|
Z ALAINEM FINKIELKRAUTEM ROZMAWIA
BRONISłAW WILDSTEIN
Paraliżujący kompleks winy
Rzeczpospolita, 28 lutego 2004
Rz: Parlament francuski uchwalił ustawę
zakazującą w szkole publicznej "ostentacyjnego manifestowania
poprzez ubiór albo inne znaki swojej przynależności religijnej".
Pan jest zwolennikiem tej ustawy, a nawet, piętnaście lat
temu, był jednym z sygnatariuszy petycji do władz, domagającej
się takiego rozwiązania. Jak pan motywuje to prawo, pozbawiające
człowieka znaczącej części jego wolności?
Szkoła nie jest dowolną przestrzenią.
To instytucja, która ma swoje zasady. Są w niej uczniowie
i nauczyciele. Niesymetryczność ich wzajemnych relacji pokazuje,
że - aby szkoła mogła istnieć - należy ograniczyć wolność.
Kiedy nauczyciele mówią - uczniowie milczą. Musi istnieć możliwość
przekazywania kultury i wiedzy bez uzyskania pozwolenia ze
strony uczniów. Trzeba im uzmysłowić, że nie wszystko jest
wynikiem wolnego wyboru. Jeśli wolność nie byłaby ograniczona,
nie byłoby szkoły. Nie byłoby niesymetrycznych relacji między
uczniami a nauczycielami i nie byłoby między nimi różnicy.
Nie byłoby różnicy między wiedzą a opinią. Trzeba jeszcze
dodać, że do szkoły uczęszczają dzieci i młodzież. Wolność
wypowiedzi jest przywilejem dorosłych. Dzieci nie są jeszcze
istotami uformowanymi, a więc nie mogą korzystać z tych samych
praw co dorośli.
Ustawy, o którą pan pytał, nie należy
więc traktować jako nawrotu jakobinizmu. Jej projekt dojrzewał
bardzo długo. Większość polityków była wobec niego spontanicznie
niechętna. Dlatego że w większości są oni dziś krytyczni wobec
tego, co można nazwać osadzoną w tradycji francuskiej nadmierną
odgórną regulacją prawną. Przyjęli to prawo niejako wbrew
sobie. Opracowała je komisja pod przewodnictwem Bernarda Stasi,
a trzeba wiedzieć, że jest to chrześcijański demokrata i człowiek
wierzący, a więc wpisany w całkiem odmienną od jakobinizmu
tradycję. Eksperci, intelektualiści o rozmaitych przekonaniach
i przynależnościach, przekonali się o konieczności ustanowienia
tego prawa dopiero po zapoznaniu się z wielką ilością świadectw
na ten temat.
Francja w ciągu ostatnich dwudziestu
lat zmieniła się zasadniczo. Przeżyła ogromną rewolucję demokratyczną
związaną z imigracją. Była ona konsekwencją szlachetnej i
koniecznej decyzji, którą przyjął jeden z poprzednich rządów,
a która pozwalała na łączenie rodzin. Pracujący imigrant miał
prawo ściągnąć swoich bliskich i w ten sposób był niejako
zachęcany do pozostania we Francji. To wtedy pojawiła się
u nas masowa imigracja, zasadniczo różna od wcześniejszych
fal napływających z Europy - tym razem była to imigracja z
wrzącego, pogrążonego w kryzysie świata arabsko-muzułmańskiego.
I to jest problem. We Francji jest coraz więcej muzułmanów,
a w wymiarze światowym islam się radykalizuje. Jednym ze znaków
radykalizacji są chusty muzułmańskie w szkołach we Francji.
To nie są zwykłe oznaki przynależności, ale deklaracje. Oznaczają
one - jeśli przyjrzeć się im bliżej - nienawiść do Francji.
Jest to sposób powiedzenia: "To nie my będziemy się adaptować
do nowej ojczyzny, ale to ona musi nas przyjąć takich, jakimi
jesteśmy. Nie mamy zamiaru uczynić najmniejszego wysiłku,
aby się zintegrować". I w tym kontekście frankofobii
intelektualiści i politycy uznali za właściwe przywołać drogą
prawną zasady, określić granice i reguły gry, które integrację
czynią możliwą.
Proszę więc wszystkich, którzy negatywnie
podchodzą do tego prawa, aby pochylili się uważniej nad wyjątkowością
sytuacji we Francji. Wiem, że Polacy są bardzo przywiązani
do wolności religijnej, albowiem komuniści usiłowali ją wyeliminować,
ale proszę nie odnosić tego do dzisiejszej sytuacji we Francji,
nie ma ona bowiem nic wspólnego z totalitarną opresją.
Tylko że prawo to nie zostało uchwalone
przeciwko muzułmańskiemu fundamentalizmowi, lecz przeciwko
wszelkim manifestacjom religijnym w szkole. Można je więc
postrzegać w innym kontekście - ofensywy fundamentalizmu laickiego.
Niewiele wcześniej, w preambule projektu konstytucji europejskiej,
przy prezentacji kulturowych fundamentów Europy pominięta
została - wbrew zdrowemu rozsądkowi i prawdzie - rola chrześcijaństwa
czy też judeochrześcijaństwa.
Rozumiem, że dostrzega pan ten związek
i że on pana niepokoi. Przedstawię więc na początku swoje
stanowisko. Jestem zwolennikiem obrony szkoły jako sfery sacrum,
a nie profanum. Szkoła nie powinna odbijać społeczeństwa takiego,
jakim jest ono w danym momencie. W szkole nie może być tak,
jak gdzie indziej, i dlatego jestem zwolennikiem nowego prawa.
Niezależnie od tego uważam za absurd francuską odmowę wpisania
dziedzictwa chrześcijańskiego czy, jeśli pan woli, judeochrześcijańskiego
w preambułę konstytucji europejskiej. Widzę w tym odmowę uznania
przez Europę własnej przeszłości. Nie sądzę jednak, że z koincydencji
tych dwóch faktów (projektu konstytucji i prawa odnoszącego
się do szkół) należy wyciągnąć wniosek, że we Francji mamy
do czynienia z nawrotem fundamentalizmu laickiego.
Odmowa wpisania chrześcijańskiego dziedzictwa
do europejskiej konstytucji wynika, wydaje mi się, z całkiem
innej przyczyny. Objawia się w tym fetyszyzacja praw człowieka.
Dążenie, aby Europa nie została uznana za jakość szczególną,
a więc namiętne pragnienie uniwersalności. Ponieważ bronimy
wartości uniwersalnych, nie powinniśmy definiować się obok
innych ani przeciw nim, ale jako cywilizacja dla wszystkich.
Przełom nastąpił po II wojnie światowej. Wcześniej świadomość
europejska to świadomość odmienności, specyfiki czasami antagonistycznej
- tożsamości chrześcijańskiej wobec islamu, Europy wobec Rosji...
Była to jednak również świadomość uniwersalności
kultury europejskiej...
Tak, ale uniwersalności zakorzenionej
w konkretnej historii. Takie wyinterpretowanie uniwersalizmu
z partykularyzmu dla wielu Europejczyków po wojnie wydało
się już niemożliwe. Zostali oni sparaliżowani przez okropieństwa
popełnione w imię partykularyzmu właśnie. Dlatego zapragnęli
zakorzenić się w uniwersalności. I Europa jako twór polityczny
konstytuowała się już nie w opozycji do tego, co nie jest
Europą, ale poprzez hiperkrytyczny stosunek do siebie samej.
Nigdy więcej tego, co było! Nigdy więcej mocarstwowej polityki!
Nigdy więcej równowagi sił, gdyż nie przynosi to pozytywnych
rezultatów!... itd. I to jest, moim zdaniem, zasadnicza przyczyna
odmowy uznania jednego, konkretnego dziedzictwa kulturowego.
Nie jesteśmy z urodzenia chrześcijanami, gdyż urodzenie nie
ma znaczenia, jesteśmy za prawami człowieka, a więc jesteśmy
przede wszystkim uniwersalistyczni. Widzę w tym raczej zgubny
wpływ poczucia winy Europejczyków niż próbę laickiego usunięcia
religijnych korzeni. Dlatego bez kompleksów występuję na rzecz
laickości szkoły i równocześnie judeochrześcijańskiego dziedzictwa
Europy. W pierwszym wypadku popieram mój rząd, w drugim krytykuję
go i uważam próbę wymazania przeszłości Europy - a więc i
Francji - za absurdalną, ale sądzę, że jest to wynaturzony
efekt obowiązku pamięci. Powoduje on wymazanie przeszłości,
gdyż odwołuje się do pamięci o zbrodni. Pamięć o zbrodni prowadzi
nas, jak nazywa to Habermas, do patriotyzmu konstytucyjnego.
Oznacza to wyparcie się swoich korzeni i skoncentrowanie wyłącznie
na prawie i prawach człowieka. Ja wzywam do autentycznego
pamiętania przeciw delirycznym konsekwencjom obowiązku pamięci,
ale laickość szkoły to całkiem co innego. To nie fundamentalizm,
ale absolutna konieczność, jeśli chcemy zachować zasady funkcjonowania
szkoły, które są dzisiaj zagrożone.
Dokończenie
Zakwestionowanie europejskich źródeł
uniwersalizmu prowadzi do zakwestionowania uniwersalizmu jako
takiego. W konsekwencji pojawia się bowiem odmowa wartościowania
kultur. Ba, hiperkrytycyzm wobec własnej europejskiej kultury
prowadzi do bezkrytycznego przyjmowania kultur odmiennych,
które zaprzeczają właśnie uniwersalizmowi. Pisał pan o tym
w "Porażce myślenia". Ta słabość współczesnych postaw
objawia się właśnie we Francji, choć nie tylko, w odmowie
zrozumienia odmienności islamu i chrześcijańskiej kultury
Europy. Z jednej strony mamy bowiem kulturę, której fundamentem
było oddzielenie sfery religijnej i politycznej, z drugiej
- nakazy religijne mające kształtować świat polityki. Niechęć
do zrozumienia odmienności, a więc i problemów, które ona
stwarza, stanowi być może podstawowy problem Francji i Europy.
I co więcej, istnieje dodatkowa przyczyna
afirmowania naszych zasad. Muzułmanie, którzy żyją we Francji,
nie mają zamiaru jej opuszczać. Chcą w niej pozostać. Jeśli
jednak mają oni w naszym świecie dzielić nasz los, musimy
uznać wspólne fundamentalne wartości. Nie możemy w imię wielokulturowości
zgodzić się na rozłamanie naszej kultury przez islam. Konsekwencje
tego byłyby opłakane.
Bardzo łatwo można zrozumieć potrzebę obrony Europy i Francji
przed fundamentalizmem muzułmańskim. Dużo trudniej zrozumieć,
dlaczego pakuje się go do jednego worka z wszystkimi innymi
religiami.
Dzieje się tak, gdyż Francuzi są niezwykle
przywiązani do praw człowieka i równości. Troską prawodawców
w tej niezwykle trudnej sytuacji było uniknięcie stygmatyzowania
muzułmanów. Uniknięcie wrażenia, że są oni społecznością wyłączoną
ze wspólnoty, narodem podejrzanym. W efekcie zostało stworzone
prawo dla wszystkich. Intelektualistami i politykami kierowała
zasada delikatności. Proszę jednak być pewnym, że prawo to
nie będzie niosło ze sobą żadnych antyreligijnych represji.
Nikt nie nosi przecież w szkole wielkich krzyży, tylko niewielkie
krzyżyki ukryte pod ubraniem, kipę można zdjąć po wejściu
do szkoły. Ta ostatnia nie powinna być bowiem miejscem afiszowania
się ze swoją przynależnością, a jest nawet do pewnego stopnia
miejscem zawieszenia swojej tożsamości. Żydzi w większości
są gotowi na to względne poświęcenie, albowiem czują, że republika
jest w niebezpieczeństwie, a republika jest dla nich zdecydowanie
lepsza niż przekształcenie Francji w społeczeństwo wielokulturowe,
w którym żydzi znajdowaliby się w sytuacji wyjątkowo zagrożonej.
Mimo wszystko prawo to stwarza pewne
zagrożenie. Pewna liczba intelektualistów, jak i nauczycieli
szkolnych jest bardzo przejęta ideami alterglobalistycznymi.
Zgodnie z nimi Zachód jest winny wszystkich grzechów i całego
zła świata, a islam jest zbiorowością prześladowaną, która
podniosła bunt. Być może zbyt ekstremistyczny i radykalny,
ale w zasadzie słuszny.
Globalny proletariusz...
Właśnie. We współczesnym dyskursie progresistowskim
pojawia się wątek muzułmanów jako nowego "wyklętego ludu
ziemi". W tym kontekście część nauczycieli może odczuwać
pokusę, aby z żalem zastosować nowe prawo wobec muzułmanów,
gdyż to przecież oni są ofiarami, ale potem wykorzystać je
do zemsty na katolikach i żydach. W tym drugim wypadku może
wystąpić szczególna gorliwość w jego stosowaniu przez tych
nauczycieli, którzy będą chcieli dowieść sobie i innym, że
nie są rasistami, że wobec muzułmanów nie stoją po stronie
prześladowców. Nie przypuszczam, by było to wielkie niebezpieczeństwo,
ale jakieś jest.
Czy podobna logika kieruje rosnącą we
Francji falą antysemityzmu, która występuje w kostiumie antyizraelizmu?
Nie mówię w tym wypadku o antysemityzmie rozumianym jako antyjudaizm
Arabów, który jest całkowicie otwarty i jawny, bowiem nie
mają oni europejskich kompleksów.
We Francji widzimy tworzący się alians
pomiędzy resentymentem rosnącej grupy Arabów i muzułmanów
wobec Izraela, który pełni dla nich rolę kozła ofiarnego wszystkich
porażek islamu...
Na Bliskim Wschodzie jest on znienawidzony
jako przedstawiciel Zachodu właśnie...
Widzimy więc alians między tym resentymentem
a kulturą dobrych intencji. Polega ona na nakierowaniu się
na biednych, tych którzy cierpią, na ukrzyżowanych - powiedzieć
można metaforycznie. Bardzo mnie to niepokoi. Myślę, że decyzję
parlamentu francuskiego należy rozpatrywać również w tym kontekście
jako czerwone światło dla islamoprogresistów.
Był to pierwszy taki znak. Dotąd było
inaczej. Na przykład w czasie ostatnich wyborów prezydenckich
Francja potrafiła zmobilizować się przeciw Le Penowi. W tym
samym czasie nikt nie niepokoił się istotnym wzrostem poparcia
dla trockistów, ba, byli oni uznawani wręcz za demokratycznych
partnerów w kampanii przeciw Frontowi Narodowemu.
Le Pen przypomina Vichy, a Vichy to
hańba narodowa i dlatego Francja potrafi mobilizować się przeciw
jej nawrotowi. Uderzające i paradoksalne jest, że antysemityzm
na skrajnej prawicy wywołuje oburzenie i mobilizację w całym
kraju, podczas gdy na skrajnej lewicy przestaje być dostrzegany.
Przez wiele lat największe pisma, w tym "Le Monde",
ukrywały prawdę o muzułmańskim antysemityzmie. I dzieje się
tak nadal. Kilka tygodni temu odbywał się koncert pod patronatem
pani prezydentowej, w trakcie którego piosenkarka żydowska
z Izraela została obrażona, a jej występ został przerwany
przez grupę wznoszącą hitlerowskie pozdrowienie i skandującą:
"Śmierć żydom!" Prasa prawie o tym nie pisała, ponieważ
byli to muzułmanie. Gdyby to byli skinheadzi, faszyści, jakich
kochamy nienawidzić, skandal byłby ogromny, a protestom nie
byłoby końca. W tym wypadku sprawę przemilczano, ponieważ
jej bohaterami nie były demony naszej przeszłości, ale nasi
potencjalni wrogowie. Francja znajduje się więc w sytuacji
dziwacznej i paradoksalnej. Potrafi twardo przeciwstawić się
antysemityzmowi narodowemu, a odmawia zobaczenia prawdy o
antysemityzmie innego, nowego typu.
Francuski konflikt z fundamentalizmem
muzułmańskim możemy zobaczyć w szerszej, globalnej perspektywie.
Wielka część europejskich ośrodków opiniotwórczych oskarżała
Busha o prowadzenie w Iraku wojny religijnej. Dowodem na to
miało być powołanie się przez amerykańskiego prezydenta na
wartości, których Ameryka - czy szerzej Zachód - winny bronić.
Według europejskich przeciwników Stanów Zjednoczonych, Bush
miałby być fundamentalistą, albowiem odwoływał się do wartości.
Co więcej, moralistyka Busha, użycie
przez niego - zresztą tylko jeden raz - terminu "krucjata"
spowodowało, że wielu ludzi, zwłaszcza we Francji, przyjęło
rodzaj symetrii pomiędzy bin Ladenem a Białym Domem. Między
dżihadem islamistów a "krucjatą" Amerykanów. Jest
to symetria absurdalna. Do terminu "krucjata" odwołał
się Woodrow Wilson w 1917 roku dla uzasadnienia przystąpienia
Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej, i w tym samym sensie
zostało ono użyte przez Roosevelta w 1941 roku. To nie krucjata
w sensie religijnym, ale krucjata w obronie demokracji, a
więc również wolności religijnych. Możemy czuć pewne zaniepokojenie
tym duchem krucjaty demokratycznej, możemy uważać, że demokracji
nie da się wywalczyć zbrojnie, ale to już całkiem inny problem.
Tymczasem progresiści stawiają znak równości między, jak to
oni określają, "fanatykami obu obozów". Absurdu
tego symetrycznego podejścia dowodzi dodatkowo postawa Stanów
wobec Francji. Amerykanie nie rozumieją wprowadzenia zakazu
islamskich chust we francuskiej szkole, niepokoją się nim
i wyrażają oficjalnie dezaprobatę. Ci sami więc, którzy prowadzą
twardą walkę przeciw radykalnemu islamizmowi, są zwolennikami
wolności religijnej dla każdego człowieka na świecie. Również
we Francji występują oni na rzecz praw muzułmanów. Dowodzi
to, do jakiego stopnia groteskowe są oskarżenia Amerykanów
o religijną krucjatę.
Wszystkie wysiłki w celu przemalowania
Stanów na potęgę religijną są pozbawione sensu. Państwa Zachodu
są zsekularyzowane. Sekularyzacja, którą przyniosło oświecenie,
przebiegała w różny sposób i dziś Francja, Polska czy Stany
Zjednoczone są laickie po swojemu. Nie opowiadam się za upowszechnieniem
modelu francuskiego, ale za odmiennością różnych tradycji
laickich. Trudno zyskać posłuch dla tego typu poglądów, zwłaszcza
we Francji, gdzie wielu intelektualistów kretynów, widząc
na dolarach napis "In God we trust" (w Bogu nasza
ufność) uznają, że Ameryka nie jest krajem laickim. Ten rozpowszechniony
we Francji pogląd nie świadczy najlepiej o naszych intelektualistach.
Słowo laicki budzi wątpliwości i pytanie:
czy państwo laickie jest państwem neutralnym? Z punktu widzenia
liberalnej demokracji ideałem byłoby państwo neutralne, które
gwarantowałoby zarówno prawo do wyznawania religii, jak i
do ateizmu. Tymczasem państwo laickie jest stroną, jest opozycją
do państwa religijnego. W tradycji francuskiej wydaje się
to wyjątkowo oczywiste.
Nie wydaje się mi, aby tak było dzisiaj.
Myślę zresztą, że możemy pogodzić się co do definicji laickości.
Oznacza ona właśnie neutralność państwa. W tym sensie możemy
powiedzieć, że wszystkie państwa europejskie są laickie. Nie
ma już w Europie religii państwowej, nawet w tak katolickim
kraju jak w Polsce.
Są w Europie państwa przyjmujące w konstytucji
religię, w niczym jednak nie umniejsza to ich neutralności.
Oczywiście. Zmienia się jednak wrażliwość,
a więc i definicja neutralności. Według mnie szkoła powinna
pozostać przestrzenią neutralną. Prowadzi to do założenia
pewnego typu dyskrecji w zachowaniu uczniów. W szkole nie
powinno mieć miejsca afiszowanie tożsamości, jakakolwiek byłaby.
Zasada ta powinna obowiązywać zarówno uczniów, jak i nauczycieli.
Musi istnieć pewnego typu dystans między osobą, jaką jest
nauczyciel, a funkcją, którą sprawuje, i to samo powinno obowiązywać
ucznia. Młodzi ludzie wchodząc do szkoły, stają się uczniami
ze swoimi prawami i obowiązkami i to samo dziać się powinno
z nauczycielami. Jeśli młodzi ludzie przestaną rozumieć odmienność
roli ucznia, szkoła będzie zagrożona i podważona zostanie
jej fundamentalna funkcja, jaką jest przekazywanie kultury.
Chciałbym powrócić jeszcze do konfliktu,
który coraz wyraźniej dzielić zaczyna Stany Zjednoczone i
Europę. Wprawdzie w sensie politycznym po części został on
zażegnany i nigdy nie połączył całej Europy, ale różnice w
postrzeganiu rzeczywistości po obu stronach Atlantyku ujawniają
się coraz wyraźniej. W Stanach Zjednoczonych funkcjonuje poczucie
uniwersalizmu wartości zachodnich i gotowość do ich obrony;
postawa, która wydaje się zanikać w Europie.
Wydaje mi się, że wojna w Iraku ujawniła zasadniczą różnicę,
fosę, która dzieli Europę i Amerykę. Ameryka jest w stanie
uznać, że ma wrogów i ma zdolność do podjęcia z nimi walki.
Posiada więc fundamentalną, według Carla
Schmitta, zdolność polityczną.
I całą energię, jaką Ameryka potrafi
uwolnić, aby walczyć ze swoimi wrogami, Europa zużywa na walkę
ze swoimi demonami. Przejawia się w tym trauma obu wojen światowych
i wezwanie: nigdy więcej. A "to" zdarzyło się w
Europie. Europa jest więc przekonana, że ona sama jest źródłem
zła. Kiedy więc w Austrii dochodzi do władzy partia o tendencji
ksenofobicznej, cała Europa mobilizuje się przeciw temu krajowi
i sadza go na ławie oskarżonych. Zajęta egzorcyzmowaniem własnych
demonów Europa nie jest w stanie uznać, że ma wrogów zewnętrznych.
Potrafi zaproponować światu wyłącznie naśladownictwo własnego
modelu. "Bądźcie jak my - wzywa. - Potrafiliśmy zastąpić
wojnę integracją ekonomiczną oraz dyplomatycznymi negocjacjami
i kurtuazją. Nasze rozwiązania dadzą się zastosować wszędzie".
Ameryka nie rozumuje w tych kategoriach, albowiem II wojna
światowa nie uformowała jej w tym samym stopniu. Toczyła ona
walkę z wrogiem zewnętrznym geograficznie i filozoficznie.
Ameryka potrafi się mobilizować przeciw staremu światu Europy.
Wie, że mogą się dziać w nim rozmaite bezeceństwa, ale nie
poczuwa się wobec nich do odpowiedzialności. Dlatego nie jest
sparaliżowana, kiedy chodzi o nazwanie swojego wroga. Potrafi
go zobaczyć i potrafi z nim walczyć. W nieco podobnej sytuacji
jest Anglia, dla której hitleryzm był zagrożeniem zewnętrznym.
Nie było w Anglii kolaboracji, nie było rządów Petaina. Ameryka
i Anglia wyszły więc z wojny niewinne, podczas gdy reszcie
Europy pozostał kompleks winy. I do dziś obserwujemy powikłane
konsekwencje owego kompleksu.
Z Alainem Finkielkrautem rozmawiał Bronisław
Wildstein
Alain Finkielkraut - francuski
filozof, profesor L'Ecole Polytechnique; urodzony w 1949 roku
w Paryżu syn polskiego Żyda uratowanego z Oświęcimia. Uznawany
za jednego z najciekawszych myślicieli swojego pokolenia we
Francji. Opublikował kilkanaście książek, z których najbardziej
znane to: "Porażka myślenia", "Zagubione człowieczeństwo",
"L'Ingratitude, conversations sur notre temps" (Niewdzięczność
- rozmowy o naszych czasach), "L'imparfait du present"
(Niedoskonałość teraźniejszości).
|