|
Henryk Grynberg
My, Żydzi z Dobrego
W sześćdziesiątą rocznicę
Moje siły są na wyczerpaniu,
ale gniewu mam pod dostatkiem, zawsze jeszcze mogę liczyć
na gniew. Padam ze zmęczenia. Piszę tylko tyle, ile musi być
napisane, bo jest tego strasznie dużo i nie ubywa, tylko przybywa.
Piszę w nieustannym pośpiechu. Inni wpadają w panikę - o czym
pisać? A ja - o czym nie pisać? Narcyzi chcą (pragną) "zostawić
ślad po sobie". Mnie chodzi o ślad po zbrodni.
Rozmawiamy po nocach. W kolczastym
lesie pod Małkiną, w zagajnikach koło Dobrego, w sosnach nad
zasypanymi dołami Gigra. W pobliżu zasypanych dołów (tam wszystko
jest blisko) pręży się pomnik na cześć poległych w 1918-20,
a tu tylko sosny się pochylają. Tam cześć, a tu nic. Powiedziałem
o tym w Żydowskim Instytucie Historycznym, to rozłożyli ręce
-- za dużo mają historii.
Żydzi z Dobrego już na nic nie liczą,
ale wciąż mi robią wymówki. Nie jesteś Żydem, mówią. Ależ
jestem, i to takim, że wszyscy wiedzą... Nie przestrzegasz
szabatu, który jest esencją człowieczego życia (i higieny
psychicznej). Żyjesz w stanie bezżennym, który jest sprzeczny
z żydowskim sposobem życia (i też jest niezdrowy). Nie wychowałeś
nam żydowskich dzieci, których tak bardzo brak. Nie spełniłeś
obowiązku, przerwałeś łańcuch, zawiodłeś. Tyle pokoleń cię
niosło, przez tak długie wieki, tak długą drogą przez mękę,
aż tutaj. A ty co? Nie wytrzymałeś, uległeś, dałeś za wygraną,
odpadłeś jak tylu innych, okazałeś się za słaby. A wiesz,
skąd bierze się ta żydowska siła, co spędza sen z powiek naszym
wrogom? Właśnie z tej selekcji. Czy teraz wiesz, skąd żydowska
mądrość? Wiem, głupcy odpadają. Ale przecież ja robię, co
mogę, codziennie, ze wszystkich sił, jak prawdziwy Żyd. Fantażysta!
-- mówią. A fanta-żyst! Nie, że fantazjuję lub mam za dużo
fantazji, tylko że za dużo sobie o sobie wyobrażam. Wiem,
że moje siły są na wyczerpaniu, ale gniewu mam pod dostatkiem,
mówię, zawsze jeszcze mogę liczyć na gniew. Taki rok na Chanę
Kostek! -- mówią. Nie wiem, kim była Chana Kostek, ale rozumiem.
Żydzi w Dobrem mieli swój własny język, który rozumiem jeszcze
tylko ja. Azoj wert fun a kaczkie a indyk -- pisze doktor
Zygmunt Bychowski na swojej fotografii w ogrodzie wspomnień
Joanny Olczak-Ronikier, gdzie stoi w wojskowej czapie i szubie
przed wymarszem na wojnę rosyjsko-japońską. Sprawna kondensacja
(azoj wert), zgrabne, hebrajskie literki, bezbłędna pisownia.
Kto jeszcze wie, co znaczy "stać się z kaczki indykiem"
i kto jeszcze umie się z tego roześmiać? Każde miasteczko
miało swój język, jak każda wioska w Afryce. Lingwiści obliczyli,
że co rok ginie ze świata 25 języków. A ile zginęło w samym
1942? W samej Polsce?
Ktoś z Dobrego pojechał pierwszy raz
do Warszawy i wrócił zdumiony: Sztibn gajen in di gasn! Mieszkania
chodzą po ulicach. A było to już po wojnie rosyjsko-japońskiej,
mój ojczym opowiadał. W Radoszynie - siedem kilometrów od
Dobrego (sześćdziesiąt od Warszawy) -- jeszcze w 1966 nie
było elektryczności. Nie wiem, kiedy ją w końcu dociągnęli,
ale w lutym 1992, kiedy filmowaliśmy Miejsce urodzenia, daremnie
szukałem wychodka. Wychodek planujemy na przyszły rok, a na
razie to za stodołę - powiedział nasz gospodarz. Jeszcze za
mojej pamięci były tam gliniane podłogi jak w Afryce i dzieci
z czarnymi stopami. Auta się nie widziało. Na takich drogach?
Tylko czasem aeroplan - i nikt nie wiedział, uciekać czy nie?
Był ciepły, kwietniowy dzień. Pani Pola nas wyprowadziła
na kwitnące łąki i pyta: A pamiętacie tych, co tej wiosny
nie doczekali? Tego samego dnia nas posadziła w świetlicy
i kazała napisać o wrażeniach z wycieczki, więc napisałem
o tych, co nie doczekali. Stroniczkę tę umieszczono na środku
gazetki ściennej i wszyscy czytali. To była wiosna 1946 w
Helenówku pod Łodzią, w żydowskim Domu Dziecka zbudowanym
jeszcze przed potopem przez Chaima Rumkowskiego, później Prezesa,
który naprawdę starał się ratować dzieci łódzkiego getta,
jego kolorowy portret wisiał w hollu. W ten sposób zostałem
pisarzem.
Temat został mi dany, zadany i nigdy mnie nie opuścił. Próbowałem
z początku uciec - w Hłaskę, Hemingwaya, satyrę. Nic z tego,
szedł za mną jak cień. Pani Pola, która była uczennicą Korczaka,
trafiła w strunę, zadała mi pracę domową na życie i wciąż
piszę o tych, którzy nie doczekali. Szukam ich, namawiam i
czasem wracają, żeby choć trochę zaistnieć na moich samotnych
stronicach. Mówi się, że to Holokaust - ja mówię antysemityzm.
Mówi się, że to antysemityzm - ja mówię ludożerstwo. Stary,
uniwersalny temat.
Pierwszą praktykę wakacyjną wziąłem w "Fołks Sztyme"
- "Głosie Ludu". Instynkt ciągnął mnie do ludu,
którego nie było, ale nie umiałem posługiwać się jego językiem
i ktoś przekładał to, co pisałem. Pani Pola robiła mi codziennie
wymówki na schodach: "Dlaczego nie piszesz po żydowsku?".
Ale tego nie mogła ode mnie wymagać. Singer upierał się, że
język żydowski jest tylko chory. Ja wiedziałem, że został
zamordowany.
Mojego języka nauczyła mnie piękna Żydówka z Dobrego i tkwi
on we mnie najgłębiej. Z moim ojcem mówiła po żydowsku, a
do mnie tylko po polsku, jakby wiedziała. Dzieci, do których
matki mówiły wtedy po żydowsku, nie miały żadnych szans. Mój
polski język uratował mi życie. Dużo lepiej by było pisać
po angielsku, francusku, hiszpańsku, byłbym dużo szczęśliwszy,
pisząc po hebrajsku, i dużo lepiej by mi się powodziło, gdybym
pisał po niemiecku. Ale moim medium, moim głównym składnikiem
są słowa, które otrzymałem z ust matki. Inżyniera może urodzić
probówka, poetę musi matka. Przez nią jestem, kim jestem.
Ktoś w pracy doktorskiej nazwał mnie "żydowskim pisarzem
piszącym po polsku" i "żydowskim poetą piszącym
po polsku". W ten sposób antysemici gryźli Tuwima, głęboko
go raniąc. Ja się nie czuję zraniony. Za jego czasów uważano,
że aby stać się polskim poetą, trzeba przestać być Żydem.
Za moich już wiadomo, że to nieprawda, tylko nie wszyscy chcą
wiedzieć. Jan Lebenstein zrzucił ze schodów dziennikarza,
który go spytał, czy uważa się za polskiego malarza. Mnie,
Żyda z Dobrego, który pisze w Ameryce po polsku o żydowskim
losie, wcale nie denerwują takie pytania. Dla Polaków jestem
pisarzem żydowskim, dla Amerykanów polskim, dla Żydów polsko-żydowskim,
dla Chińczyków amerykańskim. Wykorzeniony Tuwim miał tylko
ojczyznę-polszczyznę. Ja mam moje żydowskie miasteczka i dzielnice.
Wiem, że ich nie ma, ale on nie miał ich nawet, gdy jeszcze
były.
"Jest w literaturze polskiej miejsce dla kogoś takiego
jak pan" -- powiedział mi Czesław Miłosz w 1985 w Waszyngtonie
i jestem mu za to wdzięczny, ale ktoś inny w tym samym czasie
powiedział: "Niech Grynberg się zdecyduje, czy jest pisarzem
polskim, czy żydowskim". Nie zdecydowałem się (i nie
zamierzam się zdecydować), no i siedzę w getcie ławkowych.
Narzeka się, że polska proza nie zauważyła przemarszu Armii
Czerwonej w 1944-45, a nie zauważa się Zwycięstwa, że nie
opisała lat 50., jakby nie było Życia ideologicznego, Życia
osobistego, Życia codziennego i artystycznego. Debatuje się
nad "czarną dziurą lat 80.", ignorując Życie codzienne
i artystyczne (Maison-Laffite 1980), Prawdę nieartystyczną
(Berlin 1984), Kronikę (Berlin 1987), Kadisz (Kraków 1987),
Sublokatorkę (1985) i Hipnozę (1989) Hanny Krall i Skrawek
czasu (1987) Idy Fink, który w latach 80. ukazał się w trzech
zachodnich językach, otrzymał Nagrodę Anny Frank i był w tej
dekadzie jedynym międzynarodowym sukcesem polskiej prozy.
Redaktor Giedroyc nie wydał Życia ideologicznego, bo uważał,
że to książka "wyłącznie poświęcona młodzieży żydowskiej"
(co nie jest prawdą), ale Życie codzienne i artystyczne (które
wydał) nie wspomina ani jednego Żyda, więc czemu się go nie
widzi? Bo polskiej powieści nie może napisać Żyd. Andrzej
Stypułkowski, który jako szef Polonia Book Fund starał się
sfinansować wydanie Życia osobistego w Londynie, otrzymał
od kogoś odpowiedź: "Za mało mamy pieniędzy nawet na
wydawanie naszych pisarzy". W "czarnej dziurze lat
80." zniknął również Umschlagplatz (1988) Rymkiewicza
-- najlepsza obok Czarnego potoku Buczkowskiego powieść, jaką
napisał "nasz" pisarz o Żydach. Dlaczego? Bo o Żydach,
a więc nie "nasza". My, "żydowscy pisarze piszący
po polsku", jesteśmy gośćmi. Przyjmuje się nas na specjalnych
przyjęciach, uprzejmie (gości się nie krytykuje, tylko chwali),
ale praw obywatelskich w ojczyźnie-polszczyźnie nie mamy.
Nie ma jeszcze takiego postanowienia w polskiej konstytucji
duchowej (ciekawe, jak wyglądałaby dziś ojczyzna-angielszczyzna
bez piszących po angielsku pisarzy irlandzkich i żydowskich
pisarzy amerykańskich).
Nie ma nic intymniejszego niż język i obcość w takich stosunkach
boli, ale my, Żydzi z Dobrego, mamy większe zmartwienia. Asymilanci,
jak Tuwim, wychodzili z siebie (dosłownie), żeby ich zaakceptowano
i traktowano jak ludzi (dlatego łatwo ulegali komunizmowi),
my powtarzamy po niezależnym rabinie-piosenkarzu Szlomie Carlebachu:
Do me a favor: don't do me favors! Mówi się, że zdziesiątkowani
nie są pokorni. W odniesieniu do nas, Żydów z Dobrego, "zdziesiątkowanie"
to eufemizm.
Pewnego październikowego poranka wyszedłem z domu i nie wróciłem.
Wsiadłem w taksówkę i nawet się nie obejrzałem. Nie wyjrzałem
z samolotu. I nie czułem żadnej nostalgii. Przeciwnie, budziłem
się co rano z ulgą i dziękowałem Bogu, że nie budzę się w
Polsce. To była antynostalgia - ta, którą w wierszach pod
tym tytułem zebrałem. Niezawodna, pomagała mi zawsze, kiedy
było mi źle. Wystarczyło, że pomyślałem: ale przynajmniej
nie jesteś w Polsce.
U Polaków to niewybaczalne. Nawet ci, co odmawiają Żydowi
wszystkiego, co polskie, chcą, żeby Polskę kochał. I cierpiał
jak rasowy kochanek (dwuznacznik zamierzony). A przynajmniej
tęsknił. Równocześnie zaś robią wszystko, żeby mu to jak najbardziej
utrudnić (stąd "trudne stosunki"). Dlaczego? O to
trzeba zapytać psychiatrę. Uciekłem, żeby ratować zdrowie
psychiczne (jak od dwóch kolejnych żon). Polacy mnie często
pytali, czy się czuję Polakiem. Zwłaszcza Polki. Dopytywały
się, czy mam może choćby małą domieszkę polskiej krwi. A nie
pytałyby, gdybym był z pochodzenia Rosjaninem, Ukraińcem,
Litwinem, nawet Niemcem. I nie chodziło im o prawdę, wystarczyłby
pozór. Polacy wolą Żyda, który nie chce być Żydem, który udaje,
że nie jest, który myśli, że nikt nie wie, że jest, przy którym
można wygadywać na Żydów, udając, że się nie wie. I którego
można zaskoczyć jak w 1968. Owszem, Żydzi tęsknią jak wszyscy.
Do siebie samych, do swoich młodych lat, ale mnie i to zatruto,
za późno uciekłem. Wredny reżym przeminął jak każdy inny,
ale to, od czego uciekłem, zostało i - jak w moim programowych
wierszu z 1968 - wciąż "tak mi łatwo uniknąć nostalgii".
Podczas romantycznego strajku Stoczni Gdańskiej było mi trochę
żal, że mnie tam nie ma. Przez jakiś czas wydawało się, że
coś się zmienia, naprawia od środka, od ducha. Piękne było
to życzliwe zainteresowanie dla zgładzonych, wygnanych, "rozwiedzionych".
Zaczęliśmy nawet pospiesznie rewidować nasze poglądy. Ale
skończyło się to jak zwykle, jak wiele razy przedtem. Wciąż
działają tam te same przeciwne wektory: naprzód - wstecz,
w górę - w dół. Z tym samym skutkiem co zawsze.
Najpierw Holokaust, potem pedofilia polityczna i gwałt, a
potem znów to. Najpierw przestałem wierzyć nauczycielom, potem
wszystkim innym ideologom, doktrynerom. Straciłem wszelką
orientację: nie widzę różnicy między prawą stroną a lewą.
Im bardziej na lewo, tym bardziej na prawo i na odwrót. I
tym więcej antysemitów. A widziałem jednych i drugich na gorącym
uczynku władzy, odczułem na własnej skórze. Nie chcę być ani
liberałem, ani konserwatystą, ani wierzącym, ani niewierzącym,
nie chcę nigdzie należeć. Pisarze lubią należeć i chętnie
się ich bierze. Pisarz popularyzuje partię, partia popularyzuje
pisarza. Mówimy partia, a w domyśle Majakowski, mówimy Majakowski,
a w domyśle partia. Za przynależność dostaje się nagrody (włącznie
z Noblem), więc Majakowski ma długą linię towarzyszy potomnych.
W Nowym Jorku, stolicy literatury, nie ma bezpartyjnych pisarzy.
Jeśli są, to nikt o nich nie wie (i wiedzieć nie będzie).
Nie znaczy to, że jestem bezstronny. Bynajmniej. Bezstronność
jest zaletą uczonego, historyka, nie pisarza. Pisarz jest
po stronie skrzywdzonych. Ja jestem po stronie Żydów z Dobrego.
Moim tematem jest krzywda, największa, jaką znam. Zwykli,
bezbronni ludzie, których podziwiam. Ich dzielność, roztropność,
zaradność w obliczu nieprawdopodobnych przeciwności losu.
Jeśli najpierw opisałem los moich najbliższych, to dlatego,
że był to najwcześniej i najlepiej mi znany przykład tego
zbiorowego losu. Dlatego nawet w tak osobistym dokumencie,
jak film Pawła Łozińskiego Miejsce urodzenia, wystąpiłem wyłącznie
jako "syn Abrama". Tenże anonimowy los podzielają
nieliczni na moich stronicach inteligenci, a nawet dygnitarze
(Memorbuch).
Posługuję się żywymi modelami, ale moim tematem są ci, co
zginęli. W rozpaczy, że nikt o nich się nie upomni. Ja się
upominam. I muszę nieustannie czuwać, bo próbuje się zgładzić
ich po raz drugi, zabić nawet ich śmierć. Ja nie mogę na to
pozwolić. Padam ze zmęczenia. Piszę tylko tyle, ile musi być
napisane, bo jest tego strasznie dużo i nie ubywa, tylko przybywa.
Piszę w nieustannym pośpiechu. Inni wpadają w panikę - o czym
pisać? A ja - o czym n i e pisać? Narcyzi chcą (pragną) "zostawić
ślad po sobie". Mnie chodzi o ślad po zbrodni.
Nie nadążam za literaturą światową. Nie udało mi się przeczytać
nawet połowy Zmartwychstania Tołstoja. Poszedłem zobaczyć
je w adaptacji scenicznej -- dawno temu, kiedy jeszcze istniał
teatr -- ale musiałem w połowie wyjść, żeby nie zasnąć. Kocham
Czechowa, najszlachetniejszego z pisarzy, ale nie starczyło
mi nigdy cierpliwości do Trzech sióstr, choć kilka razy próbowałem.
Padam na twarz przed Szekspirem, lecz nie wytrzymuję Króla
Leara. Co to za tragedia? Na czym ona polega? Na Kupca weneckiego
my, Żydzi z Dobrego, nie możemy patrzeć. Nawet kiedy ambitni
aktorzy i reżyserzy usiłują go przedstawić "inaczej".
Nawet kiedy robią to Żydzi - a nie powinni, bo nie można wyprostować
drzewa, które urosło krzywe (Talmud). Nie powinni, bo autentyczny
Żyd w Shylocku to podwójna gratka dla antysemitów. Shylock
jest i zawsze będzie Żydem-krwopijcą, wręcz ludożercą, wbrew
najlepszym intencjom i największym wysiłkom aktorów i reżyserów,
których zwodzi boska wyrozumiałość autora dla wszystkich,
których stworzył (włącznie z lady Makbet i Ryszardem III).
Jego wielkość sprawiła, że jego Kupiec wenecki wyrządził nam,
Żydom z Dobrego, więcej szkody niż jakikolwiek zamierzony
paszkwil. Dlatego tak chętnie go grano w hitlerowskiej Rzeszy.
Gdyby Szekspir to widział, nie wypuściłby więcej Shylocka
na scenę.
My, Żydzi z Dobrego, nie wypuścilibyśmy na scenę również
samospełniających się proroctw Brechta. Jak to o okręcie z
pięćdziesięcioma armatami, który dosłownie wziął miasto na
cel, a Jenny zapytana, kto ma zginać, odpowiedziała: "wszyscy!",
po czym zawołała "hopla!". Jenny zrozumiała sugestię
Brechta dosłownie, tak samo widownia. Brecht będzie się dzisiaj
z tego wykręcał, ale wtedy był przecież rewolucjonistą. Jak
Dzierżyński, Stalin i Hitler (też artysta, który chciał coś
radykalnie zmienić). Jeden brał na cel klasę, drugi rasę,
ale zawsze "wszystkich" Mackie Majcher i Jenny będą
zawsze bohaterami widowni - tak jak Shylock wrednym Żydem
- wszystko jedno jakkolwiek by ich grać. Cynizmu, który jest
najłatwiejszym (i bardzo scenicznym) chwytem, nie potrzeba
nikogo uczyć. Zwłaszcza wtedy nie było potrzeba. Na nim opierała
się strategia, taktyka i propaganda bolszewizmu i hitleryzmu.
Spuszczeni ze sceny bohaterowie cynicznego teatru mówili,
śpiewali i robili dokładnie to, co przedtem na scenie. Na
scenie Brecht mógł się z nich trochę podśmiewać, a w rzeczywistości
oni z niego się śmieli. Mówi się, że jego sztuka była ostrzeżeniem.
To prawda. Ostrzeżeniem, że talent jest niebezpiecznym materiałem
wybuchowym i że trzeba ostrożniej bawić się zapałkami.
My, Żydzi z Dobrego, nie możemy również czytać książek, jakie
publikuje się o nas w Ameryce. Sielanka - katastrofa - walka
ze śmiercią - zwycięstwo nad złem - happy ending. Jakby nic
nowego. A my wiemy, że w naszej opowieści nie ma ani sielanki,
ani zwycięstwa, ani happy endu, ani nawet katharsis. I że
na tym polega jej nowość. "Oskarem" nagrodzono dokument
o młodej kobiecie, która przetrwała, wyszła za swojego wyzwoliciela,
Żyda w amerykańskim mundurze, ma dzieci, wnuki i -- happy
end. A to przecież nie koniec filmu. Australijka Ruth Wajnryb
(tak, polska pisownia) dopisała dalszy ciąg: szczegółowe studium
o okaleczonych rodzicach, dzieciach i wnukach pod tytułem
Milczenie (The Silence, Sydney 2001). Ryszard Kapuściński
wspomniał kiedyś w wywiadzie prasowym o albumie zdjęć z Holokaustu,
z którego amerykańskie wydawnictwo usunęło najbardziej wymowne.
Były zbyt wymowne. "Niesmaczne" - jakby powiedział
Szaniawski. Ameryka nie chciała aż tyle wiedzieć. Nie chciała
pogodzić się z prawdą, z patologią prawdziwego świata. Pod
każdym innym względem wyprzedziła pozostałe kultury, a tu
została daleko w tyle - przynajmniej do 11 września 2001.
Czy możliwa jest literatura po Treblince? Wręcz konieczna,
ale nie pozowana. Nie ubrana w słowa. Rozebrana ze słów.
Nie podoba nam się również sposób, w jaki przedstawiają nas
nasi ziomkowie. Oponują, kiedy im powiedzieć, że to nie ludzie
ludziom, tylko ludzie Żydom zgotowali Holokaust, ale na scenie,
ekranie i (poza nielicznymi wyjątkami) na papierze przedstawiają
nas jak Żydów, a nie ludzi. Nie potrafią, nie mogą, nie chcą
z nami się utożsamić. Wybitnym wyjątkiem był Dybuk w ekranizacji
Agnieszki Holland. "A ile pracy mnie to kosztowało!"
- wyznała, kiedy jej to powiedziałem. Film bardzo się spodobał
w Waszyngtonie, ale w Warszawie go zignorowano. Nie znaleźli
w Polsce uznania Wielebni, świetna komedia Mrożka, w której
Żyd jest człowiekiem, i w dodatku ma rację. Nie podobają się
filmy zagraniczne traktujące Żydów jak ludzi, nawet najsłynniejsze
jak Shoah, Lista Schindlera, Życie jest piękne. Na Pianistę
w Cannes kręcili nosem tylko polscy dziennikarze.
Jolanta Brach-Czaina nazywa nas "pomazańcami losu".
Twierdzi, że nasz los nas "wyłącza z ludzkiej wspólnoty
i wynosi w przestrzeń specjalną, do której wstępu broni groza".
Toteż tkwimy w tej przestrzeni bez wyjścia i czasie, który
wciąż trwa. I czujemy się osaczeni i bezradni jak wtedy. Jak
w naszych snach, które coraz częściej się powtarzają. Sami
siebie powołujemy na świadków w systemie, w który chcemy wierzyć.
Świadek musi mówić prawdę. Ani prokurator, ani obrońca, ani
nawet sędzia nie musi - tylko świadek. W literaturze jest
wieczysta kara za fałszywe zeznanie. Pisarz, który uważa,
że może dać takie lub inne świadectwo, jest w błędzie. Takie
lub inne świadectwo może dać tylko o sobie. Dlatego nie przemilczam
niczego, nie mogę, choćbym chciał. To jest silniejsze ode
mnie. Ktoś powiedział, że nie mam litości nad czytelnikiem.
Raczej t o nie ma litości - przede wszystkim nade mną. Nikt
z Żydów z Dobrego tego nie przeżył, nawet ja. Bo tego nie
można przeżyć. To zostaje, czai się, czyha. Świat się zmienia
tylko pozornie. My to wiemy, bo od dawna jesteśmy świadkami.
Nie jesteśmy lubiani, bo świadków się nie lubi. Podobno nie
wiadomo, co to jest prawda. Ale wiadomo, gdzie jest lub przynajmniej
powinna być. W opowieści. Pod opowieścią. Między wierszami,
między słowami. Czasem się ukrywa jak Żyd. Istnieje oczywisty
związek pomiędzy świadkiem, pisarzem i Żydem. I uchodźcą.
Ameryka mnie zaadoptowała i kocham mój amerykański dom, azyl,
który chroni mnie przed obłędem. Duszę mam żydowską, polską,
polsko-żydowską, lecz mentalność już amerykańską. Amerykanie
są mi braćmi, z Żydami wiąże mnie los, z Polakami język i
rany (bez których mógłbym zapomnieć być Żydem). Jestem dzieckiem
żydowskiego losu zaadoptowanym przez Amerykę, ale najważniejsze,
co mam, zainwestowałem w Polsce. Jestem sierotą jak każdy
uchodźca, zwłaszcza Żyd. Ameryka, najlepsza opiekunka sierot,
przygarnęła mnie fizycznie i psychicznie, otworzyła mi umysł.
Jestem wdzięczny oceanowi, który chroni mnie od krwawego starego
lądu, ale nie mógłbym istnieć bez moich macierzystych słów,
które codziennie przelewam na papier jak krew, która jest
żydowska jak moja pamięć. Na pytanie, czy nie mógłbym pisać
po angielsku jak inni, odpowiadam, że może tak, ale po polsku
mogę jak nikt inny. W tym jest definicja pisarza (i niemożebność
przekładu).
Pisarz polsko-żydowski znajduje się w dwóch miejscach naraz.
Jak pomost niezbędny dla obu stron. A jest dla niego jeszcze
jedno, które przewidział w 1943 Miłosz:
Powoli, drążąc tunel, posuwa się strażnik-kret
Z małą czerwoną latarką przypiętą na czole.
Dotyka ciał pogrzebanych, liczy, przedziera się dalej,
Rozróżnia ludzki popiół po tęczującym oparze,
Popiół każdego człowieka po innej barwie tęczy.
A także dym. Pytanie: co robi mały Żyd na kominie? Odpowiedź:
czeka na matkę. Tegośmy doczekali, spaleni Żydzi z Dobrego.
Gdzie my jesteśmy? - pytamy. Co to za kultura? Czy mamy z
nią coś wspólnego? Czy można się do niej przyznawać? To jest
coś, czego jeszcze nie było. A mnoży się jak wirus w Internecie.
I nie jest to imitacja jak niegdyś, ani ze wschodu, ani z
zachodu, tylko rodzimy oryginał. Bo w żadnym innym języku
Żydówka nie "kremuje się w krematorium", ani nie
"puszcza się z dymem". W żadnym innym nie można
tak zabawnie powiedzieć: "Która godzina? Wpół do komina".
Jeszcze nigdy hitlerowcy nie mówili tak dobrze po polsku.
Kretyni mażą na ścianach i wrzeszczą na stadionach, lecz dowcipna
jest inteligencja. Napomknąłem o tym nowym poczuciu humoru
na prywatnym przyjęciu w Warszawie w gronie profesorów. Ubawiona
pani profesor w kwiecie wieku z kieliszkiem w ręku uważała
za stosowne przytoczyć coś jeszcze zabawniejszego: "Ktoś
puka nocą do chaty: - Wiozę Żydów do Oświęcimia i zepsuł mi
się samochód. A gospodarz: - Panie, ja mam tylko mały piecyk
gazowy". Odwróciłem się i odchodzę, pani profesor biegnie
za mną. Przeprosić? Ależ skąd. Zapytać, czy nie straciła w
oczach. Prezydent przeprosił (w imieniu jednej trzeciej kraju)
za żywcem spalonych w stodole, a poseł tejże partii rządzącej
mówi o "faszerowaniu Żydami stodoły na gorąco" (jak
dotąd nie wypowiedział się o dużo gorętszej stodole na Manhattanie).
Tak spełniają się życzenia morderców, o których Przyboś w
1945 powiedział, że "śmierci pomordowanych Żydów chcieli
odjąć nawet znaczenie, nawet miano śmierci".
Nie ma kary za pastwienie się nad spalonymi ani nad nami,
którzy uszliśmy - jak to określiła Irit Amiel - osmaleni.
Ani za utożsamianie się z mordercami. Nie ma nawet wstydu.
Wojdowski ostrzega, że "o wiele staranniej winniśmy się
przyglądać temu, co się dzieje na uniwersytetach, w kulturze,
w wyższych kołach polityki..." A Aleksander Donat, że
"era Oświęcimia" trwa. Bo hitleryzm żyje. Bo hitleryzm
to słowa. Które zamordowały Żydów z Dobrego. W epilogu Dziedzictwa
podkreśliłem, że nie potrafię i nie chcę przebaczyć tego,
co uczyniono, i Tadeusz Drewnowski skrytykował mój poziom
etyczny. Ale tego, co czyni się teraz, nie przebaczy nawet
sam Bóg. Jeśli jeszcze jest.
"Splunąć i odejść. Ważę tę myśl od dawna" - pisał
u kresu życia Korczak, chociaż był świętym. Tak dużo wysiłku
potrzeba, żeby coś zbudować, a tak mało, żeby wszystko zniszczyć.
Dziesięciu ludzi się narażało na śmierć, żeby uratować jedno
życie, a wystarczył jeden, żeby je zabić - zaświadcza Władysław
Bartoszewski. Straszne prawo natury. Ale Korczak nie ustąpił,
nie uległ, do końca stawiał opór, utrzymując cenę życia.
Charlene z Horochowa, dawniej Szulamit, jeździ po Ameryce
i opowiada. Przeważnie w szkołach. Bo to jest nauka. Jak dotąd
najważniejsza. Spytałem ją, co mówi dzieciom, żeby nie straciły
chęci do życia. Mówi im, że nie można zaradzić temu, co było,
ale można temu, co będzie. Jeśli się w porę zaradzi temu,
co jest.
Jest Treblinka nawet na Manhattanie, ale nie odchodzimy i
apelujemy dalej. Nie wiemy już do kogo i czego, ale czujemy
konieczność, która wskazuje i wiedzie. W Dobrem nazywano to
Obecnością Boga.
Henryk Grynberg - prozaik, poeta, eseista i dramaturg. Jego
ostatnia książka Memorbuch została nominowana do nagrody "Nike"
2001.
|