|
HANNA WEHR
ZE WSPOMNIEŃ
Acknowledgments
We acknowledge with gratitude the financial
support of the Polish Socio-Cultural Foundation
Copyright: Hanna Wehr
Cover etching "Hands" by
Beata Wehr
ISBN 0-9688429-1-7
Polish-Jewish Heritage Foundation of
Canada
Montreal 2001
WSTEP
Oto pierwszy opublikowany tom naszej kolekcji
Aby nie zapomnieć - Pour ne pas oublier - Let us not forget
Pragniemy przede wszystkim podziękować autorce, Hannie Wehr,
za zgodę na opublikowanie jej wspomnień okupacyjnych oraz
za ścisłą i przyjazną współpracę w procesie publikacji.
Żyje jeszcze wiele rozsianych po całym świecie osób, które
przeżyły w Polsce nieludzki okres okupacji niemieckiej podczas
drugiej wojny światowej. Historia każdej z nich składa sie
z szeregu niespodziewanych wydarzeń, tragicznych lub zbawiennych
spotkań, trudnych do powzięcia decyzji i cudownych ocaleń.
Ludzie ci nie są już młodzi i jeśli do tej pory nie opublikowali
swoich wspomnień z tamtego okresu, istnieje możliwość, że
nigdy już tego nie zrobią. A przecież świadectwa te są niezwykle
ważne z punktu widzenia historycznego, psychologicznego, czy
po prostu ludzkiego. Chcemy i powinniśmy wiedzieć jakie to
były czasy i jakimi okazywali się ludzie w dramatycznych lub
wręcz tragicznych okolicznościach totalnego zagrożenia. Czego
możemy się spodziewać w skrajnych sytuacjach po obcych, po
naszych bliskich, po nas samych. Im więcej zgromadzimy świadectw
tamtych czasów, tym nasza wiedza o świecie będzie bogatsza,
nasze zrozumienie zjawisk - głębsze. Nie należy dopuścić do
tego, aby te świadectwa znikły wraz ze świadkami. Są one ponadto
pomnikiem wystawionym tym, którym nie udało się przeżyć tych
tragicznych czasów. Ważnym jest, aby pamięć o nich nie zaginęła.
Nasza organizacja (Polish-Jewish Heritage Foundation) stawia
sobie za cel wynajdywanie napisanych już wspomnień, aby je
opublikować i przekazać do odpowiednich bibliotek. Pragniemy
również skłonić tych, którzy noszą się z zamiarem napisania,
aby nie zwlekali z przekazaniem potomności swojego świadectwa.
Publikujemy te wspomnienia w języku, w którym zostały napisane,
z pełnym zaufaniem co do ich autentyczności.
Introduction
You are holding the first publication in our series,
Aby nie zapomnieć - Pour ne pas oublier - Let us not forget
We would like to express our thanks here to the author, Sven
Sonnenberg, for agreeing to publish his wartime recollections
and for his close and friendly cooperation during the process.
A number of people who survived the German Occupation of
Poland during W.W.II are still alive and scattered around
the world. The personal history of every one of those individuals
is woven into a series of momentous events: tragic or fortunate
encounters, fateful life decisions, and miraculous deliverances.
The people in question are not young anymore and since they
have not published their memoirs by now, it is doubtful that
they will ever do so. There is, however, no question that
these testimonies are enormously important historical records.
They tell us much about those perilous times; about how people
behaved in dramatic, dangerous, and often tragic circumstances.
They tell us what we might expect from strangers, from those
close to us, and from ourselves. The more testimonies we have
from those times, the broader will be our knowledge of the
world around us and the more profound our understanding of
it. We must not allow the facts to fade away into oblivion
as the witnesses pass on. We must ensure, too, that those
who did not survive are never forgotten.
The aim of the Polish-Jewish Heritage Foundation is to seek
out and publish the testimonies of survivors in order to distribute
them into libraries. We will encourage those who are inclined
to write but have not gotten around to doing so not to delay
recording their experiences for the benefit of future generations.
We will publish all testimonies in the language in which they
were written with all confidence to their authenticity.
Introduction
Voila le premier volume de notre collection
Aby nie zapomnieć - Pour ne pas oublier - Let us not forget
Nous voulons tout d'abord remercier l'auteur, Madame Hanna
Wehr, d'avoir accepté la publication de ses mémoires de temps
de guerre ainsi que pour sa collaboration étroite et amicale
au cours de la publication.
Éparpillé tout autour du monde, vivent encore des gens qui
ont survécu en Pologne les temps inhumains de l'occupation
allemande pendant la deuxieme guerre mondiale. L'histoire
de chacun d'eux est composée d'un grand nombre d'événements
inattendus, de rencontres tragiques ou salutaires, de décisions
difficiles a prendre, de sauvetages miraculeux. Ces gens ne
sont plus jeunes et s'ils n'ont pas encore écrit et publié
leur mémoires, il est probable qu'ils ne le fassent jamais.
Et pourtant, ces témoignages sont extremement importants du
point de vu historique, psychologique et, tout simplement
humain. Nous voulons et nous devons savoir comment les gens
se comportaient dans des circonstances dangereuses, dramatiques,
souvent tragiques. A quoi nous pouvons nous attendre de la
part des étrangers, des nos proches, des nous memes.
Plus il y aura de témoignages des cette époque, plus notre
connaissance du monde sera riche, notre compréhension des
événements - profonde. Il ne faut pas permettre que ces témoignages
disparaissent avec les témoins. Nous devrons aussi nous assurer
que ceux qui n'ont pas réussi a survivre ne soient pas oubliés.
La Fondation de l'héritage polono-juif se propose de retracer
des mémoires du temps de guerre, que les gens ont écrits sans
les publier, de les publier et les distribuer dans les bibliotheques.
Nous voulons aussi encourager ceux qui n'ont pas osé mettre
sur papier leurs témoignages de le faire au profit de la postérité.
Nous publions ces mémoires dans la langue dans laquelle ils
ont été écrits avec toute confiance en leur authenticité.
HANNA WEHR
ZE WSPOMNIEŃ
Slowo wstępne
Byłam przeznaczona do likwidacji. Na to, że wyszłam cało
złożył się splot bardzo wielu przypadków i pomoc bardzo wielu
osób. Los obszedł się ze mną na tyle łaskawie, że w większości
strasznych sytuacji byłam tylko ich świadkiem.
Należę do osób skrytych i bardzo trudno mi dzielić się z innymi
własnymi myślami i przeżyciami. Ale do pisania nakłania mnie
wewnętrzny nakaz, bardzo silne poczucie obowiązku przywrócenia
pamięci przynajmniej części tych, którzy zginęli. Żeby coś
po nich pozostało.
W poniższych wspomnieniach zawarte jest wyłącznie to co albo
widziałam na własne oczy albo (w nielicznych przypadkach)
są to fakty, o których dowiedziałam się od bezpośredniego
świadka.
MÓJ RODOWÓD
Niewiele wiem o swoim rodowodzie. W domu dziadka ze strony
ojca wisiał portret mojego pradziadka. Przedstawiał pana w
garniturze a z kieszonki jego kamizelki zwisał łańcuszek od
zegarka. Ten pradziadek należał do rodziny zamieszkałej od
wielu pokoleń w Warszawie. Podobno jedna jej gałąź przeszła
na katolicyzm, ale nie miałam na ten temat dokładnych informacji.
W domu dziadków ze strony matki też wisiały portrety. Były
one zupełnie inne - obaj pradziadkowie mieli długie brody.
Gdy byłam małym dzieckiem trochę się ich bałam. A gdy podrosłam
i czytałam już Pana Tadeusza uprzytomniłam sobie, że byli
oni pewnie podobni do Jankiela - wiedziałam, że pradziadkowie
pochodzili z Litwy. Mój dziadek i babcia pierwsi z rodziny
przyjechali do Warszawy. Potem ściągnęli trochę innych osób.
Dziadkowie założyli pralnię bielizny, na początku była ona
bardzo mała i ciężko w niej tylko oni sami pracowali. Później
rozrosła się do dużej pralni i fabryki.
Bardzo chciałabym lepiej poznać swój rodowód. Nie chodzi mi
o poszczególne gałęzie drzewa genealogicznego. Chciałabym
dowiedzieć się choć trochę więcej o tym jakie były te pogmatwane
i zygzakowate szlaki wędrówek moich przodków przez różne kraje,
zanim przywiodły ich do Polski. Niestety nie powie mi tego
żadna historia Żydów.
OJCIEC
Ojciec lubił pogwizdywać. Zwłaszcza rano dochodziły z łazienki
różne melodie. Najczęściej były to piosenki żołnierskie: "Trąbka
do boju wzywa nas" lub "Tam na błoniu błyszczy kwiecie"
albo ulubiony marsz wojskowy Schuberta i inne. Mundur i białą
broń oficerowie przechowywali wtedy w domu, rzeczy te wisiały
w głębi jednej z szaf.
Ale tak naprawdę zupełnie to do niego nie pasowało - był najłagodniejszym
człowiekiem pod słońcem, nie umiał się nawet porządnie rozgniewać.
Bardzo lubiłam chodzić z moim ojcem na spacery, wolałam to
nawet od zabaw z koleżankami i kolegami.
PRZYJACIELE
Ojciec miał dwóch bardzo serdecznych przyjaciół. Jeden z
nich - Olek -był tak samo jak on inżynierem, drugi - Staś
- adwokatem.
Odkąd samą siebie pamiętałam, pamiętałam również wizyty obu
przyjaciół ojca w naszym domu i niekończące się ich rozmowy.
Rozmawiali i rozmawiali nie zwracając na mnie uwagi i nawet
gdy wchodziła moja matka, żeby ich poprosić na kolację, nie
przerywali swoich dyskusji. Po wielu latach pytałam Olka o
czym wtedy rozmawiali, ale dowiedziałam się tylko, że o wszystkim.
Olek trafił na początku wojny do Oflagu w Woldenburgu. Trzymano
go tam do samego końca wojny i to mu uratowało życie. W Warszawie
zginęła jego żona.
Drugi z przyjaciół - Staś (jako mała dziewczynka mówiłam na
niego pan Cioś) - też stracił żonę i trzyletnią córeczkę Anusię,
które zostały zamordowane przez hitlerowców. Sam był zmobilizowany
w pierwszych dniach wojny i znalazł się potem na terenach
zajętych przez Sowietów. Przez jakiś czas był przez nich więziony
we Lwowie. Ale uniknął najgorszego. Po wojnie zamieszkał w
Anglii.
Gdy spotkałam się z nim wiele lat po przejściach wojennych
w Londynie zrobił na mnie bardzo przykre wrażenie. Był zaniedbany
i ponury. Nasza rozmowa nie kleiła się. W pewnej chwili powiedział:
" Ja się tak szczęśliwie urodziłem. W dwudziestym wieku.
Między Hitlerem i Stalinem. Żydem polskim"
PIERWSZY ROK WOJNY
Gdy Niemcy napadli na Polskę i bomby zaczęły spadać na Warszawę
doświadczyłam czegoś w rodzaju wizji : koniec złoto-żółtego
pokoju dziecinnego, koniec dzieciństwa. A niedziecinne życie
ukazało mi się w czarno-białych kolorach i w dodatku spowite
chmurą. Przeraziłam się: czy to oznacza, że puszczą na nas
gazy? W domu była jedna maska gazowa - na cztery osoby. A
później, gdy ojciec na wezwanie z radia wyszedł z Warszawy,
zostały trzy osoby do tej jednej maski. W takiej sytuacji
i tak nikt by jej nie użył. Ale gazów nie było. Skończyło
się na bombach.
Oszałamiająca przewaga wojsk niemieckich doprowadziła szybko
do chaosu na frontach, ale mieszkańcy Warszawy nie całkiem
zdawali sobie wtedy z tego sprawę. Mój ojciec - oficer rezerwy
nie zdążył zostać zmobilizowany w pierwszych dniach września,
ponieważ miał za względu na dużą wadę wzroku jakąś dalszą
kategorię zdrowia. Po koniec pierwszego tygodnia wojny czynne
jeszcze radio zaczęło nadawać apel pułkownika Umiastowskiego
wzywający wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni aby
wyszli ze stolicy i kierowali się na wschód. Czy to była celowa
działalność dywersyjna zmierzająca do zwiększenia i tak już
fatalnej sytuacji na drogach? - tak potem mówiono. Mój ojciec
posłuszny wezwaniu wyszedł z Warszawy. Kiedy zapytałam naiwnie:
"Kiedy wrócisz?" musiał zbyć to pytanie milczeniem.
Nigdy już nie mieliśmy się więcej zobaczyć.
Zdecydowano, że Warszawa będzie się bronić i rozpoczęło się
oblężenie. Na początku bombardowanie nie było silne. Można
było siedzieć w mieszkaniu i grać w bierki z nowymi koleżankami
z tego samego domu: Anią i Fredzią. Działała jeszcze obrona
przeciwlotnicza, między innymi była ona zlokalizowana w Ogrodzie
Saskim. Ulica Królewska, na której mieszkaliśmy, zaczęła być
w związku z tym szczególnie narażona na działania wojenne.
Wtedy jeszcze sądzono, że jeżeli dom jest solidnie zbudowany,
to na niższych jego piętrach można przebywać. Niestety bombardowanie
nasilało się i któregoś dnia jedna z bomb dużego kalibru zburzyła
w naszym domu całą oficynę od piątego piętra po parter. W
tej części właśnie mieszkała Ania, która zginęła tam z całą
rodziną.
Ocalał tylko kilkuletni chłopiec, którego pęd powietrza wrzucił
do jakiegoś kąta na parterze i tam go po kilku godzinach odnaleziono
w dobrym zdrowiu.
Od tej chwili mieszkańcy domu większość dni i nocy spędzali
w piwnicy.
Mało dotychczas sobie znani stali się bardzo szybko dobrymi
znajomymi. Trzeba się było wciąż wyprawiać do własnych mieszkań
po żywność i nagromadzoną tam wodę, bo wodociągi przestały
działać. Łączyło się to z niebezpieczeństwem. W piwnicy przebywała
z nami mała dziewczynka, która właśnie uczyła się mówić. Bardzo
spodobało jej się słowo bomba i wciąż powtarzała: bom-ba,
bom-ba. "Uciszcie to dziecko - wołali zdenerwowani dorośli
- ono nam wykracze coś złego!"
Okupant wkroczył do palącej się jeszcze Warszawy. Pożary dogasały,
wiele domów było zupełnie spalonych. Zabitego człowieka po
raz pierwszy w życiu zobaczyłam już po kapitulacji Warszawy.
Leżał na bruku koło Ogrodu Saskiego i wyglądał jakby spał.
Obok leżało również dużo zabitych koni - z gołymi żebrami,
bo ludzie wykroili mięso. Sprawiało to okropne wrażenie. A
po jezdni paradował na koniu Niemiec patrząc z nieukrywaną
wyższością na podbity naród.
Życie codzienne powoli wracało do mniej więcej normalnego
trybu.
Wszyscy uważali wtedy, że wojna bardzo prędko się skończy,
oczywiście - pobiciem Niemców.
Rozpoczęła się okupacja. "Niemcy teraz wezmą Żydków za
brody" - powiedziała wesoło Pelasia. Pracowała u Żydów,
ale jej pracodawca nie nosił brody.
W tym pierwszym roku okupacji spotykałam się z koleżankami,
uczyłam się na kompletach tajnego nauczania, chodziłam na
ślizgawkę. Uczyłam się również z jedną z koleżanek języka
francuskiego, u jakiejś trochę zwariowanej Mademoiselle, która
przebywała chwilowo w Warszawie. Niewiele myślałyśmy o toczącej
się wojnie, która między innymi miała przynieść "ostateczne
rozwiązanie" kwestii żydowskiej.
Odrazu na początku miały miejsce represje i prześladowania
Polaków i Żydów. Już wtedy starano się odróżnić wyraźnie Żydów
od reszty ludności nakładając na nich obowiązek noszenia "opasek"
- w Warszawie była to niebieska gwiazda Dawida na białym tle.
Miały miejsce liczne szykany i pobicia Żydów. Jednym z wczesnych
przejawów prześladowania było między innymi rekwirowanie mebli.
Odbywało się ono mniej więcej tak: po gwałtownym dzwonku do
drzwi do mieszkania wchodził na przykład elegancki oficer,
wybierał starannie meble, które mu się podobały i po chwili
kazał je ładować niższym rangą żołnierzom na czekającą przed
domem ciężarówkę. Dobry ojciec rodziny zaopatrywał w taki
sposób swoje własne mieszkanie w Niemczech.
W pierwszym okresie wojny zginął brat mojej matki. Przyszli
go aresztować, było to w mieszkaniu przylegającym do fabryki,
w której pracował i której był współwłaścicielem. Razem z
nim aresztowali jeszcze dwu innych mężczyzn, jeden z nich
był już bardzo stary. Ci dwaj mężczyźni poddali się i poszli
z aresztującymi, a mój wuj zawołał: "Nie, ja z nimi nie
pójdę!" i wyskoczył z okna na trzecim piętrze. Umarł
po kilku godzinach. I jak się okazało, postąpił mądrze, bo
dwaj pozostali nigdy nie wrócili i, można przypuszczać, że
zanim zginęli doświadczyli znacznie gorszych rzeczy niż szybka
śmierć mojego wuja.
Pod koniec pierwszego roku okupacji w Warszawie została zorganizowana
dzielnica żydowska - getto warszawskie. Mieszkający poza wyznaczonym
na getto terenem Żydzi musieli się tam przeprowadzić, a Polacy
stamtąd wyprowadzić.
Po miesiącu otoczona murami dzielnica żydowska została zamknięta.
Prowadziło do niej tylko kilka bram (tak zwane "wachy"),
których pilnowali żandarmi niemieccy, policjanci polscy i
żydowscy. Na murach umieszczono druty kolczaste i tłuczone
szkło ale nie udaremniło to przemytu, który odbywał się na
dużą skalę przez większość okresu istnienia getta.. W niektórych
miejscach na murach wywieszono napisy wierszem:
Unikaj brudu, bądź zawsze czysty
Brudy wesz rodzą, wesz tyfus plamisty
To była poezja zawierająca błędną informację o samorództwie
jak również ideologiczne uzasadnienie wstrętu do narodu, który
mógł być niebezpieczny dla innych.
Okno mieszkania, w którym mieszkałam w getcie wychodziło
na mury Pawiaka - ściśle biorąc na mury tak zwanej Serbii
czyli więzienia dla kobiet. Z tej strony nie było wejścia
na teren więzienia a ściany z czerwonej cegły zasłaniały wszystko
- widać było tylko jedną wieżyczkę na murze a w niej strażnika
z bronią.
Z Pawiaka czasem słychać było głośne strzały. Drętwieliśmy
z wrażenia. Ale ktoś ze znajomych, kto siedział w tym więzieniu
jakiś czas i udało mu się potem wyjść na wolność powiedział
nam, żeby się tymi strzałami tak bardzo nie przejmować, nic
się tam strasznego nie musi dziać, tam jest strzelnica. Myślę,
że to chyba nie była prawda, może kłamał specjalnie, żeby
nas uspokoić.
Ulica była bardzo zatłoczona i hałaśliwa, chociaż na tym odcinku
była zamieszkała tylko z jednej strony - z drugiej był właśnie
Pawiak. Po ulicy krążyło dużo ortodoksyjnych Żydów ubranych
w czarne chałaty. Wkrótce po zamknięciu getta warszawskiego
oprócz mieszkańców Warszawy rozpoczęto przesiedlanie do niego
coraz większej ilości mieszkańców okolicznych miejscowości.
Lokowano ich w naprędce organizowanych "punktach".
Nie było dosyć pracy nawet dla dawnych mieszkańców tej dzielnicy
a cóż dopiero dla przybyszów - byli oni zupełnie pozbawieni
środków do życia.
Na ulicach handlowano, żebrano, inni spieszyli się do jakichś
zajęć. Bardzo intensywny handel odbywał się na ulicy Smoczej.
Handlujący głośno zachwalali swój towar, obojętne czy było
to drzewo lub węgiel na opał, żywność czy przedmioty drobnego
użytku.
Żebrzący też mówili donośnym głosem. "Co to znaczy oc
rachmunes? - pytałam - Miejcie litość, rachmunes to z hebrajskiego.
A co znaczy oc mytlajt? - też miejcie litość, mytlajt to z
niemieckiego. - To dlaczego oni mówią: oc rachmunes, oc mytlajt?
powtarzają dwa razy to samo? - Tak, powtarzają dwa razy to
samo." "Dajcie kawałek chleba, dajcie kawałeczek
chleba!" Słowa te słychać było z wszystkich stron wypowiadane
różnymi głosami, przez dzieci i dorosłych, głośniej i ciszej.
Żebrzący starali się za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę.
Robili to w różny sposób, czasem głośnym śpiewaniem. Była
taka kaleka kobieta, poruszająca się przy pomocy jakiegoś
wózka czy podstawki na kółkach, która codziennie o stałych
godzinach przemierzała te same ulice śpiewając bardzo mocnym
głosem. Jeżeli nawet nie był to piękny śpiew, to w każdym
razie taki, że nie można go zapomnieć.
A jedyny w swoim rodzaju makabryczny humor wyrażał się w piosenkach
śpiewanych w mieszanym żydowsko-polskim języku i tańczonych
przez dzieci na ulicy. Brzmiały one jakoś tak: "Pani
prezesowa machts a ondulacje
a żydowskie kinder nie ma na kolacje,
Fa wues? Mues
Mues is a hajlige zach"*
*Dlaczego? Forsa. Forsa to święta rzecz.
I piosenka, która przeszła do historii: "Oj da bona,
Ja nie chcę oddać bona
Bo Pinkiert jest cholera
I bony wszystkim zabiera"
Ta piosenka wymaga wyjaśnienia: bony to były kartki na przydział
(bardzo małej ilości) żywności. Oddać bony to w języku getta
znaczyło: umrzeć. A Pinkiert był właścicielem domu pogrzebowego.
Coraz częściej zdarzały się śmierci z głodu. A umarli często
leżeli nadzy i przykryci byle czym na ulicy, bo rodzina nie
miała ich za co pochować. I jak w czasie wielkich epidemii
w średniowieczu zabierani byli wózkami na cmentarz na koszt
gminy.
W getcie nie było niższej kary niż kara śmierci. Groziła ona
za bardzo wiele różnych rzeczy jak np.: za posiadanie futra,
nie mówiąc już o radioodbiorniku, i za bardzo wiele innych
dużych i małych wykroczeń. Groziła oczywiście za przebywanie
poza gettem - stąd tylu ginących małoletnich przemytników
żywności, którzy utrzymywali czasem całe rodziny wykradając
się z getta po towar. Kara mogła być również wymierzona bez
powodu. Po prostu żandarm strzelał do kogoś, bo taką miał
akurat fantazję. Szczególnie znany z tego był jeden o nazwisku
czy przezwisku Frankenstein - strzelanie do ludzi dostarczało
mu rozrywki.
KOLEŻANKI
W getcie było niesłychane zagęszczenie ludności, nędza i
głód. I może to dziwne co piszę, ale moje koleżanki i ja prowadziłyśmy
pomimo tego w tym okresie względnie normalne jak na nasz wiek
życie podlotków i uczennic i wcale nie spodziewałyśmy się
złego losu.
Nie oznacza to, że byłyśmy obojętne na otaczającą nas nędzę.
Ale rozwiązanie tych problemów było ponad ludzkie siły. Pomoc
potrzebującym była sprawą codzienną, jej rezultaty były jednak
mało widoczne. Zajmowały się nią organizacje społeczne jak
również powstające w każdym domu Komitety Pomocy. Bardzo często
rodzina, której się lepiej powodziło, miała swoich podopiecznych,
którym stale pomagała. Wszystko to jednak stanowiło tylko
kroplę w morzu potrzeb.
Uczyłyśmy się na kompletach. Można by je nazwać kompletami
tajnego nauczania gdyby nie fakt, że władze się tą nauką wogóle
nie interesowały i wcale jej nie ścigały. Na naszym komplecie
było siedem dziewczynek i niestety ani jednego chłopca. Wolałybyśmy,
żeby było inaczej, ale oni z jakiegoś powodu uczyli się na
innym komplecie.
W getcie były nie tylko komplety, na których przerabiano materiał
szkoły średniej. Były również kursy specjalistyczne, np. chemiczne.
Działały konspiracyjne studia medyczne stanowiące część tajnego
Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładał na nich Ludwik Hirszfeld.
Jego wykłady cieszyły się tak wielkim zainteresowaniem, że
oprócz studentów przychodziły ich słuchać osoby z zewnątrz
- nie studenci. Wykładali też chemicy - profesorowie Lachs
i Centnerszwer oraz wielu innych. I smutne, ale prawdziwe:
na jednym z oddziałów szpitalnych prowadzono obserwacje nad
chorobą głodową.
Moje koleżanki, koledzy i ja należeliśmy prawie wszyscy do
rodzin zasymilowanej inteligencji żydowskiej. Pod względem
obyczajowym mieliśmy bardzo mało wspólnego ze światem świec
szabasowych. W naszych domach mówiło się wyłącznie po polsku,
a kultura z jaką byliśmy związani była kulturą polską. Byliśmy
Polakami żydowskiego pochodzenia tylko że takie określenie
nie miało dla hitlerowców żadnego znaczenia, oni już nas i
tak zaklasyfikowali.
Najsilniejszą indywidualnością spośród nas - dziewczynek -
była Wanda. Mieszkanie, w którym mieszkała z rodzicami i starszą
o dwa lata siostrą było trochę większe niż u innych i było
ono ośrodkiem życia towarzyskiego dla nas i wielu naszych
rówieśników. Siostry miały energicznego ojca i łagodną, bladą
i chorowitą matkę, która prawie nie wychodziła z domu. Wanda
miała duże poczucie humoru i wyraźne poglądy w wielu sprawach.
My - jej koleżanki - byłyśmy mniej zdecydowane i wciąż zmieniałyśmy
zdanie. A często po prostu przejmowałyśmy od Wandy jej zapatrywania
i gusty.
Zosia była ruda jak Ania z Zielonego Wzgórza, przy czym jej
rudość nie była wcale koloru marchewki tylko ciemniejsza.
Miała wprawdzie dość dużo piegów ale i tak wszystkie znawczynie
urody mówiły, że będzie piękną kobietą. Ona zresztą też tak
uważała i poświęcała swojej powierzchowności bardzo dużo uwagi.
Zazdrościłyśmy jej powodzenia.
Alinka miała trochę trudności z nauką. Była bardzo dobrą koleżanką.
Znałam ją od najwcześniejszego dzieciństwa.
Celina straciła ojca. Kilka naszych rodzin zostało rozłączonych
z powodu wojny i niektóre z nas żyły w tym okresie tylko z
matkami. Bardzo tęskniłyśmy za naszymi ojcami i liczyłyśmy
na to, że niedługo się z nimi spotkamy. A ojciec Celiny umarł
w Warszawie z powodu jakiejś ciężkiej choroby.
Jasia miała zamiłowanie do pisania. Układała bardzo zręczne
wierszyki o koleżankach i kolegach. Potem zaczęła pisać pamiętnik
a jeszcze później książki.. Bardzo dobrze snuło się z nią
plany na przyszłość. Trochę trudno było sobie tę przyszłość
wyobrazić. Poza zatłoczonym gettem? W wolnym świecie? A planów
miałyśmy bardzo dużo.
Wiele osób z kręgu znajomej młodzieży zapisało się do "Toporolu"
czyli Towarzystwa Popierania Rolnictwa. Instytucja ta powstała
w celu zagospodarowania bardzo nielicznych terenów - wszystkich
choćby najmniejszych kawałeczków ziemi, na których można było
coś uprawiać. Te maleńkie ogródki musiały zastąpić las, pole
i całą przyrodę. Chłopcy pracowali tam głównie dlatego, żeby
zaliczyć w ten sposób obowiązujący ich kontyngent pracy. Części
młodzieży getta zależało na tym, żeby nauczyć się ogrodnictwa
i rolnictwa, prawdopodobnie planowali po wojnie wyjazd do
Palestyny. My pracowałyśmy dla przyjemności. Formowałyśmy
grządki, sadziłyśmy jarzyny i pieliłyśmy, ale jeszcze bardziej
lubiłyśmy grę w siatkówkę, którą można było uprawiać w wolnych
chwilach na sąsiednim placu.
Chlubą Towarzystwa była nowoczesna hodowla kurcząt - w inkubatorach.
Wanda poświęcała kurczakom bardzo dużo czasu. Podobnie jej
sympatia - Tadeusz. Rodzice Wandy zaczęli podejrzewać, że
chodziło jej bardziej o niego niż o pisklęta. Niezbyt to im
się podobało. Uważali, że z chłopcem powinna się spotykać
w domu. Wanda irytowała się. Zupełnie nie odpowiadała jej
rola panienki z dobrego domu. Nie wiadomo co było naprawdę
ważniejsze dla Wandy, w każdym razie na pewno była do kurcząt
niezmiernie przywiązana. Nie miały one jednak szczęścia. Wkrótce
wdała się jakaś kurza zaraza i pomimo ogromnych wysiłków wezwanego
na ratunek weterynarza zdziesiątkowała hodowlę.
Najgorzej getto wyglądało wczesną wiosną. Wtedy brud i nędza
tej dzielnicy ujawniały się w całej swojej brzydocie. Późną
wiosną wyglądało to już trochę lepiej. Ale zieleni było niezmiernie
mało.
Na północ od ulicy Pawiej, na której mieszkałam znajdowała
się ulica Gęsia z więzieniem t.zw. Gęsiówką. Następna równoległa
ulica znajdowała się naprzeciwko bramy cmentarza żydowskiego.
Na to, żeby się na nim znaleźć trzeba było jeszcze przekroczyć
Okopową, która nie należała do getta. Było to miejsce dosyć
niebezpieczne, bo z "wachy". która się w tym miejscu
znajdowała padały czasem strzały. Chodziłyśmy tam jednak od
czasu do czasu, ponieważ obok cmentarza znajdował się mały
kawałek uprawianej ziemi, który należał do Toporolu.
Na lekcje, jak również do głównego terenu Toporolu, który
mieścił się na ulicy Elektoralnej miałam dosyć daleko. Żeby
tam dojść musiałam przemierzyć dużą część getta. Szłam często
z koleżanką i chociaż byłyśmy zatopione w rozmowie spostrzegałyśmy
jednak co działo się dookoła. Po okrążeniu Pawiaka ulicą Więzienną
i Dzielną dochodziło się do Karmelickiej. Była ona bardzo
ruchliwa i zatłoczona, czasem z trudem można się było przebić
przez tłum zaaferowanych ludzi spieszących w różne strony.
Dalej - na Elektoralnej i na Lesznie było już trochę luźniej.
Leszno było najładniejszą ulicą. Stanowiło miejsce spacerów.
Tam można było zobaczyć najładniejsze i najbardziej eleganckie
dziewczyny. Niektóre przechadzały się z chłopcami w mundurach
- policjantami. Mundur dodawał im oczywiście uroku. Dopiero
później okazało się jak fatalnym błędem było wstąpienie do
takiej policji.
W pierwszym okresie istnienia getta składało się ono z dwu
części - od południowej strony było t.zw. małe getto, do którego
przechodziło się przez most nad ulicą nienależącą do dzielnicy
żydowskiej. Po pewnym czasie jednak to małe getto zlikwidowano
zagęszczając jeszcze bardziej dzielnicę zamieszkałą przez
Żydów.
Na zatłoczonej powierzchni getta kipiało życie. Wszystko można
było tam spotkać: od tragicznej nędzy do bogactwa. Niemcy
bardzo lubili fotografować te kontrasty, które miały świadczyc
o tym jak podły jest naród, który zamknęli za murami.
Kursowała komunikacja - riksze czyli ławeczki na kołach ,
których siłą napędową był pedałujący człowiek. Oczekujący
rikszarze reklamowali głośno swoje pojazdy: "Leszno,
Solna, riksza wolna!". Był też tramwaj t.zw. "konhellerka"
od nazwisk przedsiębiorców czerpiących z niego zyski, mówiono,
że byli to kolaboranci. O ile pamiętam w czasie całego mojego
pobytu w getcie nie skorzystałam ani razu z żadnego pojazdu.
Na Lesznie było parę kawiarni, był również kabaret. Od czasu
do czasu wystawy malarskie, na których prezentowano dzieła
uczniów znajdującej się w getcie szkoły plastycznej.
Urządzano spotkania towarzyskie i potańcówki. Przeważnie brała
w nich udział młodzież ale i dorośli spotykali się od czasu
do czasu - zwykle na terenie jednego domu za względu na obowiązującą
godzinę policyjną.
Na placu Grzybowskim znajdował się kościół Odprawiano w nim
nabożeństwa, na które przychodziło dużo wiernych - katolików
żydowskiego pochodzenia.
Już nie pamiętam dlaczego zaczęłam uprawiać z koleżankami
seanse spirytystyczne, nie mogę sobie przypomnieć co nas do
tego nakłoniło. To był taki rodzaj seansów z talerzykiem i
kartką papieru z wyrysowanymi na niej literami. I talerzyk
o dziwo chodził!- nie było wątpliwości. I pokazywał coraz
to inne litery, z których układały się odpowiedzi na nasze
pytania, a czasem brzydkie słowa. Było to bardzo dziwne -
zupełnie niezrozumiałe. I w końcu to ja stwierdziłam co się
naprawdę działo. Kiedyś pokonałam opór talerzyka, zaczęłam
ciągnąć go w drugą stronę i w ten sposób odkryłam ducha. Była
nim mała siostrzyczka mojej przyjaciółki, która brała z nami
udział w seansach. Tak sobie z nas - starszych od niej - zakpiła.
Nigdy już więcej w życiu nie wzięłam udziału w żadnym seansie
spirytystycznym.
Większość naszych nauczycieli rekrutowała się z przedwojennego
gimnazjum i liceum Spójnia w Warszawie. Nauczyciel łaciny
i historii był niski i śniady. Nadałyśmy mu przezwisko "mały
czarny". Jego dewizą jako pedagoga było: nie wymagać
uczenia się niczego na pamięć - miało to taki skutek, że łaciny
nie nauczyłyśmy się zbyt dobrze a w datach wydarzeń historycznych
myliłyśmy się nie tylko o lata ale o całe wieki. Mały czarny
był jakiś zagadkowy i często o nim rozmawiałyśmy. Był kawalerem,
grał dobrze na skrzypcach i razem ze swoim bratem brał udział
w amatorskich koncertach w jednym z prywatnych domów. To mu
nadawało bardziej ludzkie cechy.
Nasz nauczyciel "polskiego" lubił cytaty. "Dwie
są bowiem melancholie - często deklamował Słowackiego - jedna
jest z mocy, druga ze słabości; jedna jest skrzydłami ludzi
wysokich, druga kamieniem ludzi tonących" - a może brzmiało
to troszeczkę inaczej, ale i tak pozostało we wspomnieniach
jako bardzo piękne. Nie wszystkie z nas miały cierpliwość
do czytania Słowackiego, ale każda chciała zobaczyć go na
scenie. W getcie był teatr, byłam w nim tylko jeden raz i
nie zostawił mi wyraźnych wspomnień, chociaż uważano, że był
bardzo dobry. Nie wystawiano w nim Słowackiego.
Nauczyciel fizyki i nauczyciel matematyki byli świetnymi pedagogami
i zadawali bardzo dużo lekcji do domu, na pewno za dużo jak
na nasze życzenia, właściwie nie było czasu, żeby to wszystko
odrobić. Bo właśnie zaczęłyśmy czytać książki "dla dorosłych".
W różnych domach było sporo książek. Można je też było wypożyczać
w lotnych wypożyczalniach. Taka obsługiwana przez jedną lub
dwie osoby czytelnia wędrowała po domach z walizką książek
i dostarczała poprzednio zamówioną literaturę lub doradzała
niezdecydowanym.
Niektóre książki miały w tym okresie szczególne powodzenie.
Były to m. i. "Przeminęło z wiatrem" i "Czterdzieści
dni Musa Dag" Werfla (o prześladowaniach Ormian przez
Turków). W ich treści dopatrywano się analogii z obecną wojną
- w rzeczywistości niewiele miały z nią wspólnego. I jeszcze
książka z okresu pierwszej wojny światowej p.t. "Catherine
zostaje żołnierzem"- nazwiska autora czy autorki nie
pamiętam - ta książka bardzo podobała się młodzieży a szczególnie
dziewczynom. Nie wspomniałam jeszcze o "Na zachodzie
bez zmian Remarque'a i o wielotomowej "Rodzinie Thibault"
Ta pierwsza książka i ostatni tom drugiej, który kończył się
potężnym akcentem pacyfistycznym, były bardzo antywojenne
i dlatego cieszyły się wtedy dużym zainteresowaniem. Ja próbowałam
czytać też różne znane książki, które były dla mnie jeszcze
za trudne jak np. "Czarodziejska Góra" Manna - niewiele
z niej rozumiałam.
Był to również czas pierwszych spotkań z muzyką - można jej
było słuchać albo z płyt albo na koncertach w miejscu dzisiejszego
kina Femina, sala koncertowa miała tę samą nazwę. Orkiestra
symfoniczna pod dyrekcją dyrygenta Pullmanna grała bardzo
dużo różnych utworów muzyki klasycznej do chwili wydania niemieckiego
zarządzenia ograniczającego znacznie repertuar. Żydzi nie
mogli przecież bezcześcić aryjskich kompozytorów słuchaniem
skomponowanej przez nich muzyki. Wolno im było odtąd słuchać
tylko muzyki skomponowanej przez kompozytorów żydowskich.
Rodowodu niektórych kompozytorów można się było już przedtem
dość łatwo domyśleć jak w przypadku Mendelsona ale kto wiedział
o żydowskim pochodzeniu na przykład Ravela? No i nawet dobrze,
że miał takie pochodzenie, bo jego utwory były często grywane.
Duże powodzenie miała młoda śpiewaczka nazywana słowikiem
getta - Marysia Ajzensztadt. Miała bardzo ładny, ciepły głos.
Poznałam w jej wykonaniu trochę znanych arii operowych. Całych
oper oczywiście nie wystawiano, nie było na to warunków.
Beethovena mogliśmy słuchać z płyt. Jeden z naszych kolegów
miał znajomego - posiadacza dużej kolekcji płyt z muzyka klasyczną,
który zgodził mu się je wypożyczać do kolejnego przesłuchiwania.
Zdobyliśmy też adapter i znaleźliśmy mieszkanie gdzie pozwolono
nam puszczać płyty. Co prawda było tam okropnie zimno i trzeba
było siedzieć w paltach. Pierwszy pożyczony komplet płyt to
była piąta symfonia Beethovena w jakimś bardzo dobrym wykonaniu.
Niestety wkrótce przytrafiło się nieszczęście - ułamał się
kawałek jednej z płyt. Nasz kolega nie miał odwagi przyznać
się do tego znajomemu kolekcjonerowi. Słuchaliśmy więc bez
końca tej piątej. Przejadła się nam już na zawsze. Początkowy
wstrząsający motyw gdy "przeznaczenie puka do losu człowieka"
przestał robić jakiekolwiek wrażenie, stał się tak banalny
i nudny jak refren nie lubianej piosenki,.
Dwa lata nauki - trzecia i czwarta klasa gimnazjum - doprowadziły
nas do t. zw. małej matury. Ale już trochę wcześniej pojawiły
się groźne zapowiedzi tego co miało nastąpić.
Kiedyś Wanda przyszła na lekcje okropnie zdenerwowana. "Zabili
Pejtra (było to przezwisko mało nam znanego trochę starszego
od nas chłopaka, chyba ucznia tej samej co my szkoły). Przyszli
po niego do domu, zaprowadzili go na tyły jakichś ruin i tam
go zastrzelili. Dlaczego? nic nie wiadomo".
Powiało grozą.
W lecie 1942 podobne wydarzenia zaczęły się powtarzać. Atmosfera
zagęściła się i czuło się, że nad wszystkimi wisi coś bardzo
złego. Szerzyły się pogłoski o tym , że w getcie pozostaną
jedynie pracujący a pozostali zostaną wysiedleni.
Część spośród nas - koleżanek i kolegów z kompletów - próbowała
się już wtedy ratować ucieczką z getta, - natychmiast, albo
trochę później, jeżeli udało im się przetrwać pierwsze wywózki,
- na t.zw. aryjską stronę. Jako należącym do grupy inteligencji
ucieczka była dla nas trochę łatwiejsza niż dla ogromnej większości
mieszkańców getta. Sposób zachowania ani mowa nie zdradzały
naszego pochodzenia. Niektórych zdradzał co prawda typ urody
zwany wtedy "złym wyglądem" - bardzo utrudniał on
ocalenie - no, ale można było próbować. Mieliśmy często różnych
znajomych nie - Żydów, którzy mogli i chcieli nam pomóc. Ale
niebezpieczeństwo wywiezienia przyszło nagle i wiele osób,
nawet tych, którzy mieli szanse uratowania się, nie zdążyło
nic przedsięwziąć.
Przeważająca ilość mieszkańców zatłoczonej dzielnicy żydowskiej
nie miała w ogóle realnej możliwości ratowania się ucieczką
- zostaliby bardzo szybko rozpoznani z powodu wyglądu, ubioru
i mowy. Inni bali się izolacji. Na to, żeby się oderwać od
dotychczasowego otoczenia potrzebna była duża determinacja
i sporo odwagi. Panowało błędne przekonanie, że lepiej być
ze swoimi. "Co będzie z innymi to i ze mną " - takie
zdania słyszało się bardzo często. Ludzie liczyli zresztą
na to, że po wywiezieniu będą gdzieś pracować i że jakoś to
będzie. Na początku nie przychodziło przecież nikomu do głowy,
że wywiezienie oznacza bardzo rychłą śmierć.
Te spośród nas, które uciekły z getta żyły same lub z rodziną
w bardzo dużym zagrożeniu - tropienie Żydów po "aryjskiej
stronie" nie ustawało.
Niektóre z nas ocalały. Znacznie mniej uratowało się chłopców.
Z naszych nauczycieli wojnę przeżyli nauczyciel "polskiego"
i pani od biologii. Po pozostałych ślad zaginął.
WYWOŻENIE ŻYDÓW
Pierwsze bardzo groźne sygnały zaczęły
docierać do getta latem 1942 roku.
Nocą wyciągnięto z domów grupę ludzi, którzy zostali natychmiast
rozstrzelani. Szerzyły się wieści, że mieszkańcy getta zostaną
wysiedleni - wywiezieni "na wschód" do niejasnej
pracy w niesprecyzowanych obozach. Zatrudnienie w istniejących
już w tym momencie oraz nowopowstających firmach przedsiębiorców
niemieckich t. zw "szopach" (krawieckich, futrzarskich,
meblarskich i t. p.) miało chronić przed wywiezieniem. Oczywiście
wiele osób chciało się w nich jak najszybciej zatrudnić, ale
miejsc było mało. Rozpoczęły się swojego rodzaju wyścigi,
szukanie znajomości, przekupstwa, ofiarowywanie maszyn do
szycia i innych.
Pogłoski okazały się prawdą. Prezes gminy żydowskiej - Czerniakow
- nie chcąc podpisać rozporządzenia o wywożeniu ludności popełnił
samobójstwo. Inni podpisali ten dekret i enigmatyczne "przesiedlenie
na wschód" stało się faktem.
Pierwsze masowe wywożenie ludzi z getta warszawskiego uderzyło
w społeczeństwo zupełnie nieprzygotowane do stawienia jakiegokolwiek
oporu. Przede wszystkim ludzie nie myśleli, że mają ich zamiar
zabić. Komu przyszłoby coś takiego do głowy? Ogromna większość
ludzi zginęła nie uświadamiając sobie prawdy prawie do samego
końca.
Specjalne ekipy przeprowadzały blokady domów. W ich skład
wchodzili Niemcy z SS i zwerbowani specjalnie do tej działalności
Ukraińcy i Łotysze - nazywani szaulisami. Nie było w nich
Polaków. Rozlegały się krzyki po niemiecku: wychodzić na podwórze,
kto nie wyjdzie zostanie zabity! Potem odbywało się przeszukiwanie
mieszkań i zabijanie tych co pozostali - ukrywających się
lub chorych.
W naszym domu, który stał naprzeciwko Pawiaka, mieściła się
wcześniej fabryka a później został założony "szop"
czyli przedsiębiorstwo niemieckie. Poza tym było tam tylko
kilka mieszkań i pozostały one dość długo niezauważone przez
przeprowadzających blokady. Było oczywiste, że pewnego dnia
wreszcie je zauważą i dlatego nie wiedzieliśmy nigdy czy jutrzejszy
dzień zastanie nas jeszcze w domu.
Niektórzy mieszkańcy getta zgłaszali się dobrowolnie na wyjazd,
ponieważ Niemcy wydawali każdemu z takich "ochotników"
chleb i marmoladę. Głód robił swoje, a otrzymywanie jedzenia
utwierdzało ludzi w przekonaniu, że pojadą do pracy.
Widok z okna zmienił się bardzo szybko nie do poznania. Na
ulicy nie było już żadnego ruchu. Z okna widać było wchodzących
na wozy - dużo było wśród nich ubranych w czarne chałaty.
Wozy jechały na plac przeładunkowy (Umschlagplatz). Stamtąd
odjeżdżały wagony na ten niejasny wschód. Oczywiście już wtedy
można było odgadnąć prawdę co dzieje się z wywożonymi ale
ludzie wciąż trzymali się uporczywie wersji o obozach pracy.
Stopniowo zaczęły przenikać do getta złe wiadomości pochodzące
od kolejarzy i przekazywane z ust do ust. Ktoś mówił: "Wagony
jadą do Treblinki, są pełne ludzi, ale nikt stamtąd nigdzie
nie wyjeżdża a wagony wracają puste. Co to oznacza?"
Uciszano go: "Może to nieprawda. Zawsze znajdą się panikarze"
Wreszcie dotarło świadectwo na piśmie. Zaczęła krążyć broszura
o tym co dzieje się w Treblince. "Drogi czytelniku -
pisał jej autor - nazywał się Jankiel Wiernik - dla Ciebie
tylko przedłużam swój marny żywot". Stracił całą swoją
rodzinę. Pisał o komorach gazowych i paleniu zwłok. Załogę
Treblinki stanowiła bardzo mała ilość osób - Niemców. Poza
nimi zatrudniano tam niewielką grupę mężczyzn - Żydów, którzy
byli wykorzystywani do usuwania zwłok. Po pewnym czasie zabijano
ich również, ale jednej z grup w krańcowo trudnej sytuacji
udało się zorganizować napad na straż i przebić się do lasu
- wśród nich był autor książeczki, który wszystko opisał.
Po przeczytaniu broszury właściwie nie można się już było
łudzić. Ale dalej nie wszyscy wierzyli. Za bardzo chcieli
żyć. I tak dla większości ludzi możliwości przeciwstawienia
się losowi były bardzo ograniczone. Ucieczka z getta na teren
dużego miasta jak Warszawa była dla nich niemożliwa do zrealizowania.
Wiele lat po wojnie chciałam pojechać do Treblinki i zobaczyć
miejsce, które było mi kiedyś przeznaczone. Ale bałam się.
Nie duchów pomordowanych, ale żywych. Bałam się, że mnie ktoś
może napaść, bo pewnie poza dniami wycieczek i szczególnych
uroczystości było tam bardzo pusto. Ale jeszcze bardziej bałam
się, że zobaczę tam antysemickie napisy w rodzaju "Żydzi
do gazu" lub coś podobnego. I dlatego nie pojechałam
do Treblinki.
Na początku wydawało się, że funkcja policjanta żydowskiego
nie była niczym złym. Policjanci podlegali gminie żydowskiej
i przyczyniali się do utrzymywania porządku w getcie. Do policji
wstąpiła część młodzieży z braku innego zajęcia a również
pewnie trochę z chęci chodzenia w mundurze. Okazało się jednak,
że nie można bezkarnie wstępować w służbę do okupanta, nawet
jeżeli mu się bezpośrednio nie podlega. Policjanci zostali
zmuszeni do udziału w akcji wysiedleńczej - mieli dostarczać
codziennie określoną ilość osób do wywiezienia. W taki sposób
zanim sami zostali zabici zdążyli w fatalny sposób zapisać
się w historii.
Po pierwszej masowej akcji wywożenia ludzi nastąpił chwilowy
okres spokoju, w czasie którego getto zamieniło się w coś
w rodzaju obozu pracy. Funkcjonowały przedsiębiorstwa niemieckie.
Ich właściciele dobrze zarabiali korzystając z prawie darmowej
siły roboczej i życzyli sobie bardzo, żeby taka sytuacja trwała
jaknajdłużej.
Akcje wywożenia powtarzały się w rytmie trudnym do przewidzenia
przetrzebiając coraz bardziej liczbę pracujących. Numerki
takie i owakie a kto ich nie dostał ten nie miał już prawa
do pracy. Ktoś przypomniał starożytne proroctwo, które teraz
właśnie się sprawdzało, a które brzmiało jakoś tak: "Będziecie
błagali o pracę, ale nie będą Was chcieli"
Z okna widać było długi szereg wyeliminowanych przez selekcję,
którym kazano siedzieć na jezdni a następnie przepędzano ich
na Umschlagplatz.
Przeciwstawieniem się przemocy była próba ucieczki z pociągu.
Nadeszły czasy gdy wielu mężczyzn nie rozstawało się z kompletem
narzędzi a gdy znaleźli się w wagonach to od chwili odjazdu
rozpoczynali ślusarsko-mechaniczną działalność. Kto chciał
mógł potem z takiego rozprutego wagonu wyskoczyć, ale nie
wszyscy mieli odpowiednią siłę fizyczną jak również siłę decyzji,
bo ogromna większość uciekających ginęła natychmiast zastrzelona
przez konwojentów pociągu.
Jakąś formą oporu było samobójstwo, chociaż nie zdarzało się
ono często. Czasem odbierały sobie życie całe rodziny we własnym
mieszkaniu jeszcze zanim ich schwytano. Taki los spotkał mojego
kuzyna - rówieśnika i towarzysza zabaw od najwcześniejszego
dzieciństwa - i jego rodziców, popełnili oni zbiorowe samobójstwo.
Inni, liczący do ostatniej chwili na to, że się nie dadzą
złapać, zażywali truciznę dopiero na Umschlagplatzu albo w
wagonach. Oczywiście jeżeli udało się im ją w ogóle zdobyć.
Wkrótce opór zaczął przyjmować inną postać a mianowicie przygotowywania
do działań zbrojnych. A mentalność ludzi też zaczęła się zmieniać
w widoczny sposób, choćby tylko w sensie stawiania biernego
oporu.
Z żyjących jeszcze w getcie na początku 1943 roku liczni podejmowali
próby przetrwania pod ziemią. Budowano schrony, gromadzono
żywność i wodę. Niektóre takie schrony były podobno bardzo
dobrze wyposażone. Nie słyszałam jednak o nikim komu udałoby
się w ten sposób przetrwać w Warszawie. Spowodowały to działania
wojenne i pożary. Hitlerowcy spalili doszczętnie całą dzielnicę
- pozostały już nawet nie ruiny, ale pole gruzów. Źródła historyczne
podają, że walka o życie w niektórych schronach trwała jeszcze
przez dobrych kilka miesięcy po ostatecznym upadku powstania
w getcie warszawskim.
Niedługo ma wyjść książka o warszawskim getcie dwojga autorów
- młodych i nie znających osobiście czasów, w których istniało
getto. Zbierali materiał do książki przez długie lata. Sporządzili
również mapę całej dzielnicy. Gdy ich spotkałam dopytywali
się o takie szczegóły, których nigdy nie zauważyłam albo dawno
zapomniałam. Spytałam co nakłoniło ich do zainteresowania
się takim tematem. Jeden z autorów - historyk z Instytutu
Badań Literackich opowiedział mi: " Ja się urodziłem
i mieszkałem przez całe dzieciństwo tutaj, na Nowolipkach.
Bawiłem się tu z rówieśnikami, biegaliśmy, jeździliśmy na
sankach. I dopiero po wielu latach dowiedziałem się po czym
właściwie my biegaliśmy. To zadecydowało o moim zainteresowaniu
się tymi sprawami".
DZIECI
Dużo dzieci w getcie żebrało, zajmowało się handlem, przedostawało
się na drugą stronę murów w celu zdobycia pożywienia czasem
dla całej rodziny. Wiele z nich poniosło przy tej okazji śmierć.
Były też dzieci urodzone przed wojną albo już w czasie wojny,
które żyły i mieszkały w niezłych warunkach otoczone opieką
rodziny. Dopiero gdy rozpoczęło się wywożenie Żydów z Warszawy
każde bez wyjątku dziecko znalazło się w niezmiernie trudnej
sytuacji. Dorosły mężczyzna lub kobieta mogli jeszcze liczyć
na jakieś zatrudnienie, które chwilowo ratowało życie. Dziecko
było nieproduktywne. Dlatego w czasie wszystkich łapanek i
blokad przede wszystkim ukrywano dzieci. W różnych kryjówkach
gdy spodziewano się, że prześladowcy znajdą się w pobliżu
podawano dzieciom środki nasenne, żeby nie zdradziły swojej
obecności.
Ukryć siebie lub dziecko można jako tako we własnym domu.
I prawdopodobnie żeby to właśnie udaremnić w pewnym momencie
w bardzo już przetrzebionym getcie został zarządzony przemarsz
części mieszkańców na teren obramowany dookoła paroma ulicami.
Największa z nich to ulica Miła. Nikt nie wiedział co będzie
dalej, może nie będzie już w ogóle można wrócić do swoich
domów, więc poszli prawie wszyscy. Wkrótce okazało się, że
była to pułapka - chodziło o jeszcze jedną kontrolę zaświadczeń
o zatrudnieniu w przedsiębiorstwach niemieckich istniejących
na terenie getta. Masz odpowiedni numerek to przejdziesz przez
selekcję, nie masz - to jesteś skierowany na Umschlagplatz
i dalej czyli do Treblinki. A przede wszystkim było to polowanie
na dzieci. Razem z dzieckiem zabierano oczywiście osobę opiekującą
się nim, również wtedy gdy nie była to matka, chodziło o porządek.
"Nie płacz - mówi ktoś do cztero, może pięcioletniej
dziewczynki. Tak, dobrze Pani mówić - odpowiada dziecko -
jak Pani jest dorosła".
Jakaś kobieta wybiegła z szeregu, prawdopodobnie po to, żeby
znaleźć się obok swoich bliskich. Reakcja SSmana była błyskawiczna
- natychmiastowy strzał w głowę. Może było to nawet dla niej
lepiej.
Co robić gdy ma się zaświadczenie o pracy, ale również dziecko,
które w takiej sytuacji bardzo trudno ukryć? Matki chowają
małe dzieci do plecaków. Byle tylko przejść przez kontrolę!
A Niemcy chodzą między szeregami i kłują plecaki bagnetami,
żeby sprawdzić czy nie ma tam dziecka. Jest to bardzo mało,
prawie nic w porównaniu z setkami tysięcy, które giną w komorach
gazowych, ale powoduje, że stojący obok zapominają na chwilę
o swoim własnym losie i powtarzają gorączkowo w myśli: "Boże,
spraw, żeby w tym plecaku nie było dziecka. I w tym następnym
też nie!" W taki jeszcze jeden sposób ulica Miła przechodzi
do historii.
***
Mariusz urodził się przed samą wojną a jego cioteczna siostra
Erna na początku wojny. Żadne z nich nie miało pojęcia o tym,
że przyszło na świat w tak fatalnych czasach. Mieszkali w
jednym mieszkaniu i razem chodzili na spacery na bardzo małe
kawałeczki zieleni w getcie. Dziś właśnie gdy wrócili ze spaceru
okazało się, że przyszła ciocia (moja matka chodziła w getcie
na kursy trykotarskie) i przyniosła prezenty - ubranka zrobione
na drutach. Mariuszowi jest zupełnie wszystko jedno co ma
na sobie. Biega tam i z powrotem z pokoju do kuchni w jakichś
swoich bardzo ważnych sprawach i nie ma czasu na stroje. Ale
Erna, jak każda kobieta, lubi się ubrać. Sukienka leży na
niej doskonale. Zapomniała nawet na chwilę o ukochanym misiu.
Gdzie on się podział? Jest! Znalazł się w kuchni wśród zabawek
Mariusza.
I już zupełnie nic więcej poza tym tak bardzo odległym wspomnieniem
nie pozostało po nikim z rodziny. Rodzice nie zdążyli nawet
próbować ratować choćby tylko dzieci. Jedynym ich przywilejem
był zawód. Byli farmaceutami i w zakresie ich możliwości leżało
zdobycie w ostatniej chwili odpowiedniej ilości trucizny.
Tak zaopatrzeni wsiedli do wagonów i według wszelkiego prawdopodobieństwa
nikt z nich nie dojechał już żywy do Treblinki. Myśląc o tym
odczuwało się pewną ulgę.
***
Opowiadanie młodej matki: "Chodziłam
wtedy z Januszkiem, to był piąty miesiąc, kiedy wszystko się
zaczęło. Urodziłam go w domu, potem wdały się jakieś komplikacje,
długo trwało zanim wróciłam do siebie.
Bardzo się zastanawialiśmy co mamy teraz zrobić. My już nie
mamy nadziei, że uda się nam uratować. Ale on powinien żyć!
To wielkie szczęście, że ten mężczyzna zgodził się go wynieść
z getta i podrzucić. W tamtym domu na dole jest sierociniec.
A on go zostawi na schodach na najwyższym piętrze. Muszą się
przecież nim zaopiekować.
Jest jeszcze jedno. Znajoma Pani Doktór próbuje uciekać z
getta. Dałam jej adres i obiecała, że jeżeli uda jej się przeżyć
to pójdzie po wojnie do tego sierocińca i zobaczy co dzieje
się z moim synkiem. Jak pozna które to dziecko? On ma takie
znamię na szyjce. To straszne, że ja sama już go nigdy nie
zobaczę. Ale tak musimy postąpić".
Matka dziecka płacze, ale i tak młodzi rodzice sa opanowani
i spokojni jeżeli wziąć pod uwagę sprawę, która właśnie się
rozgrywa. Widocznie daje im ten spokój poczucie spełnionego
obowiązku.
***
"Co to za sztuka grać na pianinie, przecież wiadomo gdzie
jest jaka nuta - mówił Oleś - Trudno to jest dopiero na skrzypcach
gdzie nic nie jest zaznaczone i trzeba trafić we właściwe
miejsce". Oleś miał wprawdzie absolutny słuch, ale trafiania
w odpowiednie miejsce mu to nie zapewniało i miał z tym sporo
kłopotu. W domu, w którym mieszkał z rodzicami i z babcią
odbywało się dość często muzykowanie - rodzinne oraz z udziałem
dochodzących muzyków amatorów. Oleś nie brał w nim jeszcze
udziału, ale słuchał, był też parę razy z ojcem na koncercie.
Babcia nie była muzykalna, ale lubiła wszystkich - i tych
co grali i tych co nie grali. Nosiła czarną wełnianą chustkę
na plecach, uśmiechała się i mówiła z radością: " Jak
dobrze, że jesteście, siadajcie, siadajcie"- promieniowała
ciepłem. I dlatego tak dużo osób chętnie przychodziło do tego
domu, nie tylko z powodu muzyki.
Na samym początku ekipy przeprowadzające blokady złożone z
Niemców SS i innych myślały, że w całym domu byli sami pracujący.
Wtedy Olesia chcieli jeszcze wysłać na aryjską stronę, słyszeli,
że klasztory ratowały dzieci - on był zupełnie niepodobny
do Żyda. Ale nie mieli kontaktu ani telefonu i nie zdążyli
nic zrobić. Wkrótce cała rodzina została wywieziona.
***
Niektóre żydowskie dzieci, o których czasem nie wiadomo było
jeszcze czy są sierotami znajdowały "aryjskich"
opiekunów. Na tym tle rozgrywały się swoiste konflikty i tragedie.
Problem powstawał wtedy gdy dziecko przywiązywało się do swoich
przybranych rodziców a oni do niego a po zakończeniu wojny
odbierała je prawdziwa matka. Mogła to nawet nie być matka,
tylko ktoś z dalszej rodziny kto miał prawo do dziecka. ."Ja
już nie chcę jej komplikować życia i dlatego nie próbuję się
z nią spotykać - mówiła taka wojenna opiekunka dziecka - jej
matka mnie nie rozumie, jest chyba zazdrosna. Ale ja tak tęsknię!
Tak bardzo chciałabym się o niej więcej dowiedzieć, jak wygląda,
jak jest ubrana, czy jest wesoła. Myślę, że i ona za mną tęskni"
- płakała wojenna opiekunka.
PRACA W NIEMIECKIM SZOPIE
Po pierwszej wielkiej czystce na terenie getta warszawskiego
oficjalnie nie było już niezatrudnionych. Były tylko przedsiębiorstwa
niemieckie: Toebbensa, Schultza i inne rozproszone po dawnej
dzielnicy. Dość daleko od naszego miejsca pracy znajdowało
się t.zw. getto centralne z szopem "Szczotkarzy"
- tam znajdował się późniejszy sztab powstania w getcie.
Schultz zatrudniał kuśnierzy, którzy szyli czapki i rękawiczki
dla żołnierzy niemieckich na wschodnim froncie. Futro pochodziło
ze zbiórki w Niemczech. Przesiębiorca zatrudniał więc również
niefachowców, których zadaniem było prucie t zn. odłączanie
podszewki, watoliny i tp. od tych obiektów ze zbiórki po to,
żeby kuśnierze mogli z nich uszyć nowe rzeczy. Schultz zarabiał
na tym niemało pieniędzy a poza tym dzięki prowadzeniu swojego
przedsiębiorstwa znajdował się daleko od frontu. W jego interesie
leżało, żeby robotnicy żyli i pracowali jak najdłużej, odgrywał
więc rolę "dobrego opiekuna". Miał nawet swojego
żydowskiego namiestnika, któremu "odbiło", bo zaczęły
mu sprawiać dużą satysfakcję okruchy władzy, które na niego
spadły.
Ci, którym pozwolono pracować starali się nie za bardzo wspierać
niemieckie działania na wschodnim froncie i nie pracować zbyt
szybko. Chociaż i tak wszystko wskazywało na to, że czapki
i rękawiczki nie uratują już armii niemieckiej, zaczęła bowiem
wyraźnie przegrywać. W komunikatach wojennych coraz częściej
powtarzały się zwroty o wycofywaniu się na z góry upatrzone
pozycje i o ogromnych stratach nieprzyjaciela jakie ponosi
on przy posuwaniu się do przodu.
Tylko, że te wydarzenia rozgrywały się jeszcze bardzo daleko
od Polski. I było niezmiernie wątpliwe, żeby udało się wygrać
wyścig z czasem. Hitler właśnie zapowiedział w swoim ostatnim
przemówieniu, że wkrótce już Żydów zostanie w Europie tyle
ile jest śmieci w dobrze wysprzątanym śmietniku. I można mu
chyba było wierzyć.
Już nie mieszkaliśmy na Pawiej obok szopu, ale na Nowolipiu
i codziennie w kolumnach przemierzaliśmy drogę do pracy i
z powrotem. Po drodze, na Smoczej mijaliśmy nieduży szop Hallmana
- produkowano tam meble. Przy bramie zawsze czekał Marian
- mój dobry kolega i znajomy. Mieliśmy tylko czas, żeby do
siebie pomachać i uśmiechnąć się, więcej możliwości nie było.
Porządku pilnowali t. zw. "Werkschutze"- byli to
zatrudnieni specjalnie w tym celu młodzi mężczyźni odznaczający
się energią i pewnym stopniem brutalności, chociaż nikomu
właściwie krzywdy nie robili. Byli dosyć prymitywni. Zatrudniony
był też taki "Werkschutz", który okazał się zupełnym
niewypałem. Był to ni mniej ni więcej ale muzyk, ściśle biorąc:
początkujący dyrygent orkiestry symfonicznej. W dodatku miał
cichy głos i był dobrze wychowany. Warto było zobaczyć jak
wyglądały jego usiłowania zaprowadzenia porządku w szeregach!
Pozostali "Werkschutze" oczywiście radzili sobie
znacznie lepiej.
W "pruwalni " wśród niefachowych robotników życie
toczyło się po swojemu. Była tu wyjątkowa zbieranina przeróżnych
osób - ludzie wielu zawodów, trochę inteligencji, dołączono
również Żydów z Niemiec. To nie to co szacowna branża kuśnierska.
Może się to komuś wydać dziwne, ale było wesoło. Ułożono nawet
całkiem dowcipną szopkę. Bo też było dużo śmieszności w tym
dziwacznym życiu wśród starej odzieży ze zbiórki niemieckiej.
Praca była paskudna, ale lekka. Można było porozmawiać, można
było również pośpiewać. Najwięcej życia wnosiła Ada. Miała
wspaniały głos. Pamiętała bardzo dużo piosenek z operetek,
kabaretów i innych. "Skąd Ty to umiesz? Przecież nie
chodziłaś na takie przedstawienia, byłaś dzieckiem".
"Moja mama mnie nauczyła. Zawsze jak wracali z teatru
to mama w domu śpiewała". Co jakiś czas Ada nagle siada
i zaczyna płakać. Rodzice jej zostali wywiezieni prawie na
samym początku.
W pruwalni ważną rolę odgrywała Pani Doktorowa - wdowa po
znanym lekarzu - męża jej zabrano niedawno w czasie jego wyprawy
do innej części getta - do t. zw. getta centralnego, gdzie
musiał coś niezbędnego załatwić. Pani doktorowa odznaczała
się łagodnością i rozumiała dużo problemów innych osób, które
przychodziły do niej po radę z różnymi kłopotami. Pracowały
z nami również jej dwie dorosłe córki - starsza była żoną
Werkschutza - dyrygenta. Młodsza była energiczna i wesoła
- jej jednej z całej rodziny udało się przeżyć wojnę.
Starsze małżeństwo zabrało się do gotowania zup, które sprzedawali
"na talerze" zarabiając w ten sposób na utrzymanie.
Byli wiecznie zaaferowani, usiłując pogodzić wszystkie obowiązki,
do których dochodziły jeszcze praktyki religijne, byli bowiem
pobożni. Mąż codziennie popołudniu biegał po wszystkich pomieszczeniach,
żeby zebrać dziesięciu mężczyzn koniecznych do odprawienia
modlitwy. W końcu mu się to udawało, chociaż wśród pracujących
w pruwalni chętnych nie było wielu.
Od czasu do czasu następowało jakieś szczęśliwe wydarzenie.
Ktoś znalazł się już na Umschlagplatzu, ale udało mu się stamtąd
wrócić. Mały chłopiec przeszedł przez selekcję bez żadnego
ukrywania - po prostu SSman spojrzał na niego i go przepuścił,
nawet jakby się uśmiechnął. Ktoś przeprowadził się do innego
mieszkania i jest mu teraz o wiele lżej, bo nie musi nosić
wody. A matka była z małą córeczką u lekarza i okazało się,
że dziecko nie ma już nalotów w gardle.
Roma straciła całą rodzinę i sama nie umiała sobie poradzić.
Siedziała osowiała i jadła tylko wtedy gdy ją ktoś poczęstował.
Ostatnio "ci od zupy" zaproponowali jej, żeby im
trochę pomagała i jadła za to przynajmniej regularnie tę zupę.
Roma ożywiała się tylko gdy opowiadała o swojej przyjaciółce,
która wyszła niedawno za mąż i są tacy zakochani.
Wiele razy można było zauważyć następującą prawidłowość: jeżeli
rozpacz po stracie kogoś bliskiego wybuchała bardzo gwałtownie
to taka osoba stosunkowo prędko wracała do równowagi. Znacznie
gorzej było gdy ktoś zdusił wszystko w sobie, wtedy pozostawał
załamany bardzo długo.
Marysia szlochała bez przerwy opowiadając jak na Miłej zgubili
się, ona była z ciocią i z wujkiem a mama została z małym
braciszkiem Marysi i z ich Mareczkiem. I zabrali ją i obu
chłopców. Już po dwu dniach jednak potrafi się cieszyć, że
ocalał jej starszy brat, z którym może się od czasu do czasu
widywać.
Pani Chawa była jak nieprzytomna, ledwie mogła wykrztusić,
że rozłączyli ją z córką - bladą i chorowitą Halinką, powtarzała
w kółko: "zabrali mi Halinę, zabrali mi Halinę".
Ale pocieszyła się po pewnym czasie, że się jeszcze zobaczą.
Może w jakimś obozie pracy?.
Doktór przeżył bardzo szczególną tragedię. Postanowili popełnić
zbiorowe samobójstwo. Zażyli truciznę wszyscy: on, żona, dwaj
synowie i siostra żony. I wszyscy umarli, a on jeden ocalał,
widocznie dawka była dla niego zbyt mała. Siedzi i pruje futra.
Od czasu do czasu opowiada nawet jakiś dowcip.
Jedynym językiem grupy Żydów z Niemiec był niemiecki. Nie
zawsze rozumieli co się dookoła nich dzieje. "Im to dobrze
- mówił ktoś - mniej się denerwują".
Hertha pochodziła z Duesseldorfu. Odkąd znalazła się w "pruwalni"
pracowała bardzo systematycznie. Czasem wzdychała "Przecież
ja nawet nie wiem czy moja matka jeszcze żyje!" Futra
przeznaczone do prucia przywożono ciężarówkami, konwojowali
je żołnierze niemieccy. Hertha wdała się kiedyś w rozmowę
z jednym z nich. Był też z Duesseldorfu!. "Oboje tak
tęsknimy za naszym miastem "- mówiła ze łzami w oczach.
Frau Mueller zupełnie nie pojmowała biegu historii. Wciąż
mówiła z szacunkiem "Unser Fuehrer" - można sądzić,
że zginęła z jego imieniem na ustach.
Frau Wolff była żoną lekarza. Męża aresztowano już dawno,
jeszcze w Niemczech. Rzadko się odzywała, czasem prosiła o
pozwolenie odgrzania w którymś z pobliskich mieszkań jedzenia
dla siebie i dla dziesięcioletniej córki Rity. "Coś bardzo,
bardzo dobrego - Kartoffelsalat" - objaśniała Rita.
Herr Israel wyglądał tak bardzo po niemiecku, że nikomu nie
przyszłoby do głowy, że miał złe pochodzenie. W istocie był
mieszańcem i widocznie ta babka ze strony ojca przesądziła
o jego losie. Próbował się ratować, miał znajomych, którzy
pomogli mu wydostać się z getta i zdobyli mu polskie dokumenty,
chociaż niezmiernie trudno było mu grać rolę Polaka, bo mówił
tylko po niemiecku. Nawiązał kontakt z całkowicie aryjskim
mężem swojej siostry, ale niewiele mu to pomogło. Był przeznaczony
do likwidacji i został w końcu zlikwidowany.
Pani Szewczykowa była dozorczynią . Przychodziła czasem do
getta, żeby załatwić jakieś sprawy w domu sąsiadującym z szopem
Schultza. Wstępowała do "pruwalni ", żeby porozmawiać
i również kupić coś z ubrania - ludzie sprzedawali swoje rzeczy,
bo z pracy w przedsiębiorstwie niemieckim nie można było się
przecież utrzymać. Pani Szewczykowa stała i opowiadała co
dzieje się w Warszawie "po tamtej stronie". "Sprawdzali
zaciemnienie - boją się nalotów. Od sąsiada wywieźli obu synów
na roboty do Niemiec. A wczoraj zastrzelili jednego mężczyznę
na naszej ulicy. I to za nic, zupełnie za nic!" Pani
Szewczykowa prawie płakała. Jej zdenerwowanie było zupełnie
zrozumiałe, ale trafiła chyba na niewłaściwych słuchaczy.
Pani Bronka powiedziała coś o tym, że już tylu z nas wywieźli
i dalej wywożą i zabijają, i też za nic. "No tak -powiedziała
pani Szewczykowa - ale to już tak w ogóle cały naród"
i wróciła do swojego opowiadania.
Lilka była bardzo ładna i miała duże powodzenie. "Nie
możemy uciekać z getta - mówiła - mój braciszek ma przecież
taki semicki wygląd. Już chyba lepiej zostać ze swoimi".
Inni - w podobnej sytuacji - nie czując się na siłach, żeby
przedsięwziąć samodzielnie ucieczkę - szukali oparcia i planowali
połączyć wysiłki to znaczy uciekać w więcej osób. Na ogół
odkładali to na później i nic z tego nie wychodziło.
Już parę razy miały miejsce różne akcje odbierające niemieckiemu
przedsiębiorcy część jego siły roboczej. Kiedyś ekipa do zadań
specjalnych czyli Sonderkommando przyjechała z psami. Miały
one szukać ludzi, którzy schowali się pod futrami. Ale psy
nikogo nie znalazły, bo zapach futer okazał się zbyt silny,
były zupełnie ogłupiałe.
Pewnego dnia Schultz kazał zgromadzić się wszystkim swoim
pracownikom na podwórzu. Wyszedł na balkon i wygłosił przemówienie:
" Musi przenieść swoją fabrykę w inne miejsce. Będziecie
dalej u mnie pracować, ale nie tutaj. Jutro przeprowadzamy
się do Trawnik - jest to miejscowość w lubelskim" Schultz
przemawiał po niemiecku, ale nie był potrzebny tłomacz - Żydzi
go i tak zrozumieli. Byli przerażeni. Niektórzy uważali, że
było to jeszcze jedno z kłamstw niemieckich i że w rzeczywistości
wywiozą ich prosto do komór gazowych. Inni nawet wierzyli,
że będą dalej pracować, ale słusznie sądzili, że wyjazd oznacza
całkowite oddanie się w ręce niemieckie.
U jeszcze innych - dotychczas niezupełnie zdecydowanych -
wiadomość o przeprowadzce przyspieszyła decyzję ucieczki.
W tym samym czasie inna firma - Toebbensa została przeniesiona
do Poniatowa - również do lubelskiego. Przedsiębiorstwa te
zatrudniały ludzi jeszcze przez cały rok, były tam podobno
niezłe warunki. Nieliczne osoby uciekły z tych obozów do lasu.
Po roku wszyscy pozostali pracujący zostali w ciągu jednego
dnia rozstrzelani przez przybyłą w tym celu ekipę.
UCIECZKA Z GETTA
W miarę postępowania akcji wywożenia Żydów coraz bardziej
dojrzewało we mnie postanowienie, żeby się nie poddać i nie
dać się zaprowadzić jak owca na rzeź. Nie chodziło tylko o
ratowanie życia, ale godności osobistej. Żeby przynajmniej
spróbować.
Getto warszawskie było skazane na zagładę. Możliwością ratunku
była ucieczka i "zadekowanie się" po t.zw aryjskiej
stronie na fałszywych papierach. Była to jednak bardzo trudna
decyzja, a większa część społeczeństwa żydowskiego nie miała
w ogóle takich możliwości. Pod tym względem trochę łatwiejsza
sytuacja istniała na wsi - ludzie kryli się w lasach, różnych
schowkach, stodołach i piwnicach znajomych chłopów. Ale ryzyko
było ogromne i większość tych ludzi zginęła.
W ostatniej prawie chwili przed ucieczką z getta odwiedził
mnie mój dawny kolega szkolny - Paweł. Podniecona, podzieliłam
się z nim wiadomością, że właśnie zaraz uciekamy. Paweł był
smutny. "Będziemy się starali tak jak dotąd jak najbardziej
oszczędzać matkę" - powiedział.
W okresach względnego spokoju ucieczka odbywała się w zorganizowany
sposób, trzeba było tylko za to zapłacić - były to zresztą
sumy umiarkowane. Pieniędzmi dzielili się strażnicy: policja
żydowska, granatowi policjanci polscy i chyba również żandarmi
niemieccy za to, że nie będą nic widzieli. Do murów przystawiano
w nocy drabinę i po paru chwilach było się po drugiej stronie.
Trzeba było jeszcze we współpracującej ze spółką przemytników
pobliskiej stróżówce poczekać aż skończy się godzina policyjna
i zacznie się dzień. Od tej chwili radź sobie sam jak możesz.
Pierwsze bardzo silne wrażenie wywierała pozorna normalność
życia warszawskiej ulicy podczas gdy tam, tuż obok, za murami
nic tej normalności nie przypominało. Żoliborz, na który się
udałyśmy, był piękną dzielnicą Warszawy również w czasie wojny.
Ale naprawdę była przecież i tu okupacja, terror i działy
się straszne rzeczy.
Łatwo można sobie wyobrazić jakie wrażenie sprawiało ukazanie
się w biały dzień w drzwiach dwu takich postaci jak my - moja
matka i ja - zjaw z getta. W dodatku niespodziewanie, bo poza
zgłoszoną wcześniej chęcią pomocy nie miałyśmy kontaktu z
rodziną, do której przybyłyśmy - porozumienie telefoniczne
w ostatniej chwili - bezpośrednio przed ucieczką - nas zawiodło.
Błysk przerażenia w oczach - trudno go do końca życia zapomnieć
- ale trwał on tylko ułamek sekundy. I zaraz potem radość
- jak to dobrze, że udało się Wam uciec!
W taki sposób wkraczało się w bez mała dwuletni okres nielegalnego
życia "na aryjskich papierach" z towarzyszącą temu
życiu nieustanną niepewnością.
PO ARYJSKIEJ STRONIE
NIEBEZPIECZEŃSTWO I POMOC
FRAGMENTY OŚWIADCZENIA złożonego do Żydowskiego Instytutu
Historycznego w Polsce - Departament Sprawiedliwych wśród
Narodów Świata \
Od jesieni 1940 roku znajdowałam się razem z moja matką w
getcie warszawskim. W czasie akcji wysiedleńczych w lecie
1942 roku udało nam się ocaleć dzięki chwilowemu zatrudnieniu
w fabryce kuśnierskiej Schultza przy ulicy Pawiej. W zimie
1943 roku po zapowiedzi, że Żydzi zatrudnieni w tej fabryce
zostaną następnego dnia wywiezieni do obozu w Trawnikach na
lubelszczyźnie zdecydowałyśmy się na natychmiastową ucieczkę
z getta.
Po ucieczce przez mury na ulicy Nowolipki pojechałyśmy tramwajem
na Żoliborz i udałyśmy się do domu naszych znajomych - rodziny
Sienieńskich przy ulicy Felińskiego. Mieszkały tam: matka
Władysława i jej córki - moja rówieśnica Zofia i starsza o
parę lat Janina. Władysława S. z trudem utrzymywała rodzinę
przywożąc ze wsi olej i sprzedając go w Warszawie. Starsza
córka uczyła się w Szkole Pielęgniarskiej, młodsza na tajnych
kompletach. Ojciec rodziny - Jan (bliski kolega mojego ojca
z okresu studiów) już wtedy nie żył - był jeńcem sowieckim
obozu w Starobielsku i został tam zamordowany w kwietniu 1940
roku.
Wiedziałyśmy o tym, że nasze przybycie stanowiło duże niebezpieczeństwo
dla rodziny S., zdecydowałyśmy się jednak na próbę ocalenia
naszego życia i nie widziałyśmy innego wyjścia. Zostałyśmy
przyjęte z radością, że udało się nam wydostać z getta. Jest
oczywiste, że matka i córki S. ryzykowały własnym życiem.
Inni mieszkańcy domu mogli nas łatwo zauważyć, z wyglądu mojej
matki można było domyśleć się, że jest Żydówką. Nie miałyśmy
też żadnych dokumentów.
W domu naszych znajomych spędziłyśmy dwa tygodnie potrzebne
do zdobycia dokumentów i wynajęcia jakiegoś pokoju. Nie mogłyśmy
pozostać w tym domu, bo w mieszkaniu było bardzo mało miejsca
- mieszkali tam również inni Żydzi, którzy nie byli w ogóle
przedtem w getcie. Władysława S. wynajmowała im mieszkanie
wiedząc o ich pochodzeniu i matka oraz córki pomagały im jak
mogły. Pomimo bardzo ciężkich warunków materialnych rodziny
pomoc ta była całkowicie bezinteresowna.
Żyłyśmy częściowo z oszczędności. Ja zaczęłam wkrótce pracować
w firmie krawieckiej, starałam się również trochę uczyć, moja
matka głównie przebywała w domu bojąc się wychodzić.
Miejsce zamieszkania zmieniałyśmy dużo razy. Przez okres naszego
przebywania po t.zw. aryjskiej stronie rodzina S. jeszcze
parę razy użyczała nam schronienia w swoim domu. Raz było
to wtedy gdy moja matka była szantażowana przez granatowego
policjanta i trzeba było potem natychmiast uciekać z dotychczasowego
mieszkania. Drugim razem było to o wiele groźniejsze, ponieważ
osoba znająca nasz adres i nazwiska okazała się donosicielem
i musiałyśmy zmieniać dokumenty. Było to w dodatku w fatalnym
momencie - zaczęło się właśnie powstanie w getcie warszawskim
i hitlerowcy wszędzie szukali ukrywających się Żydów. We wszystkich
tych trudnych sytuacjach dom rodziny S. był dla nas schronieniem
i oparciem.
Zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, że matka i obie córki
S. odegrały zasadniczą rolę w naszych losach. Przyjęcie mnie
i mojej matki do ich mieszkania i późniejsza pomoc umożliwiły
nam ocalenie. Żywiłyśmy dla nich zawsze ogromną wdzięczność.
Powinnam jeszcze wyjaśnić dlaczego dopiero po wielu latach
występuję o odznaczenie Władysławy, Janiny i Zofii S. o odznaczenie
medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Po pobycie ostatniej
jesieni w Izraelu zobaczyłam na własne oczy jak pięknym symbolem
wdzięczności oraz świadectwem postaw ludzkich w czasie ostatniej
wojny są tabliczki z nazwiskami Sprawiedliwych w Yad Vashem.
Zrozumiałam, że nie powinno wśród nich zabraknąć rodziny Sienieńskich.
Bardzo proszę o uwzględnienie mojej późnej prośby i zaliczenie
ich do grona sprawiedliwych.
Rodzinie S. zostało wkrótce przyznane odznaczenie Sprawiedliwych
wśród Narodów Świata.
***
Pomoc była warunkiem ocalenia, bez pomocy ze strony Polaków
nie uratowałby się absolutnie nikt. Pomaganie Żydom było bardzo
niebezpieczne i udzielający pomocy byli bohaterami - groziła
za to śmierć całej rodziny i było to wielokrotnie realizowane.
Na każdego uciekiniera przypadała nie jedna ale co najmniej
kilka osób i rodzin, które naraziły swoje życie
Każdy kto wypowiada pogląd, że pomoc Żydom była w tych czasach
rzeczą oczywistą, obowiązkiem i niczym więcej powinien dobrze
się zastanowić jak sam by się zachował w takiej sytuacji.
Ja przyznaję, że nie jestem pewna na ile bym się zdobyła w
warunkach szalejącego terroru hitlerowskiego.
Aryjskie papiery to była przede wszystkim metryka. Najtańsza
jej odmiana była wypisana na fałszywym blankiecie z podrobionymi
podpisami i pieczątkami. Znacznie bardziej wartościowe były
metryki autentyczne, udostępniane przez parafie kościelne
i pochodzące od chrzczonych tam dzieci, które zmarły. Metryka
była ważnym dokumentem, ponieważ na jej podstawie wyrabiało
się u władz niemieckich Kennkartę, czyli okupacyjny dowód
identyfikacyjny zawierający odciski palców.
Życie Żydów po aryjskiej stronie zależało bardzo od tego jaki
kto miał "wygląd". Ci z dobrym - to znaczy wyglądający
jak Polacy - mogli prowadzić względnie normalny tryb życia,
wychodzić z domu, pracować zarobkowo, działać w najrozmaitszych
dziedzinach jak: praca społeczna, konspiracja i inne.
Zły wygląd zdradzający żydowskie pochodzenie nakazywał maksymalną
ostrożność: nie pokazywanie się publicznie, pozostawanie w
domu często w ukrytym pokoju z zamaskowanymi drzwiami - czyli
jak się mówiło - "za szafą". Takie osoby musiały
być obstawiane przez opiekunów.
Ryzyko obejmowało jednak wszystkich, a może nawet bardziej
tych, którzy poruszali się swobodnie po mieście. Mogli oni
bowiem w każdej chwili spotkać nieżyczliwie nastawioną znajomą
osobę. Mogli znaleźć się w "łapance" - zwykła rzecz
w czasie okupacji. Tak było z bratem Krysi: cała rodzina postanowiła
nie iść wogóle go getta. A któregoś dnia jej brat w drodze
do fryzjera wpadł na ulicy w łapankę i został następnego dnia
z cała grupą mężczyzn rozstrzelany - wcale nie jako Żyd -
to był odwet za zabitego przez Polaków Niemca. Można było
też po prostu popaść w kłopoty związane z legitymowaniem na
ulicy i jakimś zająknięciem się przy takiej okazji. Zdarzyło
mi się kiedyś, że zostałam wyciągnięta z tramwaju przez kontrolera
niemieckiego, ponieważ zauważył on, że oddałam przed wysiadaniem
swój bilet konduktorowi - to była taka powszechnie praktykowana,
chociaż niedozwolona, przysługa. I przy legitymowaniu i indagacji
właściwie pomyliłam swoją datę urodzenia! Wybrnęłam z tego
jakoś ale do takiego mojego okropnego gapiostwa wstydziłam
się komukolwiek przyznać.
Praktykowano kilka sposobów wynajmowania mieszkania. Jeden
polegał na całkowitym zachowaniu tajemnicy o swoim pochodzeniu
i normalnym życiu jakby nigdy nic. To był na pewno najlepszy
sposób - również dla właścicieli mieszkania, którzy ponosili
w tym wypadku najmniejsze ryzyko. Inną metodą było wtajemniczenie
w sytuację gospodarzy i płacenie im za to podwyższonej opłaty
za mieszkanie. Tacy właściciele mieszkania nie zawsze dobrze
się zachowywali. Bywało, że wciąż podnosili stawkę grożąc
w przypadku nie spełnienia żądania natychmiastowym wyrzuceniem.
George, po bardzo wielu latach na emigracji zapomniał nawet
trochę język polski, ponieważ miał nie-polskojęzyczną żonę,
ale ten fakt pamiętał doskonale. "Money and money, wciąż
tylko żądali od nas coraz więcej pieniędzy" - opowiadał
o okresie swojego pobytu z ojcem w czasie okupacji w Warszawie.
Zdarzało się również, że odnajmujący mieszkanie wchodzili
w spółkę z szantażystami - jeden taki wypadek jest mi dobrze
znany: Było to tak: gospodarze mieszkania uprzedzali wielokrotnie,
że przychodzący do ich domu znajomy granatowy policjant, może
być niebezpieczny i prosili, żeby mu się nie pokazywać na
oczy. No i kiedyś granatowy policjant wkroczył do pokoju odnajmowanego
osobom z niewłaściwym pochodzeniem a za nim gospodyni z wystraszonym
wyrazem twarzy. Nie trzeba było być znakomitym detektywem,
żeby domyśleć się, że cała sprawa ukartowana była znacznie
wcześniej a później odegrana przez gospodynię i policjanta
- nie śmiał on być ujrzany wcześniej, żeby nie zostać potem
rozpoznanym. Chodziło o przestraszenie i wyciągnięcie trochę
więcej pieniędzy i na szczęście na tym się wszystko skończyło.
Ale było też wiele osób, które traktowały rekompensatę za
ponoszenie ryzyka przy wynajmowaniu mieszkania ludziom ze
złym pochodzeniem po prostu jako pomoc materialną i starały
się potem, żeby wszystko układało się jak najlepiej.
Mało jeszcze napisałam o najważniejszym: o ludziach dobrej
woli, nieustraszonych, udzielających bezinteresownej pomocy
za wszelką cenę. Były mieszkania, w których stale przebywali
Żydzi zarówno tacy, którzy nie wychodzili wcale na ulicę jak
i ci, którzy zachowywali pozory normalnego życia. Schronienia
całym rodzinom udzielali znani pisarze i działacze kultury.
Marian mieszkał z rodzicami i siostrą w takim właśnie mieszkaniu.
Niejednokrotnie miało to również miejsce w przypadkach, gdy
przedwojenne przekonania udzielających schronienia wcale nie
sprzyjały Żydom.
Istniała organizacja pomagająca Żydom stworzona przez grupę
polskich działaczy, nazywała się Żegota. Oprócz pomocy materialnej
wyszukiwano mieszkania, kryjówki, pośredniczono w umieszczaniu
dzieci m.i. w klasztorach. Były też inne zorganizowane grupy
niosące pomoc. Niestety w konspiracyjnych warunkach nie było
tak zupełnie łatwo na nie trafić. Wiele osób wogóle o niczym
takim nie wiedziało.
Przykładem wielkiej odwagi i zaangażowania w udzielaniu pomocy
może być "Dom w Zoo" czyli mieszkanie byłego dyrektora
Ogrodu Zoologicznego w Warszawie - doktora Żabińskiego i jego
żony. Dom ten, ze względu na swoje szczególne położenie (
na terenie dawnego warszawskiego ogrodu zoologicznego) posiadał
dobre warunki do spełniania roli kryjówki. Aż roiło się w
nim od zwierząt, ludzi i różnych zakazanych spraw. Miał licznych
pensjonariuszy - uciekinierów z getta, którym udało się szczęśliwie
doczekać końca wojny. Pan Żabiński osobiście zasadził po wojnie
jedno z pierwszych drzewek upamiętniających Sprawiedliwych
wśród Narodów Świata w Yad Vashem pod Jerozolimą. Towarzyszyła
temu wielka uroczystość. Prawdopodobnie czuł się w tej sytuacji
niezręcznie i dlatego opowiadał potem, że pojechał do Izraela
również z powodu żubrów. "Proponowałem rządowi Izraela
zakup kilku egzemplarzy tego gatunku". "Jak to -
dziwiłam się - żubry? w takim gorącym klimacie?" Pan
Żabiński twierdził, że to im nic nie szkodzi. Ostatnio w Polsce
żubry rozmnożyły się w znacznej ilości i trzeba namawiać inne
kraje, żeby też hodowały te zwierzęta. Transakcja z Izraelem
chyba nie doszła jednak do skutku.
Jednak nie wszędzie i nie zawsze było tak dobrze. Byli tacy
Polacy, którzy starali się wykorzystać tragiczne położenie
Żydów i wyciągnąć z tego korzyści dla siebie - "szmalcownicy"
szantażujący nielegalnie żyjących i odbierający im wszystko
co posiadali.. Byli również i prawdziwi wrogowie Żydów - "bezinteresowni"
denuncjatorzy.
Życie na fałszywych papierach urozmaicały częste komplikacje,
zagrożenia, konieczność zmiany miejsca zamieszkania. Od czasu
do czasu aktywność "szmalcowników". Równolegle toczyło
się pozornie normalne życie. A na dnie wciąż czaił się grzech
złego urodzenia.
Do wpadki mogło dojść bardzo łatwo. Wystarczyło, że ktoś z
mieszkających w pobliżu powziął podejrzenie, że tu i tu mieszkają
Żydzi. Jeżeli taka wieść się rozeszła, mogła spowodować panikę
pod hasłem: "wszystkich nas teraz pozabijają". A
gdy już dużo ludzi o tym wiedziało to na pewno trzeba było
natychmiast uciekać.
Byliśmy insektami, które należało konsekwentnie tępić do końca.
To była sytuacja dla ludzi opanowanych i odważnych, umiejących
ze spokojem stawić czoła niepewności i niebezpieczeństwu.
Ale na przykład ja wcale do takich wtedy nie należałam. Inaczej
niż moja matka, która była wprawdzie osobą mało pewną siebie,
nerwową i zawsze szukającą u kogoś oparcia, ale w trudnych
chwilach okazywała się bardzo odważna. Ja już w bardzo młodym
wieku znacznie lepiej od niej umiałam podjąć decyzję co należy
robić, ale miałam za dobrą wyobraźnię i byłam raczej tchórzem.
Z powodu tej nieładnej cechy charakteru było mi bardzo ciężko
w tych trudnych czasach.
Niepewność i poczucie wielkiego niebezpieczeństwa towarzyszyły
nam bez przerwy. Takiej sytuacji było bardzo trudno sprostać
co powodowało nawet, że niektóre osoby już jakoś zainstalowane
po aryjskiej stronie wolały wrócić do getta (oczywiście w
okresie gdy ono jeszcze istniało) nie mogąc wytrzymać takiego
napięcia nerwów. Począwszy od pierwszej chwili gdy byliśmy
jeszcze bez żadnych dokumentów w domu u znajomych, którzy
starali się ukryć swój bardzo przecież uzasadniony lęk jak
i później uczucie wielkiego niebezpieczeństwa było zawsze
z nami. Na ulicy, w polu, w lesie, wszędzie i w każdej chwili
towarzyszyło każdemu krokowi. Najtrudniejsze były chwile przed
zaśnięciem, ponieważ w ciszy po godzinie policyjnej wydawało
się, że każdy nadjeżdżający samochód przynosi właśnie to najgorsze.
Staliśmy się zabobonni, prawie, że skłonni do uprawiania jakichś
czarów. Najlepiej byłoby modlić się. Ale do jakiego Boga?
Czy do tego, który wystawia swój wybrany naród na takie straszne
próby? Czy do tego poznanego bliżej dopiero niedawno. Było
to w końcu wszystko jedno, bo to był ten sam Bóg. Tylko, że
nie wszyscy w niego wierzyli..
Na pewno lepiej jest ginąć za coś. Taka śmierć za którą stoi
własna decyzja, odwaga, przełamywanie strachu ma inną cenę,
znacznie większą wartość. A najlepiej byłoby zginąć w trakcie
walki. To zupełnie coś innego niż zostać zamordowanym jak
robak czy szczur.
Wśród działających w konspiracji, biorących udział w akcjach
zbrojnych a później wśród walczących w powstaniu warszawskim
byli niejednokrotnie Żydzi. Część z nich poniosła śmierć w
trakcie swojej działalności. " Należałem do formacji
PPS, która była podporządkowana AK - opowiadał Władek - dowódca
mojej kompanii był żydowskiego pochodzenia. Zginął na samym
początku powstania, w czasie pierwszego starcia powstańców
na Żoliborzu z Niemcami. Znam wiele innych takich przypadków".
Ja sama w czasie całej swojej bytności po aryjskiej stronie
należałam do osób prowadzących mniej więcej normalny tryb
życia. Znalazłam dla siebie pracę w firmie krawieckiej produkującej
letnie sukienki i płaszcze. Pamiętam jak bardzo chwalił mnie
mój stryj, którego często wtedy widywałam, że sobie tak dobrze
poradziłam ze znalezieniem pracy. Ponieważ nie byłam fachowcem
więc zatrudniono mnie jako siłę pomocniczą - tak zwaną "podręczną".
Nawet i temu nie zawsze umiałam sprostać i zbierałam czasem
cięgi, ale jakoś mnie nie wyrzucono. A ja zawsze lubiłam szyć
i ta praca sprawiała mi przyjemność. Część moich koleżanek
z pracowni to były dobrze wykształcone krawcowe, inne trochę
gorzej, a niektóre zupełnie bez umiejętności w tej dziedzinie
- tak jak ja. Wkrótce okazało się, że dobrze trafiłam, bo
firma, w której się zatrudniłam miała ambicje niesienia pomocy
osobom znajdującym się w trudnej sytuacji życiowej i nawet
byli zadowoleni, jeżeli niektóre z tych osób traktowały pracę
jako rzecz chwilową i zajmowały się nie tylko krawiectwem.
W tej firmie krawieckiej zetknęłam się ze środowiskiem jakiego
przedtem zupełnie nie znałam. Przebywając wśród większości
tych młodych dziewczyn oraz trochę starszych kobiet miało
się właściwie wrażenie, że wojna nie istniała. Ich problemy
to byli narzeczeni, śluby, święta, nowe pantofle - tak jakby
nic innego się nie działo. "Trafiłaś w takie bardzo mieszczańskie
środowisko" - tłumaczył mój stryj. Ale mogły to też częściowo
być dobrze zakonspirowane pozory.
Kiedyś w czasie powrotu z pracy spotkała mnie przygoda. W
sztucznym tłoku w tramwaju ukradziono mi torebkę z wszystkimi
dokumentami. W pierwszej chwili myślałam, że nadszedł mój
koniec - straciłam przecież z takim trudem zdobytą tożsamość!
A na to żeby wyrobić sobie nową Kennkartę trzeba było zwrócić
się do policji lub władz niemieckich, czyli wszystko co najgorsze.
Okazało się jednak niebawem, że załatwienie tych formalności
było zupełnie łatwe.
Czasem mieszkałam sama a czasem razem z moją matką. Ale nie
mogłyśmy przed innymi być matką i córką, nosiłyśmy przecież
inne nazwiska, bo takie były nasze metryki. Byłyśmy więc ciocią
i siostrzenicą. Moja matka musiała się przyzwyczaić zwracać
się do mnie innym imieniem. A właściwie, biorąc pod uwagę
możliwość wpadki, lepiej było mieszkać oddzielnie - łatwiej
jest kłamać w pojedynkę, bo nie sposób przecież umówić się
na temat wszystkich szczegółów życiorysu, który powinien być
znany w takiej samej wersji przez blisko spokrewnione osoby.
Życie po aryjskiej stronie pozostało w moich wspomnieniach
jako coś niezmiernie ciężkiego już na zawsze. "Właściwie
wciąż dalej się ukrywam" - tak powiedział w audycji telewizyjnej
od dawna już nie mieszkający w Polsce (tylko w Ameryce) człowiek,
który przeżył holocaust w Warszawie. Sądzę, że dotyczy to
nas wszystkich - jemu podobnych.
Któregoś dnia gdy przechodziłam przez plac Wilsona ktoś nagle
złapał mnie za rękę - to była Alinka. Znałyśmy się od najwcześniejszych
lat życia - nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni jeszcze przed
naszym urodzeniem. A potem uczyłyśmy się razem na kompletach
w getcie. Przed wojną Alinka mieszkała z rodzicami na Żoliborzu
i chodziła do szkoły RTPD (Robotnicze Towarzystwo Przyjaciół
Dzieci) - to była szkoła związana z PPS'em. A potem, gdy uciekły
|