|
Ślady moich braci
Jerzy Morawski
Rzeczpospolita, 16/10/2004
Na bramie cmentarza żydowskiego w Komarowie
niedaleko Tomaszowa Lubelskiego widnieje napis: "Cmentarz
został odrestaurowany przez byłego mieszkańca Komarowa Morisa
Trosta zamieszkałego we Frankfurcie nad Menem".
Na cmentarzu obok kilku starych macew
wyrastają z ziemi nowe kamienne płyty. "Tu spoczywają
kości około 70 Żydów zamordowanych przez hitlerowców 3 października
1942 roku w Siemnicach" - głosi napis.
Kilkanaście imion i nazwisk: Szymon Puter, Fawel Puter, Pesio
Puter, Hanysia Puter, Herszko Wantrop, Icek Nachman, Sloma
Berger, Balcia Bergier, Sara Bergier. Tyle udało się wygrzebać
z pamięci starszych mieszkańców Siemnic o dawnych sąsiadach.
Pozostali są nieznani. Leżą tu również dwie małe kuzynki Rosy,
żony Morisa Trosta.
Sędziwy mieszkaniec Frankfurtu odgrzebuje świat swojej młodości.
Odnajduje leśne polany, parki dworskie i inne miejsca, gdzie
spoczywają jego bracia. Sięga po ich kości i przenosi na cmentarz.
Wydobyci z tajemnicy zapomnienia, nareszcie są razem. Mają
wyryte na macewach swoje imiona i nazwiska, przedłużony ślad
istnienia. Moris Trost nie wznosi sobie pomnika. Łagodzi własny
ból po tym, co zaszło, i dziękuje Bogu za ocalenie.
Obce, swoje miasto
Po raz pierwszy Trost odważył się przyjechać do Polski, gdy
upadał komunizm. Odwiedził Komarów. Przy rynku ten sam kościół,
co przed wojną. Kroczył wolno uliczkami, chłonął ostrożnie
swoje, ale obce miasto. Wracały wspomnienia. Bronił się. W
stronę rodzinnego domu nie odwrócił głowy. Odżywało wszystko
to, co wydarzyło się za okupacji i w ponure dni po wyzwoleniu.
Bał się.
Na dawnym cmentarzu żydowskim za miastem pasły się konie i
krowy. Znikły macewy i nagrobki. Gdzie okupisko? (Tak Trost
nazywa cmentarz żydowski.) Zielona łąka, wokół stare drzewa.
Jakaś kobieta niosła wiadro wody.
- Co pani tutaj robi? - zapytał Trost. - Tysiące ludzi tu
leży, kości leżą. Z całego świata - z Czech, z Łodzi, z Warszawy.
Sam ich zakopywałem. Tędy nie wolno chodzić.
- A którędy pójdę do domu? - zapytała kobieta - Pójdę, jak
mi wygodnie - dodała po namyśle i poniosła dalej wiadro.
Trost dowiedział się w urzędzie, że cmentarz ma być sprzedany
na parcele. Przekonywał w gminie, że tam leżą jego dziadkowie,
rozstrzelani rodzice i siostry. Wznosić na nich domy to po
raz drugi odebrać im życie. Porozumiał się z Muzeum Holocaustu
w USA. Ktoś z Departamentu Stanu interweniował. W Komarowie
odstąpiono od pomysłu zabudowania cmentarza. Komitet Żydów
komarowskich w Izraelu powiedział Trostowi: rób cmentarz.
Skupywał macewy umieszczone w progach domów w Komarowie i
okolicy. W jednej z zagród na macewie stała figurka małego
Jezusa. - Zdejmę figurkę i płytę przywiozę - obiecywał właściciel
obejścia. - Nie rozbieraj figurki - powiedziałem. To wiara.
Wiara w Boga. Wszystko jedno: Żyd czy nie Żyd. To jest święte
- wspomina Trost.
Na ogrodzonym cmentarzu ustawiono kilkanaście starych macew.
Rozległe, puste okupisko. Brakuje zmarłych. Wiedział, że w
okolicy leżą w nieładzie szczątki pomordowanych. Wrzuceni
do dołów, przywaleni wapnem i ziemią, zagrzebani w anonimowych
miejscach. Ukryci na zawsze.
Gdzie są ślady? Sędziwi mieszkańcy podtomaszowskich wsi wskazali
Trostowi, gdzie zakopano pomordowanych Żydów. Przez dziesiątki
lat nosili w sobie mapy. Tam pod lasem do dołów wrzucono dorosłych
i dzieci, a obok stawów Niemcy zastrzelili uciekinierów -
informowali. Opowiedzieli, co zapamiętali. Patrzył na przejęte,
współczujące twarze. Mówili jak o tragedii swoich bliskich.
Gasła w nim nieufność. Przestał obawiać się starych kątów.
Wojenny i powojenny strach odpłynął.
Szept zabijanych
3 października 1942 roku w Siemnicach Kazimierz Seń dostrzegł
przez uchylone drzwi warsztatu stelmacha, u którego pracował
jako pomocnik, wyłaniający się z porannej mgły oddział niemieckich
żandarmów. Prowadzili Żydów z folwarków w Celestynowie i Różanówce.
Pędzeni przechodzili obok warsztatu, trzymając się za ręce.
Seń mógł nawet niektórych dotknąć, ale czuł się jak sparaliżowany,
trząsł się. Przygnano też miejscowych Żydów ze wsi i tych
mieszkających w dworskich oborach i stajniach. Z parowalni
ziemniaków jeden z żandarmów wyciągnął małą dziewczynkę. Ciągnął
ją za rękę, płakała. Wszystkich ustawiono na wprost warsztatu
stelmacha. Seń zaczął ich po cichu liczyć: pięćdziesiąt jeden,
pięćdziesiąt dwa... Przerwał, kiedy Niemcy podzielili Żydów
na dwie grupy.
Pierwszej grupie żandarmi kazali uklęknąć. Przed klęczącymi
stały małe dzieci. Nie rozumiały, co mają robić. Patrzyły
na żandarmów. Pierwszą serię posłał do nich rudy żandarm Olszewski.
Inni Niemcy też otworzyli ogień. Przypędzono drugą grupę Żydów.
Nie lamentowali. Seń słyszał szept modlitwy. Już po wszystkim
Olszewski z pistoletu dobijał tych, którzy się jeszcze ruszali.
Do warsztatu wpadł jeden z żandarmów i zwymiotował. Pokazywał
stelmachowi i Seniowi zdjęcia dzieci. - Przeklinał wojnę -
opowiada Seń. Folwarczni na polecenie żandarmów wykopali dół,
do którego wrzucono ciała. Przysypano je ziemią.
Kazimierz Seń na długo stracił spokój. Nie jadł, nie mógł
spać. Później Siemnice zostały wysiedlone, sprowadzono niemieckich
kolonistów. Seń i sąsiedzi schronili się w odległych wsiach.
W połowie lat 90. w Siemnicach miano rozbudowywać remizę w
pobliżu dworskiego parku. Ówczesny sołtys Kazimierz Seń sprzeciwił
się. Tam leżą pomordowani za okupacji Żydzi - tłumaczył. Od
lat daremnie zabiegał u władz o tablicę upamiętniającą to
miejsce. Telewizja lubelska nakręciła migawkę o nieznanej
mogile Żydów. Kaseta z nagraniem trafiła do Izraela. Obejrzał
ją Moris Trost. Jego żona Rosa przypomniała sobie, że podczas
wojny w majątku w Siemnicach ukrywały się dwie jej kuzynki.
Nie odnalazły się po wojnie. Trost zapytał rabinów, czy może
szczątki pomordowanych przewieźć do Izraela. - Niech kości
spoczywają tam, gdzie leżą. Nie wolno ich ruszać - usłyszał.
- W religii żydowskiej jest tak, że wszyscy powinni spoczywać
na okupisku - wywodzi Tros. - A tamci leżą gdzieś w ziemi.
Ominął ich pogrzeb. Każda kość to dusza, historia jednego
człowieka. Kim był, co robił, co się z nim stało?
Trost nie jest człowiekiem biednym. Postanowił, że przeniesie
te kości, te dusze, na cmentarz do Komarowa. Urządzi religijny
pogrzeb. Na okupisku kości już nikt nie ruszy. Jak chcą rabini.
Azyl w folwarku
W przeddzień egzekucji Żydów w Siemnicach, 2 października
1942 roku, w Celestynowie pojawił się oddział niemieckich
żandarmów stacjonujących w pobliskich Rachaniach. W folwarku
należącym do Marii i Kazimierza Holtzerów pracowali Żydzi,
kilkadziesiąt osób. Kto się uratował z pacyfikowanych podtomaszowskich
wsi, znajdował tu azyl. Błąkające się po lasach dzieci, których
rodziców wywieziono do obozu zagłady w Bełżcu, powiększały
kolonię Żydów. Mieszkali w stodołach i stajniach. Rodzina
Holtzerów opiekowała się uciekinierami.
- Pani Maria Holtzer sadziła drzewka wraz z Żydami w parku
przed dworkiem. Gdy zobaczyła nadchodzących żandarmów, dała
znak Żydom, żeby się ukryli - relacjonuje Kazimierz Seń.
Na ganek dworku wyszedł jej mąż Mieczysław. Holtzerowie zaczęli
rozmawiać z dowódcą oddziału żandarmów. Niemiec domagał się
wydania Żydów. Holtzerowie tłumaczyli, że Żydzi są im potrzebni
do pracy w majątku. Rozmowa przerodziła się w kłótnię. Dowódca
wyciągnął pistolet i zastrzelił Marię, a później jej męża.
Żandarmi kazali folwarcznym wykopać przed dworkiem dół w ziemi
i wrzucić tam ciała Holtzerów.
W nocy kilkunastu Żydów uciekło. Przeczuwali, co się może
zdarzyć po zamordowaniu dziedziców. Zniknął artysta malarz
Nachman z Warszawy, który namalował jednemu z mieszkańców
Siemnic obraz z klasztorem jasnogórskim.
O wydarzeniach w Celestynowie opowiadał Kazimierzowi Seniowi
gumienny Józef Boczuliński. Widział wszystko na własne oczy.
- Holtzerowie zginęli, bo chronili Żydów - mówi Trost.
Uciec z getta
Moris Trost urodził się w Komarowie w rodzinie rzeźnika. Pobierał
nauki u rabina i skończył trzy klasy polskiej szkoły powszechnej.
Gdy miał 10 lat, jeździł z ojcem na jarmarki. Ojciec wybierał
cielęta, a Moszko - jak go potocznie nazywano - przyprowadzał
zwierzęta do Komarowa. Jeszcze przed wojną opanował zawód
rzeźnika koszernego. Trostowie na początku okupacji prowadzili
dwa sklepy mięsne i rzeźnię. Niemcy z połowy Komarowa zrobili
getto. Moris wolał ich unikać. Kiedyś natknął się na gestapowca,
który poszczuł Morisa psem. Zwierzę rozszarpało mu nogę. Gestapowiec
kazał powtarzać poranionemu Trostowi: - Ugryzł mnie niemiecki
pies, niemiecki pies.
- To był znak, że muszę zniknąć - wspomina Trost. Nie nocował
już w getcie. Obawiał się wywiezienia przez policję żydowską
na roboty do Zamościa. Spał w stodołach u okolicznych chłopów.
Do komarowskiego getta Niemcy zwozili Żydów z Warszawy i innych
miast. 600 osób przyjechało w transporcie z Czech. Na ulicach
getta niemieccy żandarmi urządzali polowania na ludzi. Najgorszy
był sierżant Ernst Schultz. Pewnego dnia z dwoma żandarmami
zastrzelił 70 kobiet sprzątających ulice miasteczka. - Zastrzelił
dziewczynkę Chaję. Mam ją przed oczami: ładna, z długimi włosami
- wspomina Trost.
W piękny, słoneczny dzień w 1942 roku Niemcy okrążyli komarowskie
getto. Żydów załadowali na furmanki i wywieźli do Bełżca.
Rodzinie Trostów udało się uciec. Schronienia szukali w okolicznych
lasach.
Zabiłeś mojego syna
Kilka lat po wojnie Moris Trost jadł kolację w restauracji
we Frankfurcie nad Menem. Spojrzał na kelnera i powiedział:
- Ja pana skądś znam.
- Skąd? - zapytał kelner.
- Pan był w wojsku?
- Tak - przyznał kelner.
- W Polsce?
- Nie. Gdzie indziej - urwał i odszedł. Więcej się nie pojawił.
Tamtej nocy Trost nie zmrużył oka. Rano zadzwonił do restauracji.
Spytał o kelnera. Okazało się, że ten, który obsługiwał Trosta,
był na zastępstwie jeden dzień. Nikt nie znał jego adresu.
- Jak się nazywa? - spytał.
- Schultz - usłyszał Trost i zemdlał.
Poszedł na policję. - Schultz to wojenny morderca, szukajcie
go - alarmował. Ustalono, że we Frankfurcie mieszka 1500 Schultzów.
Pokazywano mu zdjęcia. "Jego" Schultza na fotografiach
nie było. Po kilku dniach policja poinformowała, że go odnalazła,
ale - jak wynikało z archiwów wojskowych - nigdy nie przebywał
on w Polsce. Trost wysłał do Polski żonę. W lubelskich archiwach
odnalazła fotografię Schultza na koniu. Zdjęcie przekazała
niemieckiej policji. Trosta wezwano na konfrontację. W kinie
na scenie stało trzynastu mężczyzn w garniturach. Wskazał
na trzeciego w rzędzie i powiedział: - To jest Schultz.
Pamięta, że go ocucono. Policjant spytał Schultza, czy służył
w żandarmerii w Tyszowcach i przyjeżdżał do Komarowa. Ten
potwierdził, ale dodał, że morderstw dokonywał inny Schultz.
Trost przedstawił świadków z Izraela. Na rozprawę przyjechała
pani Tiomkin. Na widok Schulza krzyknęła: - Ty bandyto, zabiłeś
mojego jedynego syna! - Rozpłakała się i wtedy Schultz przyznał
się do morderstw w Komarowie. Skazano go na dożywocie.
- Syn Schultza napisał do mnie list, że przeprasza za zbrodnie
ojca. Nie odpisałem - mówi Moris Trost.
Niewinny Niemiec?
W czerwcu 1948 roku w Tomaszowie Lubelskim odbył się jednodniowy
proces niemieckiego oficera Gerharda Jachela. Oskarżano go
o kilka zbrodni, m.in. o zastrzelenie małżeństwa Marii i Kazimierza
Holtzerów. Jachel, kupiec w branży papierniczej, w NSDAP od
1937 roku, był w 1943 roku adiutantem dowódcy 32. pułku policji
w Lublinie. Sąd skazał go na 10 lat więzienia. Jak na praktykę
tamtych czasów, wyrok był bardzo łagodny.
Przed rozprawą w Tomaszowie zdjęcie Jachela pokazano kilku
osobom z Celestynowa i okolicy. Oto fragmenty ich zeznań.
Antoni Mróz z Celestynowa: "Żandarma na fotografii rozpoznaję,
brał czynny udział w morderstwie Holtzerów".
Józef Boczuliński: "2 listopada 1943 roku przyszło do
Celestynowa sześciu zbirów niemieckich w poszukiwaniu ukrywającej
się ludności żydowskiej. Okazanego na fotografii w całej rozciągłości
rozpoznaję jako osobnika, który pierwszy rozmawiał z dziedzicem
Holtzerem. Podczas rozmowy po niemiecku zrozumiałem słowo
ÇJudeČ. Okazany mi na fotografii żandarm odepchnął od siebie
dziedzica Holtzera, wymierzając przeciwko niemu pistolet i
dając mu strzał prosto w środek żołądka. Potem oddał strzał
prosto w ciemię żony Holtzera".
Przebieg wypadków potwierdził fornal Jan Hudyga. Wydarzenia
obserwował przez okno w stajni. "Po zamordowaniu Holtzerów
żandarmi oznajmili, aby iść i szukać Żydów". Konstanty
Truś (zakopywał Holtzerów) rozpoznał w okazanym żandarma.
"On dał mi kiedyś młotek, abym wybijał złote zęby Żydom.
Gdy odmówiłem, sam to zrobił".
Na rozprawie stała się rzecz dziwna: nikt ze świadków nie
rozpoznał w oskarżonym Gerhardzie Jachelu żandarma, który
zastrzelił Marię i Kazimierza Holtzerów. Nawet ci, którzy
wcześniej zidentyfikowali go na podstawie zdjęcia. Zapewne
rozpoznawali Jachela na pierwszych przesłuchaniach, bo tak
sugerowali im funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa.
W aktach procesowych figuruje 2 listopada 1943 roku jako dzień
zamordowania Holtzerów. Faktycznie wydarzyło się to rok wcześniej,
2 października 1942 roku. A wówczas Gerhard Jachel przebywał
ze swoim pułkiem na terenie Czech. Sfałszowano więc datę zamordowania
Holtzerów, aby skazać Niemca. Jachel odwoływał się od wyroku
przez lata, gdy siedział w polskich więzieniach. O kasację
wyroku występował jeszcze w 1954 roku.
Prawdziwych morderców Marii i Kazimierza Holtzerów nie osądzono.
Sprawców masakry kilkudziesięciu Żydów w Siemnicach nawet
nie starano się ustalić.
Tropy na śniegu
Lasy wokół Komarowa zaroiły się od uciekinierów z likwidowanego
w miasteczku getta.
- Ludzie błądzili. Matka szukała dziecka, córka rozglądała
się za matką - wspomina Trost. On z siostrą i dwiema osobami
skryli się u znajomego chłopa w stodole. Wykopał im jamę,
przykrył ją gnojem i słomą. Dawał im co rano garnek kartofli
i chleb. Słyszeli, jak żandarmi szperali w stodole. Wytrzymali
w jamie pięć tygodni. Trosta ogarniało zniechęcenie, myślał:
- Nie ma po co żyć.
Odwiedził znajomego. Ten zdziwił się: - Mośku, ty żyjesz?
- Dostał chleb, przenocował. Dłużej nie, bo Niemcy zabili
braci znajomego. Było niebezpiecznie.
Rodzina Trostów rozdzieliła się. Po nocy wędrowali od wsi
do wsi, pukali do chałup. Musieli zasypywać za sobą ślady
na śniegu, bo wielu chłopów tropiło zbiegłych Żydów. Za cukier
wydawali ich Niemcom. Rodzice Trosta wraz z trzema siostrami
zabłądzili we mgle. Wytropił ich chłop o nazwisku Michalina.
Ojca uderzył pałką w głowę. Nikt nie miał siły, by uciekać.
Michalina wsadził wszystkich na wóz i zawiózł do Komarowa.
Do żandarmów.
- Zastrzelili rodziców i siostry koło miejskiej łaźni. Jedna
z sióstr była w ciąży - wspomina Trost.
Nie wiedział już, gdzie się ukrywać. Wszędzie zamknięte drzwi,
bez wody, bez jedzenia. Zapukał w zamarznięte okno domu znajomej.
Otworzyła: - Mośku, uciekaj, ja się boję.
- Trzymało mnie to, żeby przeżyć i zemścić się na Niemcach
- opowiada Trost.
Z ostatnią żyjącą siostrą, szwagrem i jego bratem znalazł
schronienie u Władysława Oberdy. W stodole, pod dachem. Byli
wycieńczeni. Oberda żywił ich przez kilka miesięcy. Odżyli.
Szwagier wyprawił się kiedyś po żywność. Natknął się na syna
sołtysa. Ten chciał go zaprowadzić do żandarmów. Szwagier
się nie dawał. Syn sołtysa na oczach gapiów katował Żyda,
aż ten stracił przytomność. W nocy czołgał się po polach.
Trafił na mały domek, gdzie się nim zaopiekowano. - Wyleczono
go, odżywiono, chociaż bieda aż piszczała - relacjonuje Trost.
Rozbitkowie bez domu
Na wiosnę 1944 roku Niemcy uciekli z Komarowa przed nadchodzącymi
wojskami rosyjskimi. Do miasteczka powrócili nieliczni Żydzi.
Przed wojną mieszkało tu ich ponad dwa tysiące. A teraz...
Dwaj Żydzi ukrywali się w grobie na cmentarzu. Bez sił, z
długimi brodami, w strzępach łachmanów. Rosjanie powieźli
ich do szpitala w Tomaszowie. Pojawiły się kuzynki Trosta
w workach przewiązanych szmatami.
Trost wrócił z siostrą i szwagrem. W porwanych ubraniach.
Bali się iść do rodzinnego domu. Mieszkały tam obce osoby.
Zatrzymali się na rynku w Komarowie. Zbiegło się całe miasto.
- Patrzyli na nas, jakbyśmy przybyli z innego świata - wspomina
Trost.
- Mośku, po coś tu przyszedł? - zapytał ktoś.
- A gdzie mam iść? Tu się urodziłem - odpowiedział.
Czuł narastające napięcie. Dawni sąsiedzi byli uzbrojeni.
On też miał pistolet wciśnięty za pas. Widzieli. Milczeli,
mierzyli się wzrokiem. Zaczął z siostrą i szwagrem wycofywać
się w stronę łąk, na tyły Komarowa. Przewędrowali do Tyszowic.
Zamieszkali tam wraz z kilkunastoma uratowanymi Żydami. Później
przenieśli się do Zamościa.
Jeden z dowódców rosyjskich oddziałów frontowych dowiedział
się, że Trost jest rzeźnikiem. Zatrudnił go w polowej rzeźni.
Moris podążał za przesuwającym się na zachód frontem. Od maja
1945 roku kierował berlińską rzeźnią. W Berlinie ożenił się
z Różą, przedwojenną sympatią z Komarowa, która przetrwała
wojnę na aryjskich papierach. Po kilku latach przeniósł się
do strefy amerykańskiej. Zajął się handlem i tym, co lubił
najbardziej - interesami. Po latach osiadł z rodziną we Frankfurcie
nad Menem. Prowadzi własny hotel.
Klamra niedopięta do końca
Po pierwszym przyjeździe w 1989 roku Trost odnalazł w dziesięciu
miejscach powiatu tomaszowskiego zapomniane groby pomordowanych
Żydów. Przeniósł szczątki na odrestaurowany cmentarz w Komarowie.
Połączył ich losy z tragedią 248 osób zastrzelonych w komarowskim
getcie. Na cmentarzu spoczywają przodkowie Trosta, pokolenia
Żydów mieszkające od wieków w Komarowie i ci, co odeszli jako
ostatni. Klamry nie udaje się jednak Trostowi dopiąć do końca.
Przez dwa dni wynajęta koparka przewracała ziemię w miejscu,
gdzie zagrzebano kilkadziesiąt osób, m.in. jego wujka z dziećmi.
Poszukiwania na zboczu opadającym w kierunku stawu okazały
się niebezpieczne. Na kości pomordowanych nie trafiono.
W samym Komarowie jest jeszcze jeden grób, w jednym z prywatnych
ogrodów. - Proszę kopać - powiedziała jego właścicielka Trostowi
- ale za każde zmarnowane drzewko zapłaci mi pan 50 tysięcy
złotych. - To niech sobie leżą żydowskie kości w pani ogrodzie
- odpowiedział.
Ulica we Frankfurcie w pobliżu dworca kolejowego. W hotelowej
jadalni 85-letni Moris Trost siedzi przy stole z kilkoma młodymi
osobami. Rozmawiają po polsku. Zwracają się do niego: szefie.
Ich dziadkowie pomagali Trostowi, gdy tropiony jak zwierzę
chował się po lasach i polach. Ratowali go kawałkiem chleba,
schowkiem pod żłobem w stajni. Pamięta każdą tamtą chwilę.
Pamięta tak jak tych, których kiedyś znał, a teraz odszukuje,
wygrzebuje z ziemi i daje ostatnią posługę. Może to, co robi,
bierze się ze szczególnego rodzaju obowiązku rodzącego się
w ludziach, którzy przeżyli własną śmierć i cudem się uratowali.
Może... Do końca nie umie powiedzieć, dlaczego poszukuje dawno
zaginionego świata.
Nie umie też uwolnić się od natrętnego snu: ucieka, gonią
go, krzyczy. Strąca ze stolika nocną lampkę.
- Koszmar zapadł we mnie. Może te przejścia mnie wzmocniły
- mówi Moris Trost. - Dlatego długo żyję i szukam śladów moich
braci. -
JERZY MORAWSKI
|