|
Rozmowa z Leonem Kieresem,
prezesem Instytutu Pamięci Narodowej
Jesteśmy dla pokrzywdzonych
Rzeczpospolita, 1 pazdziernika 2004
Wśród zarzutów większego i mniejszego
kalibru, jakie IPN stawia Andrzej Romanowski, historyk i publicysta,
profesor UJ ("Gazeta Wyborcza" z 25 - 26 września),
znalazł się też zarzut bezprawia, odniesiony zarówno do ustawy
o IPN, jak i działalności Instytutu.
LEON KIERES: Przypomnę dyskusję, która
towarzyszyła tworzeniu Instytutu. Koncentrowała się głównie
wokół zasad udostępniania archiwaliów. Zdaniem krytyków Instytut
miał rozliczyć przeszłość za pomocą wojny na teczki, używać
teczek do niszczenia ludzi, a zwłaszcza formacji politycznych,
pomagać zwyciężać w walkach politycznych i w zdobywaniu posad.
W IPN widziano ostatnią instancję, gdyby komuś brakło argumentów
w dyskursie politycznym, dotyczącym współczesności czy przeszłości.
Mało wówczas mówiono o pionie śledczym i o działalności edukacyjnej
IPN. Kto dziś ocenia Instytut i nie zauważa, że te trzy jego
piony - archiwalny, śledczy i edukacyjny - zyskały w jego
działalności równoprawną rangę, zdradza złą wolę albo ignorancję.
Fundamentalne dyskusje o Instytucie toczą się co roku w parlamencie
przy okazji uchwalania budżetu i składania sprawozdań przez
prezesa IPN. Już na początku ubiegłego roku niektórzy lewicowi
senatorowie proponowali, żeby z Instytutu wyrzucić pion śledczy,
akta oddać Archiwom Państwowym, a dział badawczo-edukacyjny
wcielić do Ministerstwa Edukacji.
Przypominam to, żeby powiedzieć: nic nowego.
Czy za sprawą IPN toczy się w Polsce dzika lustracja?
To nie jest polski wymysł, żeby - tak ustawodawca zdecydował
w 1998 roku - udostępniać akta służb specjalnych PRL. Otóż
Międzynarodowa Rada Archiwalna na zlecenie UNESCO opracowała
w 1997 roku standardy postępowania ze spuścizną archiwalną
aparatu bezpieczeństwa upadłych reżimów. Rada podkreśla, że
obywatele mają prawo znać prawdę o działalności organów represji,
prawo identyfikowania ludzi odpowiedzialnych za przestępstwa
przeciwko prawom człowieka i prawo do historycznych badań
naukowych. Takie same standardy przyjęła Rada Europy. Pytam
więc krytyków, czy chcą to kwestionować?
Jeden z moich krytyków kiedyś powiedział: powołaliśmy pana
do pilnowania, żeby te materiały nie krążyły po mieście. Pytam,
czy znany jest choć jeden przypadek, że przyszedł polityk
do Instytutu Pamięci Narodowej coś sobie załatwić i dostał
to, co chciał: kwity, informacje na kogoś lub na coś?
Ustawa nakłada na nas szczególne obowiązki, gdy idzie o udostępnianie
dokumentów. Tryb postępowania określony w ustawie sprecyzowaliśmy
jeszcze po to, żeby wykazać w tej sprawie należytą staranność,
by nie było pochopnego wyrokowania.
Pamiętajmy jednak, że ktoś te dokumenty wytworzył, ktoś w
nich zamieścił informacje. Pytam, czy ma być tak, że ci, o
których tajnie zbierano informacje, nadal nie będą wiedzieć,
co przeciwko nim znajduje się w archiwach, a ci, którzy te
informacje wytwarzali, niszczyli ludzi, będą nimi dysponować?
Czy chcemy, żeby ci drudzy nadal byli depozytariuszami naszej
pamięci?
Udostępnianie akt jest kontrolowane przez Wojewódzki i Naczelny
Sąd Administracyjny. Udostępnianie dokumentów odbywa się dwuetapowo.
Nie ujawniamy od razu, kto te informacje przekazywał. To pokrzywdzony
decyduje, czy chce poznać nazwiska prześladowców. Ustawa mówi
wprost, że jeżeli popełnilibyśmy błąd (przepis ten dodano
na wniosek posła Jana Lityńskiego), pomówiona osoba może mieć
roszczenie cywilno-prawne przeciw Instytutowi. W tych sprawach
postępujemy bardzo ostrożnie. Jeśli powstają choćby najmniejsze
wątpliwości, jeśli nie możemy wziąć pełnej odpowiedzialności
za taką informację, nie podajemy danych identyfikujących funkcjonariuszy
i współpracowników UB lub SB.
Czy IPN odmawiając udostępnienia akt pracownikom i agentom
UB lub SB, dopuszcza się niesprawiedliwości, łamie zasadę
równości obywateli wobec prawa?
Równość wobec prawa nie oznacza, że wszyscy mają dokładnie
tyle samo. Oznacza brak dyskryminacji: to, że w podobnych
okolicznościach nikt nie może być w różny sposób traktowany.
Pokrzywdzony i ten, który go krzywdził, nie mają równej pozycji.
Ten, który krzywdził, może otrzymać informację, dotyczącą
jego służby bądź współpracy. Natomiast rzeczywiście nie ma
dostępu - i jestem za tym, żeby jeszcze przez jakiś czas tego
dostępu nie miał - do własnych i cudzych raportów.
Odmówiłem np. dostępu do jego własnych raportów Andrzejowi
Czechowiczowi, który został zwerbowany przez SB i pracował
w Radiu Wolna Europa, dostarczając informacji godzących m.in.
w Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Niedawno NSA wydał wyrok: prezes
IPN nie naruszył prawa nie dając Czechowiczowi dostępu do
tych informacji. I nie ma w tym żadnej dyskryminacji.
Padł zarzut, że w pojęciu "zbrodni komunistycznych"
IPN mieści obok zbrodni - wykroczenia i występki, dopuszcza
się skandalicznego pomieszania tych kategorii.
Podając definicję "zbrodni komunistycznej" nasz
krytyk pominął sformułowanie, że za zbrodnię taką mogą być
uznane jedynie "czyny stanowiące przestępstwa według
polskiej ustawy karnej obowiązującej w czasie ich popełnienia".
W czasie popełnienia czynów, które dziś nazywamy zbrodniami
komunistycznymi, obowiązywały dwa różne kodeksy karne. Pierwszy,
z 1932 roku, obowiązywał do końca roku 1969. Drugi wszedł
w życie 1 stycznia 1970 roku i obowiązywał aż do września
1998 r. Te dwa kodeksy inaczej rozróżniały zbrodnie i występki.
Według pierwszego zbrodnia to czyn, którego górna granica
ustawowego zagrożenia przekracza pięć lat więzienia. Następny
kodeks uznał, że o podziale na zbrodnie i występki decyduje
dolna granica ustawowego zagrożenia. Czyli zbrodnie to czyny,
które są zagrożone karą pozbawienia wolności na czas nie krótszy
niż trzy lata. Dlatego w ustawie o IPN definicja zbrodni komunistycznej
objęła też czyny, które w przeszłości były kwalifikowane jako
występki.
O które czyny chodzi? Gdyby krytyk zajrzał w Internecie do
któregokolwiek sprawozdania prezesa IPN, dowiedziałby się,
że zbrodniami komunistycznymi, za które polskie sądy skazują
sprawców, byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, wcześniej
Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, są tortury, które polegały
na fizycznym i psychicznym bestialskim znęcaniu się nad aresztowanymi,
czasami ze skutkami w postaci ciężkiego uszczerbku na zdrowiu
ofiar. Takie czyny według kodeksu obowiązującego od 1 stycznia
1970 roku kwalifikowane były tylko jako występki. Gdybyśmy
ograniczyli ściganie do zbrodni w rozumieniu tego kodeksu,
to część czynów, za które sądy skazują dziś sprawców zbrodni
komunistycznych, pozostałyby w ogóle poza ściganiem. W ubiegły
czwartek zapadł wyrok skazujący Piotra O. na karę 4,5 roku
pozbawienia wolności za popełnione przez niego zbrodnie komunistyczne.
A dodajmy, że w rozumieniu także obowiązującego kodeksu karnego,
który za zbrodnię uważa tylko czyny zagrożone karą pozbawienia
wolności na czas nie krótszy od lat trzech, Piotr O. popełnił
tylko szereg występków.
Rozpatrzmy inny przykład. Bezprawne pozbawienie wolności przez
funkcjonariusza publicznego obecnie jest także tylko występkiem.
Mamy państwo prawne, mamy bardzo dobre możliwości ścigania,
istnieje wolna prasa, jest Trybunał w Strasburgu. Szanse,
że sprawca ujdzie sprawiedliwości są bardzo ograniczone, nawet
gdyby próbowano go chronić. Ale w państwie totalitarnym, w
państwie bezprawia, masowe, bezprawne pozbawianie wolności
przez UB albo dyspozycyjnych prokuratorów, miało na celu terroryzowanie
społeczeństwa. Z tego punktu widzenia była to zbrodnia przeciwko
narodowi, przeciwko jego podstawowym interesom, przeciwko
prawom człowieka. Nie była wtedy ścigana, dlatego jest ścigana
obecnie. Nie dzieje się to z powodu zacietrzewienia antykomunistycznego.
Chciałbym przypomnieć, że ścigamy również sprawców zbrodni
nazistowskich.
Romanowski wytknął IPN "potworek prawny: wykroczenie
bądź występek może być zbrodnią, o ile tylko popełnił je komunista".
Przytoczył wypowiedź prokuratora IPN po niedawnym skazaniu
generała Czesława Kiszczaka na dwa lata więzienia w zawieszeniu:
"Mam niedosyt, sąd nie uznał tej sprawy za zbrodnię komunistyczną",
i skomentował: "Jeżeli dobrze rozumiem, wyrok na Kiszczaka
jest sprawiedliwy, ponieważ jednak Kiszczak jest komunistą,
wyrok sprawiedliwy nie jest".
Tu manipulacja polega na sugestii, że my chcemy karać ludzi
za poglądy polityczne. Ustawa o IPN nigdzie nie mówi, że zbrodnią
komunistyczną jest przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie
obowiązków przez komunistę, lecz że jest nią czyn funkcjonariusza
państwa komunistycznego polegający na stosowaniu represji
lub naruszaniu praw człowieka.
Dzięki temu "potworkowi prawnemu" w Katowicach sądzi
się po raz kolejny członków plutonu ZOMO, którzy strzelali
do górników w kopalni Wujek. Ich czyny bowiem to przykład
przestępczości państwa, która stanowi nieprzedawnioną zbrodnię
komunistyczną. A państwo komunistyczne posłużyło się i chroniło
milicjantów, którzy z pełną świadomością celu wzięli udział
w tej masakrze, by sterroryzować społeczeństwo. Krytycy tego
przepisu niech powiedzą wprost: usuńmy ten "potworek
prawny", żeby nie można było ścigać zomowców z kopalni
Wujek.
Czy na podstawie dotychczasowych doświadczeń Instytutu dostrzega
pan jakieś niedoskonałości ustawy o IPN, coś, co należałoby
poprawić?
Oczywiście, z inicjatywy Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej
przygotowujemy projekty zmian, z którymi w odpowiednim czasie
wystąpimy. Podam dwa przykłady.
Dzięki, między innymi, pracy rzecznika interesu publicznego,
a następnie także i historyków IPN, zamieszczony w ustawie
wykaz instytucji aparatu bezpieczeństwa okazał się niepełny.
Toczą się nawet obecnie procesy lustracyjne, w których zarzuca
się nieujawnienie współpracy z jednostkami instytucji, o których
wcześniej nie wiedzieliśmy.
Sprecyzować trzeba pojęcie pokrzywdzonego; chodzi o takie
osoby, których losy były zmienne: w pewnym okresie pracowali
lub współpracowali z organami bezpieczeństwa, w innym okresie
sami stawali się obiektem prześladowań.
Nadrzędną sprawą, ratio legis, którą powodował się ustawodawca,
a ja uważam za główny cel działalności Instytutu, jest obrona
pokrzywdzonych. Bez ustawy o IPN i bez działalności Instytutu
nadal byliby oni bezbronni.
Rozmawiał Andrzej Kaczyński
|