|
Dwa powstania, jeden los
LIST Z TEL AWIWU
MICHAEL COHEN
Rzeczpospolita, 31 sierpnia 2004
Plus Minus
Właśnie skończyłem czytać książkę Normana
Daviesa "Powstanie 1944 r. - Bitwa o Warszawę".
Ta wspaniała historyczna analiza napełnia czytelnika szacunkiem
i podziwem dla odważnego narodu. Książka skłoniła mnie też
do spisania moich przemyśleń i odczuć dotyczących stosunków
między Polakami a Żydami oraz spowodowała pragnienie wyjaśnienia,
dlaczego jestem przyjacielem Polski.
Byliśmy z żoną w Polsce dwukrotnie: po raz pierwszy mniej
więcej dziesięć lat temu, a następnie rok później. Przyjeżdżaliśmy
nie w ramach zorganizowanej grupy, lecz indywidualnie; w obu
przypadkach bezpośrednim powodem były zawodowe spotkania (jestem
rzecznikiem patentowym), lecz w rzeczywistości chodziło nam
o coś znacznie więcej (moja żona urodziła się w Izraelu, lecz
oboje jej rodzice pochodzili z Warszawy) - o poznanie kraju
i jego mieszkańców, a także o zwiedzenie miejsc związanych
z holokaustem.
Nie chcę rozwodzić się tu nad naszym spotkaniem ze śladami
zagłady Żydów ani nad tym, co one dla nas znaczyły; wszystko,
co mógłbym na ten temat powiedzieć, brzmiałoby pospolicie
i banalnie. Chciałbym natomiast podzielić się pewnymi spostrzeżeniami,
które rozwinę w dalszej części listu.
Choć często - i nie bez racji - mówi się, że holokaust był
przyczyną, dla której Polska stała się największym na ziemi
żydowskim cmentarzem, nie stało się tak w żadnej mierze wskutek
działań czy zaniechań Polaków. To nie Polacy powzięli, zaplanowali
i zrealizowali zamiar - plan unicestwienia Żydów; to nie oni
podjęli decyzję o zlokalizowaniu na polskiej ziemi fabryk
śmierci i obozów. Polacy nie uczestniczyli w zorganizowany
sposób w aktach mordu. Wielu współczujących, wielkodusznych
Polaków nie opuściło Żydów w nieszczęściu; ci ludzie pomagali
poszczególnym Żydom w ucieczce, ukrywali ich, żywili i ratowali
im życie z narażeniem własnego. Wreszcie, sami Polacy byli
prześladowani przez hitlerowców i zabijani w tych samych obozach
śmierci, co Żydzi.
Podczas pierwszego pobytu w Polsce pojechaliśmy z żoną do
Treblinki. Chodząc wśród tablic pamiątkowych i kamiennych
kopców, zbliżyliśmy się do grupy trzech mężczyzn. Dwaj rozmawiali
między sobą po angielsku, a do trzeciego zwracali się po polsku.
Nawiązaliśmy rozmowę. Okazało się, że dwaj mówiący po angielsku
mężczyźni to ojciec i syn, zamieszkali w Wielkiej Brytanii.
Ojciec, Polak, w chwili wybuchu wojny służył w polskiej marynarce
wojennej. Udało mu się przedostać do Anglii, gdzie zgłosił
się na ochotnika do służby w brytyjskiej flocie handlowej.
W owych czasach było to zajęcie niesłychanie niebezpieczne
ze względu na swobodę działania niemieckich łodzi podwodnych.
Na szczęście przeżył i znalazł sobie angielską dziewczynę,
z którą ożenił się po wojnie. Syn - owoc tego związku - mówi
tylko po angielsku; zna zaledwie kilka polskich słów. Na pytanie,
co skłoniło ich do zwiedzania Treblinki, ojciec wyjaśnił,
że hitlerowcy wymordowali, między innymi, sześć milionów polskich
obywateli: trzy miliony polskich Żydów i trzy miliony Polaków-katolików.
Dla uczczenia tych ofiar co roku latem odbywają z synem pielgrzymkę
do miejsc zagłady w Polsce. To spotkanie głęboko nas poruszyło.
Potrzebny sprawiedliwy bilans
Polsko-żydowskie stosunki na polskich i litewskich ziemiach
były zawsze szczególne - choćby ze względu na liczebność żydowskiej
populacji. Zważywszy, że obie strony uporczywie trwały przy
swej kulturze, religijne konflikty i tarcia między obydwiema
społecznościami były nieuniknione: istniał antysemityzm; zdarzały
się pogromy i prześladowania. Jest faktem, że w okresie międzywojennym
polski rząd prowadził politykę państwowego antysemityzmu,
przejawiającą się w różnych formach dyskryminacji, a zmierzającą
do skłonienia Żydów do emigracji. Istnieją też dowody na to,
że podczas okupacji polskie organizacje podziemne działające
na wsi i w lasach, zwłaszcza Armia Krajowa, źle traktowały
żydowskie partyzanckie organizacje (wydaje się, że w Warszawie
było inaczej). Po wojnie, gdy szczególnie trzeba było pojednania
i odbudowy, zdarzały się wybuchy wrogości wobec Żydów. To
wszystko sprawiło, że polscy Żydzi, którzy przybyli do Palestyny
w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, a także
ci, którzy przyjechali do Izraela po wojnie, przynieśli ze
sobą - niestety - wiele urazów. O tym wszystkim trzeba pamiętać
w imię historycznego obiektywizmu, lecz trzeba także sporządzić
sprawiedliwy bilans dobra i zła.
Na korzyść polskiego narodu i kolejnych władców przemawia
fakt, że - poczynając od XV w. - przez cały okres istnienia
suwerennego polskiego państwa, tzn. do rozbiorów, a następnie
po pierwszej wojnie światowej, stosunek do Żydów, tak przecież
odmiennych pod względem kultury i religii, był z reguły dość
liberalny. Żydom przyznawano prawa obywatelskie. Na korzyść
Żydów przemawia to, że - uzyskawszy je - wnieśli ogromny wkład
w gospodarczy, kulturalny, naukowy i techniczny rozwój kraju,
który udzielił im gościny i z czasem stał się ich ojczyzną.
Można zatem powiedzieć, że polsko-żydowskie współistnienie
było małżeństwem z rozsądku, a nie z miłości, funkcjonującym
nie najgorzej, grosso modo, aż do wybuchu drugiej wojny światowej.
Wówczas to polsko-żydowskiej koegzystencji zadano straszliwy
cios, zmieniając ją we wspólną tragedię: miliony polskich
Żydów i Polaków nieżydowskiej narodowości zginęło wraz z milionami
Żydów z innych europejskich krajów. W rezultacie - a także
w wyniku zmian terytorialnych narzuconych przez rzekomych
sojuszników - Polska zmieniła się nieodwracalnie w sensie
demograficznym i geograficznym.
Alianci nie kiwnęli palcem
Z książki Normana Daviesa wyłania się obraz tego, jak postępowali
wobec Polski jej zachodni sojusznicy i ZSRR po wybuchu i podczas
drugiej wojny światowej: obraz obłudy i zdrady. Dwulicowe
traktowanie Polski przez Wielką Brytanię i Francję zaczęło
się jeszcze przed wybuchem wojny. Warto przypomnieć, że zachodni
sojusznicy zagwarantowali terytorialną integralność Polski,
deklarując, że każdy przypadek użycia przez Niemcy siły wobec
Polski będzie uznany za casus belli i spotka się z taką samą
odpowiedzią. Wobec tego, gdy rozpoczęły się działania wojenne,
Polska miała podstawy oczekiwać interwencji i pomocy Zachodu
bez względu na niesławny hitlerowsko-sowiecki traktat (pakt
Ribbentrop-Mołotow) z 1939 r. Licząc na to, Polska zdecydowała
się stawić opór niemieckiemu atakowi i walczyć, pomimo poważnej
przewagi militarnej nieprzyjaciela. Jednak gdy Niemcy uderzyły
1 września 1939 r., zachodni sojusznicy nie dotrzymali udzielonych
gwarancji: po prostu przyglądali się, nie kiwnąwszy palcem.
W tych warunkach fakt, że Polska broniła się ponad miesiąc,
graniczył z cudem i dowodził wielkiej waleczności i sztuki
- zwłaszcza że równocześnie ze wschodu uderzył na nią ZSRR,
zgodnie z hitlerowsko-sowieckim paktem.
Jest ironią historii, że w tej rozpaczliwej sytuacji to Polacy
udzielili Wielkiej Brytanii pewnego militarnego wsparcia.
Tuż przed wybuchem wojny polski wywiad przekazał Brytyjczykom
schemat maszyny kodującej - Enigmy. Po rozpoczęciu działań
wojennych Polacy - praktycznie pod ogniem wroga - podjęli
znakomity program badań matematycznych, który miał złamać
program Enigmy. Polskie władze przekazały ów projekt Brytyjczykom,
ci zaś rozwijali go intensywnie w sławnym dziś ośrodku Branes
Lodge w King's Langley w hrabstwie Hertfordshire. Fakt, że
dzięki temu przedsięwzięciu sojusznicy byli w stanie odczytywać
niemieckie, wojskowe i dyplomatyczne przekazy, miał kolosalne
znaczenie dla sposobu prowadzenia przez aliantów wojny oraz
dla zwycięstwa.
Bywa tak, że nawet między bliskimi wojennymi sprzymierzeńcami
politykę i dyplomację cechują bezwzględność, cynizm, niewdzięczność
i perfidia. Wiele z tych cech odnajdujemy w sposobie, w jaki
Wielka Brytania - a następnie także Stany Zjednoczone i ZSRR
- potraktowały polski rząd emigracyjny w Londynie oraz jego
podziemne i regularne siły zbrojne w czasach, gdy Polska znajdowała
się pod okupacją. Niektórzy pamiętają, a inni znają z ustnych
i pisemnych przekazów bezcenny wkład polskich lotników w bitwę
o Anglię, ważny udział polskich sił lądowych w walkach z Niemcami
i Włochami w Afryce Północnej i wybitne zasługi polskiego
wojska w kampanii włoskiej, szczególnie w bitwie o Monte Cassino
- by wymienić tylko parę przykładów. Te wysiłki nie przyniosły
politycznej nagrody; na froncie dyplomatycznym polski rząd
na uchodźstwie lekceważono, ignorując i odrzucając jego żądania
dotyczące kształtu powojennej Polski. Z punktu widzenia zachodnich
sojuszników spełnienie życzeń Stalina miało absolutne pierwszeństwo,
a jeśli miałoby się to odbyć kosztem Polaków - to cóż, takie
jest życie... Polsce pisana była długa i wyboista droga do
pełnego odrodzenia i odbudowy.
Można dopatrzeć się tu analogii z postępowaniem Wielkiej Brytanii
wobec Żydów osiadłych na ziemiach, które były wówczas Palestyną.
W czasie wojny żydowska społeczność w Palestynie, choć mała
- bo licząca zaledwie 500 tysięcy - potrafiła jednak udzielić
technicznego i naukowego wsparcia siłom sprzymierzonym na
Bliskim Wschodzie (w tym także polskiemu wojsku pod dowództwem
gen. Andersa, stacjonującemu wówczas w Palestynie); zasilić
brytyjską armię ponad 30 tysiącami ochotników, którzy walczyli
w północnej Afryce, Włoszech (także pod Monte Cassino) i zachodniej
Europie; a w kraju utrzymywać w stanie gotowości kontyngenty
sił terytorialnych i podziemnych na wypadek, gdyby niemiecka
armia pod dowództwem marszałka Rommla przerwała okrążenie
i dotarła do Palestyny. Podobnie jak w przypadku Polski po
wojnie odmówiono im politycznej nagrody. Gdy poznano skalę
holokaustu, Żydzi w Palestynie zażądali od brytyjskiego rządu
prawa swobodnej imigracji dla ocalałych z holokaustu, a także
własnej państwowości, lecz odprawiono ich z kwitkiem. Ta odmowa
spowodowała wybuch zbrojnej walki, odwołanie się do ONZ i
ustanowienie w 1948 r. państwa Izrael.
Zapomniane powstanie
Gdy skończyła się wojna, z dymiących zgliszcz Polski wyszło
100 do 150 tys. ocalałych Żydów - drobny ułamek liczącej 3,2
mln żydowskiej populacji w przedwojennej Polsce. Jeśli wziąć
pod uwagę, że ci ludzie ocaleli jedynie dzięki niesłychanie
odważnej postawie i działaniu setek tysięcy szlachetnych,
współczujących Polaków, którzy z narażeniem własnego życia
(bo przecież hitlerowcy na miejscu zabijali tych, u których
znaleziono ukrywanych Żydów), dawali schronienie i żywili
żydowskich uciekinierów - jest to liczba imponująca. Wyłania
się z niej obraz współczucia i humanitaryzmu w skali, której
nie dorównuje żaden inny okupowany kraj. Większość ocalałych
i większość ich wybawców zapewne już nie żyje, a zatem na
poziomie mikro nikt już nie opowie wielu z tych jednostkowych
historii pomocy i ocalenia. Niemniej, na poziomie makro pozostaje
epopeja ratunku, której przyswojenie powinno zbliżyć oba narody.
Historia powstania w warszawskim getcie w 1943 r. przeszła
do legendy. Jest szczególnie droga Żydom, lecz uznaje się
ją także za kamień milowy europejskiej historii. Nic dziwnego
zatem, że po przyjeździe do Warszawy pierwsze kroki skierowaliśmy
do tych miejsc w getcie i innych obiektów, które wiążą się
w szczególny sposób z holokaustem, takich jak Umschlagplatz.
Oprowadzał nas nasz przyjaciel i gospodarz Zbigniew Kamiński,
który w 1943 r. jako siedemnastoletni żołnierz AK uczestniczył
w utrzymywaniu operacyjnych kontaktów z żydowskim podziemiem
na terenie getta - między innymi w przemycie broni i żywności
i od czasu do czasu, w wynoszeniu stamtąd dzieci. Gdy dotarliśmy
do rzeźby Nathana Rapaporta, upamiętniającej powstanie w getcie,
mieliśmy łzy w oczach.
Wydawało się nam wówczas, że już wszystko zobaczyliśmy - dopóki
następnego dnia Zbigniew nie zaczął opowiadać o innym powstaniu,
o którym nie mieliśmy pojęcia. Po raz pierwszy usłyszeliśmy
o powszechnym powstaniu w Warszawie w 1944 r., w którym -
po dwóch miesiącach najstraszliwszych, heroicznych walk -
poległo ponad 200 tysięcy bojowników i cywilów, pozostałą
ludność wygnano, a Warszawę spalono i zrównano z ziemią.
Zbigniew, który w powstaniu dowodził plutonem AK, poprowadził
nas do miejsca, w którym stracił niemal cały oddział, do kanałów,
które służyły jako linie łączności i drogi przemieszczania
walczących oddziałów, do pomnika Powstania Warszawskiego.
O tych sprawach nie wiedzieliśmy ani my, ani - jak się okazało
po powrocie do kraju - nikt spośród naszych znajomych. Czuliśmy
się tak, jak gdyby dopuszczono nas do straszliwego sekretu.
Cały świat wiedział, oczywiście, o powstaniu w getcie rok
wcześniej, natomiast wydawało się, że nikt nie słyszał o powszechnym
powstaniu 1944 r. Prawdę powiedziawszy, po dziś dzień większość
ludzi, z którymi rozmawiamy, nie zna tej historii. Zastanawialiśmy
się, dlaczego tak jest...
Dziesięć lat później wpadła nam w ręce książka Normana Daviesa!
Zdradzeni po raz drugi
Nie zamierzam szczegółowo omawiać książki Normana Daviesa,
lecz chcę powiedzieć, że otworzyła mi oczy na fakt, iż historia
warszawskiego powstania 1944 r. i powstania w getcie w 1943
r. tworzą łącznie epopeję, która stanowi część dziedzictwa
Zachodu; że są kamieniami milowymi polskiej i żydowskiej historii;
że trzeba o nich opowiadać i uczyć w Izraelu, Polsce i w całym
zachodnim świecie.
Wydaje się, że decyzja głównodowodzącego AK, generała Tadeusza
Bora-Komorowskiego o rozpoczęciu powstania 1 sierpnia 1944
r. miała poparcie całej AK i większości cywilnej ludności
Warszawy. Wśród istotnych czynników, leżących u podłoża tej
decyzji, była narastająca nienawiść do hitlerowskiej okupacji
i uczucie, że przeciągnięto strunę, lecz w rozumowaniu głównodowodzącego
był także silny element polityczny: założenie, że oswobodzenie
Warszawy wspólnym wysiłkiem AK i prowadzącej ofensywę Armii
Czerwonej niepomiernie wzmocni pozycję rządu RP na uchodźstwie
na niekorzyść popieranego przez Sowietów komitetu lubelskiego.
Była to racjonalna kalkulacja i mogłaby się sprawdzić, gdyby
Polaków nie zdradzono po raz kolejny - tak jak w 1939 r.
Ducha zdrady czuło się już przed wybuchem powstania, gdy stało
się oczywiste, że ani Brytyjczycy, ani Amerykanie nie podejmą
szczególnego wysiłku, aby je wesprzeć nalotami, zrzutami zaopatrzenia
i desantami polskich spadochroniarzy. Żaden z sojuszników
nie zamierzał angażować się w działania, które mogłyby rozgniewać
Stalina. On, świadom własnej siły, w obliczu wahań zachodnich
aliantów podjął strategiczną decyzję o zerwaniu stosunków
z polskim rządem emigracyjnym. To w takich warunkach nieustraszony
generał podejmował śmiałą decyzję o rozpoczęciu walk.
Wkrótce po wybuchu powstania sprawdziły się obawy. Brytyjski
rząd, wojskowi i wywiad były w większości przeciwne jakiejkolwiek
interwencji. Co prawda Winston Churchill wydał rozkaz prowadzenia
zrzutów broni, amunicji i innych środków zaopatrzenia lecz
- wobec technicznych ograniczeń ówczesnych samolotów transportowych,
wobec przewagi niemieckiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej
w tym rejonie oraz wskutek sowieckiej odmowy współpracy -
kilka przeprowadzonych akcji lotnictwa zakończyło się tragicznie.
Reasumując, brytyjska pomoc była prawie żadna. Amerykanów
interesowały przede wszystkim walki w zachodniej Europie i
na Pacyfiku i nie zamierzali zawracać sobie głowy powstaniem
w Warszawie, rozpoczętym wbrew woli Stalina.
Jeśli chodzi o Sowietów, nie tylko odmówili wsparcia brytyjskich
i amerykańskich operacji lotniczych, lecz umyślnie wstrzymali
ofensywę Armii Czerwonej pod dowództwem marszałka Rokossowskiego.
Pierwszy front białoruski wszedł na przedmieścia Pragi na
wschodnim brzegu Wisły; miały też miejsce sporadyczne i pozbawione
większego znaczenia wypady na przyczółek za rzeką, prowadzone
głównie przez polskie jednostki prosowieckiej armii generała
Berlinga, lecz ostatecznie cały pierwszy front, włącznie z
polskimi oddziałami, wycofał się ze sceny i trzymał się z
dala, dopóki wszystko się nie skończyło.
Zdrada sojuszników nie powstrzymała AK; walki były okrutne
i zawzięte. Wbrew wszelkim rokowaniom powstanie trwało ponad
dwa miesiące i w tym czasie powstańcy zadali ciężkie straty
niemieckiej armii i Waffen SS. Godzien uwagi - i istotny z
punktu widzenia tej historii - jest fakt, że gdy zbliżało
się powstanie, wielu spośród Żydów, którzy przeżyli powstanie
w getcie i znaleźli schronienie u nieżydowskich mieszkańców
Warszawy, wstąpiło do AK i brało udział w walkach. Wielu położyło
znaczne zasługi. Szczegóły heroicznych walk powstańczych,
opowiedziane przez Normana Daviesa, są zdumiewające i pokrywają
się z wzorcem wcześniejszego o rok powstania w getcie. Imponuje
to, że przez cały okres walk powstańcy - włącznie z kobiecymi
pomocniczymi oddziałami i sanitariuszkami - a także cała ludność,
starali się prowadzić normalne życie i gromadzili się, praktycznie
pod ogniem, na spotkania o charakterze duchowym i kulturalnym.
Kolejną ironią historii jest to, że podczas gdy zachodni sojusznicy
i Sowieci nie uznali oficjalnie powstania, waleczność, nieustraszona
odwaga i sztuka wojenna powstańców wywarły wrażenie na przeciwniku,
który - wbrew przyjętej hitlerowskiej "kulturze"
postępowania wobec powstańców - tym razem zdecydował się,
po ponad dwóch miesiącach ciężkich walk, podpisać z AK formalne
dwustronne porozumienie o kapitulacji i przyznać powstańcom
status jeńców wojennych. Jednak hitlerowcy, wierni sobie i
swej "kulturze", nie poprzestali na tym. Najgorsze
miało dopiero nadejść: wygnano całą ludność Warszawy, a miasto
spalono i zrównano z ziemią. Gdyby hitlerowcy wygrali wojnę,
nie byłoby dziś Warszawy.
Prawda do ukrycia
Te fakty - w połączeniu z bardzo korzystnymi wrażeniami o
kraju, jego mieszkańcach, kulturze, jakie wynieśliśmy z żoną
z naszych dwóch pobytów - wzbudziły w nas uczucie szacunku
i podziwu dla Polski i Polaków. Jesteśmy pewni, że niektóre
analogie współczesnej historii Polaków i Żydów oraz wspólny
okrutny los podczas drugiej wojny światowej, mogą - pomimo
pewnych różnic i nieporozumień - odegrać decydującą rolę,
stając się punktem wyjścia dla przyszłego wspólnego przeznaczenia
Izraela i Polski.
Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, dlaczego historii powstania
1944 r. nigdy przedtem nie opowiedziano rzetelnie i dokładnie.
Wydaje się, że stało się tak dlatego, że wszyscy mieli powody,
by tę sprawę trzymać w ukryciu lub przynajmniej pomniejszać
jej znaczenie. Rządy Wielkiej Brytanii i USA życzyły sobie,
by ich ówczesne niegodne (by nie powiedzieć zdradzieckie)
postępowanie wyszło na jaw jak najpóźniej. Z drugiej strony
ZSRR, znany z tego, że nie żałuje ani nie wstydzi się przeszłych
złych postępków czy grzechów zaniechania - miał problemy natury
doktrynalnej wynikające ze skromnego (mówiąc najłagodniej)
wkładu popieranej przez Sowietów Armii Ludowej (AL) w powstanie.
Tę doktrynerską postawę narzucono powojennym komunistycznym
władcom Polski; w rezultacie przez cały okres władzy komunistów
w Polsce odsądzano powstanie 1944 r. od czci i wiary z niemal
religijną gorliwością, a tych, którzy chcieli badać dzieje
powstania warszawskiego, odsyłano do historii powstania w
getcie. Nic dziwnego, że Izraelczycy i inni wiedzieli tylko
o tym ostatnim i nigdy nie słyszeli o powszechnym powstaniu
warszawskim 1944 r.
Wiara w przyszłość
Gdy zakończyła się wojna, rozpoczął się proces odbudowy żydowskiej
społeczności w Polsce, liczącej około 250 tysięcy - w tym
Żydów ocalonych z holokaustu na polskiej ziemi i repatriantów
z ZSRR, dokąd uciekli w 1939 r. Niestety, kładą się nie niej
cieniem pewne przypadki przemocy: sporadyczne ataki na Żydów,
podejmowane przez członków reakcyjnych organizacji; pogromy
w Krakowie w sierpniu 1945 r. i w Kielcach w lipcu 1946 r.
W rezultacie większość tych, którzy mogli stworzyć żydowską
społeczność w powojennej Polsce, wyjechała do Izraela. Tu
nowi przybysze utworzyli, wraz z polskimi Żydami przybyłymi
w okresie międzywojennym, wielką społeczność dawniej polskich
Żydów, którzy w Polsce doświadczyli cierpień. To niewątpliwie
tłumaczy, choć niekoniecznie usprawiedliwia, antypolskie nastroje
panujące w izraelskim społeczeństwie.
Jak wspomniałem, oceniając długotrwałe związki Polaków i Żydów,
trzeba mieć na uwadze ich całokształt i bilansować dobro i
zło. Trzeba także uwzględniać kulturowe nurty, decydujące
o postępowaniu stron wobec siebie. Z takiego punktu widzenia
- i uwzględniając wszystko, co zostało tu powiedziane - muszę
stwierdzić, że na płaszczyźnie osobistej czuję wielką sympatię
do Polaków i ich kultury. Na płaszczyźnie narodowej uważam,
że bilans setek lat współistnienia wypada zdecydowanie dodatnio
i że dobre doświadczenia przeważają nad złymi. Ponadto, pamiętając,
że państwo Izrael stworzyli, między innymi polscy Żydzi i
uwzględniając polską kulturę i pewne piękne wewnętrzne cechy
polskiego narodu, wierzę, że Izraelowi i Polsce przeznaczone
jest zostać bliskimi przyjaciółmi i sojusznikami.
Michael Cohen
Powyższy tekst został przez autora nadesłany na ręce Jana
Piekarskiego, ambasadora Polski w Tel Awiwie. Do druku w "Rzeczypospolitej"
przekazał nam go Norman Davies, któremu serdecznie dziękujemy.
|