|
Oczami ulicznego przechodnia
Przemysław Czapliński
Gazeta Wyborcza,
03 października 2004
Kapuściński wielkie szaleństwa polityczne
ukazuje z punktu widzenia zwykłych ludzi - hotelarza czy urzędnika.
Do nich też - a nie do prezydentów czy cesarzy - podobny jest
czytelnik: ograniczony w swej wiedzy, postrzegający świat
wielkiej polityki oczami idącego ulicą człowieka
Zaszczytna, ale i kłopotliwa to sytuacja
- przedstawiać opinię o Ryszardzie Kapuściński jako kandydacie
do tytułu doktora honoris causa. Kłopot nie w tym, że prezentowanie
osoby powszechnie znanej naraża na mówienie oczywistości.
Ani też nie w tym, że układanie laudacji zmusza do konkurowania
z pięknymi i mądrymi słowami, które w ciągu ostatnich dwóch
dekad poświęcono autorowi "Imperium" przy okazji
wręczania wielkich nagród. Prawdziwy problem tkwi w czym innym:
w uzasadnianiu zaszczytnego tytułu w odniesieniu do człowieka,
który przez całe życie bronił się przed zaszczytami. Nie być
na pierwszych stronach gazet, nie pożyczać swojej twarzy mass
mediom, omijać ruchome gwiazdozbiory współczesności, nie wejść
w rolę autorytetu - tak przedstawiał się pomysł Ryszarda Kapuścińskiego
na współżycie z rozgłosem.
Być może jednak ten paradoks - niechęć do przesady, tak lubianej
przez świat współczesny, okazywana przez człowieka, który
jak mało kto na przesadę zasłużył - okaże się pomocny. Wynika
bowiem z niego, że trzeba postąpić tak jak autor: zobaczyć
wielkość i zachować umiar.
A zatem - Ryszard Kapuściński: jeden z najwybitniejszych
reportażystów drugiej połowy XX wieku, a zarazem człowiek,
który uznaje siebie raczej za czytelnika niż pisarza; twórca
autorskiej odmiany gatunkowej, którą można nazwać "reportażem
historiozoficznym", a zarazem pisarz, który nigdy nie
przywiązał się do jednej formuły i nigdy nie uznał reportażu
za gatunek uprzywilejowany; człowiek, któremu niejeden cesarz
udzieliłby wywiadu, który jednak woli rozmawiać ze zwykłym
przechodniem; erudyta, który pisze językiem tym bardziej ludzkim,
im więcej książek przeczytał; laureat kilkunastu prestiżowych
polskich i międzynarodowych nagród, a jednocześnie osoba skromna.
Krótko mówiąc: człowiek wielkiego formatu, ale ludzkiego wzrostu.
Kwestia prawdy
Co decyduje o randze pisarstwa Ryszarda Kapuścińskiego?
Debiutował w latach 60., sławę zyskał w 70. Tamten okres
dla polskiej literatury, również dla reportażu i gatunków
mu pokrewnych, był dość szczególny. Literatura polska przeżywała
wtedy okres odwrotu od fikcyjności wywołany bezsilnością literatury
wobec propagandowego kłamstwa, rozchodzeniem się języków publicznych
i prywatnych, powolnym wyczerpywaniem się sensowności awangardowych
nurtów literackich. "Klimat życia", jak by powiedział
Jerzy Stempowski, skłaniał do komunikacyjnej zmiany.
Odwrót od fikcyjności - kolejny już w literaturze XX wieku
- zaznaczył się u schyłku lat 60., lecz największe nasilenie
przybrał w drugiej połowie lat 70. Zaowocował książkami niezwykłymi:
"Rozmowy z katem" Kazimierza Moczarskiego, "Na
nieludzkiej ziemi" Józefa Czapskiego, "Mój wiek"
Aleksandra Wata, "Kalendarz i klepsydra" Tadeusza
Konwickiego, "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall,
"Cesarz" i "Wojna futbolowa" Kapuścińskiego
- to wybór z trzech lat (1976-78), niewielki, ale zaskakujący.
Okazuje się bowiem, że książki nienależące do beletrystyki
tworzą zbiór tytułów najbardziej poczytnych wówczas, a dziś
- nadal ważnych. Między innymi za ich sprawą cenimy dzisiaj
formy niefikcyjne na równi z fikcyjnymi.
Stało się tak, ponieważ gatunki niefikcyjne zapracowały sobie
na społeczną wiarygodność. A nie było to wcale łatwe, jeśli
pamiętać, że pomiędzy rokiem 1968 i 1976, zarówno w Polsce,
jak i w Europie, dokonywał się wieloraki bunt: społecznej
pamięci przeciw manipulacjom politycznym, zbiorowości przeciw
ograniczaniu praw obywatelskich, autentyczności przeciw konwencjom.
Zniechęcenie do skonwencjonalizowanych i eksperymentatorskich
form fikcyjnych podnosiło poprzeczkę literaturze czy nawet
pisaniu w ogóle. Nowe położenie literatury wyznaczał głód
prawdy. Była to, jak napisał Kapuściński, komentując postawę
robotników gdańskich w roku 1980, "naturalna nieufność
do odpowiedzi ogólnych", "protest przeciw wszystkiemu,
co trąci fałszem, luką, wciskaniem kitu, rozmywaniem, kluczeniem"
("Lapidarium I").
Nie ma dziś większego znaczenia fakt, czy literatura mogła
ów głód prawdy zaspokoić. Ważniejsze, że potrafiła go rozbudzić.
Wśród twórców, którzy tego dokonali, ważne miejsce przypada
także Ryszardowi Kapuścińskiemu. Nie tylko dlatego, że zabierał
nas w dalekie podróże, dzieląc się z nami ogromną wiedzą;
bardziej może dlatego, że podsycał naszą ciekawość, poszerzał
horyzonty, zwracał uwagę na mechanizmy zdobywania władzy,
nakłaniał do myślenia porównawczego. Sprawiał, że przejmowaliśmy
się cudzymi sprawami. Jego reportaże odbierały nam wyjątkowość,
ale przywracały uważność.
Książki te, ponadto, otwierały gatunek. Po "Cesarzu",
"Wojnie futbolowej" czy "Szachinszachu"
nic już nie było niemożliwe dla reportażu. Teksty Kapuścińskiego
wchłaniały esej, wywiad, szkic historyczny, jawną stylizację,
mieszanie planów czasowych i rozważania autotematyczne, nabierając
charakteru współczesnej powieści - czyli, mówiąc językiem
Umberto Eco, formy, która w odpowiedzi na otwartą rzeczywistość
przyjmuje kształt "dzieła otwartego". Kolejne teksty
Kapuścińskiego były więc w równej mierze ukończone, co niedomknięte.
Dzięki stosowaniu montażu cytatów, włączaniu autora do tekstu,
posługiwaniu się wieloma stylami, stworzył on, by sparafrazować
określenie Miłosza, "reportaż pojemny".
Ale "otwartość" jego książek ma jeszcze jedno oblicze
- związane z fabułą i prawdą. Kapuściński zawsze wprowadza
nas w sedno rzeczy bez zbędnych wstępów, po czym dostarcza
nam wiedzy koniecznej do zrozumienia sytuacji wyjściowej.
Jednak im bliżej końca reportażu, tym bardziej zdani jesteśmy
na samych siebie albo - tym precyzyjniej zdajemy sobie sprawę,
że autor nie podaruje nam pointy, wniosków, podsumowania.
Wynika to ze szczególnej koncepcji pisania stosowanej przez
Kapuścińskiego, polegającej na stopniowym demontowaniu całości.
Bez względu na to, czy autor mówi od siebie, czy też dopuszcza
do głosu innych (a umiejętność tę posiadł w stopniu niezwykłym),
jego reportaże prawie zawsze unikają syntezy. Jest tak, jakby
Kapuściński namawiał nas w ten sposób do wytrwania w dorosłości;
tej cechy charakteru wymaga bowiem rozłąka z uogólnieniem,
pożegnanie z tekstami, które sugerują, że powiedziały wszystko.
Autor "Cesarza" raczej przekonuje, że uogólnienie
jest dziś nie tylko niemożliwe, lecz także groźne. A demontaż
całości wydaje się szczególnie ważny w kontekście tematyki,
której Kapuściński poświęcił większość swoich książek. Sednem
jego reportażu jest opisywanie szaleństw, które stały się
normą. Czyli polityki.
Temat z piasku
Kapuściński nie należy do ludzi, którzy utożsamiają "głośne"
z ważnym, a już tym bardziej z "istotnym" czy "wartościowym".
Poświęcił wiele książek rewolucjom politycznym (jak sam obliczył,
obserwował ich 27), lecz nie ma zbyt wysokiego mniemania o
polityce. Świadczy o tym zaskakujące wyznanie z początku lat
90.: "Ilekroć oglądam książki, albumy (...), ogarnia
mnie żal, że zmarnowałem swoje lata w Afryce. Miałem okazję
napisać tom reportaży z wypraw do ruin, zrobić tom rozmów
z pisarzami, z malarzami, lepiej poznać tamtą muzykę i balet.
W to miejsce napisałem kilka książek o temacie z piasku -
tj. o polityce afrykańskiej, a więc o rzeczy najbardziej nietrwałej,
złudnej i ulotnej na świecie" ("Lapidarium I").
Czym jest "temat z piasku"? Od pierwszej książki
przywiezionej z zagranicy, czyli reportaży z Ghany i Konga
zatytułowanych "Czarne gwiazdy" (1963), aż po "Imperium"
(1993) i "Heban" (1998) Kapuściński zdaje się pisać
jedną opowieść. Jedność ta nie oznacza ani dokładnej powtarzalności,
ani podobieństwa artystycznego. Wyznacza ją raczej temat,
który - mimo ryzyka uproszczeń - nazwać można modernizacją
świata postkolonialnego. Chodzi o przemiany życia zbiorowego
dyktowane przez europejski rozum oświeceniowy, a wprowadzane
w miejscach, które przez stulecia polityka imperiów utrzymywała
w stanie znieruchomienia.
Obszary przedstawiane przez Ryszarda Kapuścińskiego leżą
w pasie spóźnionej historii: Ghana i Kongo w "Czarnych
gwiazdach", Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, Turkmenia i
Tadżykistan w książce "Kirgiz schodzi z konia" (1968),
Bliski Wschód, Afryka i Ameryka Łacińska w reportażach z tomu
"Chrystus z karabinem na ramieniu" (1975), Angola
w książce "Jeszcze dzień życia" (1976), Etiopia
w "Cesarzu" (1978), ponownie Afryka i Ameryka Łacińska
w "Wojnie futbolowej" (1978), Iran w "Szachinszachu"
(1982), rozpadające się ZSRR w "Imperium" i znowu
Afryka w "Hebanie" - we wszystkich tych państwach
i kulturach autor odsłania podwójne upośledzenie: opóźnienie
cywilizacyjno-techniczne i brak podmiotowości zbiorowej, to
znaczy zdolności do zrzeszania się i do powszechnego określania
metod przekształcania własnej rzeczywistości.
Modernizację w Gruzji i pozostałych republikach dawnego ZSRR
przedstawiał Kapuściński jako przemianę pokojową dokonywaną
głównie w sferze technologii i całkowicie kontrolowaną przez
imperium. Pozory nakazywały wierzyć, że zejście Kirgiza z
konia odbywa się bez przemocy, skoro Rosję od Gruzji dzieli
niewielka różnica mentalna. Jeśli wziąć pod uwagę Afrykę i
Bliski Wschód, ich oddalenie od marzeń o wolności i dobrobycie,
modernizacja powinna mieć tam swojego patrona i swój rytm
dostosowany do lokalnych możliwości. Autor "Szachinszacha"
pokazuje jednak, że zmiany, napędzane gniewem i rozpaczą ludzką,
a porządkowane odruchami przemocy, toczą się w trybie przyspieszonym,
rewolucyjnym, wymykającym się spod kontroli narodów. Choć
więc cele dyktuje Rozum, a kierunek dziejów wyznaczają hasła
wolności, sprawiedliwości i równości, to rezultatem przewrotu
okazuje się zmodernizowana wersja tyranii.
Kapuściński przedstawia więc w reportażowym ujęciu to samo,
co omówił w swoim pamiętnym wystąpieniu Jürgen Habermas -
modernizm jako projekt, który jeszcze nie został wyczerpany.
Habermas pisał jednak o projekcie niedokończonym, Kapuściński
zaś mówi o projekcie niedokańczalnym, niedającym się doprowadzić
do końca. Owa niedefinitywność wynika z faktu, że społeczności,
które Kapuściński przedstawia, potrafią uruchomić proces radykalnych
zmian, nie potrafią jednak nad nimi zapanować.
Najpełniejszą prezentację dramatu niespełnialnej modernizacji
znajdziemy w "Imperium" i "Hebanie" -
dwóch reportażach zbudowanych na zasadzie konfrontacji historycznej.
W obu tych książkach autor zestawia rozpoczęty wiele lat wcześniej
proces unowocześnienia i czasy dzisiejsze. Uzyskujemy w ten
sposób swoistą panoramę nagłego przyspieszenia i równie nagłego
zatrzymania: na początku widać ożywiający wszystkich ekstatyczny
projekt tworzenia własnej historii, na końcu jest już tylko
policyjno-militarna prostota zastosowanych rozwiązań, najpierw
- plany nowego ładu, pod koniec - postępujące rozprzężenie
wszelkich porządków. Można więc czytać "Imperium"
jako dalszy ciąg - czy nawet dokończenie - opowieści "Kirgiz
schodzi z konia", a "Heban", fascynujący skrót
historii kontynentu, skrzyżowanie powieści sensacyjno-politycznej
z epopeją codzienności, uznać za podsumowanie wcześniejszych
reportaży z Afryki. Równocześnie obie te książki stanowią
dwie dopełniające się opowieści o klęsce modernizacji w centrum
świata i na peryferiach - w imperium i w postkolonii. W obu
przypadkach problemy - o czym wiemy z własnej historii - zaczynają
się, nie zaś kończą po odzyskaniu wolności. Wtedy bowiem okazuje
się, że przekleństwo niewoli polegało na niemożności zmiany
reguł, przekleństwo wolności zaś - na obowiązku ciągłego i
samodzielnego ich ustalania.
Błędne byłoby jednak twierdzenie, że książki Kapuścińskiego
stanowią historyczną, politologiczną bądź socjologiczną analizę
przebudowy świata. Kapuściński nie pisze bowiem wyłącznie
o wielkiej historii składającej się z polityki, a wyznaczanej
przez zmiany rządów, upadki gabinetów czy stukot spadających
koronowanych głów. Takie zainteresowanie można odnaleźć w
pamiętnym reportażu z 1965 roku, opisującym zamach stanu w
Algierii, gdy Bumedien obalił Ben Bellę, a także w książce
"Kirgiz schodzi z konia" i "Gdyby cała Afryka..."
(1969). Wydaje się jednak, że w miarę upływu lat i w miarę
przybywania kolejnych książek coraz bardziej autora fascynowało
co innego - spotkanie wielkiej historii z małą: z życiem przeciętnego
człowieka, który szuka pracy, martwi się, co da dzieciom jeść,
który musi gdzieś mieszkać czy kupić sobie buty. Dlatego jego
kolejne książki to w coraz większym stopniu nie tyle opis
historii, co zapis - zapis świadomości jej uczestników, animatorów,
statystów, nadzorców, beneficjentów i ofiar, a także świadomości
samego reportera.
Począwszy więc od lat 70., autor dopóty drąży temat, dopóki
nie odnajdzie w nim pojedynczego człowieka: nie interesuje
go sama rewolucja, przemiana ustroju, obalenie rządu - tak
naprawdę zajmuje go to, jak w czasach Przyspieszonej Historii
radzi sobie pojedynczy człowiek, jak wielka polityka wpływa
na życie małych ludzi. Dla autora zatem dopiero pojedyncza
egzystencja - jej problemy, udręki, codzienność - okazuje
się sprawdzianem wartości wielkich przemian. Dlatego najbardziej
znane reportaże - "Chrystus z karabinem na ramieniu",
"Wojna futbolowa", "Cesarz", "Szachinszach"
- zawierały nie tyle lekcję historii i polityki, ile raczej
lekcję człowieczeństwa.
Reporter pięciu zmysłów
Kapuściński przedstawia politykę egzotycznych rejonów - Afryki
i Ameryki Łacińskiej - nigdy jednak nie uprawia egzotyki.
Egzotyka ma swoje dobre strony, bo jej początkiem jest zawsze
zdumienie odmiennością, nastawienie na różnice. Ale to chyba
jedyne zalety. Poza tym egzotyka zadowala się obcością opisywanego
świata: nie ma w niej żadnego dążenia do rozpoznawania prawidłowości,
reguł, mniejszych i większych całości. Wystarcza jej pojedynczość,
dziwaczność, odmienność, kuriozalność. Kapuściński inaczej:
kiedy gdzieś jedzie, zamierza "patrzeć, chodzić, pytać,
słuchać, wąchać, myśleć, pisać" ("Wojna futbolowa").
Taka postawa powoduje, że opisywane przez niego miejsca -
nawet jeśli jest to zwykła chata gdzieś w Kongo - mają kolory,
zapachy, dźwięki, że przedmioty mają fakturę, a potrawy -
smak. Materiały do swoich reportaży Kapuściński zbiera więc
pięcioma zmysłami, ale pisze je zmysłem szóstym - współodczuwaniem.
W "Szachinaszachu" stwierdza: "Operatorzy
nadużywają planów ogólnych. W ten sposób gubią szczegóły.
A przecież poprzez szczegóły można pokazać wszystko".
Tak właśnie pisze: dokładnie, ale zarazem skrótowo; zawsze
dba o szczegół, ale nie mikroelement sam dla siebie, lecz
szczegół, poprzez który można zobaczyć "wszystko".
Postawa Kapuścińskiego, mocno odmienna od "ezgotycznej",
wyraża się w dążeniu do zrozumienia, a to zawsze oznacza konieczność
połączenia rzetelnej wiedzy z umiejętnością "wczucia
się w inność": "Nie chodziło mi nigdy o zwykłe gromadzenie
faktów, nazwisk, anegdot itd., lecz o poznawanie i przeżywanie
innych losów i światów, o badanie zachowań i emocji ludzi
usytuowanych w różnych kontekstach kulturowych i historycznych"
("Lapidarium I"). Zwróćmy uwagę, jak daleko deklaracja
ta odbiega od potocznych wyobrażeń o reportażu zazwyczaj utożsamianego
z zapisem faktów. Dla Kapuścińskiego reportaż jest narzędziem
"poznawania i przeżywania", a więc ma tyleż wspólnego
ze zdobywaniem wiedzy, co z umiejętnością współodczuwania.
Stąd też Kapuściński wielkie szaleństwa polityczne ukazuje
z punktu widzenia zwykłych ludzi - sierżanta policji, hotelarza,
urzędnika. Bo to oni są mierzwą historii. Do nich też - a
nie do wielkich dyplomatów, prezydentów czy cesarzy - podobny
jest czytelnik: ograniczony w swej wiedzy, postrzegający świat
wielkiej polityki z perspektywy ulicznego przechodnia.
Reporter doctus
Komu zatem i z jakiego powodu Uniwersytet Jagielloński postanowił
przyznać tytuł doktora honoris causa?
Człowiekowi, który swoje zadanie postrzegał jako pośredniczenie
pomiędzy obcością i swojskością: obcością mnogich rewolucji,
wojen i szaleństw polityki a swojskością codziennego życia
przeciętnych ludzi. Dzięki temu - dość prostemu przecież -
dążeniu Ryszard Kapuściński zmienił funkcje reportażu. Najpierw
sprawił, że zaczęliśmy sięgać do reportażu jako źródła informacji
równoprawnego względem książek historycznych czy socjologicznych.
Potem nakłonił nas do myślenia, że historia odsłania swoje
znaczenie nie w gabinetach polityków, lecz w szczegółach i
drobiazgach życia zwykłych ludzi. Wreszcie pokazał, że tworzy
się reportaż nie po to, by opisać cudzą historię, lecz po
to, by jej doświadczyć, to zaś wymaga od reportera postawy
uczestnictwa. Dlatego rzeczywisty przebieg jego książek to
zdobywanie mądrości i nauka współodczuwania, a nie dodawanie
faktów.
Zaszczytny tytuł doktora honoris causa przypada tu jednak
również pisarzowi, który chce pisać prawdę - to znaczy nie
chce udawać, że wie wszystko. Jego wierność prawdzie to zatem
wierność niepewności. Przy tej szczególnej postawie Kapuściński
nigdy nie pozwala nam zapomnieć, że jego książki odwołują
się równocześnie do myślenia i wrażliwości. Mówiąc inaczej:
przedstawiane przez autora postkolonialne pejzaże, zaludnione
dramatami, a nie przygodami, stawiają nas w kłopotliwym położeniu
bezsilnego podróżnika. Podróżnik ten, obudzony niejako przez
lekturę książki, widzi rzeczywistość, która jest w większej
mierze wyzwaniem dla działań niż dla ciekawości. Jest to rzeczywistość
uzasadniająca dwie sprzeczne diagnozy: naprawa świata jest
konieczna - naprawa świata jest niemożliwa. Aby z tej sprzeczności
wyjść, przekonuje autor, wcale nie trzeba pakować manatków
i jechać na Czarny Ląd z misją pomocy. Naprawa świata zaczyna
się od najprostszej z możliwych rzeczy - od dostrzeżenia drugiego
człowieka.
*** Prof. dr hab. Przemysław Czapliński
jest krytykiem literackim, pracuje na Uniwersytecie im. Adama
Mickiewicza w Poznaniu.
|