|
SPORY - POLEMIKI :
"NIEPAMIEĆ ZBIOROWA"
- cześć I
Tygodnik
Powszechny, sierpien 2004
OD REDAKTORA STRONY
Umieszczamy ponizej pierwszą cześć artykułów
polemicznych opublikowanych w TYGODNIKU POWSZECHNYM w sierpniu
i wrześniu 2004 - dotyczacych tezy Jana Tomasza Grossa w artykule
'Niepamięć zbiorowa - Jeszcze o Jedwabnem: pytanie trudne,
czyli ciekawe'. Ponizej jego artykułu publikujemy polemizujące
z nim następujące dwa :
'Historyk ahistoryczny
O "Panach", "Żydach" i "Chamach"
inaczej'
Pawła Machcewicza i Rafała Wnuka
'Wiedza jako źródło cierpień' Jerzego
Jedlickiego
Do części drugiej tej polemiki należy
wrócić na stronę zbiorczą NOWYCH PUBLIKACJI, gdzie opublikowana
jest zaraz poniżej części pierwszej.
I.B.
Niepamięć zbiorowa:
Jeszcze o Jedwabnem: pytania trudne,
czyli ciekawe,
Jan Tomasz Gross
Tygodnik Powszechny, 8 sierpnia 2004
Przywódcy Państwa Podziemnego wiedzieli
o zbrodniach dokonywanych przez Polaków na Żydach latem 1941
r. Dlaczego nie bili na alarm? Czy dlatego, że losy "Chamów"
i "Żydów" były ówczesnej elicie obojętne?
Od kiedy zasiadłem do pisania "Sąsiadów",
zadawałem sobie pytanie, jak to się stało, że zbrodnia w Jedwabnem
nie została zarejestrowana w historiografii okresu okupacji.
Mnie samemu zajęło parę lat, aby przyjąć do wiadomości relację
Szmula Wasersztejna. Czym wytłumaczyć podobną niewiedzę wielu
pokoleń historyków, którzy przecież intensywnie zajmowali
się wojenną tematyką? Nie w tym rzecz, że ktoś nie umiał od
razu odczytać dokumentu, który wpadł mu w ręce, albo że posiadaną
wiedzę o jakimś zdarzeniu próbował zataić przed szerszą publicznością.
Pomyłki i oszustwa to rzeczy godne pożałowania, ale z punktu
widzenia poznania historycznego nie ma w nich żadnej zagadki.
Wiemy, nie powiemy
W przypadku mordu na jedwabieńskich
Żydach stajemy wszelako przed arcyciekawą zagadką. Czyż nie
jest zdumiewające, że wiedza o tamtej zbrodni była powszechna
(ludzie w miasteczku i okolicy o wszystkim wiedzieli), upubliczniona
(odbył się proces w Łomży, w którym wyłożono kawę na ławę),
zarejestrowana drukiem (w księdze pamiątkowej jedwabieńskich
Żydów wydanej w 1980 r. zdarzenie zostało opisane, a i w artykule
opublikowanym w 1969 r. Szymon Datner robił do niej przejrzyste
aluzje) i równocześnie nieobecna w historiografii epoki? A
przecież nie było to zdarzenie drobne, marginesowe, niewiele
znaczące - dyskusja, która się wokół tej sprawy wywiązała
w Polsce, jest najlepszym tego dowodem.
Jak możemy na coś patrzeć i tego nie
widzieć? Jak można coś wiedzieć
i równocześnie z tej wiedzy nie zdawać sobie sprawy? Oto pytania,
które domagają się odpowiedzi - i to nie zredukowanej do uwag
o psychologii percepcji indywidualnej. Po ukazaniu się dwóch
tomów "Wokół Jedwabnego" (Warszawa 2002) - rezultatu
prawie dwuletnich badań historyków i prawników związanych
z Instytutem Pamięci Narodowej - pytania te uderzają w nas
ze zwielokrotnioną siłą.
Okazało się bowiem, że w lecie 1941
r. mieszkańcy co najmniej dwóch tuzinów miejscowości w Białostockiem
mordowali żydowskich współobywateli (Paweł Machcewicz, "Wokół
Jedwabnego", str. 22). Zbrodnie te - a mowa o masowych
zabójstwach - miały miejsce na obszarze kilku powiatów i trwały
przez wiele tygodni. A więc nie jedno, dwa czy trzy miasteczka
położone tuż obok siebie w jednodniowych parkosyzmach gwałtu
(od początku było wiadomo, że w Wąsoszy, Radziłowie i Jedwabnem
miejscowa ludność wymordowała żydowskich sąsiadów) - ale fala
zbrodniczych zachowań, które ani w podręcznikowej, ani w specjalistycznej
historii Polski nie zostawiły właściwie śladu. Jak coś takiego
było możliwe? Czyżby te zbrodnie nie były nigdzie odnotowane
- oprócz, bagatela, pamięci zbiorowej paruset (?) tysięcy
mieszkańców okolic Podlasia i Białostocczyzny? Ale w takim
razie cóżby to miało znaczyć, że zdarzenia bądź co bądź niebanalne,
których świadkami są dziesiątki tysięcy ludzi, nie przenikają
do kanonów wiedzy o epoce?
Drugi tom "Wokół Jedwabnego",
zestaw dokumentów na tematy nas interesujące, pozwala zorientować
się, co (a także - komu i kiedy) było wiadomo o zachowaniu
polskiego społeczeństwa latem 1941 r. w Białostockiem. W części
III, na niespełna 30 stronach, zebrane są "Dokumenty
Polskiego Państwa Podziemnego o sytuacji na Białostocczyźnie
po 22 czerwca 1941 r." (str. 123-154). Autorami większości
tekstów są pracownicy Biura Informacji i Propagandy Komendy
Głównej ZWZ (później AK) - a więc z racji przynależności organizacyjnej
i pełnionej funkcji ludzie godni zaufania. Kilku z nich przeżyło
okupację. Nie są to postacie anonimowe. Aleksander Gieysztor,
jeden ze współredaktorów "Informacji Bieżących",
był światowej sławy mediewistą i przez pewien czas prezesem
Polskiej Akademii Nauk. Inny z redaktorów, Antoni Szymanowski,
z godnością zasłużył się po wojnie polskiej dyplomacji. Profesor
Stanisław Płoski, szef Wojskowego Biura Historycznego
Tak więc dokumenty zebrane w tomie IPN-u
nie tylko są firmowane przez najpoważniejsze podziemne instytucje,
ale powstały w środowisku nietkniętym antysemityzmem (Jan
Rzepecki i jego współpracownicy z BiP-u mieli w podziemiu
opinie lewicujących demokratów) i wyszły spod pióra ludzi
wybitnych. Niektóre z cytowanych dokumentów sygnowane są przez
dowódcę Armii Krajowej Stefana Grota-Roweckiego albo przez
oficerów inspekcyjnych AK.
Depesza Roweckiego z początku lipca
1941: "Pierwsze wiadomości z terenów zdobytych wskazują
na odruchowe sympatie do wybawców spod ucisku bolszewickiego,
w którym duży udział brali Żydzi. W Brześciu pogrom Żydów
przez wypuszczonych z więzień Polaków" (str. 130). Lipiec
1941, Wojskowe Biuro Historyczne, "Aneks o terrorze":
"W szeregu miast (Brześć n. Bugiem, Łomża, Białystok,
Grodno) dokonała pogromów czy nawet rzezi Żydów ludność miejscowa
polska, niestety, wespół z żołnierzami niemieckimi" (str.
132). Wrzesień 1941, meldunek oficera ZWZ: "Polacy na
terenie widzą w Niemcach swoich zbawców, wszędzie przyjęli
wojska niemieckie prawie entuzjastycznie, z kwiatami, niekiedy
bramami triumfalnymi, i zaofiarowali im swoją współpracę.
Dotyczy to wszystkich, bez względu na stopień socjalny. Niemcy
chętnie z tych usług korzystają... Wrogość Polaków w stosunku
do Żydów jest tak wielka, że tamtejsza ludność nie wyobraża
sobie, aby w przyszłości mógł nastąpić normalny stosunek do
Żydów" (str. 138). Wrzesień 1941, meldunek sieci wywiadowczej
ZWZ: "...w mniejszych miasteczkach jest tylko Hilfspolizei
złożona z dawnych polskich policjantów oraz miejscowych Polaków
i Białorusinów... W magistratach urzędują przeważnie Polacy"
(str. 139). Październik 1941, "Aneks o terrorze":
"Wkroczenie wojsk niemieckich rozpętało w stosunku do
Żydów potwornych wręcz rozmiarów terror, uprawiany przez wojsko
ze znacznym udziałem ludności miejscowej" (str. 143).
Raport sytuacyjny Delegatury Rządu RP na Kraj za okres od
15 sierpnia do 15 listopada 1941: "W początkach okupacji
umiejętna propaganda niemiecka wywołała przyjazne dla siebie
nastroje. Twierdzono stale, że Niemcy przyszli, by uwolnić
kraj od bolszewików i Żydów, co łatwe było do uwierzenia,
gdy podszepnięto myśl urządzenia pogromów żydowskich, które
też miały miejsce na większą skalę w powiatach szczuczyńskim,
łomżyńskim, augustowskim i białostockim... W chwili obecnej
prawie wszystkie posterunki administracyjne z wyjątkiem kierowniczych,
obsadzonych przez Niemców, znalazły się w ręku Polaków...
część młodzieży o przekonaniach faszystowskich, a nawet szereg
dawnych członków organizacji niepodległościowych, poszło na
służbę niemiecką tworząc oddziały milicji" (str. 147).
"Aneks o terrorze" , listopad 1941: "Prowokowane
są pogromy z udziałem ludności miejscowej" (str. 148).
Co każe przyzwoitość?
Tak więc nie tylko miejscowa ludność
wiedziała o pogromach Żydow dokonywanych przez współmieszkańców.
Jak widać z cytowanych dokumentów, również centralne władze
Państwa Podziemnego informowane były o wydarzeniach na bieżąco.
Z przytoczonych zapisów - a jest to zapewne w miarę kompletny
zestaw podziemnych dokumentów na ten temat ("Aneks o
terrorze" z lipca 1941 zapowiada, że ściślejsze wiadomości
zostaną podane "następnym razem" , ale, jak redaktorzy
tomu informują w przypisie, żadnych innych raportów ZWZ na
temat udziału ludności polskiej w wystąpieniach antyżydowskich
nie znaleziono) - wynika, że zjawisko nie wywołało specjalnego
zainteresowania. Nic nie wskazuje na to, aby skądkolwiek domagano
się dodatkowej dokumentacji, bardziej szczegółowych sprawozdań
i pogłębionych studiów.
Dlaczego? Ostatecznie jednym z głównych
zadań, które sobie stawiało Państwo Podziemne (niezależnie
od ideologicznego zróżnicowania organizacji, które wchodziły
w jego skład) była troska o imponderabilia, ochrona substancji
narodowej przed dezintegracją, przeciwdziałanie zbiorowej
demoralizacji grożącej na skutek podporządkowania się zarządzeniom
władz okupacyjnych, kultywowanie honoru, godności ludzkiej,
zwykłej przyzwoitości, cnót obywatelskich i patriotyzmu -
które to właściwości, wszystkie razem i każdą z osobna, okupant
pragnął wytępić. Jak można więc było nie zwrócić uwagi na
sytuację, w której jedna grupa obywateli bierze udział w wymordowaniu
innej grupy obywateli z poduszczenia najeźdźcy? - bo zbrodnie
na Żydach popełniono przecież w kolaboracji z hitlerowcami
(który to temat również do tej pory nie znalazł się w polu
zainteresowania historyków).
Czy można sobie w ogóle wyobrazić równie
szkodliwe działania zbiorowe z punktu widzenia celów Podziemia?
Czy kiedykolwiek jeszcze w czasie okupacji ujawniły się z
równą siłą demoralizacja, zatracenie cnót obywatelskich, wręcz
dehumanizacja całych grup polskiej ludności? Dlaczego to pogwałcenie
imperatywu, aby nie dać się wykorzystać okupantowi przeciw
współobywatelom (zrealizowane tu w najgorszym z możliwych
wariantów, gdy ludzie dali się popchnąć do współudziału w
morderstwie), nie wywołało paniki, przerażenia i potrzeby
przeciwdziałania? Dlaczego nawet ci mili, mądrzy i przyzwoici
ludzie - mówię o wymienionych wcześniej pracownikach BiP-u,
których znałem, bo bywali gośćmi w mieszkaniu moich rodziców
po wojnie, jako że Matka była łączniczką BiP-u, gdzie jej
pierwszy mąż, rozstrzelany w czasie okupacji Stanisław Wertheim,
wraz z Gieysztorem i Szymanowskim współredagował "Informacje
Bieżące" - na wieść o tych potwornych zbrodniach nie
podnieśli larum pod niebiosa, nie rwali sobie włosów z głowy,
choć to przecież była katastrofa, na którą prasa podziemna
i władze powinny natychmiast zareagować?
Wychodzi na to, że tylko Jan Karski
rozumiał od pierwszej chwili niebezpieczeństwo, jakie niósł
ze sobą antysemityzm "szerszych mas społeczeństwa polskiego".
"Stosunek ich do Żydów - pisał w raporcie doręczonym
premierowi Sikorskiemu w Angers zimą 1940 r. - jest przeważnie
bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części
z uprawnień, jakie nowa władza im daje. Wykorzystują wielokroć
te uprawnienia, często nadużywają ich nawet. Zbliża ich to
w pewnym stopniu do Niemców... ťRozwiązywanie kwestii żydowskiejŤ
przez Niemców - muszę to stwierdzić z całym poczuciem odpowiedzialności
za to, co mówię - jest poważnym i dosyć niebezpiecznym narzędziem
w rękach Niemców do ťmoralnego pacyfikowaniaŤ szerokich warstw
spoleczeństwa polskiego... ta kwestia stwarza jednak coś w
rodzaju wąskiej kładki, na której przecież spotykają się zgodnie
[podkr. autora] Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa...
ten stan grozi demoralizacją szerokich warstw społeczeństwa,
demoralizacją, która może spowodować wiele kłopotów przyszłym
władzom z trudem odbudowującego się Państwa Polskiego".
Karski kończył tę część raportu następującą
konkluzją: "Zajęcie biernej postawy wobec obecnego stanu
rzeczy grozi i demoralizacją społeczeństwa polskiego (przeważnie
niższych jego warstw), i wszystkimi niebezpieczeństwami wynikającymi
z tej - choćby częściowej, ale w wielu wypadkach szczerej
ťzgodnościŤ [podkr. autora] - znacznej części Polaków z zaborcą"
("Mówią Wieki" , listopad 1992, str. 3-8). Niestety
- jak to już dziś wiemy - choć miał rację, mówił na wiatr.
Kazano mu zresztą już wówczas ten i parę innych fragmentów
raportu usunąć, aby alianci przypadkiem nie dowiedzieli się
o antysemickich nastrojach panujących w okupowanej Polsce.
Kuchenne schody
Skoro więc przejścia do porządku nad
masowymi mordami Żydów przez ich polskich sąsiadów nie da
się wytłumaczyć ani ignorancją, ani złą wolą podziemnych władz,
jak to "przeoczenie" powinniśmy rozumieć? Czemu
należy przypisać nieprzyjęcie do wiadomości zjawisk, co tu
dużo mówić, monstrualnych?
Po wyeliminowaniu hipotez alternatywnych
(że nic o tych zbrodniach nie było wiadomo i że ludzie ze
złej woli wiedzę na ich temat ukrywali) dochodzimy do punktu,
w którym trzeba wykonać krok w nieznane. Wedle mojej intuicji
przyczyny tej wybiórczej ślepoty należy upatrywać w zhierarchizowanej,
postfeudalnej strukturze polskiego społeczeństwa.
Stanisław Mikołajczyk powiedział kiedyś,
że jego koledzy z rządu na emigracji nigdy mu nie darowali
tego, że był chłopem. Dystans klasowy, pogarda dla tego, kto
stał niżej w hierarchii społecznej, to w przedwojennej Polsce
był nie tylko "Gombrowicz" , ale samo życie. Idąc
tym tropem możemy sobie wyobrazić, że wymordowanie Żydów przez
ludność chłopską i mieszkańców małych miasteczek - zdarzenie
rozgrywające się pośród tzw. dołów społecznych - umknęło z
pola widzenia wyższych warstw ziemiańsko-urzędniczych i inteligencji,
które najprzód robiły podziemie, a potem pisały historię.
To były przecież "kuchenne schody" , podczas gdy
wojna w nurcie mitotwórczo-patriotycznym rozgrywała się na
głównej scenie narodowego dramatu.
Kraj pozbawiony niepodległości przez
państwa ościenne, działania okupantów zmierzające do wyniszczenia
elit, heroiczny opór zakończony powstaniem skazanym z góry
na przegraną, gest złożenia w nierównej walce ofiary z najlepszych,
obrona imponderabiliów wbrew pragmatyce sugerującej kompromis
- oto rzeczywista materia wojennego doświadczenia, ostatniej
odsłony romantycznego misterium. Łatwo było głównym bohaterom
dramatu ulec złudzeniu, że doły społeczne nie miały w tej
sprawie żadnej roli do odegrania. Ktoś od czasu do czasu ich
losy odnotował, choć nie posiadały większego znaczenia. Tam,
gdzie szło o honor, imponderabilia, rację stanu, Ojczyznę
wreszcie, "Chamy i Żydy" nie miały nic do dodania.
Snującemu te rozważania nieoczekiwanie
przyszła w sukurs książka znakomitej autorki, prof. Hanny
Świdy-Ziemby. Wydawnictwo Literackie opublikowało w 2003 r.
jej "Urwany lot" - studium o pokoleniu "inteligenckiej
młodzieży powojennej w świetle listów i pamiętników z lat
1945-1948". Autorka zdała maturę w Łodzi w 1948 r. i
ofiarowała nam teraz (auto)biografię zbiorową swojego pokolenia.
Książka roi się od cytatów z 91. zebranych przez nią "pełnych
dokumentów osobistych" , wśród których są pamiętniki,
kolekcje listów czy wreszcie wyjątkowe, jak sądzę, źródła
w historii pamiętnikarstwa, a mianowicie korespondencje w
czasie lekcji między uczniami - "dysponuję siedmioma
takimi ťzeszytami korespondencjiŤ z różnych miast" ,
pisze Świda-Ziemba (str. 17).
W "Urwanym locie" słowami
bohaterów książki przedstawiony jest stan świadomości młodzieży
inteligenckiej tuż po wojnie. Mieli z grubsza biorąc dziesięć
lat jak wybuchła, chodzili na tajne komplety w czasie okupacji,
pochodzili z rodzin inteligenckich - młodsi bracia i siostry
opisanego w "Kamieniach na szaniec" pokolenia Szarych
Szeregów.
Wojna nie przeszkadza temu, że świat
znaczeń przedwojennego światopoglądu przekazywany jest nadal
dzieciom (a potem młodzieży) w domu rodzinnym, w gronie przyjaciół,
w kościołach, na kompletach, w partyzantce, w podziemnych
gazetkach, w codziennych kontaktach między ludźmi - tłumaczy
mechanizm socjalizacji pokolenia swoich rówieśników Hanna
Świda-Ziemba. - Co więcej, ów światopogląd jest przekazywany
i utwierdzany w szczególnie silnej atmosferze emocjonalnej...
Wszystko, co przed wojną dla dzieci i młodzieży istniało jako
idea, obraz literacki lub przyszłościowa droga ťdorosłego
życiaŤ, nabiera teraz realistycznego - pełnego grozy - wyrazu.
Groza ta jest przy tym włączona w siatkę romantyzmu... Tak
więc nastolatki tego pokolenia są zarówno ťświadomościowoŤ,
jak i czynnie zanurzone w mistykę ťpolskiej ofiaryŤ zmierzającej
do zwycięstwa..." (str. 58). Autorka wyjaśnia, że jej
pokolenie jako "ostatnie w szeregu" zachowało ciągłość
tradycyjnych wzorów. "Gdy byłam młoda - pisze - odnosiłam
wrażenie, że w odbiorze świata jestem bardziej podobna do
moich rodziców niż do moich uczniów i młodszej o blisko 9
lat siostry" (str. 7).
Szukałem w książce Świdy-Ziemby informacji,
jak "ostatnie w szeregu" pokolenie polskiej inteligencji
zarejestrowało katastrofę polskiego żydostwa i znalazłem krótki
akapit mówiący o tym, że młodzi wynieśli z wojny swoiste zobojętnienie
"na najbardziej choćby traumatyczne doświadczenia ťinnychŤ
spoza własnej wspólnoty" i że "brak było też poważniejszych
refleksji na temat Holokaustu" w materiałach, które autorka
przestudiowała (str. 56-57). Autorka pisze, że Holokaust "nie
stał się przedmiotem refleksji... problem żydowski ujmowano
tak, jakby świat cofnął się do czasów przedwojennych, a Holokaust
nigdy nie miał miejsca... Antysemici operowali przedwojennymi
zarzutami... sam Holokaust natomiast, jako wstrząs, jako istotny
argument, nie był w tych dyskusjach obecny... dlaczego świadomość
i doświadczenie Holokaustu nie zablokowały u młodzieży możliwości
ujawnienia się postaw antysemickich, a przez polemistów antysemitów
nie jest to przywoływane jako argument?... Mogę to odnotować
jako zdumiewający dziś fakt, którego do końca nie rozumiem,
ale który miał naprawdę miejsce" (str. 92-94).
Oczywiście, o Holokauście po wojnie
mało kto w Europie rozmawiał, a Żydzi byli "spoza własnej
wspólnoty". Również i dlatego, że "młodzież inteligencka
szybko dowiadywała się, że żyje w społeczeństwie hierarchicznym...
Na szczycie tej hierarchii mieli być usytuowani ťludzie dobrze
wychowaniŤ, czyli inaczej - inteligencja" (str. 42).
Jak wyglądał wpajany młodzieży ideał
polskiego inteligenta? Otóż "człowiek ťdobrze wychowanyŤ
- pisze Świda-Ziemba - to przede wszystkim osoba o określonych
manierach..., a także człowiek wykształcony..., wreszcie ktoś
o określonych walorach charakteru, świadczących o tym, iż
nie jest ťchamemŤ... Przekazywano nam również i to, że w społeczeństwie
do misji inteligencji należy przechowywanie najwyższych wartości...
Jeśli obraz Polski, Boga, Chrystusa zawarty był głównie w
szerszych przekazach..., to wzór człowieka dobrze wychowanego
wpajano dzieciom na co dzień w formie różnych, na ogół lakonicznych
uwag. Oto ich przykłady: ťnie zachowuj się jak chamŤ, ťto
nie jest towarzystwo dla ciebieŤ, ťpamiętaj, że jesteś dzieckiem
z dobrego domuŤ. Świat ťpozainteligenckiŤ ujmowany był za
pomocą innej kategorii pojęciowej. Taką kategorią był ťludŤ.
Pojęcie ťluduŤ obejmowało wszystkich, którzy nie zaliczali
się do ludzi ťdobrze wychowanychŤ. Lud to byli: chłopi biedni,
bogaci, bezrolni; robotnicy wykwalifikowani, niewykwalifikowani,
analfabeci, lumpenproletariat; ale także niewykształceni (czy
nie znający inteligenckich manier i wartości) rzemieślnicy
i kupcy. Innymi słowy, w przekazywanym światopoglądzie świat
społeczny w Polsce dzielił się na inteligencję i lud... Lud
był ťciemnyŤ, nieuświadomiony (także w sensie przynależności
narodowej). Lud należało więc po swojemu szanować, ale jednocześnie
jego istnienie stanowiło dla inteligencji wyzwanie. Należało
w miarę możliwości nieść ludowi pomoc, lecz nade wszystko
ťkrzewićŤ wiedzę. Lud był jak niezaorany grunt, który trzeba
uprawiać. Przynależność do warstwy inteligencji - warstwy
wyższej, znacznie mądrzejszej, dobrze wychowanej - zobowiązywała.
Tym obowiazkiem była dobroczynność, ale przede wszystkim ťwychowanie
luduŤ, jego uświadomienie - higieniczne, oświatowe, patriotyczne"
(43-45).
Należy się domyślać, że w ocenie ludzi
dobrze wychowanych Żydzi pod względem higienicznym, oświatowym
i patriotycznym pozostawiali równie wiele do życzenia, co
sam lud. O zbrodni popełnionej na Żydach przez "lud"
nie wiedzieliśmy najprawdopodobniej dlatego, że rozróby wśród
"chamstwa" nie są dla ludzi z "lepszego towarzystwa"
nazbyt interesujące. Nikt na ten temat nie kłamał ani niczego
specjalnie nie ukrywał, bo nie było po co. Miejmy nadzieję,
że to nastawienie uległo zmianie i dzisiejsze społeczeństwo
domagać się będzie od historyków spojrzenia na własną przeszłość
przez pryzmat etosu rewindykującego wiedzę, która zakłada,
że wszyscy ludzie są równi.
Tekst przygotowany do publikacji w książce
"Świat niepożegnany. Żydzi na dawnych ziemiach wschodnich
Rzeczypospolitej w XVI-XX wieku" (praca zbiorowa pod
redakcją Krzysztofa Jasiewicza, która ukaże się nakładem Oficyny
Wydawniczej RYTM i Instytutu Studiów Politycznych PAN).
Historyk ahistoryczny
O "Panach", "Żydach" i "Chamach"
inaczej
Paweł Machcewicz, Rafał Wnuk, 8 sierpnia 2004
Konkluzja tekstu Jana Tomasza Grossa ("TP" nr 32/04)
jest szokująca: "O zbrodni popełnionej na Żydach przez
ťludŤ nie wiedzieliśmy najprawdopodobniej dlatego, że rozróby
wśród ťchamstwaŤ nie są dla ludzi z lepszego towarzystwa nazbyt
interesujące". Stosując takie uproszczenia można udowodnić,
że o zbrodniach na Wołyniu nie pisano do początku lat 90.,
bo ukraińskie "Chamy" wymordowały tam polskich "Chamów",
a milczenie na temat walk na Nowogródczyźnie wyjaśnić tym,
że ruskie i białoruskie "Chamy" rżnęły "Chamów"
polskich.
Autor "Sąsiadów" zarzuca kilku czołowym postaciom
ze środowiska Biura Informacji i Propagandy KG ZWZ-AK obojętność
wobec mordów dokonanych przez Polaków na Żydach w lipcu i
sierpniu 1941 r. na terenie Białostocczyzny. Jest to zarazem
oskarżenie instytucji Polskiego Państwa Podziemnego o przemilczanie
arcyważnego aspektu stosunków pomiędzy polskimi obywatelami
różnych narodowości. Jeśli dobrze rozumiemy, Gross uważa,
że Jan Rzepecki, Aleksander Gieysztor, Antoni Szymanowski,
Stanisław Płoski i Jerzy Makowiecki zamiast alarmować zwierzchników
i podziemną prasę, domagać się podjęcia jakichś bliżej niesprecyzowanych
kroków ("nie podnieśli larum pod niebiosa, nie rwali
sobie włosów z głowy" ) dla wyjaśnienia tych bulwersujących,
ale ogólnikowych, zagadkowych wręcz doniesień, ograniczali
się do sporządzania rzetelnych, obiektywnych meldunków informacyjnych
na użytek KG ZWZ.
Informacja, nie propaganda
Gross zapomina, że raport ma z definicji charakter informacyjny,
nie publicystyczny czy propagandowy, nie może sugerować podjęcia
jakichkolwiek działań czy wyciągania określonych wniosków.
Autor "Niepamięci zbiorowej" nie bierze też pod
uwagę, iż pracownicy BiP przez cały okres wojny dostarczyli
wiele materiałów na temat stosunków narodowościowych na terenach,
które znalazły się w 1939 r. pod okupacją sowiecką. W ich
raportach wielokrotnie odnotowywano gwałtowny wzrost antysemityzmu
wśród poszczególnych grup narodowościowych II RP, zwłaszcza
Polaków i Ukraińców. Ta gwałtowna radykalizacja postaw miała
być - zdaniem autorów meldunków - skutkiem poparcia Sowietów
przez znaczną część ludności żydowskiej, która znalazła się
pod okupacją wschodniego sąsiada. Zjawisko to odnotowują nie
tylko dokumenty ZWZ, ale też podziemna prasa różnych nurtów.
Nie ma sensu w tym miejscu rozpoczynać dyskusji, w jakim stopniu
oceny te były krzywdzącymi uogólnieniami opartymi na zachowaniach
tylko części Żydów, a w jakim odzwierciedlały stan faktyczny.
Ważne, że taki sposób myślenia był charakterystyczny dla większej
części Podziemia, o czym należy pamiętać, gdy czytamy meldunki
z 1941 r. Ich autorzy wyraźnie łączyli informacje o pogromach
ze stosunkiem polskiej ludności do Żydów, ukształtowanym podczas
prawie dwóch lat sowieckiej okupacji.
W 1941 r. BiP informowało o przypadkach
mordów na Żydach dokonywanych przez obywateli polskich (Ukraińców
i Polaków) i o masowych mordach popełnionych przez Niemców
i Litwinów. Potem - także o niemieckiej polityce wobec Żydów,
a następnie o tragedii Holokaustu. Także dzięki wysiłkom BiP
możliwe było przekazywanie tych informacji rządowi RP w Londynie,
a przez ten ostatni - aliantom i światowej opinii publicznej.
Pracownicy kierowanej przez Rzepeckiego
komórki nie stosowali autocenzury. Informacjom mówiącym o
haniebnym zachowaniu się jakiejś grupy ludzi z reguły towarzyszyła
jednoznacznie negatywna ocena moralna. Warto dodać, że wywodzący
się z tego środowiska Antoni Szymanowski w grudniu 1942 opublikował
książkę "Likwidacja getta warszawskiego" - wybitny,
poruszający tekst o niezaprzeczalnych walorach edukacyjnych.
Podstawowym celem tej pracy było uświadomienie opinii społecznej
rozmiaru rozgrywającej się tragedii Żydów i poruszenie sumień.
Nieporozumieniem jest też budowanie
przeciwstawienia: "rozumiejący niebezpieczeństwo, jakie
niósł ze sobą antysemityzm" Jan Karski, a z drugiej strony
nieświadomi zagrożeń inni członkowie podziemnych elit. Karski
nigdy nie żył pod sowiecką okupacją, wiedzę swą czerpał od
ludzi i z materiałów, do których dostęp uzyskał ze względu
na powierzoną mu kurierską misję. Przekazywał informacje i
opinie KG ZWZ, a nie swoje prywatne poglądy.
Czas bez państwa
Kluczowe pytanie brzmi: jaki był latem 1941 r. stan wiedzy
kręgów dowódczych ZWZ o sytuacji na obszarach dwa miesiące
wcześniej okupowanych przez Sowietów? Odpowiedź jest prosta
- minimalny. Wbrew założeniu poczynionemu przez Jana Tomasza
Grossa, w połowie 1941 r. Polskie Państwo Podziemne na tamtych
terenach praktycznie nie istniało. Obszar Lwowski ZWZ (a właściwie
to, co z niego zostało) był kontrolowany przez NKWD, Obszar
Białostocki został sparaliżowany wiosną 1941 r. przez kolejne
fale aresztowań. W rezultacie w drugiej połowie 1941 r. kresową
konspirację trzeba było odbudowywać niemal od zera. Robiły
to specjalne "ekipy" wysłane tam przez KG ZWZ. Tworzone
przez nie siatki zaczęły funkcjonować dopiero w 1942 r. Wtedy
też poprawiła się jakość informacji napływających ze wschodnich
terenów II RP, co można zauważyć także w przytaczanych przez
autora "Sąsiadów" "Informacjach Bieżących".
Na Białostocczyźnie w lipcu i sierpniu
1941 r. nie było więc przedstawicieli PPP, którzy mogliby
reagować na wydarzenia. Nie było też siatek Oddziału II ZWZ
(wywiad), zdolnych do weryfikacji wiarygodności pierwszych
raportów zebranych przez dopiero co wysłanych w teren wywiadowców.
Meldunki z lata i wczesnej jesieni 1941 r., sporządzane w
warunkach chaosu wywołanego przetaczającym się frontem i przy
nieobecności struktur Państwa Podziemnego na Wschodzie, uznawano
za mało wiarygodne. I to nie dlatego, że dotyczyły Żydów.
Z podobnym sceptycyzmem w Warszawie i Londynie przyjmowano
w 1943 r. pierwsze doniesienia o masowych mordach dokonywanych
w 1943 r. przez Ukraińców na Polakach. Nie musimy zresztą
sięgać do przykładu z Kresów Wschodnich. Zagłada Żydów, dziejąca
się w sercu Polski - tam, gdzie struktury polskiej konspiracji
były dobrze rozwinięte - początkowo również wydawała się czymś
nieprawdopodobnym. Też powątpiewano w jej skalę. Taka niewiara
charakteryzowała nie tylko polskie podziemie, ale i rządy
zachodnich sojuszników, a nawet żydowską diasporę.
O państwie, z własnymi komórkami administracyjnymi,
sądownictwem i ciałami przedstawicielskimi, możemy mówić dopiero
od 1943 r. i to jedynie w odniesieniu do niektórych obszarów
Generalnego Gubernatorstwa i większych miast wojewódzkich.
W tzw. terenie, szczególnie na wschodzie, jedynym przedstawicielem
PPP było podziemne wojsko - ZWZ-AK. Wyroki wydawał lokalny
dowódca "w imieniu Polski Podziemnej" nie przejmując
się specjalnie podstawami prawnymi podejmowanych działań.
Innym zagadnieniem jest problem przyjętych
przez podziemie priorytetów. Dla Rządu RP na wychodźstwie,
dla KG ZWZ i, rzecz jasna, alianckich przywódców bezwzględne
pierwszeństwo miały zagadnienia pozwalające zwyciężyć Niemców.
Stąd też informacje dotyczące dyslokacji sił, linii transportowych,
zaopatrzenia, produkcji wojskowej czy morale żołnierzy niemieckich
miały zdecydowanie większe znaczenie niż lokalne pogromy czy
zbrodnie na ludności cywilnej - w oparciu o takie właśnie
wiadomości podejmowano strategiczne decyzje. Możemy się oburzać
na ten stan rzeczy, ale nie możemy go nie dostrzegać. Wybuch
wojny niemiecko-sowieckiej był momentem przełomowym, tak bogatym
w najcięższe gatunkowo wydarzenia, że mordy z Radziłowa czy
Jedwabnego nie miały najmniejszych szans przebicia się ani
na pierwsze strony podziemnych meldunków, ani do szerszej
świadomości społecznej.
Ludzie z misją
Podjęta przez Grossa próba "tłumaczenia" przyczyn
"milczenia" pracowników BiP wprawia w osłupienie.
Według nowojorskiego historyka płk Jan Rzepecki oraz jego
współpracownicy cierpieli na "wybiórczą ślepotę"
spowodowaną "zhierarchizowaną, post-feudalną strukturą
polskiego społeczeństwa". Ludzie ci mieli funkcjonować
w prostym, dychotomicznym świecie, gdzie na jednym biegunie
sytuowali się wyniośli, kulturalni, obojętni na problemy innych
inteligenci, na drugim zaś "Chamy i Żydy" - czyli
wszyscy ci, którzy nie byli inteligencją. Gross podkreśla,
że klasowym modelem myślenia posługiwać się miała cała polska
elita, niezależnie od poglądów społecznych czy politycznych,
a więc także "lewicujący demokraci" w osobach pracowników
BiP. Tymczasem to właśnie kilka pokoleń "lewicowych demokratów"
pracowało od połowy XIX w. do wybuchu II wojny światowej,
by "Żydy" i "Chamy" (ci drudzy nazywani
przez "lewicujących demokratów" "ludem"
) stali się społeczeństwem. Można się zastanawiać, na ile
skuteczna była to misja, ale założenie, iż "lepsze towarzystwo"
z definicji jest obojętne na poczynania "chamstwa"
nie jest prawdziwe, a w tym konkretnym przypadku - szczególnie
krzywdzące.
Dla udowodnienia swojej tezy Jan Tomasz
Gross odwołuje się do książki "Urwany lot" Hanny
Świdy-Ziemby. Nie jest to w żaden sposób przekonujące. Nieporozumienie
polega na tym, że prof. Świda-Ziemba pisze o świadomości pokolenia
dorastającego w okresie II wojny światowej, które nie jest
reprezentatywne dla wychowanego w zgoła odmiennych warunkach
pokolenia ojców. Dla porządku przypomnijmy, że w 1941 r. Jerzy
Makowiecki miał 45 lat, Jan Rzepecki - 42 lata, Aleksander
Gieysztor - 25 lat, Stanisław Płoski - 42 lata, a bezpośrednio
odpowiadający za sprawy narodowościowe w BiP (niewymieniony
przez Grossa) Stanisław Herbst - 34 lata. Byli to więc ludzie
dojrzali.
Prof. Świda-Ziemba stwierdza, że młodzież
inteligencka wyniosła z wojny swoiste zobojętnienie na losy
osób spoza własnej wspólnoty. Zaznacza jednak wyraźnie, że
był to odruch nabyty na skutek okupacyjnej rzeczywistości.
Wchodzący w okres okupacji, w pełni ukształtowani inteligenci
tego zobojętnienia jeszcze nie czuli. Zostało ono "wypracowane"
w warunkach okrutnej wojny: ekstremalnie trudne otoczenie
zmuszało do rewizji dotychczasowych norm i zachowań. Kto jej
nie dokonał, miał niewielkie szanse na przetrwanie. Ten, kto
przeżył, mógł myśleć o pomocy innym czy o sposobach reakcji
na otaczające go zło. Polskiemu inteligentowi, szczególnie
na prowincji, przetrwać nie było łatwo.
Rozkawałkowany świat
Dlaczego zaś nie starano się mordów na Białostocczyźnie wyjaśnić
później - w 1942, 1943, 1944 r.? Odpowiedź również wydaje
się prosta. Tamte wydarzenia zostały przesłonięte przez kolejne,
dokonujące się w znacznie większej skali: zagładę całego narodu
żydowskiego, zaostrzenie terroru okupanta wobec polskiej ludności,
akcję "Burza" , hekatombę Powstania Warszawskiego,
nadejście Sowietów niosących kolejną okupację.
Jak by to szokująco nie zabrzmiało,
trzeba powiedzieć, że zbrodnie na Żydach dokonane w 1941 r.
na Białostocczyźnie są czymś wyjątkowym w swojej drastyczności
przede wszystkim z naszego punktu widzenia: współczesnych,
żyjących od kilkudziesięciu lat w warunkach względnej stabilności
i pokoju. Dla Polaków przeżywających grozę wojny, także pracowników
BiP, to, co się działo na Białostocczyźnie w 1941 r., było
tylko fragmentem obrazu składającego się głównie ze zbrodni,
często nie mniej okrutnych i drastycznych, a przy tym dokonywanych
na większą znacznie skalę niż to, co wydarzyło się w Jedwabnem,
Radziłowie, Wąsoszu. Jeżeli zapoznamy się z opisami mordów
popełnianych przez Ukraińców na polskiej ludności Wołynia
i Galicji Wschodniej, ich drastyczność będzie równie porażająca.
Mordowano całe polskie społeczności, z kobietami i dziećmi,
palono ich żywcem, zabijano najprymitywniejszymi narzędziami.
Działo się to przez długie miesiące na terytorium stanowiącym
znaczącą część przedwojennej II RP. Żeby nie mówić tylko o
polskich ofiarach, wspomnijmy o akcjach polskiego podziemia
wobec Ukraińców, jak zamordowanie 5 marca 1945 r. 365 mieszkańców
Pawłokomy (Pogórze Przemyskie) przez oddział AK Józefa Bissa
"Wacława" i miejscowe samoobrony, czy też 6 czerwca
1945 r. przez Zgrupowanie NSZ Mieczysława Pazderskiego "Szarego"
194 mieszkańców Wierzchowin (Krasnystawskie). O wszystkich
tych wydarzeniach zaczęto mówić na szerszą skalę też dopiero
po kilkudziesięciu latach, po 1989 r.
Względność pamięci
Jan Tomasz Gross stawia pytanie przede wszystkim o powody
milczenia podczas okupacji, ale można odnieść wrażenie, że
zarzut dotyczy także czasów późniejszych. Niepodjęcie przez
Jana Rzepeckiego czy Aleksandra Gieysztora prób wyjaśnienia
informacji pochodzących z 1941 r. bezpośrednio po zakończeniu
wojny nie wymaga komentarza. Trudno wymagać cofania się do
wydarzeń odległych o kilka lat (w tamtych warunkach były to
prawdziwe "lata świetlne" ) wobec tego wszystkiego,
co nadchodzi w 1944 i 1945 r.: sowietyzacji Polski, zmian
granic, odbudowy kraju, podziemia niepodległościowego występującego
teraz przeciwko nowemu okupantowi (przypomnijmy, że Jan Rzepecki
był autorem koncepcji, współtwórcą i pierwszym prezesem stworzonego
we wrześniu 1945 r. Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość"
, aresztowanym w listopadzie 1945 r., następnie ułaskawionym,
w 1949 r. ponownie aresztowanym i uwolnionym dopiero w 1955
r.). Weźmy jeszcze pod uwagę, że BiP--owska przeszłość nie
była atutem w nowej rzeczywistości i wracanie do spraw związanych
z własną pracą w tej newralgicznej komórce Komendy Głównej
AK nie było z pewnością bezpieczne w pierwszym powojennym
dziesięcioleciu.
Przyczyny kilkudziesięcioletniego milczenia
na temat zbrodni w Jedwabnem czy Radziłowie były częścią dyskusji
toczonej po opublikowaniu "Sąsiadów" i wszczęciu
śledztwa przez IPN. Mówiono o cenzurze i blokowaniu przez
komunistyczne władze podejmowania drażliwych tematów (Gross
przypomina eufemizmy, do których zmuszony był w latach 60.
Szymon Datner) oraz braku dostępu do dokumentów. Takie zniekształcenia
percepcji historycznej rzeczywistości dotyczyły zresztą nie
tylko kwestii najbardziej drastycznych, dziejących się w czasach
wojennej zawieruchy na stosunkowo niewielkim terytorium. Niekiedy
chodziło o wydarzenia stosunkowo nieodległe, obejmujące cały
kraj i setki tysięcy ludzi. Po 1989 r. jeden z nas dotarł
do niewykorzystywanych wcześniej przez historyków raportów
sporządzanych przez terenowe komitety PZPR i Urzędy Bezpieczeństwa
na temat społecznych nastrojów i zachowań w 1956 r. Wynika
z nich zupełnie inny obraz polskiego Października niż ten
wcześniej przyjmowany za oczywisty: był to wielki ruch o wymiarze
niepodległościowym, antyradzieckim, antykomunistycznym, o
bardzo silnej symbolice religijnej. Dowiadywaliśmy się o wielkich
manifestacjach ulicznych, starciach z siłami porządkowymi,
burzliwych demonstracjach pod radzieckimi koszarami, gdzie
stacjonowała Armia Czerwona. Przez kilkadziesiąt lat o tym
nie pisano. To chyba dobra ilustracja względności świadomości
historycznej, i to zarówno w odniesieniu do rzeczy naprawdę
drastycznych, wyjątkowych, jak i tych, które były przeżyciem
masowym, ale nie utrwalonym, nie opisanym.
Chcemy być dobrze zrozumiani. Jesteśmy
jak najdalsi od pomniejszania wagi dla polskiej historii mordów
na Żydach w Jedwabnem i Radziłowie. Jesteśmy zwolennikami
ujawnienia pełnej, nawet najbardziej drastycznej prawdy na
ten temat. Staraliśmy się zresztą w ciągu ubiegłych lat przyczynić
do tego na miarę naszych możliwości. Ale trzeba to robić w
sposób rzetelny i przemyślany, uwzględniający całą złożoność
czasów wojny i okupacji; kontekst historyczny, którego tylko
częścią były zbrodnie na Białostocczyźnie latem 1941 r. Wszystko
było znacznie bardziej skomplikowane niż efektowna publicystycznie,
ale odległa od rzeczywistości interpretacja Jana Tomasza Grossa.
Dr hab. Paweł Machcewicz jest historykiem,
opublikował m.in. "Polski rok 1956" i "Historię
Hiszpanii" (wraz z T. Miłkowskim). Był redaktorem i współautorem
wydanych przez Instytut Pamięci Narodowej studiów "Wokół
Jedwabnego". Od 2000 r. jest dyrektorem Biura Edukacji
Publicznej IPN.
Dr Rafał Wnuk jest historykiem, opublikował
m.in.: "Konspirację akowską i poakowską na Zamojszczyźnie
od lipca 1944 r. do 1956 r.". Obecnie zajmuje się problematyką
polskiej konspiracji pod okupacją sowiecką w latach 1939-1941.
Jest naczelnikiem lubelskiego Biura Edukacji Publicznej IPN
i adiunktem Instytutu Studiów Politycznych PAN.
Wiedza jako źródło cierpień
Jerzy Jedlicki,
Tygodnik Powszechny, 22 sierpnia 2004
To przecież nie jest tak, że o czymś
albo wiem, albo nie wiem, i tyle. Wiedzieć coś można mocno
i pewnie, albo tylko tak jakby. Mogę coś wiedzieć dziś, a
nie wiedzieć jutro. Umysły nasze bezustannie selekcjonują
bombardujące nas wiadomości, a także interpretują je przypisując
im większą lub mniejszą wagę i znaczenie, włączając je w ustalony
system przekonań albo pozostawiając je na uboczu, jak grudki
luźno doczepione do zasobu naszej świadomości, które mogą
się okazać w konflikcie z jej utwardzonym rdzeniem. Taki konflikt
zwie się dysonansem poznawczym: jest to uczucie nieprzyjemne,
które staramy się uśmierzyć tak modyfikując treść i sens nowych
wiadomości, aby się w końcu zgodziły z tym wszystkim, w co
przywykliśmy wierzyć. Możemy oczywiście, w przypadku konfliktu,
zmodyfikować przekonania pod wpływem nowych informacji, wymaga
to wszelako większego wysiłku i krytycyzmu.
W przestrzeni społecznej, która powstaje
dzięki komunikowaniu się ludzi między sobą, odbywa się to
nie inaczej, co najwyżej trochę bardziej radykalnie, gdyż
do normalnego procesu organizowania wiedzy prywatnej dołącza
się lęk, aby się nie odróżniać od środowiska, w którym wzajemnie
zwykliśmy uzgadniać pojmowanie siebie i świata.
Żyd wieczny intrygant
W potocznym obrazie świata w Europie
środkowo-wschodniej Żyd był jednocześnie postacią centralną
i zupełnie uboczną. Postacią centralną był Żyd wieczny tułacz,
zabójca Chrystusa, truciciel, świętokradca, szpieg, spiskowiec,
bogacz, lichwiarz, spekulant, komunista, zdrajca, udawany
przechrzta, fałszywy patriota, nienawistny i na każdym kroku
szkodzący wróg narodu polskiego (lub niemieckiego, rosyjskiego,
litewskiego, ukraińskiego, węgierskiego i jakiego jeszcze
chcecie). Bez tego mitycznego Żyda, z ukrycia rządzącego światem,
nie mógł się i do dziś nie może obyć mentalny krajobraz polskiego
narodowca, szczerego oczywiście patrioty i katolika, i każda
z nim rozmowa, od czegokolwiek by się nie zaczęła, na Żydzie
się skończy. Postacią zaś zgoła uboczną, kiedyś elementem
pejzażu, dzisiaj zabarwionego sentymentem wspomnienia, był
ten czy ów Żyd prawdziwy, który miał imię, sklepik albo warsztat,
żył w dostatku albo w nędzy, święcił szabas albo nie, poza
tym mógł być syjonistą, albo socjalistą, albo asymilantem,
wielekroć upokarzanym i przeciw upokorzeniom chroniącym się
za pancerzem dumy, i był przywiązany do swego miasta, do swego
kraju, choć miał z nimi gorzkie swoje rachunki. Ofiarą zniewag,
szyderstw, pogromów, morderstw, szantaży padali Żydzi rzeczywiści,
ich rodzice, ich dzieci, ich domowe sprzęty, ale zawsze za
usprawiedliwienie przemocy służył i do dziś służy Żyd mityczny.
Pamięć tych pierwszych jest zamglona i zatarta, za to ten
drugi, Żyd wieczny intrygant, jest do dziś w wielu chrześcijańskich
umysłach niezastąpiony i zabić go nie można, ponieważ jest
nieśmiertelny.
Gross ma więc rację: gdy do władz Polski
podziemnej dochodziły mętne i niedokładne informacje o tym,
że jacyś chłopi i mieszczanie w jakimś powiecie spalili jakichś
Żydów, to zapewne były to wiadomości na tyle ważne, że warte
umieszczenia w tajnym raporcie, ale nie tego, by im przydawać
większe publiczne znaczenie, bo to się wydarzyło gdzieś tam,
przy okazji i na uboczu wielkich zmagań narodu z najeźdźcą.
Sprawa zaiste nieprzyjemna, gdyż mająca posmak karygodnej
współpracy z okupantem, ale co robić, były to czasy trudnych
wyborów i zdarzały się przy tym moralne zbłądzenia. Niemniej
to socjologiczne wyjaśnienie braku reakcji, jakie proponuje
Gross, nie tłumaczy wszystkiego, bo przecież Komendant Główny
pisał do Londynu o tym, jakie są nastroje w kraju i przestrzegał,
że radiowe przemowy o solidarności z Żydami wywołują złe wrażenie.
Rząd nie mógł wybrać sobie innego narodu, więc siłą rzeczy
nie był szczególnie zainteresowany w tym, aby z powodu tych
niemiłych wydarzeń robić wielki hałas i przysparzać sobie
politycznych kłopotów, jakby ich nie dość było w znękanym
kraju i w stosunkach z Aliantami.
Lepiej milczeć i zapomnieć
A i któż mógł być później zainteresowany,
aby nadać rozgłos temu, co się w lipcu 1941 roku stało w kilku
stodołach w dystrykcie szczuczyńskim czy łomżyńskim i w setkach
innych miejsc, w których jacyś chłopi albo jacyś partyzanci
zabijali jakichś Żydów? Mordercy mogli się przechwalać między
sobą w karczmie, jak się który z nich sprawił i wymawiać tym,
co się bardziej przy tej okazji obłowili, ale publicznie nie
było się znowu czym chwalić, zwłaszcza po wojnie. Gdyby za
to dawali ordery - powiada jeden z rozmówców Anny Bikont -
to zaraz by się ustawiła kolejka. Orderów jednak nie dawali,
tylko wyroki. Niewielkie wprawdzie, ale zawsze. Świadków zbrodni
nie brakowało, ale też nie byli zainteresowani tym, żeby zbyt
dokładnie świadczyć przed sądem, bo sąd daleko, a miasto blisko
i za zbędne gadulstwo można było oberwać. A poza tym świadkowi
też mogły się były dostać jakieś sprzęty po Żydach, więc po
co kusić licho.
Sąd był jeden, drugi i trzeci, rozprawy przy otwartych drzwiach.
Profesor Andrzej Rzepliński, karta po karcie analizując akta
procesowe, pokazał dowodnie, że ani oskarżyciele, ani sędziowie,
ani oczywiście obrońcy nie mieli specjalnego interesu w tym,
żeby się dowiedzieć, jak naprawdę było. Można to zrozumieć.
Śledztwa i rozprawy musiały się odbyć, bo takie było prawo,
że kolaboracja z niemieckimi okupantami nie może ujść bezkarnie.
Ilu tam Żydów kto i jakim sposobem zamordował, to już była
materia mniej istotna: w końcu jak nie z rąk tych, to z rąk
tamtych by zginęli, co za różnica. Średnio na procesie jedwabieńskim
w Łomży w 1949 roku wypadło sześć minut na zeznanie jednego
świadka, nikt nie zadawał kłopotliwych pytań, dwa dni wystarczyły
na rozprawę. Nie starano się o nadanie sprawie rozgłosu, bo
po co ściągać odium na powiat albo miasto. Władze w Warszawie
też, jak widać, wolały zakończyć sprawę dyskretnie, bo dość
było nieprzyjemności po Kielcach, a w ZSRR zaczynała się już
walka z kosmopolityzmem i syjonizmem, więc tematu Zagłady,
a cóż dopiero jej pomocników, lepiej było nie rozgrzebywać.
Ci, którym udało się przeżyć, choć mieli
obowiązek zginąć, składali zaraz po wojnie relacje o swoich
przejściach żydowskiej komisji historycznej, ale rzadko ktokolwiek
z nich myślał o ich ogłoszeniu. Przyczyny były złożone. Nie
wszyscy przecież chcieli wyjeżdżać, a jeśli się miało dalej
żyć pośród Polaków, to lepiej było pamiętać wyświadczone przez
nich dobro niż pogardę i okrucieństwo, których Zagłada bynajmniej
nie wypaliła. Zresztą najgorsze wspomnienia trzeba było w
sobie otorbić i uśpić, bo z nimi w głowie nie sposób było
powrócić do normalnego życia. Stąd raz po raz słyszy się albo
czyta wyznania ludzi, którzy o wojennych przeżyciach swoich
rodziców dowiadywali się po kilku dziesiątkach lat: czasem
dlatego, że rodzice nie chcieli dzieciom przekazywać stygmatu
zgrozy i wykluczenia, a zresztą nowe życie niosło nowe, absorbujące
problemy i pamięć czasu nieludzkiego do niczego nie była przydatna.
Ci, co Żydów ukrywali i ratowali od
śmierci, też nie mieli powodu, aby się tym po wojnie chełpić.
Jeśli mieszkali na wsi albo w małych miastach, gdzie wszyscy
się znają, często zwyczajnie bali się niechęci sąsiadów, rzadko
zdolnych uwierzyć w ich bezinteresowność - i ten strach, jak
widać z zapisu rozmów Anny Bikont, trwał przez długie lata,
czasem przez całe życie. Byli to zresztą w większości cisi
bohaterowie, którzy uważali, że zrobili co robić należało
i o czym tu mówić.
Kiedy się czyta dwa grube tomy studiów
i dokumentów Wokół Jedwabnego, plon pracy zespołu badaczy
z Instytutu Pamięci Narodowej, ma się nieodparte wrażenie,
że właśnie wokół tego, co się stało w tamtej okolicy, istniała
przez sześćdziesiąt lat zmowa milczenia, pieczęć tajemnicy,
porozumienie, że nic się nie stało. No bo rzeczywiście - jak
pisze Jan Tomasz Gross - cóżby to miało znaczyć, że zdarzenia
bądź co bądź niebanalne, których świadkami są dziesiątki tysięcy
ludzi, nie przenikają do kanonów wiedzy o epoce?" Jak
to w ogóle możliwe? Ale nie było oczywiście żadnej zmowy,
żadnego pilnie strzeżonego sekretu. Po prostu nikomu spośród
tysięcy wiedzących nie zależało, chociaż z nader różnych powodów,
żeby swoją wiedzę prywatną do kanonów wiedzy publicznej wprowadzić.
Z pamięcią i wiedzą o Jedwabnem, o Radziłowie, o innych takich
miejscach, jest źle i trudno żyć. Lepiej było nie wiedzieć,
lepiej było zapomnieć.
Historycy? Historycy mają w końcu prawo
wybierać sobie tematy i niechętnie podejmują takie, które
mogą im przysporzyć rozterek i kłopotów. Czy nie dość przypomnieć,
jaką burzę ściągnęli na siebie w 1968 roku autorzy i wydawcy
encyklopedii PWN z powodu hasła o obozach Zagłady? W latach
PRL-u obowiązywała szczególna poprawność polityczna i my,
historycy, z reguły jej ograniczenia i zakazy respektowaliśmy,
aż weszło nam to w krew. Przez długie lata głównym źródłem
wiedzy o żydowskich losach czasu wojny była w Polsce literatura:
od Borowskiego i Rudnickiego po Wojdowskiego, Grynberga, Hannę
Krall, Idę Fink. Historykom się nie spieszyło.
Jak się bronić przed wiedzą
W roku 1963 Władysław Bartoszewski
ogłosił w Tygodniku Powszechnym" oraz w wielu czasopismach
w różnych krajach świata apel o nadsyłanie relacji dotyczących
polskiej pomocy Żydom w czasie okupacji. Odpowiedź na tę ankietę
była wyjątkowo chętna i obfita i z tego materiału - po selekcji
- powstały dwa kolejne wydania antologii Ten jest z ojczyzny
mojej (Znak 1966, 1969). Oczywiście i autorzy relacji, i redaktorzy
tomu (W. Bartoszewski i Zofia Lewinówna) zdawali sobie sprawę
z tego, że pełna poświęcenia, męstwa i współczucia pomoc nie
wyczerpuje tematu postaw wobec Zagłady Żydów. Uważało się
jednak - i słusznie - że obowiązek wdzięcznej pamięci i krzepiącej
satysfakcji moralnej nakazuje w pierwszym rzędzie oddać sprawiedliwość
Sprawiedliwym. W ślad za tomem Bartoszewskiego i Lewinówny
poszły liczne późniejsze monografie i zbiory relacji o zorganizowanych
i indywidualnych formach ratowania Żydów. Pozostawało wszelako
drugie, mroczne oblicze nieludzkiego czasu - zaprzeczenie
ludzkiej solidarności - które w polskim piśmiennictwie zbywało
się przeważnie eufemizmami, ażeby nie ranić niczyich uczuć
i nie budzić upiorów. W ten sposób Sprawiedliwym przyszło
wielekroć osłaniać donosicieli, szantażystów i morderców -
misja, do której nie wszyscy zresztą, jeśli żyli, pozwalali
się użyć.
W ostatniej dopiero dekadzie wysypały się monografie i rozprawy
penetrujące historię nienawistnych stereotypów, dzieje agitacji
antysemickiej w Polsce, pogromów, wreszcie formacji ideowych,
policyjnych i zbrojnych, mających swój skromny udział w prześladowaniu
i wyłapywaniu ginących. Rzecz znamienna, że autorami tych
opracowań są z reguły badacze urodzeni po wojnie, nie obciążeni
własnymi przeżyciami. Sąsiedzi Agnieszki Arnold i Sąsiedzi
Jana Tomasza Grossa to były bezsprzecznie najbardziej przerażające
opowieści w tej serii, która definitywnie zamknęła półwiekowy
okres wstydliwych przemilczeń i niedomówień.
Opowieści te zadziałały z siłą eksplozji.
Zainspirowały wielogłosowy program badawczy, który już zaowocował
tomami IPN-u, studiami Andrzeja Żbikowskiego, książką Anny
Bikont, i będącymi w toku pracami wielu innych historyków,
socjologów i polonistów. Wzbudziły gorączkową, lecz w sumie
głęboką i poważną debatę publiczną o problemach winy, ciężaru
historycznego dziedzictwa, potencjalności ludzkiej natury
i konfliktów narodowego sumienia. Debata ta, której najważniejsze
wypowiedzi są utrwalane w antologiach i zbiorach artykułów,
pozostanie ważnym świadectwem etycznej dojrzałości polskiej
myśli i ona sama stanie się bez wątpienia tematem wielu przyszłych
opracowań. Równocześnie debata ta uruchomiła także potężne
mechanizmy obronne, mające chronić autorów i czytelników przed
porażającym działaniem historycznej prawdy.
Postawa obronna, pomijając skrajne wyjątki,
nie wynika oczywiście z poczucia solidarności z mordercami,
lecz z przekonania - nie bezzasadnego przecież - że książka
Grossa rozszerza społeczny zakres odpowiedzialności ukazując
związek między doktryną religijnej, rasowej i narodowej nienawiści
a moralnym zdziczeniem morderczego tłumu. W rzeczy samej,
związek ten w dalszych źródłowych studiach Dariusza Libionki,
Anny Bikont i innych jawi się jako niemożliwy do zaprzeczenia.
Rzecznicy endeckiej mentalności, wciąż żywej i odradzającej
się, trafnie więc odczuli, że ich świat wartości został objęty
oskarżeniem. Najprostszą strategią obronną stało się tedy
podważanie wiarygodności źródeł tudzież pleniące się paszkwile
na sto kłamstw" Grossa, działającego - jakżeby inaczej
- w finansowych interesach żydowsko-amerykańskiej plutokracji.
Proboszcz z Jedwabnego i biskup z Łomży udzielili gorliwego
wsparcia tego rodzaju fantazmatom.
Książka Bikont przedstawia zdumiewający
katalog sposobów adiustowania własnej pamięci, odpierania
najbardziej oczywistych świadectw, zakłamywania świadomości
i wiedzy. Kto wie, może w pojedynczych przypadkach operacje
takie dokonują się świadomie i cynicznie. Typowe jednak zdaje
się raczej bezwiedne przezwyciężanie konfliktu faktów z przekonaniami,
w którym fakty z reguły przegrywają. Daremne są wszelkie argumenty:
żadne świadectwo ani racjonalna perswazja nie przebije się
do nieprzemakalnej świadomości antysemity, który zawsze wie
lepiej, z góry i raz na zawsze.
Niemniej wiarygodność Sąsiadów była
kwestionowana także z pobudek szlachetniejszych, mianowicie
z powodu trudności pogodzenia się z siermiężnym, nie wyidealizowanym
obrazem polskiego społeczeństwa, czy choćby tylko pewnych
jego segmentów. W tej intencji wielu krytyków Grossa starało
się osłabić lub ograniczyć nośność wniosków, jakie można było
wysnuć z przedstawionych przez niego świadectw. Spierano się
o liczbę Żydów, którzy padli ofiarą rzezi, o liczbę i rolę
Niemców, którzy mieli przy niej asystować, o liczbę i kondycję
społeczną Polaków, którzy wzięli w niej jakiś udział: czy
to byli zwykli ludzie, czy zdemoralizowane męty społeczne.
A historyk - często siedzi w rozmaitych szczegółach.
Szczegółów od tego czasu przybyło, czasem aż nadto. Odnalazły
się akta sądowe, zeznania, niewykorzystane relacje, stare,
nigdy nie rozcięte czasopisma łomżyńskie, wspomniane już dokumenty
Polski Podziemnej, nowi świadkowie , i diabeł miał się coraz
lepiej, a myślący czytelnicy - bez względu na swoje rodowody
-coraz gorzej. Oprócz jednego przypadku nie zdarzyło się także
tego w jakiej mierze ofiary same na siebie ściągnęły gniew
ludu. Diabeł - przypominał poważny jednak, aby którykolwiek
z polemistów, zapalczywych Obrońców Dobrego Imienia Miasta
i Narodu, powiedział: przepraszam, myliłem się. Co to, to
nie, nie takie są nasze obyczaje.
Wiedzy zakopać z powrotem w archiwach
się nie da. Ona pozostanie. Problem polega dziś na tym tylko,
co z nią uczynimy. Dobrze to ujął Jan Tomasz Gross we wcześniejszym
swoim artykule w "Tygodniku Powszechnym": "Ludobójstwo
w Jedwabnem to wyzwanie dla nas na dziś, a nie po prostu zaszłość,
która spada nam na głowę. Możemy w tej sprawie zrobić bardzo
wiele. I od nas zależy, czy uniesiemy ten ciężar, odzyskując
przy okazji zaufanie do siebie i wiarygodność w oczach Zachodu,
czy też pogrążymy się w obronnym geście zacukania, głęboko
przeświadczeni, że wszyscy i tak są przeciwko nam".
Korzystałem z książek:
Wokół Jedwabnego, pod red. Pawła Machcewicza i Krzysztofa
Persaka, tom 1: Studia; tom 2: Dokumenty, Instytut Pamięci
Narodowej: Warszawa 2002. Anna Bikont, My z Jedwabnego, Prószyński
i S-ka: Warszawa 2004. Jan Tomasz Gross, Wokół "Sąsiadów":
polemiki i wyjaśnienia, Pogranicze: Sejny 2003. Marcin Kula,
Uparta sprawa: Żydowska? Polska? Ludzka? , Universitas: Kraków
2004.
|