks. Jan Twardowski, ale też
Wiesław Chrzanowski, Adam Michnik (ps. Andrzej Zagozda) czy
Leszek Moczulski (ps. Leszek Karpatowicz). "Więź"
była dla niego formą obywatelskiego zaangażowania, a w pewnym
sensie drogą do wielkiej polityki. W sprawach wiary daleki
od ostentacji, nigdy nie pozostawiał cienia wątpliwości, gdzie
bije źródło jego duchowej siły.
Adam Mazowiecki: Tata daleki od oportunizmu
Tata jest przede wszystkim bardzo rodzinny. Jest rozkochany
we wnuczkach. W 1982 roku, gdy brałem ślub, ojciec był w internacie.
Ponieważ przepustkę dostał tylko na pięć kilometrów, ślub
postanowiliśmy wziąć blisko Jaworza. Ojciec przez cały czas
był pilnowany przez ubeków. Po uroczystości postanowił zostać
z nami i nie stawić się w obozie o wyznaczonej godzinie. Dostał
za to miesięczny zakaz komunikowania się z rodziną. Wiedzieliśmy
o jego działalności opozycyjnej. Jeśli ktoś do nas przychodził,
mogliśmy brać udział w dyskusjach. Tragikomiczna była dla
nas informacja, która pojawiła się na początku stanu wojennego,
że tata popełnił samobójstwo. Przychodzili do nas znajomi
z "Więzi", "Tygodnika Solidarność", KIK
i dziennikarze. Bardzo nas ściskali, siadali na kanapie i
milczeli. A myśmy nie wiedzieli, o co chodzi. W końcu ktoś
zapytał, jak zareagowaliśmy na tę wiadomość. Pytamy: jaką?
Źe radia zachodnie podają, iż tata popełnił samobójstwo. To
bzdura - tak zareagowaliśmy. Okazało się później, że informację
podrzucił zachodnim dziennikarzom sam Jerzy Urban. Pracowaliśmy
w zespole, który przygotowywał sejmowe expose ojca. Gdy został
premierem, regularnie nas odwiedzał. To, że jest premierem
w wolnej Polsce, bardzo nas zobowiązywało. Ojciec uczył nas
swoich zasad, przede wszystkim tego, że najważniejsza jest
rodzina. Był często, choć to może zabrzmi dziwnie, do przesady
uczciwy. Innym słowem: daleki był od oportunizmu. Tego było
najtrudniej się od niego nauczyć: mieć zasady i ich nie zmieniać.
|