|
Dzieci i młodzież pochodzenia
żydowskiego w szkołach śródmiejskich Warszawy lat sześćdziesiątych
Joanna Wiszniewicz
Respublika, 23 stycznia 2003
Dlaczego powstało to spójne, nieformalne
środowisko ludzi pochodzenia żydowskiego unikających identyfikacji
z żydostwem? Oto jedno z wielu pytań, które moim rozmówcy
sobie zadawali.
"Chciałabym zrobić coś w rodzaju
portretu pierwszego powojennego pokolenia polskich Żydów i
osób pochodzenia żydowskiego. Czy zgodziłaby się Pani (Pan)
udzielić mi wywiadu na temat sposobów doświadczania przez
Panią (Pana) swojego żydostwa w ciągu całego życia? I na temat
problemów z tym związanych?"
Tak sformułowane pytanie zadawałam
w latach dziewięćdziesiątych - oczywiście po przedstawieniu
licznych wstępnych referencji, powoływaniu się na wspólnych
znajomych i zapewnieniu indagowanych, że sama należę do tego
ich pokolenia - wielu ludziom pochodzenia żydowskiego urodzonym
w latach 1944-1953, wychowanym w różnych miejscach i środowiskach
powojennej Polski i mieszkającym dziś albo w Polsce, albo,
w wyniku emigracji pomarcowej, w Ameryce, jednym z czterech
głównych krajów tej emigracji (obok Szwecji, Danii i Izraela).
W rezultacie owej pracy powstało około dziewięćdziesięciu
wielogodzinnych wywiadów magnetofonowych przeprowadzonych
przeze mnie z przedstawicielami tego pokolenia w Polsce i
w USA.
Przystępując do swojego zadania byłam
przekonana, że większość historii, które usłyszę, będzie miała
mniej więcej podobny scenariusz, przynajmniej jeżeli chodzi
o moich rozmówców wychowanych w Warszawie. Myślałam, że dowiem
się, iż we wczesnym dzieciństwie byli oni całkowicie zidentyfikowani
z Polską i polskością (innymi słowy, myśleli o sobie: "Jestem
Polakiem"), że potem jednak, w trakcie dojrzewania, coraz
częściej we własnym środowisku rówieśniczym doświadczali poczucia
wyobcowania wynikającego z niereligijności ich rodzin (a więc
z odsunięcia od spraw ważnych dla rówieśników, jak Pierwsza
Komunia) i z coraz wyraźniejszej świadomości piętnującego
charakteru słowa "Żyd". Myślałam wreszcie, że szok
marcowy zmusi ich do zredefiniowania swojej polskiej tożsamości,
poważniejszego przyjrzenia się swym żydowskim korzeniom i
w następstwie tego dokonania często nowych wyborów życiowych,
na przykład emigracji.
Przypuszczałam, że głównym tematem moich
wywiadów będzie owo napięcie między silną polską identyfikacją
i rosnącym poczuciem wyobcowania u moich rozmówców. I tak
zresztą rzeczywiście było. Tylko że w trakcie wywiadów społeczno-środowiskowe
tło owego napięcia i jego dynamika okazały się szalenie zróżnicowane.
A ów paradygmat, który sobie wyobraziłam i uważałam za ogólnie
obowiązujący (jest on zresztą w środowiskach polskiej inteligencji
dość powszechnym wyobrażeniem o współczesnej świadomości osób
żydowskiego pochodzenia), okazał się nie jedynym, lecz zaledwie
j e d n y m z w i e l u różnych wzorców przeżywania żydowskości
w owym pokoleniu.
Tereny zadomowienia
Różnorodność postaw wobec żydostwa,
stwierdzona przeze mnie już po paru pilotażowych wywiadach
z osobami spoza Warszawy, początkowo dość łatwo dawała się
wyjaśnić i usystematyzować. Szybko zorientowałam się, w jak
różnych warunkach wychowywała się po wojnie młodzież pochodzenia
żydowskiego w Warszawie i poza Warszawą, zrozumiałam, że na
Dolnym Śląsku, w Łodzi czy w Szczecinie rodzice moich rozmówców
należeli na ogół do dużych skupisk polskich Żydów identyfikujących
się emocjonalnie, kulturowo i instytucjonalnie z żydostwem
i że ta środowiskowa spójność miała wielki wpływ na dzieci,
które mnóstwo czasu w ciągu roku szkolnego spędzały w żydowskich
klubach, a wszystkie wakacje na żydowskich koloniach i obozach.
Zrozumiałam też, że w Warszawie oprócz tych rodziców moich
rozmówców, którzy identyfikowali się z żydostwem i należeli
do TSKŻ-u (Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów) lub przynajmniej
chodzili na imprezy organizowane przez żydowskie instytucje,
była inna (liczna) grupa ludzi pochodzenia żydowskiego, którzy
unikali tych instytucji, bo nie chcieli być formalnie identyfikowani
jako Żydzi. Pragnęli żyć życiem polskiego społeczeństwa i
być osobami całkowicie w nie wtopionymi - chociaż nie musiało
to oznaczać negowania swego pochodzenia w sytuacjach prywatnych,
rodzinnych i towarzyskich.
Przyjęcie więc do wiadomości tych podstawowych
podziałów nie sprawiło mi specjalnych kłopotów. Dużo bardziej
jednak zaskakujące i trudne dla mnie było odkrycie i zrozumienie
podziałów w samej Warszawie. Zwłaszcza skonstatowanie odmienności
warunków, w jakich kształtowała się identyfikacja tych dzieci
pochodzenia żydowskiego, które wychowywały się w śródmieściu
Warszawy i chodziły do śródmiejskich szkół, i tych, które
wyrastały w innych dzielnicach miasta. Fenomen śródmieścia
Warszawy wydał mi się tak fascynujący, iż uznałam, że wart
jest oddzielnej analizy (stąd temat niniejszego szkicu). A
integralnym elementem owego fenomenu była obecność w Warszawie
tej właśnie wzmiankowanej wyżej grupy ludzi pochodzenia żydowskiego,
którzy chcieli separować się od żydowskich instytucji i unikali
zewnętrznej żydowskiej identyfikacji.
Ci dystansujący się od żydostwa ludzie
bardzo często pojawiali się w opowieściach moich rozmówców
wychowywanych w Warszawie bądź jako rodzice, bądź przyjaciele
ich rodziców. Mieszkali na Żoliborzu i Mokotowie, ale przede
wszystkim właśnie w śródmieściu Warszawy. Przeżywszy (w większości)
wojnę w Związku Radzieckim, po powrocie do Polski nie zastali
już ani swoich rodzin, ani przedwojennych środowisk i przyjaciół,
ani mieszkań - a jednak, mimo wielu możliwości emigracji,
pozostali w Polsce, choć docierały do nich wiadomości o powojennych
pogromach (w tym o pogromie kieleckim), choć boleśnie odczuwali
antysemicką atmosferę po odwilży 1956 roku (kiedy o "błędy
i wypaczenia" oskarżano samych Żydów, zapominając o radzieckich
urzędnikach czy polskich funkcjonariuszach) i chociaż wciąż
tracili kolejnych wyjeżdżających z Polski żydowskich przyjaciół.
Zostali, unikając formalnej, publicznej identyfikacji z żydostwem
i spowodowali w Warszawie sytuację paradoksalną: z jednej
strony pragnęli być niewidoczni jako Żydzi, ale z drugiej
stworzyli, spośród samych siebie, a więc Żydów pragnących
być niewidocznymi, wyróżniające się, atrakcyjne i szerokie
środowisko towarzyskie. (Środowisko towarzyskie rozumiem tu
jako duże grono osób, które nie tyle nawzajem się znają, ile
ewentualnie m o g ą się znać, mogą dotrzeć do siebie przez
łańcuch znajomych, gdyby zaistniała taka potrzeba).
Środowisko to było przedmiotem licznych
moich z rozmówcami dywagacji. Dywagacji, gdyż wywiady odbywały
się 30-40 lat po wydarzeniach i przeżyciach, które z punktu
widzenia poruszanej w nich problematyki identyfikacyjnej były
dla moich rozmówców najważniejsze. Ów ogromny dystans czasowy
sprawiał, że wydobywając z pamięci te właśnie wydarzenia i
przeżycia rozmówcy mogli je komentować i interpretować już
jako osoby dorosłe, poprzez swe późniejsze doświadczenia,
wiedzę i emocje (uzyskane więc relacje zawierają podwójną
perspektywę: dzieci czy nastolatków przełomu lat pięćdziesiątych
i sześćdziesiątych - i tych samych osób podczas udzielania
mi wywiadu: ludzi w średnim wieku, z których wielu swe dorosłe
życie przeżyło już poza Polską).
Pytania dzieci
W dokonywanych przez moich rozmówców
próbach interpretacji zachowań ich rodziców więcej jest, prawdę
mówiąc, pytań niż odpowiedzi.
Dlaczego w ogóle powstało to paradoksalne
środowisko ich rodziców?
Dlaczego powstało to spójne, nieformalne
środowisko ludzi pochodzenia żydowskiego unikających identyfikacji
z żydostwem? Oto jedno z wielu pytań, które moim rozmówcy
sobie zadawali. Co tych ludzi ciągnęło ku sobie? Co sprawiło,
że asymilując się, wtapiając w polskie społeczeństwo zatrzymali
się jednak w pół drogi? I dlaczego takie środowisko powstało
tylko w Warszawie, mimo że podobny stosunek do żydostwa miało
również wiele osób pochodzenia żydowskiego poza Warszawą?
Jedne pytania pociągały za sobą następne.
Jak to się stało, że środowisko rodziców
tych moich warszawskich rozmówców było głównie lewicowe? (Spektrum
postaw lewicowych rozciągało się tu od zwyczajnych lewicowych
sympatii u osób bezpartyjnych, do czynnego zaangażowania w
system, piastowania stanowisk w aparacie partyjnym czy wręcz
bycia komunistycznymi prominentami). I dlaczego to środowisko,
ukształtowane w warszawską elitę zbliżoną do kręgów władzy,
było jednocześnie częścią warszawskich sfer artystyczno-intelektualnych,
bo pojawiało się w nim wielu naukowców pochodzenia żydowskiego,
intelektualistów i artystów?
1: Rodzice mieli mnóstwo przyjaciół.
Większość z nich była Żydami - pochodzenia żydowskiego. [...]
Bardzo się trzymali w żydowskim kółku. To mnie zawsze dziwiło.
2: Myślę sobie, że pewne moje wymagania,
nazwijmy to towarzyskie, [...] takiego obcowania z ludźmi
w rozmowie [...] wynikają z pewnego typu ludzi, z którymi
miałam w dzieciństwie do czynienia. Myśmy mieli pewien typ
humoru, pewien typ inteligencji, pewien typ wykształcenia.
[...] Pyt.: Byłabyś w stanie to opisać? Odp.: Żydowski inteligent.
[...] Takie otwarcie na świat, na nowinki. [...] Zainteresowanie
najnowszymi kierunkami socjologicznymi we Francji, [...] traktowanie
kultury tak, jakby ona nie miała granic. [...] Znajomość języków,
poczucie, że możesz być obywatelem w każdym miejscu. [...]
Typ rozmowy skrzącej się nieustannym dowcipem.
3: Pyt.: Całe środowisko [rodziców],
wszyscy byli komuniści? Odp.: Tak, to na pewno. [...] Byłam
już w takim środowisku, wiesz, zamkniętym, w którym zresztą
było mnóstwo Żydów.
4: Mój ojciec był w jakimś lewicowym
ruchu przed wojną [...] w socjalistycznym. [...] Czy był komunistą
- o tym on twierdził raczej, że nie, bo on był w partii socjalistycznej,
która została wcielona do komunistycznej.
Przedwojenne uwiedzenie rodziców przez
ideologię komunistyczną (obiecującą powszechną równość) moi
rozmówcy na ogół dość dobrze rozumieli. Wiedzieli bowiem o
upokarzającym przedwojennym antysemityzmie, który stwarzał
przed Żydami bariery społeczno-narodowościowe i czynił dla
nich kryzys ekonomiczny lat trzydziestych szczególnie dotkliwym.
Rzadko wprawdzie zdawali sobie sprawę, że procent komunistów
wśród Żydów był w przedwojennej Polsce jednak bardzo mały
(0,16-0,29 proc. całej społeczności żydowskiej przed wojną,
podczas gdy po wojnie ok. 2 proc. w 1947 roku, i już ok. 14
proc. w końcu 1949 roku - podaje Jaff Schatz w: O micie "Żydokomuny",
"Jidełe", wydanie specjalne, wiosna 2000, s. 65).
Rzadko też myśleli o tym, że gdyby ich rodzice nie wybrali
zdecydowanej asymilacji, to mieliby przed wojną liczne pozakomunistyczne
możliwości grupowego działania wewnątrz bardzo aktywnych wówczas
środowisk żydowskich (lecz pragnienie zdecydowanej asymilacji
skazywało Żydów na środowisko komunistyczne, bo ono jako jedyne
w przedwojennej Polsce dawało im poczucie całkowitej równorzędności).
Brak jednak owej wiedzy tym bardziej
dawał moim rozmówcom poczucie, że jasne są dla nich ideologiczne
wybory rodziców. To, co ich dużo bardziej zastanawiało, to
nie rodzicielskie motywy przystąpienia do partii, lecz powody
pozostania jej wiernymi. Często wyrażali tu swoją bezradność,
wysiłek, a także trudność w porozumieniu z rodzicami:
5: Mój ojciec bardzo dobrze wie, jak
być przeciwko. Jak był komunistą, też był przeciwko. Do tego
stopnia, że go oskarżali o trockizm. [...] Do końca pięćdziesiątego
trzeciego roku [...] był przesłuchiwany codziennie przez dobrych...
ponad rok. Pyt.: I ojciec mimo to się nie wypisał z partii?
[...] Dlaczego? Odp.: Gdybym ja miał dolara za każdy raz,
kiedy ja go zapytałem! [...] Mój ojciec jest bardzo defensive.
[...] Mówi, że nie ma szansy, żebym zrozumiał.
3: Ojciec się denerwował, bo on nie
chciał, żebym ja była za obecnymi władzami Polski, ale żebym
ja była za i d e o l o g i ą. [...] Dopiero jako osoba starsza
znacznie zorientowałam się, [...] że można odrzucić cały system,
zamiast tak w jakimś absurdzie siedzieć, rozumiesz, że w tym
systemie masz "słuszne poglądy". Bo to jest ten
problem tych uczciwych komunistów, oni niby byli uczciwi,
ale wewnątrz czegoś, co niwelowało uczciwość.
6: Ojciec [...] jak przyjechał z powrotem
do Polski [po wojnie, ze Związku Radzieckiego], nic nie było
tam. Nie było rodziny, nie było domu, nie było nikogo. I część
z jego przyjaciół, [...] ci, którzy tam byli w tym czasie
w Warszawie, [...] byli na ogół komunistami. Powiedzieli mu,
że: "słuchaj [...] tutaj my robimy wielkie rzeczy".
I mnie się wydaje, że on, tak będąc w zasadzie człowiekiem,
który unika konfliktów, [...] się na to zgodził.[... ] I faktycznie
się niesłychanie wstydził i wstydzi za to, że był częścią
tego. [...] Szczególnie, wydaje mi się, wobec mnie, [...]
mimo że ja go wcale nie oceniam. Dlatego że mam kolosalne
zrozumienie [...] dlaczego on tam w tym był. [...] Sobie wyobrażam
jego, kiedy przyjeżdża z Rosji do zupełnego vacuum, znaczy
pustki, i ktoś mu proponuje coś, [...] co daje mu poczucie
wartości. Ma się w coś włączyć. Nie ma niczego i ma się w
coś włączyć.
Skąd tak niekonsekwentny stosunek
rodziców do żydostwa?
To inne pytania, które nurtowały tę
grupę moich rozmówców. Bowiem ich rodzice swoje pochodzenie
żydowskie bagatelizowali albo wręcz starali się przed dziećmi
ukrywać, a powiedzenie dzieciom o ich pochodzeniu, wytłumaczenie
im, kim są Żydzi i czym Żydzi różnią się od Polaków, było
dla nich jedną z najtrudniejszych wychowawczo sytuacji. Dbali
natomiast bardzo o to, by ich dzieci mówiły poprawnie po polsku
i by w zachowaniu dzieci nie było niczego, co można by interpretować
jako "żydowskie":
2: Ojciec zawsze strasznie pilnował:
nie wolno było gestykulować, mówić zdań ze znakiem zapytania,
bo tak mówią... I to było mówione: nie gestykuluje się, bo
Żydzi gestykulują. Nie mówi się zdań ze znakiem zapytania
[bo Żydzi tak mówią].
7: Najgorsza rzecz, prawda, u mnie w
domu to było "garbić się jak rabin" albo "jeść
albo zachowywać się jak z żydowskiego miasteczka". To
było niesamowicie istotne. Pyt.: To padały te teksty? Odp.:
Tak, tak, absolutnie.
5: Pyt.: A co ci mama w tej sprawie
[żydowskiego pochodzenia rodziny] powiedziała? Odp.: Nic,
nic, jedną rozmowę. [...] Rozmowa była taka, że to nie ma
znaczenia, to nie jest ważne, ale takie są fakty.
2: Tata mi to powiedział jako taką informację,
która mnie miała przed czymś zabezpieczyć. Ja to czułam -
przed dowiedzeniem się tego w niewłaściwy sposób. Tak jak
mówisz dziecku, skąd się biorą dzieci.
8: Mnie rodzice powiedzieli, że ja jestem...
że my jesteśmy Żydami, jak miałam mniej więcej siedem, osiem
lat. [...] Pyt.: Ale zapytałaś co, co... co to znaczy, że
jesteście Żydami? [...] Odp.: Myśmy o tym nie mówili.
Z drugiej strony jednak rodzice ci niejednokrotnie
dawali dzieciom sygnały swej żydowskiej dumy. Często też informowali
moich rozmówców o tym, kto w ich otoczeniu jest Żydem, a kto
nie, dokonując wyraźnych rozróżnień:
1: Mój ojciec myślał, że Żydzi byli
bardzo inteligentni i zawsze mówił o tym.
9: Właśnie był taki motyw w domu: o,
ten Żyd, tamten Żyd [...] spośród znanych postaci, prawda?
Matka Mickiewicza przecież też wiadomo.
1: Tata mi zawsze mówił: "O! To
jest Żyd! A ta, ta dziewczynka [...] to musi być Żydówka.
To jest żydowskie nazwisko".
2: U mnie w domu zresztą nie używało
się słowa Żyd, [...] tylko się używało tego słynnego powiedzenia:
[...] "On jest ex-nostris". [...] Znaczy ludzie
się dzielili jakoś na takich, którzy są ex-nostris lub nie.
Pyt.: Jak było mówione to ex-nostris? Odp.: Półgłosem oczywiście.
10: "Żyd", "Żydzi"
[...] to były słowa, których moi rodzice się bali [...]. Się
nie mówiło właściwie słowa "Żyd", tylko się mówiło
właśnie "amchu" albo "nasz".[...] Ale
[...] jedną z ważniejszych jakby informacji, które się wymieniało
o innych osobach, to było oczywiście, czy on jest [...] "amchu",
czy on jest "nasz". [...] Ci ["amchu"]
to byli ludzie bliżsi niewątpliwie.
Niektórzy rodzice decydowali się, żeby
w ogóle nie powiedzieć dzieciom o ich pochodzeniu. Nie trzeba
dodawać, że w tych wypadkach rodziców wyręczała często intuicja
ich dzieci lub ulica.
11: W jakimś tam sensie, wiesz, wiedziałam,
że jestem Żydówką. No, w końcu, wiesz... I miałam te czarne
włosy, i czarne oczy, i pluli na mnie na ulicy od czasu do
czasu i, wiesz, nazywali [...] pamiętam z dzieciństwa, jak
ktoś szedł, [...] plunął na mnie i wiesz, coś na temat Żydówki.
4: Skąd wiedziałam? Od sąsiadów. [...]
Dzieci na podwórku. [...] Ja nie poszłam do pierwszej komunii,
no wszyscy wiedzieli. [...] Myśmy mieli gosposię, [...] której
sąsiedzi [...] docinali, że ona pracowała u Żydów. Pyt.: A
ty się nigdy ojca nie pytałaś o to? Odp.: Nie. [...] W końcu
wiesz, jeżeli są pewne rzeczy, o których się nie mówi, to
wtedy myślisz, że są takie w domu... na temat których się
nie dyskutuje.
Dzieci, które nie dowiedziały się o
swoim pochodzeniu aż do Marca '68 albo jeszcze dłużej, uważały
się za Polaków. I im później dowiadywały się o swoich korzeniach,
tym większym szokiem była dla nich ta informacja. Moja praca,
poświęcona doświadczaniu żydowskości również w dzieciństwie,
obejmuje jednak tylko tych, którzy o swoim żydowskim pochodzeniu
dowiedzieli się najpóźniej w wieku czternastu lat. Ale na
marginesie warto napomknąć, że kształtowanie się tożsamości
tamtych "niewiedzących" dzieci, w pełnej przemilczeń
domowej atmosferze zdominowanej przez rodzicielski wysiłek
ukrywania żydowskiego pochodzenia, warte jest oddzielnych
badań, może nawet badań porównawczych z rodzinami, w których
dzieci o żydowskich korzeniach postanowiono wychować w religii
katolickiej.
Dlaczego nie mówili o przeszłości?
Tak, o przeszłości rodziny rodzice tej
grupy moich rozmówców nie mówili prawie nic. Ale ponieważ
w normalnym kontakcie rodzicielskim absolutny brak przekazu
pamięci przeszłości jest niemożliwy, coś się jednak do tej
pustej przestrzeni pamięci przebijało. Co? - przede wszystkim
Zagłada.
Pamięć Zagłady dla wielu dzieci tych
odchodzących od żydostwa ludzi często była jedyną konkretną
informacją o odrębności żydostwa i o żydowskiej przeszłości
rodziny. Innymi słowy, była w zasadzie jedynym elementem ich
żydowskiej tożsamości.
8: Wywodzić się z czegoś...[...] Przecież
myśmy nie mieli żadnej przeszłości! Żadnej! [...] Jaką ja
miałam przeszłość? Mama mi wyliczyła wszystkich swoich braci
i sióstr, którzy zginęli, i tata mi wyliczył wszystkich braci
i sióstr, którzy zginęli. [...] Moi rodzice jakoś zupełnie
obcięli... nie było przeszłości, nic nie było, pusto.
9 N: Pyt.: Nigdy się pani nie zastanawiała,
co to znaczy? [być Żydówką] Odp.: Nie, z wyjątkiem tego...
z wyjątkiem tego, że to znaczy, że się ma mniej rodziny i
że... i że miało się kiedyś dużą, ale... ale poszła z dymem.
[...] Pyt.: I tę wiedzę miała pani zawsze? Odp.: Tę wiedzę
miałam zawsze.
Pamięć o Zagładzie miała w domach tych
dystansujących się od żydostwa ludzi różne formy i różne natężenie
- czasem była wyrazista, częściej jednak przejawiała się w
milczeniu i niedopowiedzeniach dotyczących braku dużej rodziny.
8: [Mama] straciła całą rodzinę. [...]
Ciągle jeszcze codziennie o tym myśli i mówi. Pyt.: Ty zawsze
to wiedziałaś, że ona codziennie o tym myśli? Odp.: Tak. To
było w powietrzu.
6 N: Moja matka [...] nigdy nie mówi o domu, nigdy nie mówi
o nikim ze swojej rodziny. Dla niej to był zbyt wielki szok
[Zagłada], żeby o tym mówić.
1 N: Moi rodzice [...] o tym nigdy nie mówili w gruncie rzeczy.
Oni nigdy nie chcieli widzieć [grobów rodzinnych]. Bo pojechaliśmy
może raz jeden na te groby.
12: Odczuwałam inność [...] właśnie braku tej rodziny. [...]
Nie zastanawiałam się nigdy i o to nie pytałam, dlaczego.
Ale do tego stopnia na pewno mi to doskwierało, że wymyśliłam
sobie [...] prapradziadka. [...] Mieszkał pod Paryżem, miał
dwie wille i siedem samochodów.
Innym elementem pamięci rodzinnej w wielu domach omawianej
grupy rozmówców była heroiczna tradycja udziału rodziców w
przedwojennym ruchu komunistycznym. Tu już nie było milczenia,
lecz rozległe rodzicielskie opowieści przekazujące dzieciom
romantyczny etos grupowej solidarności, odwagi, dążenia do
prawdy, poświęcenia dla wartości i dla innych ludzi. Opowieści
te - tak jak każdy zresztą rodzicielski przekaz przeszłości
- pełniły oczywiście ważną wychowawczą rolę:
3: Ja jestem przekonana, że wychowanie komunistyczne jak
najlepiej mi posłużyło. Ono było na temat tego, że walczy
się o prawdę, sprawiedliwość, nie odstępuje się od swoich
przekonań, jest się bezwzględnie oddanym, wiesz, wartościom.
[...] Chyba fakt, że za posiadanie innych poglądów się płaci
pozbawieniem wolności był po prostu czymś, z czym się tak
wychowałam, że w ogóle wydawało mi się to normalne. [...]
Ja uważałam, że to należy do każdego życiorysu: więzienie,
obóz, walka.
13: Po pierwsze, nie należy się niczego bać [taki był etos
komunistyczny wyniesiony z domu], po drugie, [...] bycie komunistą
to jest właśnie, że [...] się jest za wszystkimi uciskanymi,
[...] że człowiek w ogóle siedzi w więzieniu. [...] Takie,
wiesz, zawsze teksty wygłaszał [ojciec] typu: "Nie pal,
bo kiedy będziesz siedzieć w więzieniu, to oni ci, wiesz,
zabiorą papierosy". "Wiesz, jak będziesz siedzieć
w więzieniu, to będzie tak". [...] "Pamiętaj, że
jak będziesz siedzieć w więzieniu, to ci mogą zabrać poduszkę,
możesz nie mieć poduszki, więc się trzeba przyzwyczaić do
spania bez poduszki".
Na tę lewicowo-romantyczną tradycję i etos nakładał się bezkonfliktowo
polski patriotyzm, będący często też jedną z ważniejszych
wartości w domach tej grupy moich rozmówców.
10: Tata w trzydziestym dziewiątym roku brał udział w kampanii
wrześniowej. [...] Liczne tam są [w domu] szczegóły bardzo
interesujące opowiadane, bardzo z dużą dumą, gdzieś tam na
Forcie Mokotowskim [...] jakaś radiostacja. [...] Ogromną
wyniosłem jakoś chyba ze szkoły, ale może i z domu, jakiś
ogromny szacunek do powstań rozmaitych polskich narodowych,
poczynając od Kościuszki poprzez tam styczniowe i tak dalej.
Przynależność do polskiej kultury i polskiego społeczeństwa
wydawała się dzieciom z tych domów czymś oczywistym. Wobec
ucięcia przez rodziców lub ograniczenia informacji o żydowskiej
historii rodziny, wobec braku środowiska kulturowo identyfikującego
się z żydostwem, wobec zanurzenia w polskim społecznym i kulturowym
otoczeniu przynależność ta nie wymagała żadnych werbalizacji
ani uzasadnień:
5: No, ja byłem wychowany w ten sposób, że dla mnie, że oczywiście
ja byłem Polakiem. Co znaczy "Polak"? Nie tak jak
Lejzorek Rojtszwaniec byłby Polakiem wyznania mojżeszowego,
tylko [...] ja byłem P o l a k i e m. Ja nigdy... mnie do
głowy nie przyszło do sześćdziesiątego ósmego roku, że ja
mogę kiedyś napisać, że ja jestem narodowości żydowskiej.
Była to oczywiście polskość bardzo szczególna: komunistyczna
i bezreligijna. Światopogląd materialistyczny był tu traktowany
jako coś oczywistego i bezdyskusyjnego. W jakimś sensie był
w tych domach jednym z elementów rodzinnej tożsamości.
10: Ja niewątpliwie wyniosłem z domu to, że my jesteśmy niewierzący.
[...] Mi to po prostu utkwiło w głowie, że to jest właśnie
taka identyfikacja.
Towarzyszyła temu często pewna niechęć rodziców do religii,
a raczej do dewocji.
12: Jakiś typ tej religijności, takie klepanie pacierza czy
takie chodzenie bez przerwy do kościoła to [...] zrażało.
Ale generalnie jakby to, że ktoś jest religijny - nie. Bo
"trzeba szanować różne poglądy".
Moi rozmówcy w dzieciństwie często mieli więc ambiwalentny
stosunek do religii i przejawów religijności otoczenia. Doznawali
w zetknięciu z postawami religijnymi innych z jednej strony
poczucia wyższości (racjonalistycznej: "wiedzących"
nad "niewiedzącymi"), z drugiej zaś bywali zakłopotani
obcością religijnych form:
6: Jak wchodzę do kościoła to zawsze [...] się boję tego,
że oni zauważą, że ktoś zauważy, że ja nie żegnam się tak
jak trzeba, że coś nie robię, tak jak trzeba, i że nagle stanę
się obiektem w centrum.
2: Złapałam się na tym, że jestem znacznie bardziej sztywna,
uważna i przerażona w kościele, żeby nie zrobić czegoś niewłaściwego.
Ważnym źródłem ambiwalentnych uczuć wobec zachowań religijnych
otoczenia były liczne stresy, jakie moi rozmówcy z tej grupy
przeżywali jeszcze w wieku przedszkolnym za sprawą swych katolickich
niań. W czasie spacerów z nianiami częstym przystankiem był,
między warzywniakiem i parkiem, kościół, a w czasie opowiadania
bajek częstymi dygresjami były opowieści o Chrystusie, Maryi,
a przede wszystkim o grożącym niewierzącym dzieciom i ich
rodzicom (zwłaszcza rodzicom!) piekle.
1 N: Byłam wychowywana przez niańki. [...] One mi powiedziały,
że moi rodzice [...] muszą pójść do piekła, że na to nie ma
rady. [...] Ja w końcu uwierzyłam w to. Ale powiedziały, że
jeżeli ja się będę bardzo modliła o to, żeby Pan Bóg mi przebaczył...
Ja nigdy naprawdę nie wiedziałam, dlaczego miałby mi przebaczyć,
ale się modliłam i tak.
11: Mnie wychowała moja niania. [...] Osoba, którą ja uwielbiałam.
Po drugie, moja niania nienawidziła Żydów i przez całe swoje
życie z nami przez tych dziesięć lat próbowała mnie ochrzcić.
Pyt.: A jak to wyglądało? Odp.: No, przede wszystkim tłumaczeniem
mi, że pójdę do piekła, jak nie zostanę ochrzczona. To pamiętam
od maleńkiego dzieciństwa. [...]To było straszne zupełnie.
14: Pyt.: Coś ci tłumaczyła, ta niania? Odp.: No oczywiście,
że tłumaczyła! [...] Ja się modliłam, jak małym dzieckiem
byłam. [...] Nie mogłam w tego Boga wierzyć, wiesz, w katolickiego,
bo mi rodzice mówili, że Bóg nie istniał, to ja sobie sama
takiego Boga zrobiłam, [...] się modliłam zawsze tam wiesz
przed pójściem spać. [...] Przez długie lata.
Emocjonalną siłę tej nianiowej edukacji wzmacniał fakt, że
w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jedyną religią
żywą, z którą dzieci z tych domów się stykały, była religia
katolicka. O tradycji żydowskiej i o judaizmie bezreligijni
rodzice tej grupy moich warszawskich rozmówców na ogół nie
wspominali, celebrowali natomiast często święta Bożego Narodzenia
i Wielkiej Nocy (nie w ich religijnym, lecz w tradycyjnym
aspekcie).
7: No, żeby jakieś święta żydowskie, to było po prostu nie
do pomyślenia, nie do pomyślenia. [...] Na Boże Narodzenie
zawsze siadało u nas, prawda, dwanaście osób do stołu i teraz,
tak jak patrzę na to wstecz, to prawdopodobnie dziesięć z
nich było Żydami.
Jak więc widać, przestrzeń rodzinnej pamięci i wartości była
w tych warszawskich odchodzących od żydostwa rodzinach świadomie
i nieświadomie przez rodziców manipulowana i kreowana:
2: Ciotka [poznana przez Rozmówczynię dopiero w wieku dorosłym
w Ameryce] przedstawiała dzieje rodziny, o których ojciec
bardzo dużo mówił - [...] w trochę inny sposób. Ciotka znacznie
bardziej wskazywała na żydowskość tej rodziny.
Czy lubię być Żydem?
Jaki był jednak tego przekazu psychologiczny rezultat? Jaki
był efekt wchłonięcia przez moich rozmówców tych rozmaitych
ułamkowych, a zarazem sprzecznych informacji, emocji i niedopowiedzeń
na temat historii rodziny?
Otóż zdawkowość informacji rodzicielskich o żydowskim aspekcie
historii i kultury rodziny sprawiła, że dzieci te wyobrażały
sobie, iż Żyd to taki specyficzny Polak, który różni się od
innych Polaków tym, że nie chodzi do kościoła, że niekiedy
wygląda inaczej i niekiedy ma wyróżniające go nazwisko. Treścią
ich żydostwa nie była więc świadomość przynależności do odrębnej
kultury, lecz raczej poczucie nieobecności w ich własnym życiu
pewnych elementów kulturowych bliskich Polakom. Treścią tą
bywała też świadomość własnej fizycznej odrębności i mogących
się z tym wiązać zagrożeń. Bowiem dzieci te w pewnym momencie
dowiadywały się już trochę o przedwojennym antysemityzmie
i o Zagładzie, a poza tym incydentalnie same doświadczały
kierowanych przeciwko nim antysemickich zachowań.
2: Wiedziałam, że ktoś mógł mieć wygląd lub go nie mieć,
i że od tego bardzo wiele [w czasie okupacji] zależało. I
że pan Y był bardzo odważny, bo ze swoim wyglądem chodził
[w czasie okupacji] po ulicach.
Dyskomfort tego niejasnego i w jakimś sensie negatywnego
obrazu żydostwa neutralizowany był przez elementy żydowskiej
dumy, obecne w domach tych dzieci. Neutralizowany był także
przez preferowanie tam kontaktów towarzyskich z osobami pochodzenia
żydowskiego. To jednak nie wystarczało, by dzieciom wypełnić
obraz żydostwa pozytywną treścią i pozostawiało w nich ambiwalencję
związaną z żydostwem:
8: Pyt.: Czy dla ciebie to był jakiś szok dowiedzieć się,
że jesteś Żydówką? Odp.: Ja nie byłam z tego zadowolona. Pamiętam,
że ja czasami żartowałam z rodzicami: "Ja nie chcę być
Żydówką! Może my to zmienimy!". [...] Mama powiedziała:
"Nooo, ha!ha!ha!, nie możemy tego zmienić" - ale
coś mi w tym przeszkadzało.
7: Pyt.: Jak ty zareagowałeś, jak miałeś dwanaście lat i
się dowiedziałeś [że jesteś Żydem]? Odp.: To było coś bardzo
dwuznacznego dla mnie. [...] No, bo Żydem być w Polsce nie
jest łatwo po prostu. Jest coś takiego [...] jakby się ktoś
dowiedział, że jest trędowatym. Pyt.: Dowiedziałeś się, że
jesteś trędowaty? Odp.: Chyba tak. Jakoś chyba tak. [...]
Nie właśnie w jakimś duchu wspaniałej dumy i tak dalej, tylko
wręcz przeciwnie.
Wszystko to razem, a zwłaszcza niejasna, ale jednak obecna
w umysłach tych dzieci świadomość możliwości antysemickich
zagrożeń, powodowała u nich rodzaj pewnego przewrażliwienia:
postawę jakby "przygotowania" na antysemityzm (mniej
lub bardziej świadomego), spodziewania się go. Ta postawa
była w ich psychice dość długo mało wyraźna, niekiedy prawie
intuicyjna, bardzo słabo uświadomiona. Miała w sobie jednak
duży potencjał emocjonalny, który w późniejszych dziejach
tej grupy - począwszy od 1967 roku - wyraźnie się ujawni.
10: Oni [ koledzy z podwórka] nas zaczepiali dlatego, że
my jesteśmy z tej szkoły a oni nie lubią tych, co są w tej
szkole. [...] W tych takich przepychankach słownych dość często
padało słowo "Żydzi idą" albo "Żydki".
[...] Trochę mnie to krępowało jakby, ale ponieważ to było
wymierzone po to, [...] żeby sprawić jakąś przykrość, jakby
wołali, nie wiem: "Obdartusy idą" - [... ] to poza
tym się tym specjalnie nie przejmowałem.
Ale ten sam rozmówca o sytuacji o kilka lat późniejszej powie:
10: Zaczęło mnie interesować, kto jest Żyd, a kto nie jest
Żyd [...] przede wszystkim dlatego, że w roku sześćdziesiątym
ósmym i później takie czułem zapotrzebowanie, żeby wiedzieć,
że ten mi nie powie, że: "Ty jesteś Żyd". I chyba
to była jedyna motywacja.
Hermetyczne Tepedówki
Rodzice rozmówców, o których tu mowa, obawiali się pójścia
do szkoły swoich dzieci. W czasach tych bowiem - w drugiej
połowie lat pięćdziesiątych - do szkół wprowadzono lekcje
religii katolickiej i oni niepokoili się, że ich dzieci, opuszczając
te lekcje, zostaną negatywnie wyróżnione i naznaczone. Wybierali
więc szkoły będące pod patronatem TPD (Towarzystwa Przyjaciół
Dzieci), bo tam lekcji religii nie było. Z tych samych zresztą
powodów do szkół bez religii chętnie posyłali swoje dzieci
również ci rodzice, którzy silnie identyfikowali się ze swoim
żydowskim pochodzeniem. A także polscy ateiści, głównie o
orientacji komunistycznej lub przynajmniej lewicowej.
Tacy sami
Ten szczególny rodzaj wyborów powodował, że w wielu szkołach
tepedowskich skład społeczny uczniów był nieco inny niż przeciętny,
a w niektórych tepedówkach był zdecydowanie inny. Do takich
należały trzy śródmiejskie szkoły tepedowskie: ówczesna Szkoła
Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące nr 14 im. Prezydenta
Klemensa Gottwalda (dziś im. Stanisława Staszica), ówczesna
Szkoła Podstawowa i V Liceum Ogólnokształcące TPD na ul. Parkowej
7 (późniejsza Szkoła Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące
nr 34 na ul. Zakrzewskiej 24) i ówczesna Szkoła Podstawowa
nr 43 na ul. Natolińskiej. Wśród uczniów tych szkół stosunkowo
duży był procent dzieci pochodzenia żydowskiego, ale to chyba
nie było tam najważniejsze. Najważniejsza była niespotykana
w zwykłych polskich szkołach specyficzna jednolitość społeczno-materialno-światopoglądowa
środowiska uczniowskiego: większość dzieci była tam z domów
komunistycznych często związanych rodzinnie lub środowiskowo
z komunistycznym establishmentem, dzieci te - co oczywiste
- nie chodziły do kościoła, a status społeczno-materialny
całej grupy (i dzieci pochodzenia żydowskiego, i tych, których
rodziny z żydostwem nie miały żadnych związków) był stosunkowo
wysoki, stabilny i mniej więcej wyrównany.
3: W pięćdziesiątym szóstym wprowadzono z powrotem religię
do szkół [...] w związku z tym wszyscy rodzice z okolicy,
a w okolicy było dużo domów takich i osiedli, gdzie mieszkali
działacze partyjni, pracownicy MSW itd., posłali dzieci do
tzw. szkoły TPD. [...] To była 43 Szkoła Podstawowa na tyłach
kina Luna[...] Nasza klasa była klasą A i dzieci takich bardziej
osób wybitnych czy na stanowiskach były zapraszane do klasy
A.
15: Chodziłam do "czternastki", do Gottwalda. [...]
Gottwald to była właśnie szkoła czerwonej burżuazji. [...]
W mojej klasie były, wiesz, dzieci takie same jak ja. [...]
Były dziećmi jakichś, wiesz, ministrów, [...] się między sobą
znały, jeździły też razem na wakacje.
Sytuacja owej jednolitości społeczno-materialno-światopoglądowej
tych szkół wpływała oczywiście na ich atmosferę i wyraźnie
kształtowała w dzieciach postawy, światopogląd i wizję polskiej
rzeczywistości. Wizję oczywiście fałszywą, bo sztuczny dobór
środowiska uczniowskiego sprawił, że dzieci te na ogół nie
miały pojęcia, jak bardzo ich życie różni się pod względem
społecznym i materialnym od życia przeciętnych ludzi w kraju
- a tak przecież było.
2: Przynależność do grupy uprzywilejowanej. [...] Ja myślę
- to było jakimś wyróżnikiem. Na pewno myśmy sobie wtedy z
tego nie zdawali sprawy. Pyt.: A kiedy sobie zdałaś sprawę?
[...] Na studiach? Odp.: Tak. Indywidualnie to może sobie
i wcześniej zdałam sprawę, ale że to był inny charakter całej
grupy, to dopiero później się nad tym zastanawiałam.
15: Ja chodziłam, wiesz, do tej szkoły, gdzie wszyscy byli
tacy sami [Szkoła Podstawowa i Liceum im. Gottwalda], więc
ja po prostu nie zdawałam sobie sprawy, [...] że to jest jakiś
przywilej w stosunku do dzieci wokół.
Dzieci nie zdawały sobie sprawy także z tego, jak wielkie
są różnice ideologiczne między nimi i resztą świata:
3: Pyt.: Nikt z twojego otoczenia najbliższego nie był religijny?
Odp.: U nas w klasie [w Szkole Podstawowej nr 43] był jeden
religijny chłopiec i był straszny skandal, bo ktoś mu zerwał
łańcuszek. I pani nas wychowywała w "tolerancji",
to znaczy, tłumaczyła, że w o l n o nosić krzyżyk i m o ż
n a być wierzącym. [...] Nawet jeżeli były u nas jeszcze ze
dwie, trzy osoby wierzące, to one się z tym absolutnie nie
ujawniały.
6: Pyt.: A w szkole [podstawowej nr 5, później nr 34] wszystkie
dzieci były niewierzące? Odp.: Ja nawet nie wiem, ja nie mam
pojęcia! [...] O tym się nie mówiło. [...] Jeden raz, kiedy
sprawa wiary skonfrontowała mnie, to było na kolonii [gdzie
były dzieci z innych polskich środowisk] [...] Zaczęła się
dyskusja o tym, czy istnieje Bóg, [...] i z tym takim wielkim
przekonaniem, że naturalnie nikt nie wierzy w Boga w zasadzie
i że ten koncept jest dosyć śmieszny - mniej więcej to powiedziałem.
[...] I potem [...] te kolonie moje [...] to była tortura.
[...] Jakiś chłopak przyniósł mi kota [...] i powiedział:
"Módl się do kota! Ty nie wierzysz w Boga, to pewnie
wierzysz w koty!".
Szczególna specyfika owych szkół przetrwa tylko kilka lat.
Do czasu wycofania nauki religii z polskiego szkolnictwa.
Ale w tym krótkim czasie szkoły te zdążą ukształtować kilka
roczników absolwentów, mających później odegrać istotną rolę
w życiu warszawskich elit młodzieżowych. Dlatego właśnie szkoły
te są przedmiotem niniejszych rozważań.
Wzmocnienie przekazu rodzicielskiego
Fałsz ówczesnego doświadczenia społecznego dzieci z omawianych
tepedówek wzmacniany był przez brak konfliktu między wizją
świata i wartościami otrzymywanymi przez nich w domu oraz
tymi, które głoszone były przez szkołę i oficjalną propagandę.
Komunistyczno-patriotyczny etos wynoszony z domu harmonizował
z ideologiczną wykładnią szkolno-propagandową nawet wtedy,
gdy kłócił się z peerelowską praktyką realnego socjalizmu
(w interpretacji bowiem wielu rewizjonistycznie już wtedy
nastawionych rodziców moich rozmówców niespójność peerelowskiej
rzeczywistości z ideologią komunistyczną wcale tej drugiej
nie podważała, przeciwnie, tym bardziej zachęcała do twórczego
wcielania ideałów komunistycznych w życie).
Ten harmonijny obraz świata dawał moim rozmówcom ze śródmiejskich
tepedówek poczucie bezpieczeństwa i komfort zadomowienia w
otaczającej rzeczywistości - komfort raczej mało znany innym
ich rówieśnikom. Dla tych ostatnich bowiem podstawowym doświadczeniem
społecznym była właśnie niezgodność między domowymi i szkolnymi
informacjami i wartościami. Niezgodność, która z jednej strony
skłaniała do nieufności i dojrzałego rewidowania otrzymywanych
informacji, z drugiej jednak powodowała niepewność i uczyła
jeżeli nie konformizmu, to przynajmniej ostrożności społecznego
reagowania.
Ciekawe jest, że kiedy moi rozmówcy śródmiejscy zaczęli dojrzewać
i coraz wyraźniej dostrzegać otaczające ich szkolno-propagandowe
kłamstwo, to wyniesiona z domu i wzmocniona przez szkołę dotychczasowa
generalna akceptacja społecznej rzeczywistości nie tylko nie
osłabiała ich negatywnej reakcji, lecz przeciwnie, dawała
głęboką motywację do niezgody na oddalenie peerelowskiej rzeczywistości
od jej ideowych założeń.
33: I tam [...] właściwie pierwszy raz w życiu ja się zetknęłam
z nieprawdopodobną zupełnie biedą, z tym całym, wiesz, okłamywaniem
nas - znaczy ja mówię o tych nas, [...] którzy się wychowali
w rodzinach komunistyczno-socjalistycznych - że wiesz, robotnikom
jest lepiej. No, bo myśmy tam zaczęli organizować drużynę
w rodzinach, które mieszkały w jednopokojowych mieszkaniach
z siedmiorgiem dzieci i [...] [gdy te dzieci] przychodziły
do mnie do domu, to one nie wiedziały, co to jest masło.
Podstawą tego poczucia oczywistości odruchu reagowania na
zło i związanego z tym poczucia moralnej racji i siły było
niewątpliwie owo zadomowienie w świecie u moich rozmówców,
zadomowienie wynikające z długotrwale doświadczanej przez
nich harmonii między rodzinnym i szkolno-propagandowym systemem
wartości. Związek ten znakomicie opisuje Adam Michnik w rozmowie
z Danym Cohn-Benditem (Pewien polski etos. Rozmowa Dany Cohn-Bendita
z Adamem Michnikiem, "Kontakt" 6/1988, s. 34-35):
"To było bardzo paradoksalne, ale należałem do komunistów
w sześćdziesiątych latach. Uważałem, że komunistyczna Polska
to moja Polska. Czego ja się w niej miałem bać? Uważałem,
że komunista to taki człowiek, który jak widzi zło, to ma
mówić o nim prawdę. [...] W normalnych polskich domach mówiono
dzieciom, że tu jest sowiecka okupacja i że na każde ich nieostrożne
słowo czeka szpicel. W związku z tym [...] te dzieci się bały,
bo wiedziały, czego mają się bać. A ja nie wiedziałem, że
mam się bać. [...] Wstawałem na przykład w szkole i mówiłem:
skoro komunista ma mówić prawdę, to dlaczego my nie mówimy
o tym, co stało się w Katyniu".
Specyficzny Polak
Wartością, która najbardziej, jak się wydaje, została w dzieciach
ze śródmiejskich tepedówek wzmocniona przez oddziaływanie
szkolne (a u niektórych też harcerskie), była identyfikacja
z polskością. Wyniesione z domów emocjonalne poczucie tych
dzieci, że są Polakami (jakkolwiek wiele z nich już o swoim
żydowskim pochodzeniu wiedziało), szkoła wypełniała wieloma
treściami łączącymi wartości socjalistyczne z elementami tradycji
narodowej (często romantycznymi).
2: Czy w ogóle było coś takiego jak: "Polska"?
[w szkolnym i harcerskim wychowaniu] [...] Odp.: Na pewno
była. [...] To znaczy gdzieś w kontekście, nie wiem, słusznej
rewolucji. [...] W podstawówce [...] dyskutowaliśmy, czy Staś
był szlachetny, czy powinien zabić lwa, [...] pisaliśmy jakieś
tam wypracowania o pomniku Chopina, oczywiście wzruszaliśmy
się muzyką Chopina, czuliśmy się narodem wybranym jako Polacy,
ponieważ Chopin był Polakiem. [...] Na pewno utożsamialiśmy
się z polską kulturą. Z Mickiewiczem, Słowackim, absolutnie
tak.
6: Koncept polskości naturalnie bardzo istniał. Jak byłem
w szkole - trudno wychować się w kraju nie przywiązując do
tego konceptu poważnej wagi. Natomiast koncept żydowskości
w ogóle dla mnie nie istniał.
3: [W harcerstwie] żeśmy się bardzo dużo Powstaniem Listopadowym
zajmowali. [...] Ale [...] znacznie więcej się zajmowaliśmy
teatrem "Czerwona Latarnia" i felietonami, które
pisał Szenwald do gazety I Armii WP. W moim odczuciu, tak
jak teraz myślę, to te wzorce, te lektury, to wszystko razem,
to harcerstwo - to jakoś współgrało. I myśmy po prostu uważali,
że należy walczyć o to, co jest słuszne.
Ów bezreligijny i komunizujący patriotyzm stawał się dla
tych dzieci nie tylko wartością bezkonfliktową, ale w jakimś
sensie jedyną i oczywistą formą wyrażania uczuć patriotycznych.
2: Pyt.: Zanim się okazało [że koledzy szkolni są pochodzenia
żydowskiego], czy ty miałaś poczucie, że to są Polacy? Odp.:
Tak, oni wszyscy kochali literaturę polską, rodzice byli wykształceni,
chyba tak. Myślałam, że oni są tacy ludzie jak inni, wszyscy
tacy są.
Dzieci te oczywiście nie miały również pojęcia o swojej kulturowej
odrębności. Tę odrębność dobrze charakteryzuje Adam Michnik
w przywoływanej już rozmowie z Danym Cohn-Benditem (str. 34):
"Moja biografia nie jest typowa dla Polaków. Pochodzę
z rodziny całkowicie spolonizowanych Żydów, którzy polonizowali
się przyjmując komunizm. Był to rodzaj czerwonej asymilacji
i dlatego ja, mając klasyczne emocje narodowe Polaka, nie
miałem klasycznego odwołania do narodowych symboli. Normalnie
w polskiej rodzinie młodego chłopca prowadzono do kościoła
katolickiego. Ja byłem wychowany w sposób całkowicie bezreligijny.
Zwykle domową legendą był udział w antyhitlerowskiej Armii
Krajowej albo w jakichś powstaniach narodowych. Ja tego w
sposób tak ścisły w domu nie miałem".
Dopiero w kilka lat po opuszczeniu hermetycznych tepedówek
moi rozmówcy zaczynali pojmować skalę owej odrębności:
2: Dopiero dużo później [na studiach] zdałam sobie sprawę,
w jak dziwnym środowisku żyłam. [...] Dopiero wtedy zaczęłam
bywać w takim środowisku, że jak wyjeżdżasz, to ludzie w niedzielę
idą do kościoła [...] albo w Wigilię lub pierwszy dzień świąt
trzeba być w domu, bo się obchodzi. [...] Ja sobie zdałam
sprawę w pewnym momencie, gdzieś tam między szkołą średnią
a początkiem studiów, że [...] nie znam tych tradycji, nie
obchodzę imienin, nie dzielę się opłatkiem. [...] Aż gdzieś
tam w okresie studiów zrozumiałam, że się bardziej różnię
od większości ludzi.
3: Jeszcze się okazało [na studiach], że jednym z moich problemów
[...] z literaturą było to, że ja nie rozumiałam literatury,
ponieważ za mało byłam wychowana po katolicku. Pyt.: Ale czego
nie rozumiałaś? Odp.: Wszystkiego! Ja nie znałam Biblii. A
co możesz zrozumieć z literatury polskiej, jak nie jesteś
wychowana po katolicku?
2: Na pewno była dla mnie pewnym szokiem taka informacja,
którą kiedyś dostałam [...] gdzieś na studiach, że były drużyny
harcerskie, o których wszyscy mówią pozytywnie, a które były
oparte na w gruncie rzeczy na takim tradycyjnym polskim katolickim
systemie wartości. Pamiętam, [...] że coś mnie uderzyło w
tym zupełnie odmiennego.
Dzieci te nie zdawały sobie też sprawy z tego, z jakimi problemami
borykali się inni ich rówieśnicy pochodzenia żydowskiego -
ci żyjący w innych środowiskach:
2: Pamiętaj, że ja nie miałam tego problemu, który wszystkie
inne dzieci [pochodzenia żydowskiego] miały, że jak jechały
na kolonie, to tam w niedzielę szli wszyscy do kościoła, a
one nie. A ja byłam zawsze w takim środowisku, że nikt nie
szedł do kościoła.
Brak poczucia odrębności, zadomowienie w otaczającym świecie,
identyfikacja z propagandowo-szkolną interpretacją rzeczywistości
- wszystko to sprawiało, że moi chodzący do śródmiejskich
tepedówek rozmówcy nie odczuwali zbyt boleśnie drobnych antysemickich
incydentów, jakich każdy z nich w okresie swojego dzieciństwa
jakoś doświadczył. Owszem, w tyle głowy mieli owo "przygotowanie"
na antysemityzm, o którym wspominałam, ale w tym okresie niepokój
ów pozostawał ciągle jeszcze w podświadomym tle. Specyfika
bowiem ich jednolitego ideologicznie i społecznie otoczenia
- otoczenia, w którym przy dużej liczbie osób pochodzenia
żydowskiego (o czym dzieci te nie myślały czy nawet nie wiedziały)
oczywista była silna polska identyfikacja, w którym deklarowano
szacunek dla odmienności religijnych i światopoglądowych,
gardzono rasizmem oraz preferowano postawy ateistyczne - sprawiała,
że moi chodzący do śródmiejskich tepedówek rozmówcy mogli
mieć poczucie, iż antysemityzm jest zjawiskiem od nich dalekim,
bo istniejącym tylko w kręgach nacjonalistycznych, ksenofobicznych
i dewocyjnych, a z tymi dzieci te na co dzień się nie stykały.
I nawet jeśli Polska dewocyjna i nacjonalistyczna wkraczała
czasami w ich życie - w postaci kontaktu z gosposiami, na
podwórku, na koloniach czy w innych przypadkowych miejscach
- to środowiskowo była dla nich daleka, światopoglądowo zaś
anachroniczna, obca, a więc podświadomie choćby uważana za
gorszą i niezbyt ważną.
I dlatego właśnie w małym tylko stopniu zagrażającą. Im i
ich poczuciu polskiej identyfikacji.
Trudne interakcje
Wspomniałam wyżej, że do tepedowskich szkół chętnie posyłali
swoje dzieci również ci rodzice, którzy silnie identyfikowali
się ze swoim żydowskim pochodzeniem. Dali oni swoim dzieciom
w domu przekaz bardzo wyrazisty: "Jesteśmy Żydami",
"Jesteśmy polskimi Żydami" lub "Jesteśmy Żydami
mieszkającymi w Polsce". To wywoływało w dzieciach silne
i jasno uświadomione poczucie żydowskiej odrębności.
16: Pyt: I pan zawsze wiedział, że pan jest Żydem? Odp.:
Zawsze. [...] Ja byłem Żydem, który mieszkał w Polsce [...]
i jednocześnie się nigdy nie uważałem za Polaka, w związku
z tym miałem bardzo uregulowany stosunki, że tak powiem. Pyt.:
Z żydostwem? Odp.: I z żydostwem, i z polskością.
17: Miałam żydowskie nazwisko, poza tym wyglądałam jak "czech"
(trzech). Nie jedna Żydówka, tylko trzy.
W omawianych tepedówkach dzieci takich było stosunkowo mało,
ale ich obecność była zauważalna. Zwłaszcza dla tych rówieśników,
którzy pochodzili z domów separujących się od żydostwa. W
nich te dzieci "bardziej żydowskie" budziły uczucia
ambiwalentne. Wprawdzie rodzice tych "bardziej żydowskich"
dalecy już byli (na ogół) od żydowskiej religii, posługiwali
się zazwyczaj w życiu codziennym językiem polskim, a postawy
tych rodziców często były podobne do postaw rodziców dystansujących
się od żydostwa (niechęć do religijności, akceptacja - na
ogół - socjalistycznych przemian, i wreszcie pamięć Zagłady
przekazywana często jako główny element identyfikacji z żydostwem),
a mimo to moim "dalekim od żydostwa" rozmówcom bliżej
było do dzieci polskich ateistów niż do tamtych dzieci. Te
"żydowskie" je peszyły. Peszyły swoim poczuciem
odrębności, swą wyrazistą żydowskością przejawiającą się czasem
w wyglądzie, czasem w jakiejś szczególnej specyfice sposobu
bycia czy mówienia, a czasem w lekko zaznaczającej się różnicy
klasowej (ich rodzice nie byli tak bliscy komunistycznego
establishmentu jak rodzice dzieci "mniej żydowskich").
Te "bardziej żydowskie" peszyły też formułowanymi
wobec tych "dalekich od żydostwa" zarzutami:
6: Były rozmowy [krytyczne z "żydowskimi" kolegami],
że zawsze we mnie coś było nieżydowskiego.
Wzajemnym przyjaźniom jednych i drugich dzieci niechętni
byli też rodzice. Ci separujący się od żydostwa zbyt dużo
wysiłku włożyli w swoją własną asymilację (często jeszcze
przed wojną z trudem wyrywając się z zamkniętych tradycyjnych
żydowskich środowisk), by teraz spokojnie patrzeć, jak ich
dziecko zaprzyjaźnia się z kimś, kto może je zachęcić do jeżdżenia
na żydowskie kolonie, uczenia się żydowskich piosenek i definiowania
swej etnicznej odrębności:
2: Moi rodzice byli przeciwnikami takich stowarzyszeń [jak
TSKŻ], w których się wyróżniasz jako Żyd. Bardzo zresztą z
tego powodu źle patrzyli na moją przyjaźń z XY. [...] Mama
po prostu nie znosiła, nie wiem czy XY, ale na pewno tej jej
przyjaźni, bo się bała, że mnie ktoś wciągnie na jakąś okropną
żydowską drogę.
4: W pewnym momencie [...] powiedziałam ojcu, że chciałabym
pojechać na obóz TSKŻ. [...] I ojciec się wtedy bardzo zdenerwował
na mnie i powiedział, że ja do TSKŻ nie będę jeździła, że
my mieszkamy w Polsce i jesteśmy tacy jak wszyscy inni ludzie
i w związku z tym nie będziemy się separować i należeć do
jakiejś innej grupy.
Rodzice dzieci "żydowskich" też nie byli tymi przyjaźniami
zachwyceni. Środowisku "dalekich od żydostwa" nie
szczędzili złośliwych komentarzy:
18: Moja mama zawsze się śmiała, bo miała taką znajomą, która
się nazywała Sara Kowalska: "Ona jest Kowalska, ale dlaczego
Sara?".
7: Ja coś jej powiedziałem [matce "żydowskiej"
koleżanki], że jestem Polakiem. To ona mi powiedziała: [...]
"Trzeba sobie było nos też zmienić!".
Tym, co było jednym z podstawowych elementów poczucia odrębności
dzieci "bardziej żydowskich" i co budowało dystans
między nimi i dziećmi "dalekimi od żydostwa", było
świadome spodziewanie się przez te pierwsze, "żydowskie",
antysemityzmu.
19: Pyt.: A przyjaźniłeś się z jakimiś Polakami? Odp.: [...]
Tak, tylko że ja stawiałem tę sprawę dosyć wcześnie. [...]
Po wczesnym etapie znajomości mówiłem otwarcie, że [...] "ja
jestem Żydem, [...] jeśli ci przeszkadza, [...] no to nie
angażujmy się bardziej".
Znajomość tragicznej historii rodziny oraz sporadycznie doświadczane
antysemickie przykrości powodowały rozwijanie się w wielu
tych dzieciach "żydowskich" (w miarę ich dojrzewania)
poczucia, że Żyd to jest ktoś, kto prędzej czy później może
spotkać się z niechęcią otoczenia. Ten rodzaj uwrażliwienia
przypominał trochę owo "przygotowanie" na antysemityzm,
którego doświadczały dzieci z rodzin dalekich od żydostwa,
ale w ich psychice to "przygotowanie" było w okresie
szkolnym tylko drobnym, na pół uświadomionym elementem. Tymczasem
u tamtych, "żydowskich", stanowiło figurę niezwykle
wyraźną, często będącą jakby jednym z głównych wyznaczników
ich żydostwa.
16: Nigdy nie było tak, że moi koledzy na podwórku mogli
o mnie myśleć, że ja jestem jednym z nich. [...] Ja się przyzwyczaiłem,
a potem to już... [...] brak akceptacji był stanem normalnym.
Pyt.: Aha, czyli oczekiwał pan braku akceptacji? Odp.: [...]
Na pewno byłem tak wychowany.
Tak więc dzieci "bardziej żydowskie" nie mogły
- tak jak te "dalekie od żydostwa" - o Polakach
czy o polskim społeczeństwie w sposób bezwarunkowy mówić:
"My". Nie mogły, mimo że dla jednych i dla drugich
Polska była czymś, co całkowicie dotyczyło ich życia. To było
życie na ogół w jedynym kraju, który te dzieci wtedy znały,
na ogół w jedynym języku, który znały, to były polskie gazety,
polska kultura i polscy koledzy przede wszystkim. Czy jednak
była taka społeczność, z którą te "bardziej żydowskie"
dzieci mogły identyfikować się w pełni? Czy dzieci te mogły
o sobie powiedzieć: "My, Żydzi", prawie nie mając
na co dzień kontaktu z życiem żydowskim, poza swoją wąską,
małą rodziną uratowaną z Zagłady i poza żydowskimi znajomymi
rodziców: ludźmi z innego pokolenia, trochę z innego świata,
źle często mówiącymi po polsku, czasem nieco egzotycznymi?
18: Oni [ojciec i jego znajomi] przechodzili bardzo często
na żydowski, żeby mogli sobie na spacerek pójść i sobie rozmawiać
[o polityce] [...] i - "pszy, pszy, pszy-pszy, pszy,
pszy, słyszałeś o tym, słyszałeś o tym?".
Wydaje się, że identyfikacja z tą trochę egzotyczną etnicznością
również była dla tych dzieci trudna. I jeśli nawet przeżywały
one niekiedy momenty, w których miały poczucie, że odnajdują
swą grupową identyfikację, to było to przy okazji jakichś
imprez żydowskich i na ogół nie trwało długo. Zazwyczaj dzieci
te identyfikowały się po prostu ze swoją rodziną.
17: Ponieważ uczęszczałam z rodzicami na [...] wszystkie
uroczystości, jakie były pod Pomnikiem [Bohaterów Getta] [...]
- tak, że ja wiedziałam, że ja coś należę do jakiejś innej
grupy.
Ale w innym miejscu ta sama osoba powie:
17: Ja nie wiem [...] czy ja w ogóle [...] mogłam się rozeznać
w jakiejś grupie narodowościowej. Widziałam tylko technicznie,
że ja nie chodziłam do kościoła, że ja nie miałam komunii,
że nie robię modlitwy wieczorem, [...] że to jest inny klan
niż Polacy. To wszystko, że rodzina zginęła, że żyjemy na
grobach, że tata płacze w nocy, [...] że nie wychodzi na miasto
bez kanapki w kieszeni, to ja wiem, to ja wiedziałam, rozumiesz?
Ale ja nie należałam do żadnej grupy. [...] Należałam do mojej
rodziny.
Tutaj jednak pragnę bardzo mocno podkreślić,
że opisana wyżej samotność społeczno-tożsamościowa dzieci
"bardziej żydowskich" dotyczyła tylko jednego problemu:
ich żydostwa. Problem ten jednak w okresie, gdy dzieci te
miały 12-13 lat (a często i później) bynajmniej nie dominował
w ich psychice, a poczucie żydowskiej odrębności nie uniemożliwiało
tym dzieciom uczestniczenia w życiu pozostałych rówieśników.
Wszystkie dzieci chodzące wtedy do śródmiejskich szkół wchodziły
ze sobą w różne koleżeńskie, głębokie często związki i jedynie
z powodu tematu niniejszego tekstu problem żydowski został
tu wyizolowany z szerszej gamy problemów wieku dziecięco-młodzieńczego
moich rozmówców:
16: Ja raczej... byłem w dużej części
czasu zajęty zupełnie innymi sprawami. Nie tym, że jestem
Żydem.
20: W szkole średniej to ja miałem inne
zmartwienia. Jak każdy chłopak w szkole średniej [...] to
miałem takie zmartwienia, żeby cnotę stracić jak najszybciej.
[...] To jest taki temat tej naszej rozmowy [żydostwo], ale
w gruncie rzeczy to budzi się we mnie właśnie taki wewnętrzny
bunt, bo ja naprawdę nie potrafiłbym [...] zakwalifikować
[...] ilościowo tej przestrzeni, jaką w moim środowisku życiowym,
w mojej osobowości te sprawy [żydostwa] zajmowały.
Mimo że ostatni rozmówca ani nie jest
z Warszawy, ani ze szkoły TPD, to zdecydowałam się przytoczyć
tu jego opinię, gdyż wydaje mi się, że wielu warszawskich
rozmówców chętnie by się pod jego słowami podpisało.
Licealiści - nowe tereny zadomowienia
Przenieśmy się teraz o kilka lat później,
gdy opisane wyżej dwunasto-, trzynastolatki przechodzą do
liceów - dobrych śródmiejskich liceów - i spotykają tam rówieśników
z różnych środowisk, często o orientacji innej niż lewicowa,
z odmienną tradycją rodzinną i odmiennym systemem wartości.
Jak reagują na te konfrontacje? I co się wtedy dzieje z ich
komfortowym poczuciem zadomowienia w świecie, w które tak
hojnie wyposażyły je ich hermetyczne tepedówki?
Klub Poszukiwaczy Sprzeczności
Oczywiście konfrontacje z różnymi systemami
wartości i z innymi, niż zdobywane dotąd, informacjami, przyspieszały
proces dojrzewania społecznego absolwentów tepedówek. Ale
przyspieszały go, jak się wydaje, dosyć bezboleśnie. Bo w
tym okresie, w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, znaleźli
oni w śródmieściu Warszawy ciekawe i niezwykle ambitne intelektualnie
międzylicealne środowisko, które w jakimś sensie przedłużyło
im ów stan poczucia zadomowienia w świecie. Mowa tu o Międzyszkolnym
Klubie Dyskusyjnym, założonym przez Adama Michnika i jego
kolegów w 1962 roku, a zlikwidowanym przez władze latem w
1963 roku. Miejsce to znane było też jako Klub Poszukiwaczy
Sprzeczności lub, jeszcze bardziej, jako Klub Michnika.
21: Potocznie się mówiło o nim "Klub
Michnika", co wielu z nas dosyć złościło. [...] Ale ja
myślę, że to było zupełnie naturalne. Właściwie to było, to
był jego produkt naprawdę. On to wszystko wymyślił i zorganizował
i przeprowadził. Oczywiście to, że potem tam dobiło, dobijało
ciągle mnóstwo ludzi, którzy jakoś to, w to coś wkładali,
nic nie zmieniało faktu, że, że on to stworzył.
Klub to była zróżnicowana, okołostuosobowa
grupa licealistów chodzących do różnych szkół i reprezentujących
rozmaite, na pewno niejednorodne postawy. Ponadto środowisko
to nie oferowało swoim uczestnikom tej zafałszowanej wizji
świata, jaką rysowały przed nimi hermetyczne tepedówki, lecz
przeciwnie, zasadzało się na pasji poznawania prawdy społecznej
i zdobywania zakazanych cenzurą informacji. W jaki więc sposób,
mimo tych różnic, grupa ta mogła dać swoim uczestnikom owo
bezpieczne poczucie zadomowienia w świecie? Poczucie pełnej
przynależności do świata i prawa do jego poprawiania?
21: Wszędzie szukaliśmy dziury w całym.
[...] Wychodziliśmy od pewnych oczywistości, które się okazywały
właśnie po bliższym poznaniu nie tak znowu oczywiste. [...]
Słuchaliśmy radia i kwestionowaliśmy, słuchaliśmy tego i kwestionowaliśmy,
czytaliśmy gazety i znowu nam się coś nie podobało.
Na to, że owo poczucie podmiotowości
dostępne było uczestnikom klubu, złożyło się parę powodów.
Po pierwsze, w klubie mimo jego zróżnicowania dominowały jednak
indywidualności reprezentujące postawy charakterystyczne dla
hermetycznych tepedówek, tak więc podstawowym fundamentom
światopoglądowym ich absolwentów nic nie zagrażało:
21: Materializm naukowy [...] to było
coś, [...] co [...] ludzie, którzy tam [w Klubie Poszukiwaczy
Sprzeczności] dominowali, wynieśli z domu. [...] Cała nauka
stała na tym marksizmie, że nawet nam nie przychodziło do
głowy, że może być inaczej. [...] Odbywały się jakieś kłótnie
między ludźmi, którzy patrzyli troszeczkę inaczej na rzeczywistość,
właśnie w mniej materialistyczny sposób. Pamiętam, że mieliśmy
spotkanie z KIK-owską młodzieżą - tam nie mogło być żadnej
dyskusji w gruncie rzeczy, bo oni swoje, a my swoje.
Po drugie, młodzież ta swoim temperamentem
intelektualnym zafascynowała i przyciągnęła do współpracy
profesorów uniwersyteckich, pisarzy, publicystów i artystów,
co w sposób naturalny uczyniło z tej półformalnej grupy licealnej
warszawską elitę młodzieżową, a przynależność do elity wzmacnia
zazwyczaj poczucie zadomowienia w świecie.
7: Dyskutowaliśmy z jakimiś profesorami.
Oni przecież tam ciągle sprowadzali profesorów z uniwersytetu...
poważne rozmowy i to szalenie... Między innymi przez to, że
ta atmosfera była taka snobistyczna, to oczywiście chciało
się w jakiś sposób należeć i chciało się być kimś, co miało
niesłychanie taki wpływ właśnie pobudzający do tego, żeby
więcej czytać, żeby więcej wiedzieć, żeby się orientować,
kto jest kto, co się... żeby wiedzieć o historii.
Po trzecie, wykłady, prelekcje i seminaria
w klubie - niecenzuralne, naznaczone demokratycznym fermentem
ówczesnych środowisk intelektualnych Warszawy i popaździernikową
dyskusją o lewicy - niosły w sobie na ogół przesłania rewizjonistyczne,
których charakter korespondował z postawami wyniesionymi przez
moich rozmówców z ich domów i ze środowiska uczniowskiego
hermetycznych tepedówek.
22: To na pewno nie było: "obalić
system" itd., [...] to była kwestia raczej poprawy systemu
socjalistycznego niż, wiesz, obalenie. Większość, może nie
wszyscy, naiwnie wierzyła, że można poprawić.
21: Dlatego byliśmy tacy nieprawomyślni,
bo myśmy jednak byli już zarażeni tym rewizjonizmem. [...]
Te tęsknoty za Październikiem, już kult Października zdecydowany
i tego wszystkiego, co się działo w Październiku, i kult ludzi,
którzy wyszli z czystymi rękoma.
Poza tym owo poczucie zadomowienia być
może nie ogarniało w równym stopniu całej stuosobowej grupy,
tylko dużą jej część. A ponadto była w tym jakaś dynamika:
23: Gdzieś na końcu szkoły średniej
ja się oddaliłem od nich. Ponieważ oni byli wszyscy rewizjoniści,
a ja [...] doszedłem do wniosku, że w ogóle nie chcę żadnego
socjalizmu.
I wreszcie jakimś czynnikiem wpływającym
na tę bezpieczną atmosferę było usytuowanie rodzinno-społeczne
części osób ze środowiska klubu:
24: W tych wszystkich rodzinach, czy
prawie wszystkich rodzinach, jednak istniał mit zaangażowania.
[Ojciec], mimo że on tak niby był przeciwko temu, co myśmy
tam [...] zaczynali wyprawiać, [...] ale on był z takich ludzi,
co to uważa, że młodzież musi być w opozycji, młodzież musi
działać. [...] Więc on był [...] taki dumny z tego, że tutaj
właśnie rośnie takie coś podobnego. [...] Wielu moich [kolegów
ze środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności] [...] to były
dzieci przyjaciół i towarzyszy mojego ojca sprzed wojny. [...]
Ojciec strasznie się też wzruszał, jak oni przychodzili.
25: To było środowisko takich dzieci
czerwonej burżuazji, szczególnie takiej czerwonej burżuazji
trochę w odstawce. [...] W bardzo dużej większości tak zwani
rewizjoniści, to znaczy ludzie, którzy mieli sami jakieś przywiązanie
do socjalizmu. Pyt.: Te dzieci? Odp.: [...] Tak. Na pewno.
Aczkolwiek właśnie takiego opozycyjnego socjalizmu. [...]
Wszyscy byli bardzo krytycznie nastawieni w stosunku do stalinizmu,
w stosunku do... no, właściwie takiej tej gomułkowskiej Polski
już właściwie też. Propaździernikowo bardzo.
9: Byłam regularnie zapraszana na te
prywatki [środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności]. [...]
To były dzieci uprzywilejowane. Na pewno, tak, tak, "czerwona
kanapa". [...] W pewnym sensie tam byłam też taki trochę
odszczepieniec, bo ja nie byłam "czerwona kanapa":
[....] moi rodzice nie byli wysokimi funkcjonariuszami partyjno-rządowymi,
[...] nie jeździłam do rządowych domów na wczasy. [...] Ani
mnie, ani im to chyba nie przeszkadzało. [...] Pyt.: Z czego
wynika, że ta grupa nie była bardzo zamknięta? Odp.: Na pewno
nie była bardzo zamknięta.
Kolonie żydowskie
Jak natomiast owo przejście do liceów
przeżyły dzieci "bardziej żydowskie", które nawet
w hermetycznych tepedówkach odczuwały swoją odrębność? Otóż
mniej więcej wtedy właśnie, gdy dzieci te wkraczały w wiek
licealny, otworzyła się przed nimi nowa możliwość identyfikacji:
identyfikacji z rówieśnikami jeżdżącymi na żydowskie kolonie
i obozy oraz chodzącymi do młodzieżowego żydowskiego klubu
Babel na ul. Nowogrodzkiej 5.
Kolonie żydowskie (organizowane w latach
1958-1967 przez TSKŻ przy pomocy Jointu - American Jewish
Joint Distribution Committee, żydowskiej organizacji charytatywnej)
przeznaczone były i dla starszych, i dla młodszych dzieci.
Ale w pamięci większości moich rozmówców pozostały przede
wszystkim jako doświadczenie wieku licealnego. Na czym "żydowskość"
tych kolonii i obozów polegała? Sądząc z relacji moich rozmówców,
głównie na tym, że były tam same żydowskie dzieci lub młodzież
(czasem z powodów koleżeńskich zjawiał się jakiś polski "kolonista")
i że wychowawcy uczyli tam żydowskich piosenek, zaznajamiali
uczestników z elementami kultury jidysz i historii Żydów.
26: Pamiętam lekcje żydowskiego, na
które ludzie chętnie chodzili.
8: Były piosenki żydowskie, były piosenki
rosyjskie. [...] Mnie się podobało nauczyć się tańczyć horę.
26: Pyt.: Na tym obozie wisiała polska
flaga? Odp.: Tak. Pyt.: [...] I na apelu się śpiewało hymn
polski? Odp. [...] Śpiewało się żydowski hymn o "kolonistach".
[...] Ja nie znam żydowskiego, ja tylko pamiętam pierwsze
trzy słowa [...] Kolonistn zajnen mir [Jesteśmy "kolonistami"
(jid.).] [...] Pyt.: A czy wiesz, jaka była jego treść? [...]
Odp.: Nigdy nie wiedziałam. I śpiewałam to jak małpa. [...]
To były rzeczywiście polskie kolonie, z tą różnicą, że były
na nich żydowskie dzieci.
Ogólnopolski charakter tych obozów i
kolonii, to, że dzieci z Warszawy spotykały się tam z dziećmi
z Dolnego Śląska, Łodzi i Szczecina, powodował konfrontacje,
w wyniku których "koloniści" z Warszawy okazywali
się często dużo mniej "żydowscy" niż ich pozawarszawscy
rówieśnicy (zwłaszcza ci, którzy chodzili do żydowskich szkół
i towarzysko byli oddzieleni od polskiego świata). W dzieciach
z Warszawy wywoływało to rozmaite uczucia:
18: Była cała grupa, bardzo silna taka,
bliska, wiesz, z Łodzi. Oni mieli żydowską szkołę. [...] Ja
się pytałam, [...] czy się uczą historii literatury [żydowskiej].
Powiedzieli: "Tak. Co za pytanie?". I ja mówię:
"I ty możesz czytać Pereca po żydowsku?". Oni mówią:
"Tak".
27: W pewnym sensie zazdrościłam im
[młodzieży z Łodzi, Wałbrzycha], bo [...] oni mieli środowisko.
[...] To była grupa, która była zżyta ze sobą. Ja nie miałam
takich, moje kontakty były to [...] osoby porozrzucane po
różnych dzielnicach, z którymi ja się rzadko widywałam.
Specyfiką tych obozów i kolonii było
także to, że przyjeżdżali na nie zwykle co roku ci sami uczestnicy,
co owocowało wieloletnimi przyjaźniami i bogatym życiem uczuciowo-erotycznym.
Poza tym panowała tam szczególna, bardzo ciepła atmosfera,
stosunki wychowawców z "kolonistami" były niezwykle
serdeczne, a dyscyplina zdecydowanie luźna.
28: Miałam takie właśnie poczucie, że
wszyscy wszystkich lubią.
29: Myśmy się czuli wszyscy jak jedna
wielka rodzina. Dosłownie, jak rodzina! Że to nie było, nie
była kolonia, to nie był jakiś obóz, to była rodzina.
30: Właściwie największe napięcia były
erotyczne, ludzie się spotykali, świetnie było. To były, wiesz,
romanse były jakieś takie międzymiejskie, wiesz, o wiele bardziej
romantyczne niż lokalne znajomości, wiesz... Wspaniała rzecz.
Wszystko to oczywiście wytwarzało szczególne
więzi, tym bardziej że koloniści mieli poczucie wyjątkowości
swoich wakacji.
30: Te obozy to była rzecz bez precedensu.
[...] Myśleliśmy czasami, czy ludzie z podobnych polskich
środowisk mieli szansę być na takich obozach? [ogólnopolskich
i powtarzających się co roku] [...] Nawet obozy na skalę krajową
[dla polskiej młodzieży] były robione na zasadzie ludzi, którzy
śpiewają w chórach albo ludzi, którzy grają na instrumentach.
A to było, wiesz, [...] towarzystwo na zasadzie etnicznej
chyba tylko zbierane.
Ta sytuacja w sposób naturalny wpływała
na tożsamość jeżdżącej tam młodzieży. Kilkutygodniowe przebywanie
wśród samych Żydów - Żydów świadomych swojego żydostwa i skłonnych
do jego ekspresji - było bardzo ważnym doświadczeniem tożsamościowym,
zwłaszcza dla uczestników z Warszawy.
8: Pamiętam, byliśmy w Gdańsku na jakiejś
wycieczce. [...] Na środku ulicy ktoś zaproponował: "Chodźcie,
zatańczymy horę". Ja się nie bardzo swobodnie z tym czułam.
[...] Nie widziałam potrzeby, żeby tak demonstrować to.
31: Pyt.: Wyście śpiewali te żydowskie
piosenki? Odp.: Tak, tak. Bardzo często było tak, że na przykład
szliśmy na plażę i na plaży robiliśmy takie koło, wiesz, i
śpiewaliśmy, [...] i ludzie przychodzili i słuchali, bili
brawo, wiesz. I nigdy nie przypominam sobie, żeby był jakikolwiek,
wiesz, jakiś incydent, żeby ktoś coś powiedział.
Bardzo ważnym doświadczeniem było też
odczucie grupowego bezpieczeństwa wobec reakcji antysemickich.
17: Graliśmy w siatkówkę i kilka rodzin,
które tam leżały z boku, były bardzo zdenerwowane, że [...]
jesteśmy głośni trochę. [...] Zaczęli na nas wrzeszczeć, żebyśmy
się przenieśli [...] do tej zasranej Palestyny. [...] Gdybym
była sama, pewno bym to strasznie przeżyła. [Ale] byłam z
grupą ludzi, którzy się nawet nie popatrzyli na tego człowieka.
To grupowe poczucie siły przybierało
też niekiedy formy prowokacji.
32: W tym Poroninie [...] zdarzały się
też takie historie, że jacyś miejscowi młodzi ludzie po prostu
robili normalne napady [na żydowskie kolonie]. [...] Jak się
szło niedużą grupą, no to można było oberwać. [...] Z drugiej
strony taka grupa [z kolonii żydowskich] [...] prowokowała,
[...] bo się zachowywali rzeczywiście okropnie.
1 N: Pyt.: I wtedy nagle zobaczyłaś,
że jesteś wśród "swoich"? Odp.: Tak. Pyt.: A na
czym to polegało? Odp.: Myślę, że to tylko polegało na tym,
że można było mówić o tym, że jest się Żydem. I myśmy się
wyżywali w tym do maksimum. [...] Krzyczało się o tym! Chodziło
się po wsi i się wrzeszczało: "Po ulicy chodzą Żydzi,
każdy Polak ich się brzydzi. Ale Żydzi są dziś w kupie, wszystkich
gojów mają w dupie".
Katartyczna i wzmacniająca poczucie
wartości rola tego bycia razem uwidaczniała się w licznych
kolonijnych symptomach odreagowania:
28: Zdecydowanie pamiętam [z perspektywy
wychowawczyni] opowieści dzieci i młodzieży z małych miasteczek
o jakichś okropnych antysemickich przeżyciach. I to się wałkowało
tam i z powrotem.
1 N: Się mówiło o jakichś historiach
antysemickich, [...] jeżeli coś się stało, czy w szkole, czy
na zewnątrz, na obozie można było o tym mówić.
28: [z perspektywy wychowawczyni] Jednocześnie
było takie odreagowanie, na przykład [dzieci na koloniach]
wyzywały się od "Żydów", od "parchów".
32: Przyjechaliśmy do tego Poronina,
poszliśmy spać [...] i obudził mnie wrzask: [...] "Żydóóówy,
gdzie wsadziłyście moją spódnicę?!". [...] Byłam zupełnie
zszokowana. [...] Oni wszyscy, jak się zjeżdżali na tych koloniach,
[...] to odreagowywali te wszystkie napięcia i stresy. [...]
Mogli właśnie pożydłaczyć, [...] jakieś opowiadanie "Żyd-szmoncesów".
[...] Kierownik tej kolonii [Szmul Tenenblatt] to po prostu
białej gorączki dostawał z tego powodu.
Poczucie wyjątkowości kolonii żydowskich
wzmacniała w jeżdżącej tam młodzieży także pewna istniejąca
tam rytualizacja
28: Pamiętam, to było właśnie najprzyjemniejsze
na koniec, wszyscy się ze wszystkimi całowali, taki był obyczaj.
[...] Z latami jakaś inna obyczajowość, taki etos swoisty,
którego potem się nigdzie nie widziało: byli stale jakby ciągle
ci sami ludzie i ciągle napływali nowi, [...] taka atmosfera
ogólnej życzliwości i takiego luzu.
W rezultacie te "bardziej żydowskie"
dzieci, które jeszcze niedawno zaimkiem "my" nie
potrafiły określić kręgu osób wykraczającego poza najbliższą
rodzinę, teraz znajdowały miejsce społeczne, w którym czuły
się, wraz ze swoim żydostwem, "w pełni" i "u
siebie". Znajdowały na koloniach swój teren zadomowienia
i czerpały radość z nowych możliwości identyfikacji.
17: Pyt.: Powiedziałaś, że coś się w
tobie zmieniło od momentu, jak... [zaczęła jeździć na żydowskie
kolonie]. Odp.: Lepiej się poczułam. [...] Pyt.: Powiedziałaś,
że wtedy znalazłaś swoją narodowość. Odp.: Nie mogę powiedzieć,
czy narodowość. [...] Ja znalazłam grupę ludzi, którzy byli
moimi ludźmi. Ja nie wiedziałam, że to jest moja narodowość,
rozumiesz, to jest moja grupa ludzi. Nikt mi z nich, żaden
z nich nie powie, że za bardzo mi się, wiesz, nos zakręca
czy mam żydowskie spojrzenie.
Klub Babel
W klubie młodzieży żydowskiej Babel
(utworzonym przy warszawskim TSKŻ w 1962 i zamkniętym w 1967
roku) koloniści mogli w ciągu roku szkolnego znaleźć przedłużenie
atmosfery obozów żydowskich wraz z ich swoistą obyczajowością,
z ich ciepłem, z możliwością kontaktu z ludźmi o podobnych
doświadczeniach, pozwalającą młodzieży "bardziej żydowskiej"
uwolnić się choć na parę godzin od poczucia swej żydowskiej
odrębności.
17: Spotykaliśmy się w klubie [Babel]
i wiesz, normalne rozmowy nastolatków, różne sekcje. [...]
Było nas dużo, [...] jeden przez drugiego w sumie się kiedykolwiek
spotkał - zapoznał. Tak że naraz doznałaś tego uczucia, że
masz bardzo dużo kolegów.
Jednak klientela klubu Babel nie była
jednorodna - przychodziła tam również dosyć często młodzież
z domów separujących się od żydostwa, a nawet "wkręcała
się" młodzież polska - klub był bowiem znany ze świetnych
potańcówek, doskonałych turniejów brydżowych i ciekawych spotkań
dyskusyjnych z artystami i publicystami.
18: Było takie, wiesz, to przemieszanie
klubu dyskusji w TSKŻ i Klubu Michnika. Była cała grupa ludzi,
którzy chodzili na jedno miejsce i na drugie.
16: Ja chodziłem do tego klubu [Babel],
grałem tam w brydża, poznawałem dziewczyny. [...] To było
poważne miejsce, gdzie się w karty grało w Warszawie.
Spotykanie się wspólne w klubie Babel
tej młodzieży pochodzenia żydowskiego, należącej do różnych
środowisk, owocowało z jednej strony wzajemnymi wpływami -
z drugiej konkurencyjnością. Konkurencyjność dotyczyła zarówno
spraw społeczno-towarzysko-prestiżowych jak i postaw wobec
żydostwa. Separujący się od żydostwa ludzie z Klubu Poszukiwaczy
Sprzeczności nie ukrywali, że nie rozumieją i nie cenią postaw
swych "bardziej żydowskich" rówieśników, którzy
całą swoją energię towarzyską i społeczną kierowali ku swojemu
żydowskiemu środowisku, zorganizowanemu wyłącznie według kryterium
etnicznego:
7: Pyt.: Jaki miałeś stosunek do tego
towarzystwa? [młodzieży jeżdżących na obozy żydowskie] Odp.:
[...] Było dla mnie dziwnym, że ludzie się w to angażują.
16: Ludzie, którzy byli w tej takiej
elicie intelektualnej [środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności]
też przychodzili czasem do klubu żydowskiego, a oni na obozy
nie jeździli. [...] To się nie uważało, że to jest takie [...]
chic [jeżdżenie na obozy żydowskie]. [...] To się uważało,
że to jest dla takich ludzi, którzy nie mogą gdziekolwiek
indziej na wakacje pojechać.
Koloniści z kolei nie ukrywali swojej
dezaprobaty dla przychodzących do ich klubu osób "dalekich
od żydostwa". Nie cenili tych, co reprezentowali tożsamość
"specyficznych Polaków". Uważali, że ta deklarowana
przez nich polskość stanowi rodzaj sprzeniewierzenia się zarówno
swoim żydowskich korzeniom jak i, w jakimś sensie, Polakom.
19: Stosunek ["kolonistów"
] do tych, którzy u d a w a l i, że nie są Żydami, [...] był
bardzo negatywny. [... ] I ja mówię: "Jak ty chcesz,
żebym ja cię uważał za Polaka, ja cię uważam za Polaka. Ale
ja nie decyduję o tym, z a k o g o t y b ę d z i e s z u w
a ż a n y w Polsce".
Oczywiście ta dychotomia obustronnych
postaw nie była aż tak klarowna i jednolita, jak to tu przedstawiam.
Z czasem zresztą wzajemne kontakty uczestników obu środowisk
- środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności i środowiska
klubu Babel - doprowadzą u schyłku szkolnej edukacji do stopniowego
przenikania się środowiskowych zachowań i postaw. Bardziej
to nawet będzie widoczne w środowisku Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności,
gdzie pojawią się niekiedy zachowania obce raczej postawom
"specyficznych Polaków" i budzące ich konsternację:
7: Było tam parę osób, które były [...]
w TSKŻ. I byli inni ludzie, którzy [...] nie brali udziału
w TSKŻ, ale mieli takie silne poczucie, że są Żydami i może
nawet pewnego rodzaju takie poczucie troszkę wyższości z tego
powodu. [...] Mnie to strasznie raziło. Jak ktoś mi pierwszy
raz to powiedział, że Żydzi są inteligentniejsi albo że ktoś
nie jest inteligentny, bo nie jest Żydem, to mnie to szalenie
raziło. [...] [Ale] wiesz, nie chcę też, żeby stwarzać wrażenie,
że to było jakieś takie dominujące tam. Dla mnie Klub Michnika
był bardzo ważną organizacją.
Nic nie będzie już jak było
Moment, gdy moi rozmówcy rozpoczynają
studia, powinien zamykać niniejszy szkic, poświęcony wszak
szkolnemu okresowi ich życia. Wspomnijmy więc tylko, że wraz
z wstąpieniem na studia młodzieży śródmiejskiej pochodzenia
żydowskiego (chodzi tu głównie o lata 1964-1968), na mapie
życia społecznego tej młodzieży i w jej postawach nastąpią
nowe konfiguracje i ogromna polaryzacja. Środowisko Klubu
Poszukiwaczy Sprzeczności, które - mimo zakazu klubowej działalności,
zachowa ciągłość dzięki spotkaniom w kilkuosobowych grupkach
samokształceniowych i na licznych prywatkach - nawiąże na
Uniwersytecie Warszawskim bliskie więzi ze środowiskiem byłych
Walterowców, z niepokorną częścią kadry uniwersyteckiej, z
różnymi kontestacyjnie nastawionymi grupkami studenckiej młodzieży.
Utworzą się nowe środowiska, wyłonią nowi liderzy, pojawią
nowe centra opiniotwórcze.
Mimo tych przetasowań doświadczenie
wielu byłych członków Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności i spójność
tego środowiska (w którym sporo było osób pochodzenia żydowskiego
o tożsamości "specyficznych Polaków") odegra w studenckiej
opozycyjnej aktywności - oczywiście obok innych ważnych środowisk
- istotną rolę. Będzie to dotyczyć i sfery postaw (takich
jak naturalność czynnej niezgody na brak prawdy i wolności
oraz głębokie emocjonalne zaangażowanie w problemy współczesnej
Polski), i umiejętności (na przykład publicznych wystąpień),
i możliwości organizacyjnych (krąg byłych uczestników spotkań
Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności stanowić będzie dla studenckiej
działalności opozycyjnej ważne i duże zaplecze środowiskowe).
W tym miejscu trzeba postawić pytanie:
jaką rolę w genezie tego wszystkiego przyznać należy owemu
dziwnemu tworowi, jakim był zespół postaw, przekonań i etosu
"specyficznego Polaka", ukształtowany przez komunistyczne
domy, hermetyczne tepedówki i wreszcie później przez środowisko
Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności? Jaką rolę w tym wszystkim
odegrało owo podmiotowe poczucie przyjaznego zadomowienia
w świecie, tak długo odczuwane przez wielu ludzi z tego środowiska?
2: Tak sobie wyobrażam, że wiele osób,
z tego pokolenia, które robiło Marzec, to były osoby podobnie
wychowane. Z domów [...], gdzie szło naprawdę o ideologię,
a nie o karierę, w związku z tym były wychowane w pewnych
wartościach.
W Marcu '68, jeszcze zanim szok późniejszej
antysemickiej propagandy brutalnie wymusi na wszystkich osobach
pochodzenia żydowskiego w Polsce rewizję ich dotychczasowych
identyfikacji, przedstawiciele warszawskiej młodzieży pochodzenia
żydowskiego przeżyją przez chwilę na studiach swój heroiczny
czas. Wielu z nich - i tych o tożsamości "specyficznych
Polaków", i tych związanych bliżej ze środowiskami żydowskimi
- warszawscy studenci uznają za swoich liderów i spontanicznie
wybiorą do niezależnych komitetów studenckich (powierzając
im obronę polskiej demokracji i wolności polskiej kultury).
Potem wielu tych liderów zapłaci za to wielomiesięcznym, a
czasem nawet dłuższym, więzieniem, a ich żydowskie pochodzenie
i żydowskie nazwiska niektórych będą wykorzystywane w antysemickiej
propagandzie rynsztokowej.
Po Marcu nic już nie będzie w środowiskach
ówczesnej warszawskiej młodzieży pochodzenia żydowskiego takie,
jak było. Z doświadczenia marcowego wyjdzie ona bowiem z wdrukowaną
w świadomość przestrogą, że żydowskie korzenie są czymś, co
w polskim społeczeństwie określa człowieka bez jego woli i
wiedzy, i cokolwiek w Polsce w sferze publicznej człowiek
taki zrobi, to i tak pewnego dnia może to zostać zakwestionowane
z powodu jego żydostwa.
22: Ruch polityczny, w którym jest nawet
kilku Żydów, w Polsce ma mniejsze poparcie w społeczeństwie
niż ruch polityczny, w którym ich nie ma. [...] Tu jest dodatkowy
ten nieprzyjemny układ, że w zasadzie wiesz, że nawet sporo
ludzi, którzy są przeciwko tej obecnej sytuacji czy przeciwko
systemowi [komunistycznemu], niewątpliwie w zasadzie uważa,
że nic im nie pomagasz, a jeszcze przeszkadzasz. [...] Próbujesz
coś zmienić w środowisku ludzi, którzy w zasadzie ci mówią
prosto w twarz, że "a my tu cię nie chcemy".
Przestroga ta jest w świadomości wszystkich
moich rozmówców obecna do dziś, ale u każdego inaczej. W różny
sposób pokierowała ona ich wyborami, w różny sposób i w różnych
sytuacjach jest przywoływana, różnie sobie moi rozmówcy z
nią radzą, raz się z nią konfrontując, raz spychając w podświadomość.
Ale nawet zepchnięta już całkiem w podświadomość
- żyje. Bo Marzec '68 stanowił dla tych ludzi ich podstawowe
doświadczenie życia i jest wciąż przywoływanym punktem odniesienia.
9: Moje życie dzieli się na przed sześćdziesiąty
ósmy rokiem i po. Przed i po Chrystusie.
Czyja to historia?
Opowiedziana tutaj historia jest oczywiście
historią warszawskiej śródmiejskiej młodzieży pochodzenia
żydowskiego. Ale na pewno nie tylko. To przecież historia
Warszawy, historia warszawskich elit społecznych i kulturalnych,
historia warszawskich elit młodzieżowych lat sześćdziesiątych.
Powstaje zatem pytanie: czy to, że znaczącą
część tych elit stanowiły osoby pochodzenia żydowskiego -
zidentyfikowane z polską kulturą, bliskie środowiskom komunistycznego
establishmentu, odsuwające się lub odsunięte od swych kulturowych
korzeni, ale świadome, chociażby czysto werbalnie, swego żydowskiego
pochodzenia - czy to miało jakiś wpływ, i jaki, na rozwój
i kształt tych elit?
Dla niektórych ludzi pytanie to może
brzmieć antysemicko. Ale odpowiedź na nie do antysemitów nie
należy. Należy do socjologów kultury. I do historyków kultury.
Nieco inną i szerszą wersję tego tekstu
Czytelnik znajdzie w: Żydzi Warszawy. Materiały konferencji
w Żydowskim Instytucie Historycznym w setną rocznicę urodzin
Emanuela Ringelbluma
NOWY TEKST od konca
Specyficzny Polak
Wartością, która najbardziej, jak się
wydaje, została w dzieciach ze śródmiejskich tepedówek wzmocniona
przez oddziaływanie szkolne (a u niektórych też harcerskie),
była identyfikacja z polskością. Wyniesione z domów emocjonalne
poczucie tych dzieci, że są Polakami (jakkolwiek wiele z nich
już o swoim żydowskim pochodzeniu wiedziało), szkoła wypełniała
wieloma treściami łączącymi wartości socjalistyczne z elementami
tradycji narodowej (często romantycznymi).
2: Czy w ogóle było coś takiego jak:
"Polska"? [w szkolnym i harcerskim wychowaniu] [...]
Odp.: Na pewno była. [...] To znaczy gdzieś w kontekście,
nie wiem, słusznej rewolucji. [...] W podstawówce [...] dyskutowaliśmy,
czy Staś był szlachetny, czy powinien zabić lwa, [...] pisaliśmy
jakieś tam wypracowania o pomniku Chopina, oczywiście wzruszaliśmy
się muzyką Chopina, czuliśmy się narodem wybranym jako Polacy,
ponieważ Chopin był Polakiem. [...] Na pewno utożsamialiśmy
się z polską kulturą. Z Mickiewiczem, Słowackim, absolutnie
tak.
6: Koncept polskości naturalnie bardzo
istniał. Jak byłem w szkole - trudno wychować się w kraju
nie przywiązując do tego konceptu poważnej wagi. Natomiast
koncept żydowskości w ogóle dla mnie nie istniał.
3: [W harcerstwie] żeśmy się bardzo
dużo Powstaniem Listopadowym zajmowali. [...] Ale [...] znacznie
więcej się zajmowaliśmy teatrem "Czerwona Latarnia"
i felietonami, które pisał Szenwald do gazety I Armii WP.
W moim odczuciu, tak jak teraz myślę, to te wzorce, te lektury,
to wszystko razem, to harcerstwo - to jakoś współgrało. I
myśmy po prostu uważali, że należy walczyć o to, co jest słuszne.
Ów bezreligijny i komunizujący patriotyzm
stawał się dla tych dzieci nie tylko wartością bezkonfliktową,
ale w jakimś sensie jedyną i oczywistą formą wyrażania uczuć
patriotycznych.
2: Pyt.: Zanim się okazało [że koledzy
szkolni są pochodzenia żydowskiego], czy ty miałaś poczucie,
że to są Polacy? Odp.: Tak, oni wszyscy kochali literaturę
polską, rodzice byli wykształceni, chyba tak. Myślałam, że
oni są tacy ludzie jak inni, wszyscy tacy są.
Dzieci te oczywiście nie miały również
pojęcia o swojej kulturowej odrębności. Tę odrębność dobrze
charakteryzuje Adam Michnik w przywoływanej już rozmowie z
Danym Cohn-Benditem (str. 34): "Moja biografia nie jest
typowa dla Polaków. Pochodzę z rodziny całkowicie spolonizowanych
Żydów, którzy polonizowali się przyjmując komunizm. Był to
rodzaj czerwonej asymilacji i dlatego ja, mając klasyczne
emocje narodowe Polaka, nie miałem klasycznego odwołania do
narodowych symboli. Normalnie w polskiej rodzinie młodego
chłopca prowadzono do kościoła katolickiego. Ja byłem wychowany
w sposób całkowicie bezreligijny. Zwykle domową legendą był
udział w antyhitlerowskiej Armii Krajowej albo w jakichś powstaniach
narodowych. Ja tego w sposób tak ścisły w domu nie miałem".
Dopiero w kilka lat po opuszczeniu hermetycznych
tepedówek moi rozmówcy zaczynali pojmować skalę owej odrębności:
2: Dopiero dużo później [na studiach]
zdałam sobie sprawę, w jak dziwnym środowisku żyłam. [...]
Dopiero wtedy zaczęłam bywać w takim środowisku, że jak wyjeżdżasz,
to ludzie w niedzielę idą do kościoła [...] albo w Wigilię
lub pierwszy dzień świąt trzeba być w domu, bo się obchodzi.
[...] Ja sobie zdałam sprawę w pewnym momencie, gdzieś tam
między szkołą średnią a początkiem studiów, że [...] nie znam
tych tradycji, nie obchodzę imienin, nie dzielę się opłatkiem.
[...] Aż gdzieś tam w okresie studiów zrozumiałam, że się
bardziej różnię od większości ludzi.
3: Jeszcze się okazało [na studiach],
że jednym z moich problemów [...] z literaturą było to, że
ja nie rozumiałam literatury, ponieważ za mało byłam wychowana
po katolicku. Pyt.: Ale czego nie rozumiałaś? Odp.: Wszystkiego!
Ja nie znałam Biblii. A co możesz zrozumieć z literatury polskiej,
jak nie jesteś wychowana po katolicku?
2: Na pewno była dla mnie pewnym szokiem
taka informacja, którą kiedyś dostałam [...] gdzieś na studiach,
że były drużyny harcerskie, o których wszyscy mówią pozytywnie,
a które były oparte na w gruncie rzeczy na takim tradycyjnym
polskim katolickim systemie wartości. Pamiętam, [...] że coś
mnie uderzyło w tym zupełnie odmiennego.
Dzieci te nie zdawały sobie też sprawy
z tego, z jakimi problemami borykali się inni ich rówieśnicy
pochodzenia żydowskiego - ci żyjący w innych środowiskach:
2: Pamiętaj, że ja nie miałam tego problemu,
który wszystkie inne dzieci [pochodzenia żydowskiego] miały,
że jak jechały na kolonie, to tam w niedzielę szli wszyscy
do kościoła, a one nie. A ja byłam zawsze w takim środowisku,
że nikt nie szedł do kościoła.
Brak poczucia odrębności, zadomowienie
w otaczającym świecie, identyfikacja z propagandowo-szkolną
interpretacją rzeczywistości - wszystko to sprawiało, że moi
chodzący do śródmiejskich tepedówek rozmówcy nie odczuwali
zbyt boleśnie drobnych antysemickich incydentów, jakich każdy
z nich w okresie swojego dzieciństwa jakoś doświadczył. Owszem,
w tyle głowy mieli owo "przygotowanie" na antysemityzm,
o którym wspominałam, ale w tym okresie niepokój ów pozostawał
ciągle jeszcze w podświadomym tle. Specyfika bowiem ich jednolitego
ideologicznie i społecznie otoczenia - otoczenia, w którym
przy dużej liczbie osób pochodzenia żydowskiego (o czym dzieci
te nie myślały czy nawet nie wiedziały) oczywista była silna
polska identyfikacja, w którym deklarowano szacunek dla odmienności
religijnych i światopoglądowych, gardzono rasizmem oraz preferowano
postawy ateistyczne - sprawiała, że moi chodzący do śródmiejskich
tepedówek rozmówcy mogli mieć poczucie, iż antysemityzm jest
zjawiskiem od nich dalekim, bo istniejącym tylko w kręgach
nacjonalistycznych, ksenofobicznych i dewocyjnych, a z tymi
dzieci te na co dzień się nie stykały. I nawet jeśli Polska
dewocyjna i nacjonalistyczna wkraczała czasami w ich życie
- w postaci kontaktu z gosposiami, na podwórku, na koloniach
czy w innych przypadkowych miejscach - to środowiskowo była
dla nich daleka, światopoglądowo zaś anachroniczna, obca,
a więc podświadomie choćby uważana za gorszą i niezbyt ważną.
I dlatego właśnie w małym tylko stopniu
zagrażającą. Im i ich poczuciu polskiej identyfikacji.
Trudne interakcje
Wspomniałam wyżej, że do tepedowskich
szkół chętnie posyłali swoje dzieci również ci rodzice, którzy
silnie identyfikowali się ze swoim żydowskim pochodzeniem.
Dali oni swoim dzieciom w domu przekaz bardzo wyrazisty: "Jesteśmy
Żydami", "Jesteśmy polskimi Żydami" lub "Jesteśmy
Żydami mieszkającymi w Polsce". To wywoływało w dzieciach
silne i jasno uświadomione poczucie żydowskiej odrębności.
16: Pyt: I pan zawsze wiedział, że pan
jest Żydem? Odp.: Zawsze. [...] Ja byłem Żydem, który mieszkał
w Polsce [...] i jednocześnie się nigdy nie uważałem za Polaka,
w związku z tym miałem bardzo uregulowany stosunki, że tak
powiem. Pyt.: Z żydostwem? Odp.: I z żydostwem, i z polskością.
17: Miałam żydowskie nazwisko, poza
tym wyglądałam jak "czech" (trzech). Nie jedna Żydówka,
tylko trzy.
W omawianych tepedówkach dzieci takich
było stosunkowo mało, ale ich obecność była zauważalna. Zwłaszcza
dla tych rówieśników, którzy pochodzili z domów separujących
się od żydostwa. W nich te dzieci "bardziej żydowskie"
budziły uczucia ambiwalentne. Wprawdzie rodzice tych "bardziej
żydowskich" dalecy już byli (na ogół) od żydowskiej religii,
posługiwali się zazwyczaj w życiu codziennym językiem polskim,
a postawy tych rodziców często były podobne do postaw rodziców
dystansujących się od żydostwa (niechęć do religijności, akceptacja
- na ogół - socjalistycznych przemian, i wreszcie pamięć Zagłady
przekazywana często jako główny element identyfikacji z żydostwem),
a mimo to moim "dalekim od żydostwa" rozmówcom bliżej
było do dzieci polskich ateistów niż do tamtych dzieci. Te
"żydowskie" je peszyły. Peszyły swoim poczuciem
odrębności, swą wyrazistą żydowskością przejawiającą się czasem
w wyglądzie, czasem w jakiejś szczególnej specyfice sposobu
bycia czy mówienia, a czasem w lekko zaznaczającej się różnicy
klasowej (ich rodzice nie byli tak bliscy komunistycznego
establishmentu jak rodzice dzieci "mniej żydowskich").
Te "bardziej żydowskie" peszyły
też formułowanymi wobec tych "dalekich od żydostwa"
zarzutami:
6: Były rozmowy [krytyczne z "żydowskimi"
kolegami], że zawsze we mnie coś było nieżydowskiego.
Wzajemnym przyjaźniom jednych i drugich
dzieci niechętni byli też rodzice. Ci separujący się od żydostwa
zbyt dużo wysiłku włożyli w swoją własną asymilację (często
jeszcze przed wojną z trudem wyrywając się z zamkniętych tradycyjnych
żydowskich środowisk), by teraz spokojnie patrzeć, jak ich
dziecko zaprzyjaźnia się z kimś, kto może je zachęcić do jeżdżenia
na żydowskie kolonie, uczenia się żydowskich piosenek i definiowania
swej etnicznej odrębności:
2: Moi rodzice byli przeciwnikami takich
stowarzyszeń [jak TSKŻ], w których się wyróżniasz jako Żyd.
Bardzo zresztą z tego powodu źle patrzyli na moją przyjaźń
z XY. [...] Mama po prostu nie znosiła, nie wiem czy XY, ale
na pewno tej jej przyjaźni, bo się bała, że mnie ktoś wciągnie
na jakąś okropną żydowską drogę.
4: W pewnym momencie [...] powiedziałam
ojcu, że chciałabym pojechać na obóz TSKŻ. [...] I ojciec
się wtedy bardzo zdenerwował na mnie i powiedział, że ja do
TSKŻ nie będę jeździła, że my mieszkamy w Polsce i jesteśmy
tacy jak wszyscy inni ludzie i w związku z tym nie będziemy
się separować i należeć do jakiejś innej grupy.
Rodzice dzieci "żydowskich"
też nie byli tymi przyjaźniami zachwyceni. Środowisku "dalekich
od żydostwa" nie szczędzili złośliwych komentarzy:
18: Moja mama zawsze się śmiała, bo
miała taką znajomą, która się nazywała Sara Kowalska: "Ona
jest Kowalska, ale dlaczego Sara?".
7: Ja coś jej powiedziałem [matce "żydowskiej"
koleżanki], że jestem Polakiem. To ona mi powiedziała: [...]
"Trzeba sobie było nos też zmienić!".
Tym, co było jednym z podstawowych elementów
poczucia odrębności dzieci "bardziej żydowskich"
i co budowało dystans między nimi i dziećmi "dalekimi
od żydostwa", było świadome spodziewanie się przez te
pierwsze, "żydowskie", antysemityzmu.
19: Pyt.: A przyjaźniłeś się z jakimiś
Polakami? Odp.: [...] Tak, tylko że ja stawiałem tę sprawę
dosyć wcześnie. [...] Po wczesnym etapie znajomości mówiłem
otwarcie, że [...] "ja jestem Żydem, [...] jeśli ci przeszkadza,
[...] no to nie angażujmy się bardziej".
Znajomość tragicznej historii rodziny
oraz sporadycznie doświadczane antysemickie przykrości powodowały
rozwijanie się w wielu tych dzieciach "żydowskich"
(w miarę ich dojrzewania) poczucia, że Żyd to jest ktoś, kto
prędzej czy później może spotkać się z niechęcią otoczenia.
Ten rodzaj uwrażliwienia przypominał trochę owo "przygotowanie"
na antysemityzm, którego doświadczały dzieci z rodzin dalekich
od żydostwa, ale w ich psychice to "przygotowanie"
było w okresie szkolnym tylko drobnym, na pół uświadomionym
elementem. Tymczasem u tamtych, "żydowskich", stanowiło
figurę niezwykle wyraźną, często będącą jakby jednym z głównych
wyznaczników ich żydostwa.
16: Nigdy nie było tak, że moi koledzy
na podwórku mogli o mnie myśleć, że ja jestem jednym z nich.
[...] Ja się przyzwyczaiłem, a potem to już... [...] brak
akceptacji był stanem normalnym. Pyt.: Aha, czyli oczekiwał
pan braku akceptacji? Odp.: [...] Na pewno byłem tak wychowany.
Tak więc dzieci "bardziej żydowskie"
nie mogły - tak jak te "dalekie od żydostwa" - o
Polakach czy o polskim społeczeństwie w sposób bezwarunkowy
mówić: "My". Nie mogły, mimo że dla jednych i dla
drugich Polska była czymś, co całkowicie dotyczyło ich życia.
To było życie na ogół w jedynym kraju, który te dzieci wtedy
znały, na ogół w jedynym języku, który znały, to były polskie
gazety, polska kultura i polscy koledzy przede wszystkim.
Czy jednak była taka społeczność, z którą te "bardziej
żydowskie" dzieci mogły identyfikować się w pełni? Czy
dzieci te mogły o sobie powiedzieć: "My, Żydzi",
prawie nie mając na co dzień kontaktu z życiem żydowskim,
poza swoją wąską, małą rodziną uratowaną z Zagłady i poza
żydowskimi znajomymi rodziców: ludźmi z innego pokolenia,
trochę z innego świata, źle często mówiącymi po polsku, czasem
nieco egzotycznymi?
18: Oni [ojciec i jego znajomi] przechodzili
bardzo często na żydowski, żeby mogli sobie na spacerek pójść
i sobie rozmawiać [o polityce] [...] i - "pszy, pszy,
pszy-pszy, pszy, pszy, słyszałeś o tym, słyszałeś o tym?".
Wydaje się, że identyfikacja z tą trochę
egzotyczną etnicznością również była dla tych dzieci trudna.
I jeśli nawet przeżywały one niekiedy momenty, w których miały
poczucie, że odnajdują swą grupową identyfikację, to było
to przy okazji jakichś imprez żydowskich i na ogół nie trwało
długo. Zazwyczaj dzieci te identyfikowały się po prostu ze
swoją rodziną.
17: Ponieważ uczęszczałam z rodzicami
na [...] wszystkie uroczystości, jakie były pod Pomnikiem
[Bohaterów Getta] [...] - tak, że ja wiedziałam, że ja coś
należę do jakiejś innej grupy.
Ale w innym miejscu ta sama osoba powie:
17: Ja nie wiem [...] czy ja w ogóle
[...] mogłam się rozeznać w jakiejś grupie narodowościowej.
Widziałam tylko technicznie, że ja nie chodziłam do kościoła,
że ja nie miałam komunii, że nie robię modlitwy wieczorem,
[...] że to jest inny klan niż Polacy. To wszystko, że rodzina
zginęła, że żyjemy na grobach, że tata płacze w nocy, [...]
że nie wychodzi na miasto bez kanapki w kieszeni, to ja wiem,
to ja wiedziałam, rozumiesz? Ale ja nie należałam do żadnej
grupy. [...] Należałam do mojej rodziny.
Tutaj jednak pragnę bardzo mocno podkreślić,
że opisana wyżej samotność społeczno-tożsamościowa dzieci
"bardziej żydowskich" dotyczyła tylko jednego problemu:
ich żydostwa. Problem ten jednak w okresie, gdy dzieci te
miały 12-13 lat (a często i później) bynajmniej nie dominował
w ich psychice, a poczucie żydowskiej odrębności nie uniemożliwiało
tym dzieciom uczestniczenia w życiu pozostałych rówieśników.
Wszystkie dzieci chodzące wtedy do śródmiejskich szkół wchodziły
ze sobą w różne koleżeńskie, głębokie często związki i jedynie
z powodu tematu niniejszego tekstu problem żydowski został
tu wyizolowany z szerszej gamy problemów wieku dziecięco-młodzieńczego
moich rozmówców:
16: Ja raczej... byłem w dużej części
czasu zajęty zupełnie innymi sprawami. Nie tym, że jestem
Żydem.
20: W szkole średniej to ja miałem inne
zmartwienia. Jak każdy chłopak w szkole średniej [...] to
miałem takie zmartwienia, żeby cnotę stracić jak najszybciej.
[...] To jest taki temat tej naszej rozmowy [żydostwo], ale
w gruncie rzeczy to budzi się we mnie właśnie taki wewnętrzny
bunt, bo ja naprawdę nie potrafiłbym [...] zakwalifikować
[...] ilościowo tej przestrzeni, jaką w moim środowisku życiowym,
w mojej osobowości te sprawy [żydostwa] zajmowały.
Mimo że ostatni rozmówca ani nie jest
z Warszawy, ani ze szkoły TPD, to zdecydowałam się przytoczyć
tu jego opinię, gdyż wydaje mi się, że wielu warszawskich
rozmówców chętnie by się pod jego słowami podpisało.
Licealiści - nowe tereny zadomowienia
Przenieśmy się teraz o kilka lat później,
gdy opisane wyżej dwunasto-, trzynastolatki przechodzą do
liceów - dobrych śródmiejskich liceów - i spotykają tam rówieśników
z różnych środowisk, często o orientacji innej niż lewicowa,
z odmienną tradycją rodzinną i odmiennym systemem wartości.
Jak reagują na te konfrontacje? I co się wtedy dzieje z ich
komfortowym poczuciem zadomowienia w świecie, w które tak
hojnie wyposażyły je ich hermetyczne tepedówki?
Klub Poszukiwaczy Sprzeczności
Oczywiście konfrontacje z różnymi systemami
wartości i z innymi, niż zdobywane dotąd, informacjami, przyspieszały
proces dojrzewania społecznego absolwentów tepedówek. Ale
przyspieszały go, jak się wydaje, dosyć bezboleśnie. Bo w
tym okresie, w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, znaleźli
oni w śródmieściu Warszawy ciekawe i niezwykle ambitne intelektualnie
międzylicealne środowisko, które w jakimś sensie przedłużyło
im ów stan poczucia zadomowienia w świecie. Mowa tu o Międzyszkolnym
Klubie Dyskusyjnym, założonym przez Adama Michnika i jego
kolegów w 1962 roku, a zlikwidowanym przez władze latem w
1963 roku. Miejsce to znane było też jako Klub Poszukiwaczy
Sprzeczności lub, jeszcze bardziej, jako Klub Michnika.
21: Potocznie się mówiło o nim "Klub
Michnika", co wielu z nas dosyć złościło. [...] Ale ja
myślę, że to było zupełnie naturalne. Właściwie to było, to
był jego produkt naprawdę. On to wszystko wymyślił i zorganizował
i przeprowadził. Oczywiście to, że potem tam dobiło, dobijało
ciągle mnóstwo ludzi, którzy jakoś to, w to coś wkładali,
nic nie zmieniało faktu, że, że on to stworzył.
Klub to była zróżnicowana, okołostuosobowa
grupa licealistów chodzących do różnych szkół i reprezentujących
rozmaite, na pewno niejednorodne postawy. Ponadto środowisko
to nie oferowało swoim uczestnikom tej zafałszowanej wizji
świata, jaką rysowały przed nimi hermetyczne tepedówki, lecz
przeciwnie, zasadzało się na pasji poznawania prawdy społecznej
i zdobywania zakazanych cenzurą informacji. W jaki więc sposób,
mimo tych różnic, grupa ta mogła dać swoim uczestnikom owo
bezpieczne poczucie zadomowienia w świecie? Poczucie pełnej
przynależności do świata i prawa do jego poprawiania?
21: Wszędzie szukaliśmy dziury w całym.
[...] Wychodziliśmy od pewnych oczywistości, które się okazywały
właśnie po bliższym poznaniu nie tak znowu oczywiste. [...]
Słuchaliśmy radia i kwestionowaliśmy, słuchaliśmy tego i kwestionowaliśmy,
czytaliśmy gazety i znowu nam się coś nie podobało.
Na to, że owo poczucie podmiotowości
dostępne było uczestnikom klubu, złożyło się parę powodów.
Po pierwsze, w klubie mimo jego zróżnicowania dominowały jednak
indywidualności reprezentujące postawy charakterystyczne dla
hermetycznych tepedówek, tak więc podstawowym fundamentom
światopoglądowym ich absolwentów nic nie zagrażało:
21: Materializm naukowy [...] to było
coś, [...] co [...] ludzie, którzy tam [w Klubie Poszukiwaczy
Sprzeczności] dominowali, wynieśli z domu. [...] Cała nauka
stała na tym marksizmie, że nawet nam nie przychodziło do
głowy, że może być inaczej. [...] Odbywały się jakieś kłótnie
między ludźmi, którzy patrzyli troszeczkę inaczej na rzeczywistość,
właśnie w mniej materialistyczny sposób. Pamiętam, że mieliśmy
spotkanie z KIK-owską młodzieżą - tam nie mogło być żadnej
dyskusji w gruncie rzeczy, bo oni swoje, a my swoje.
Po drugie, młodzież ta swoim temperamentem
intelektualnym zafascynowała i przyciągnęła do współpracy
profesorów uniwersyteckich, pisarzy, publicystów i artystów,
co w sposób naturalny uczyniło z tej półformalnej grupy licealnej
warszawską elitę młodzieżową, a przynależność do elity wzmacnia
zazwyczaj poczucie zadomowienia w świecie.
7: Dyskutowaliśmy z jakimiś profesorami.
Oni przecież tam ciągle sprowadzali profesorów z uniwersytetu...
poważne rozmowy i to szalenie... Między innymi przez to, że
ta atmosfera była taka snobistyczna, to oczywiście chciało
się w jakiś sposób należeć i chciało się być kimś, co miało
niesłychanie taki wpływ właśnie pobudzający do tego, żeby
więcej czytać, żeby więcej wiedzieć, żeby się orientować,
kto jest kto, co się... żeby wiedzieć o historii.
Po trzecie, wykłady, prelekcje i seminaria
w klubie - niecenzuralne, naznaczone demokratycznym fermentem
ówczesnych środowisk intelektualnych Warszawy i popaździernikową
dyskusją o lewicy - niosły w sobie na ogół przesłania rewizjonistyczne,
których charakter korespondował z postawami wyniesionymi przez
moich rozmówców z ich domów i ze środowiska uczniowskiego
hermetycznych tepedówek.
22: To na pewno nie było: "obalić
system" itd., [...] to była kwestia raczej poprawy systemu
socjalistycznego niż, wiesz, obalenie. Większość, może nie
wszyscy, naiwnie wierzyła, że można poprawić.
21: Dlatego byliśmy tacy nieprawomyślni,
bo myśmy jednak byli już zarażeni tym rewizjonizmem. [...]
Te tęsknoty za Październikiem, już kult Października zdecydowany
i tego wszystkiego, co się działo w Październiku, i kult ludzi,
którzy wyszli z czystymi rękoma.
Poza tym owo poczucie zadomowienia być
może nie ogarniało w równym stopniu całej stuosobowej grupy,
tylko dużą jej część. A ponadto była w tym jakaś dynamika:
23: Gdzieś na końcu szkoły średniej
ja się oddaliłem od nich. Ponieważ oni byli wszyscy rewizjoniści,
a ja [...] doszedłem do wniosku, że w ogóle nie chcę żadnego
socjalizmu.
I wreszcie jakimś czynnikiem wpływającym
na tę bezpieczną atmosferę było usytuowanie rodzinno-społeczne
części osób ze środowiska klubu:
24: W tych wszystkich rodzinach, czy
prawie wszystkich rodzinach, jednak istniał mit zaangażowania.
[Ojciec], mimo że on tak niby był przeciwko temu, co myśmy
tam [...] zaczynali wyprawiać, [...] ale on był z takich ludzi,
co to uważa, że młodzież musi być w opozycji, młodzież musi
działać. [...] Więc on był [...] taki dumny z tego, że tutaj
właśnie rośnie takie coś podobnego. [...] Wielu moich [kolegów
ze środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności] [...] to były
dzieci przyjaciół i towarzyszy mojego ojca sprzed wojny. [...]
Ojciec strasznie się też wzruszał, jak oni przychodzili.
25: To było środowisko takich dzieci
czerwonej burżuazji, szczególnie takiej czerwonej burżuazji
trochę w odstawce. [...] W bardzo dużej większości tak zwani
rewizjoniści, to znaczy ludzie, którzy mieli sami jakieś przywiązanie
do socjalizmu. Pyt.: Te dzieci? Odp.: [...] Tak. Na pewno.
Aczkolwiek właśnie takiego opozycyjnego socjalizmu. [...]
Wszyscy byli bardzo krytycznie nastawieni w stosunku do stalinizmu,
w stosunku do... no, właściwie takiej tej gomułkowskiej Polski
już właściwie też. Propaździernikowo bardzo.
9: Byłam regularnie zapraszana na te
prywatki [środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności]. [...]
To były dzieci uprzywilejowane. Na pewno, tak, tak, "czerwona
kanapa". [...] W pewnym sensie tam byłam też taki trochę
odszczepieniec, bo ja nie byłam "czerwona kanapa":
[....] moi rodzice nie byli wysokimi funkcjonariuszami partyjno-rządowymi,
[...] nie jeździłam do rządowych domów na wczasy. [...] Ani
mnie, ani im to chyba nie przeszkadzało. [...] Pyt.: Z czego
wynika, że ta grupa nie była bardzo zamknięta? Odp.: Na pewno
nie była bardzo zamknięta.
Kolonie żydowskie
Jak natomiast owo przejście do liceów
przeżyły dzieci "bardziej żydowskie", które nawet
w hermetycznych tepedówkach odczuwały swoją odrębność? Otóż
mniej więcej wtedy właśnie, gdy dzieci te wkraczały w wiek
licealny, otworzyła się przed nimi nowa możliwość identyfikacji:
identyfikacji z rówieśnikami jeżdżącymi na żydowskie kolonie
i obozy oraz chodzącymi do młodzieżowego żydowskiego klubu
Babel na ul. Nowogrodzkiej 5.
Kolonie żydowskie (organizowane w latach
1958-1967 przez TSKŻ przy pomocy Jointu - American Jewish
Joint Distribution Committee, żydowskiej organizacji charytatywnej)
przeznaczone były i dla starszych, i dla młodszych dzieci.
Ale w pamięci większości moich rozmówców pozostały przede
wszystkim jako doświadczenie wieku licealnego. Na czym "żydowskość"
tych kolonii i obozów polegała? Sądząc z relacji moich rozmówców,
głównie na tym, że były tam same żydowskie dzieci lub młodzież
(czasem z powodów koleżeńskich zjawiał się jakiś polski "kolonista")
i że wychowawcy uczyli tam żydowskich piosenek, zaznajamiali
uczestników z elementami kultury jidysz i historii Żydów.
26: Pamiętam lekcje żydowskiego, na
które ludzie chętnie chodzili.
8: Były piosenki żydowskie, były piosenki
rosyjskie. [...] Mnie się podobało nauczyć się tańczyć horę.
26: Pyt.: Na tym obozie wisiała polska
flaga? Odp.: Tak. Pyt.: [...] I na apelu się śpiewało hymn
polski? Odp. [...] Śpiewało się żydowski hymn o "kolonistach".
[...] Ja nie znam żydowskiego, ja tylko pamiętam pierwsze
trzy słowa [...] Kolonistn zajnen mir [Jesteśmy "kolonistami"
(jid.).] [...] Pyt.: A czy wiesz, jaka była jego treść? [...]
Odp.: Nigdy nie wiedziałam. I śpiewałam to jak małpa. [...]
To były rzeczywiście polskie kolonie, z tą różnicą, że były
na nich żydowskie dzieci.
Ogólnopolski charakter tych obozów i
kolonii, to, że dzieci z Warszawy spotykały się tam z dziećmi
z Dolnego Śląska, Łodzi i Szczecina, powodował konfrontacje,
w wyniku których "koloniści" z Warszawy okazywali
się często dużo mniej "żydowscy" niż ich pozawarszawscy
rówieśnicy (zwłaszcza ci, którzy chodzili do żydowskich szkół
i towarzysko byli oddzieleni od polskiego świata). W dzieciach
z Warszawy wywoływało to rozmaite uczucia:
18: Była cała grupa, bardzo silna taka,
bliska, wiesz, z Łodzi. Oni mieli żydowską szkołę. [...] Ja
się pytałam, [...] czy się uczą historii literatury [żydowskiej].
Powiedzieli: "Tak. Co za pytanie?". I ja mówię:
"I ty możesz czytać Pereca po żydowsku?". Oni mówią:
"Tak".
27: W pewnym sensie zazdrościłam im
[młodzieży z Łodzi, Wałbrzycha], bo [...] oni mieli środowisko.
[...] To była grupa, która była zżyta ze sobą. Ja nie miałam
takich, moje kontakty były to [...] osoby porozrzucane po
różnych dzielnicach, z którymi ja się rzadko widywałam.
Specyfiką tych obozów i kolonii było
także to, że przyjeżdżali na nie zwykle co roku ci sami uczestnicy,
co owocowało wieloletnimi przyjaźniami i bogatym życiem uczuciowo-erotycznym.
Poza tym panowała tam szczególna, bardzo ciepła atmosfera,
stosunki wychowawców z "kolonistami" były niezwykle
serdeczne, a dyscyplina zdecydowanie luźna.
28: Miałam takie właśnie poczucie, że
wszyscy wszystkich lubią.
29: Myśmy się czuli wszyscy jak jedna
wielka rodzina. Dosłownie, jak rodzina! Że to nie było, nie
była kolonia, to nie był jakiś obóz, to była rodzina.
30: Właściwie największe napięcia były
erotyczne, ludzie się spotykali, świetnie było. To były, wiesz,
romanse były jakieś takie międzymiejskie, wiesz, o wiele bardziej
romantyczne niż lokalne znajomości, wiesz... Wspaniała rzecz.
Wszystko to oczywiście wytwarzało szczególne
więzi, tym bardziej że koloniści mieli poczucie wyjątkowości
swoich wakacji.
30: Te obozy to była rzecz bez precedensu.
[...] Myśleliśmy czasami, czy ludzie z podobnych polskich
środowisk mieli szansę być na takich obozach? [ogólnopolskich
i powtarzających się co roku] [...] Nawet obozy na skalę krajową
[dla polskiej młodzieży] były robione na zasadzie ludzi, którzy
śpiewają w chórach albo ludzi, którzy grają na instrumentach.
A to było, wiesz, [...] towarzystwo na zasadzie etnicznej
chyba tylko zbierane.
Ta sytuacja w sposób naturalny wpływała
na tożsamość jeżdżącej tam młodzieży. Kilkutygodniowe przebywanie
wśród samych Żydów - Żydów świadomych swojego żydostwa i skłonnych
do jego ekspresji - było bardzo ważnym doświadczeniem tożsamościowym,
zwłaszcza dla uczestników z Warszawy.
8: Pamiętam, byliśmy w Gdańsku na jakiejś
wycieczce. [...] Na środku ulicy ktoś zaproponował: "Chodźcie,
zatańczymy horę". Ja się nie bardzo swobodnie z tym czułam.
[...] Nie widziałam potrzeby, żeby tak demonstrować to.
31: Pyt.: Wyście śpiewali te żydowskie
piosenki? Odp.: Tak, tak. Bardzo często było tak, że na przykład
szliśmy na plażę i na plaży robiliśmy takie koło, wiesz, i
śpiewaliśmy, [...] i ludzie przychodzili i słuchali, bili
brawo, wiesz. I nigdy nie przypominam sobie, żeby był jakikolwiek,
wiesz, jakiś incydent, żeby ktoś coś powiedział.
Bardzo ważnym doświadczeniem było też
odczucie grupowego bezpieczeństwa wobec reakcji antysemickich.
17: Graliśmy w siatkówkę i kilka rodzin,
które tam leżały z boku, były bardzo zdenerwowane, że [...]
jesteśmy głośni trochę. [...] Zaczęli na nas wrzeszczeć, żebyśmy
się przenieśli [...] do tej zasranej Palestyny. [...] Gdybym
była sama, pewno bym to strasznie przeżyła. [Ale] byłam z
grupą ludzi, którzy się nawet nie popatrzyli na tego człowieka.
To grupowe poczucie siły przybierało
też niekiedy formy prowokacji.
32: W tym Poroninie [...] zdarzały się
też takie historie, że jacyś miejscowi młodzi ludzie po prostu
robili normalne napady [na żydowskie kolonie]. [...] Jak się
szło niedużą grupą, no to można było oberwać. [...] Z drugiej
strony taka grupa [z kolonii żydowskich] [...] prowokowała,
[...] bo się zachowywali rzeczywiście okropnie.
1 N: Pyt.: I wtedy nagle zobaczyłaś,
że jesteś wśród "swoich"? Odp.: Tak. Pyt.: A na
czym to polegało? Odp.: Myślę, że to tylko polegało na tym,
że można było mówić o tym, że jest się Żydem. I myśmy się
wyżywali w tym do maksimum. [...] Krzyczało się o tym! Chodziło
się po wsi i się wrzeszczało: "Po ulicy chodzą Żydzi,
każdy Polak ich się brzydzi. Ale Żydzi są dziś w kupie, wszystkich
gojów mają w dupie".
Katartyczna i wzmacniająca poczucie
wartości rola tego bycia razem uwidaczniała się w licznych
kolonijnych symptomach odreagowania:
28: Zdecydowanie pamiętam [z perspektywy
wychowawczyni] opowieści dzieci i młodzieży z małych miasteczek
o jakichś okropnych antysemickich przeżyciach. I to się wałkowało
tam i z powrotem.
1 N: Się mówiło o jakichś historiach
antysemickich, [...] jeżeli coś się stało, czy w szkole, czy
na zewnątrz, na obozie można było o tym mówić.
28: [z perspektywy wychowawczyni] Jednocześnie
było takie odreagowanie, na przykład [dzieci na koloniach]
wyzywały się od "Żydów", od "parchów".
32: Przyjechaliśmy do tego Poronina,
poszliśmy spać [...] i obudził mnie wrzask: [...] "Żydóóówy,
gdzie wsadziłyście moją spódnicę?!". [...] Byłam zupełnie
zszokowana. [...] Oni wszyscy, jak się zjeżdżali na tych koloniach,
[...] to odreagowywali te wszystkie napięcia i stresy. [...]
Mogli właśnie pożydłaczyć, [...] jakieś opowiadanie "Żyd-szmoncesów".
[...] Kierownik tej kolonii [Szmul Tenenblatt] to po prostu
białej gorączki dostawał z tego powodu.
Poczucie wyjątkowości kolonii żydowskich
wzmacniała w jeżdżącej tam młodzieży także pewna istniejąca
tam rytualizacja
28: Pamiętam, to było właśnie najprzyjemniejsze
na koniec, wszyscy się ze wszystkimi całowali, taki był obyczaj.
[...] Z latami jakaś inna obyczajowość, taki etos swoisty,
którego potem się nigdzie nie widziało: byli stale jakby ciągle
ci sami ludzie i ciągle napływali nowi, [...] taka atmosfera
ogólnej życzliwości i takiego luzu.
W rezultacie te "bardziej żydowskie"
dzieci, które jeszcze niedawno zaimkiem "my" nie
potrafiły określić kręgu osób wykraczającego poza najbliższą
rodzinę, teraz znajdowały miejsce społeczne, w którym czuły
się, wraz ze swoim żydostwem, "w pełni" i "u
siebie". Znajdowały na koloniach swój teren zadomowienia
i czerpały radość z nowych możliwości identyfikacji.
17: Pyt.: Powiedziałaś, że coś się w
tobie zmieniło od momentu, jak... [zaczęła jeździć na żydowskie
kolonie]. Odp.: Lepiej się poczułam. [...] Pyt.: Powiedziałaś,
że wtedy znalazłaś swoją narodowość. Odp.: Nie mogę powiedzieć,
czy narodowość. [...] Ja znalazłam grupę ludzi, którzy byli
moimi ludźmi. Ja nie wiedziałam, że to jest moja narodowość,
rozumiesz, to jest moja grupa ludzi. Nikt mi z nich, żaden
z nich nie powie, że za bardzo mi się, wiesz, nos zakręca
czy mam żydowskie spojrzenie.
Klub Babel
W klubie młodzieży żydowskiej Babel
(utworzonym przy warszawskim TSKŻ w 1962 i zamkniętym w 1967
roku) koloniści mogli w ciągu roku szkolnego znaleźć przedłużenie
atmosfery obozów żydowskich wraz z ich swoistą obyczajowością,
z ich ciepłem, z możliwością kontaktu z ludźmi o podobnych
doświadczeniach, pozwalającą młodzieży "bardziej żydowskiej"
uwolnić się choć na parę godzin od poczucia swej żydowskiej
odrębności.
17: Spotykaliśmy się w klubie [Babel]
i wiesz, normalne rozmowy nastolatków, różne sekcje. [...]
Było nas dużo, [...] jeden przez drugiego w sumie się kiedykolwiek
spotkał - zapoznał. Tak że naraz doznałaś tego uczucia, że
masz bardzo dużo kolegów.
Jednak klientela klubu Babel nie była
jednorodna - przychodziła tam również dosyć często młodzież
z domów separujących się od żydostwa, a nawet "wkręcała
się" młodzież polska - klub był bowiem znany ze świetnych
potańcówek, doskonałych turniejów brydżowych i ciekawych spotkań
dyskusyjnych z artystami i publicystami.
18: Było takie, wiesz, to przemieszanie
klubu dyskusji w TSKŻ i Klubu Michnika. Była cała grupa ludzi,
którzy chodzili na jedno miejsce i na drugie.
16: Ja chodziłem do tego klubu [Babel],
grałem tam w brydża, poznawałem dziewczyny. [...] To było
poważne miejsce, gdzie się w karty grało w Warszawie.
Spotykanie się wspólne w klubie Babel
tej młodzieży pochodzenia żydowskiego, należącej do różnych
środowisk, owocowało z jednej strony wzajemnymi wpływami -
z drugiej konkurencyjnością. Konkurencyjność dotyczyła zarówno
spraw społeczno-towarzysko-prestiżowych jak i postaw wobec
żydostwa. Separujący się od żydostwa ludzie z Klubu Poszukiwaczy
Sprzeczności nie ukrywali, że nie rozumieją i nie cenią postaw
swych "bardziej żydowskich" rówieśników, którzy
całą swoją energię towarzyską i społeczną kierowali ku swojemu
żydowskiemu środowisku, zorganizowanemu wyłącznie według kryterium
etnicznego:
7: Pyt.: Jaki miałeś stosunek do tego
towarzystwa? [młodzieży jeżdżących na obozy żydowskie] Odp.:
[...] Było dla mnie dziwnym, że ludzie się w to angażują.
16: Ludzie, którzy byli w tej takiej
elicie intelektualnej [środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności]
też przychodzili czasem do klubu żydowskiego, a oni na obozy
nie jeździli. [...] To się nie uważało, że to jest takie [...]
chic [jeżdżenie na obozy żydowskie]. [...] To się uważało,
że to jest dla takich ludzi, którzy nie mogą gdziekolwiek
indziej na wakacje pojechać.
Koloniści z kolei nie ukrywali swojej
dezaprobaty dla przychodzących do ich klubu osób "dalekich
od żydostwa". Nie cenili tych, co reprezentowali tożsamość
"specyficznych Polaków". Uważali, że ta deklarowana
przez nich polskość stanowi rodzaj sprzeniewierzenia się zarówno
swoim żydowskich korzeniom jak i, w jakimś sensie, Polakom.
19: Stosunek ["kolonistów"
] do tych, którzy u d a w a l i, że nie są Żydami, [...] był
bardzo negatywny. [... ] I ja mówię: "Jak ty chcesz,
żebym ja cię uważał za Polaka, ja cię uważam za Polaka. Ale
ja nie decyduję o tym, z a k o g o t y b ę d z i e s z u w
a ż a n y w Polsce".
Oczywiście ta dychotomia obustronnych
postaw nie była aż tak klarowna i jednolita, jak to tu przedstawiam.
Z czasem zresztą wzajemne kontakty uczestników obu środowisk
- środowiska Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności i środowiska
klubu Babel - doprowadzą u schyłku szkolnej edukacji do stopniowego
przenikania się środowiskowych zachowań i postaw. Bardziej
to nawet będzie widoczne w środowisku Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności,
gdzie pojawią się niekiedy zachowania obce raczej postawom
"specyficznych Polaków" i budzące ich konsternację:
7: Było tam parę osób, które były [...]
w TSKŻ. I byli inni ludzie, którzy [...] nie brali udziału
w TSKŻ, ale mieli takie silne poczucie, że są Żydami i może
nawet pewnego rodzaju takie poczucie troszkę wyższości z tego
powodu. [...] Mnie to strasznie raziło. Jak ktoś mi pierwszy
raz to powiedział, że Żydzi są inteligentniejsi albo że ktoś
nie jest inteligentny, bo nie jest Żydem, to mnie to szalenie
raziło. [...] [Ale] wiesz, nie chcę też, żeby stwarzać wrażenie,
że to było jakieś takie dominujące tam. Dla mnie Klub Michnika
był bardzo ważną organizacją.
Nic nie będzie już jak było
Moment, gdy moi rozmówcy rozpoczynają
studia, powinien zamykać niniejszy szkic, poświęcony wszak
szkolnemu okresowi ich życia. Wspomnijmy więc tylko, że wraz
z wstąpieniem na studia młodzieży śródmiejskiej pochodzenia
żydowskiego (chodzi tu głównie o lata 1964-1968), na mapie
życia społecznego tej młodzieży i w jej postawach nastąpią
nowe konfiguracje i ogromna polaryzacja. Środowisko Klubu
Poszukiwaczy Sprzeczności, które - mimo zakazu klubowej działalności,
zachowa ciągłość dzięki spotkaniom w kilkuosobowych grupkach
samokształceniowych i na licznych prywatkach - nawiąże na
Uniwersytecie Warszawskim bliskie więzi ze środowiskiem byłych
Walterowców, z niepokorną częścią kadry uniwersyteckiej, z
różnymi kontestacyjnie nastawionymi grupkami studenckiej młodzieży.
Utworzą się nowe środowiska, wyłonią nowi liderzy, pojawią
nowe centra opiniotwórcze.
Mimo tych przetasowań doświadczenie
wielu byłych członków Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności i spójność
tego środowiska (w którym sporo było osób pochodzenia żydowskiego
o tożsamości "specyficznych Polaków") odegra w studenckiej
opozycyjnej aktywności - oczywiście obok innych ważnych środowisk
- istotną rolę. Będzie to dotyczyć i sfery postaw (takich
jak naturalność czynnej niezgody na brak prawdy i wolności
oraz głębokie emocjonalne zaangażowanie w problemy współczesnej
Polski), i umiejętności (na przykład publicznych wystąpień),
i możliwości organizacyjnych (krąg byłych uczestników spotkań
Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności stanowić będzie dla studenckiej
działalności opozycyjnej ważne i duże zaplecze środowiskowe).
W tym miejscu trzeba postawić pytanie:
jaką rolę w genezie tego wszystkiego przyznać należy owemu
dziwnemu tworowi, jakim był zespół postaw, przekonań i etosu
"specyficznego Polaka", ukształtowany przez komunistyczne
domy, hermetyczne tepedówki i wreszcie później przez środowisko
Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności? Jaką rolę w tym wszystkim
odegrało owo podmiotowe poczucie przyjaznego zadomowienia
w świecie, tak długo odczuwane przez wielu ludzi z tego środowiska?
2: Tak sobie wyobrażam, że wiele osób,
z tego pokolenia, które robiło Marzec, to były osoby podobnie
wychowane. Z domów [...], gdzie szło naprawdę o ideologię,
a nie o karierę, w związku z tym były wychowane w pewnych
wartościach.
W Marcu '68, jeszcze zanim szok późniejszej
antysemickiej propagandy brutalnie wymusi na wszystkich osobach
pochodzenia żydowskiego w Polsce rewizję ich dotychczasowych
identyfikacji, przedstawiciele warszawskiej młodzieży pochodzenia
żydowskiego przeżyją przez chwilę na studiach swój heroiczny
czas. Wielu z nich - i tych o tożsamości "specyficznych
Polaków", i tych związanych bliżej ze środowiskami żydowskimi
- warszawscy studenci uznają za swoich liderów i spontanicznie
wybiorą do niezależnych komitetów studenckich (powierzając
im obronę polskiej demokracji i wolności polskiej kultury).
Potem wielu tych liderów zapłaci za to wielomiesięcznym, a
czasem nawet dłuższym, więzieniem, a ich żydowskie pochodzenie
i żydowskie nazwiska niektórych będą wykorzystywane w antysemickiej
propagandzie rynsztokowej.
Po Marcu nic już nie będzie w środowiskach
ówczesnej warszawskiej młodzieży pochodzenia żydowskiego takie,
jak było. Z doświadczenia marcowego wyjdzie ona bowiem z wdrukowaną
w świadomość przestrogą, że żydowskie korzenie są czymś, co
w polskim społeczeństwie określa człowieka bez jego woli i
wiedzy, i cokolwiek w Polsce w sferze publicznej człowiek
taki zrobi, to i tak pewnego dnia może to zostać zakwestionowane
z powodu jego żydostwa.
22: Ruch polityczny, w którym jest nawet
kilku Żydów, w Polsce ma mniejsze poparcie w społeczeństwie
niż ruch polityczny, w którym ich nie ma. [...] Tu jest dodatkowy
ten nieprzyjemny układ, że w zasadzie wiesz, że nawet sporo
ludzi, którzy są przeciwko tej obecnej sytuacji czy przeciwko
systemowi [komunistycznemu], niewątpliwie w zasadzie uważa,
że nic im nie pomagasz, a jeszcze przeszkadzasz. [...] Próbujesz
coś zmienić w środowisku ludzi, którzy w zasadzie ci mówią
prosto w twarz, że "a my tu cię nie chcemy".
Przestroga ta jest w świadomości wszystkich
moich rozmówców obecna do dziś, ale u każdego inaczej. W różny
sposób pokierowała ona ich wyborami, w różny sposób i w różnych
sytuacjach jest przywoływana, różnie sobie moi rozmówcy z
nią radzą, raz się z nią konfrontując, raz spychając w podświadomość.
Ale nawet zepchnięta już całkiem w podświadomość
- żyje. Bo Marzec '68 stanowił dla tych ludzi ich podstawowe
doświadczenie życia i jest wciąż przywoływanym punktem odniesienia.
9: Moje życie dzieli się na przed sześćdziesiąty
ósmy rokiem i po. Przed i po Chrystusie.
Czyja to historia?
Opowiedziana tutaj historia jest oczywiście
historią warszawskiej śródmiejskiej młodzieży pochodzenia
żydowskiego. Ale na pewno nie tylko. To przecież historia
Warszawy, historia warszawskich elit społecznych i kulturalnych,
historia warszawskich elit młodzieżowych lat sześćdziesiątych.
Powstaje zatem pytanie: czy to, że znaczącą
część tych elit stanowiły osoby pochodzenia żydowskiego -
zidentyfikowane z polską kulturą, bliskie środowiskom komunistycznego
establishmentu, odsuwające się lub odsunięte od swych kulturowych
korzeni, ale świadome, chociażby czysto werbalnie, swego żydowskiego
pochodzenia - czy to miało jakiś wpływ, i jaki, na rozwój
i kształt tych elit?
Dla niektórych ludzi pytanie to może
brzmieć antysemicko. Ale odpowiedź na nie do antysemitów nie
należy. Należy do socjologów kultury. I do historyków kultury.
Nieco inną i szerszą wersję tego tekstu
Czytelnik znajdzie w: Żydzi Warszawy. Materiały konferencji
w Żydowskim Instytucie Historycznym w setną rocznicę urodzin
Emanuela Ringelbluma
|