|
Ekstremiści są wśród nas
Dawid Warszawski
Gazeta Wyborcza, 3 marca 2002
Widmo ekstremizmu krąży nad
Europą Środkową. Czy skrajni nacjonaliści już niedługo przejmą
władzę w kilku europejskich stolicach? - pisze Dawid Warszawski
Co z nimi robić? W Rumunii partia Romania
Mare zdobyła 23 proc. głosów i niewiele brakowało, by jej
przywódca Corneliu Vadim Tudor został prezydentem.
Tak, ten sam Tudor, który zapowiadał, że pozamyka Cyganów
w obozach i rządzić będzie z automatem w ręku.
Na Węgrzech Partia Sprawiedliwości i Życia (MIEP) Istvana
Csurki - który ponuro węszy wszędzie syjonistyczno-masońskie
spiski i przebąkuje o odzyskaniu Wojwodiny i Siedmiogrodu
- może stać się koalicyjnym partnerem rządzącego FIDESZ-u,
któremu grozi porażka w nadchodzących wyborach.
Z kolei przyjęta przez parlament węgierski ustawa o statusie
Węgrów za granicą, skądinąd niefortunna, stała się u sąsiadów
tematem dnia. Na Słowacji posłowie rozprawiali o najeźdźcach
ze Wschodu, którzy przybyli do Europy na swoich "paskudnych
konikach", by gwałcić kobiety, jakby to było wczoraj.
Bratysława zresztą szykuje się na powrót do władzy Vladimira
Mecziara, którego populistyczne i autorytarne rządy przed
paroma laty zablokowały Słowacji drogę do NATO.
W Serbii wreszcie do niedawna niemal wszystkie siły polityczne
- od rządzących wówczas socjalistów, których przywódca Slobodan
Miloszević nadal ze swej celi w Hadze kieruje partią, poprzez
faszyzujących radykałów Vojislava Szeszelja, po założoną przez
zbrodniarza wojennego Arkana Partię Serbskiej Zgody - były
politycznie skrajne, a umiarkowane centrum stanowiło polityczny
margines.
Dodajmy do tego naszą Ligę Polskich Rodzin wraz z jej pozaparlamentarnym
zapleczem, czeskich komunistów, odsuniętą od władzy, lecz
wcale przecież nie pokonaną Chorwacką Wspólnotę Demokratyczną
(HDZ), nadal rządzących w Bośni nacjonalistów, pomniejsze
formacje macedońskie, albańskie i bułgarskie - i panorama
środkowoeuropejskich ekstremizmów rysować się będzie równie
bogato co groźnie.
Coraz szerszy margines
To prawda - nie należy ich wszystkich wrzucać do jednego
worka. Istnieje przecież zasadnicza różnica między realizowaną
przez Miloszevicia i jego ludzi polityką wspieranego przez
państwo ludobójstwa czy obietnicą prowadzenia podobnej polityki
w ustach Tudora, a - powiedzmy - populistycznymi diatrybami
dziś zresztą podobno odmienionego Mecziara. Lecz mimo to więcej
ich łączy, niż dzieli.
Wspólna dla wszystkich tych ruchów jest wizja państwa jako
własności dominującej grupy etnicznej, a tym samym niechęć
do społeczeństwa obywatelskiego, częste przekonanie o konieczności
dominacji własnej wiary jako ostoi "naszości" czy
wrogość do żydowskich lub cygańskich "przybłędów".
Szczególnie groźna jest ich głęboka nieufność wobec sąsiadów
z ich wiecznymi zakusami na swojskie piędzi i rubieże, połączona
z pragnieniem, by odzyskać piędzi i rubieże przez nich niesprawiedliwie
zawłaszczone. Z tego zaś zbioru postaw logicznie wynika głęboki
sceptycyzm wobec demokracji dającej obcym szkodliwe prawa
i integracji europejskiej zbudowanej przecież na obywatelskich,
a nie etnicznych zasadach. Marzy im się Europa suwerennych
nacjonalizmów, a nie poddanych wspólnemu prawu obywateli.
Skarykaturyzowana wizja de Gaulle'a miast, choćby i nieśmiałych,
kosmopolitycznych rojeń Schumana.
Cóż więc z nimi począć? Sformułowanie "środkowoeuropejskie
ekstremizmy" na naszych oczach staje się mylące, bo ani
one tylko środkowoeuropejskie, jeśli spojrzeć na współrządzących
w Austrii czy we Włoszech wolnościowców i postfaszystów, o
wiecznie straszącym we Francji Le Penie nie wspominając, ani
też nie można już właściwie nazywać tych ruchów ekstremistycznymi,
skoro stoi za nimi wcale pokaźna część opinii publicznej,
wyraźnie zresztą liczniejsza od stronników systematycznie
przegrywających wybory demokratów. Nie sposób ich również
ignorować, skoro jutro mogą być w kilku europejskich stolicach
u władzy, a ich cele i wartości są artykułowane przez coraz
liczniejsze nacjonalistyczne media (tylko w Polsce łączny
nakład takich periodyków szacuje się na 750 tys. egzemplarzy,
słuchaczy Radia Maryja zaś na 3,5 do 5 mln).
Ich zasięg jest zresztą szerszy - coraz częściej narzucają
one swoją optykę publicznej debacie, wpływają na programy
innych partii, bynajmniej nie ekstremistycznych, lecz wrażliwych
na głos elektoratu. To oni, a jeśli nie, to ich postkomunistyczni
przeciwnicy kształtować będą w najbliższych latach polityczne
oblicze naszej części kontynentu. Metaforycznie rzecz ujmując,
mamy wybór między spadkobiercami budowniczych muru w Berlinie
a zwolennikami budowy muru wokół cygańskiego osiedla w Usti
nad Łabą. Ci pierwsi chcieli odgrodzić się murem od Zachodu,
ci drudzy - od swoich cygańskich sąsiadów.
Nad pięknym, modrym Dunajem
Relations (PER) z Princeton w New Perspektywa ta niepokoi
nie tylko Środkowoeuropejczyków. Project on Ethnic Jersey
jest jedną z wielu grup zajmujących się stosunkami etnicznymi
w Europie Środkowej. Inaczej jednak niż większość takich organizacji
PER nie ogranicza się do prowadzenia akademickich studiów,
jak instytucje naukowe, ani też nie skupia się na walce z
rozmaitymi naruszeniami praw, jak liczne organizacje praw
człowieka. Ta amerykańska instytucja o międzynarodowym zasięgu
(w skład powołanego przez nią Komitetu Etnicznej Zgody wchodzi
m.in. Bronisław Geremek) od lat organizuje spotkania przedstawicieli
skonfliktowanych grup etnicznych czy ich politycznych reprezentacji,
dążąc do dopomożenia im w znalezieniu pragmatycznych rozwiązań
i zapobiegnięcia zaostrzenia konfliktu.
Robi to z różnym skutkiem. W Rumunii PER dopomógł w wypracowaniu
modus vivendi między partiami politycznymi Rumunów oraz Węgrów,
jak również przyczynił się do poprawy reprezentacji politycznej
tamtejszych Romów. Na Słowacji PER sprzyjał powstaniu słowacko-węgierskiej
koalicji politycznej, która w 1998 r. skutecznie odsunęła
Mecziara od władzy. W Jugosławii organizowany przez PER polityczny
dialog serbsko-albański nie zapobiegł konfliktowi - bo i nie
mógł. Jednak dialog ten został po ustaniu działań zbrojnych
wznowiony właśnie pod auspicjami tej organizacji. Listę można
by ciągnąć dalej.
Rzecz jasna, taka działalność ściąga na PER także i słowa
potępienia. Organizacja, podobnie zresztą jak fundacje Sorosa,
bywa atakowana za mieszanie się do wewnętrznych spraw innych
państw czy wręcz realizowanie celów amerykańskiej polityki
zagranicznej. Krytyka ta jednak o tyle mija się z celem, że
PER nie realizuje żadnych celów, własnych lub cudzych, lecz
jedynie, korzystając ze znacznych zasobów doświadczenia, jakie
przez lata zdobył, ułatwia stronom wypracowanie rozwiązań
kompromisowych lub choćby lepsze zrozumienie tego, o co stronie
przeciwnej naprawdę chodzi.
Kredyt zaufania, który przez lata zdobył, sprawia, że na
spotkania PER przyjeżdżają całkiem wysocy rangą czynni politycy,
jak również eksperci i obserwatorzy sceny politycznej. W odbytym
w połowie lutego w Budapeszcie seminarium poświęconym problematyce
ekstremizmu udział wziął serbski wicepremier, doradca jugosłowiańskiego
prezydenta, politycy rządzących koalicji i opozycji, w tym
przewodniczący komisji parlamentarnych i byli ministrowie
z Węgier, Rumunii i Słowacji, przewodniczący zgromadzenia
parlamentarnego OBWE, ambasadorowie USA i Niemiec w Budapeszcie,
oraz politycy i analitycy z Węgier, Niemiec, Austrii i Polski.
Nie zaproszono natomiast przedstawicieli żadnego z ruchów
uznanych za ekstremistyczne, co być może ograniczyło wartości
poznawcze debaty, lecz zarazem umożliwiło zapewne jej spokojne
odbycie się.
Spotkania PER są zamknięte dla prasy, a uczestnicy nie mają
prawa cytować na zewnątrz niczyich wypowiedzi z powoływaniem
się na źródło. Umożliwia to uzyskanie pewnego poziomu otwartości
i szczerości w rozmowach, który inaczej byłby nieosiągalny.
Lecz choć nie można napisać, co kto dokładnie mówił, to można
przecież przedstawić, o czym była mowa.
Uczniowie czarnoksiężnika
Uderzające przede wszystkim było to, że nikt nie uważał problemu
za wydumany, a mało kto - że wprawdzie jest on poważny, ale
u sąsiadów, a nie u nas. Przeciwnie - uczestnicy nie mieli
wielkich trudności z identyfikacją ruchów ekstremistycznych
w swoich krajach, choć na przykład mecziarowski Ruch na rzecz
Demokratycznej Słowacji (HZDS) jeden ze słowackich uczestników
określił, być może przez wzgląd na obecność posłanki z tej
właśnie partii, jako "populistyczny, nie ekstremistyczny",
dodając zarazem, że nienawidzi tej partii z głębi serca. Wszyscy
zwracali też uwagę na pogłębiającą się współpracę międzynarodową
ekstremistów: Le Pen zaprosił Tudora, polscy nacjonaliści
Giancarla Finiego, a serbscy i rumuńscy prawosławni ekstremiści
często kontaktują się ze skrajnymi ugrupowaniami w moskiewskim
patriarchacie pod wspólnym sztandarem - jak powiedział jeden
z rumuńskich uczestników - "prawosławnego faszyzmu".
W Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy partie bojkotowane
przez wszystkie kluby parlamentarne, jak Romania Mare Tudora
i liberalni demokraci Żyrinowskiego, zawiązały własny nieformalny
klub i koordynują działalność. Ta współpraca nacjonalistów,
programowo wrogich wszak wobec obcych, tylko z pozoru jest
paradoksalna. Przypomina się sytuacja z Polski sprzed paru
lat, kiedy to okazało się, że ugrupowanie polskich skinheadów
na Opolszczyźnie głoszące nienawiść wobec wszystkiego, co
niepolskie, a zwłaszcza Niemców, współpracowało z niemieckim
ugrupowaniem neonazistowskim. Okazało się, że w zasadniczym
punkcie - polscy skinheadzi nie chcieli Niemców w Polsce,
ich niemieccy partnerzy zaś Polaków w Niemczech - panowało
pełne wzajemne zrozumienie.
Mimo że spotkanie odbywało się w Budapeszcie i węgierscy
politycy byli wcale licznie reprezentowani, w kwestii rodzimych
ekstremistów zabierali głos w sposób bardzo ostrożny. Mieli
jednak szczególnie trudny orzech do zgryzienia: w nadchodzących
wyborach rządzącemu prawicowemu FIDESZ-owi grozi porażka z
rąk socjalistów, a jedyną deską ratunku może się okazać sojusz
z ultranacjonalistycznym MIEP-em w drugiej turze. I choć niektórzy
politycy FIDESZ-u możliwość taką kategorycznie wykluczają,
inni - w tym zwłaszcza premier Viktor Orban - zachowują w
tej kwestii pełne wstrzemięźliwości milczenie. Nic więc dziwnego,
że jeden z obecnych na sali węgierskich socjalistów kategorycznie
żądał, by partie "głównego nurtu demokratycznego"
jednoznacznie z góry wykluczyły możliwość współpracy z ekstremistami,
i znalazł zrozumienie jedynie wśród uczestników ze Słowacji,
Serbii, Rumunii i Polski.
W międzyczasie stało się jasne, że MIEP-owi już się udało
w pewnym stopniu narzucić swój styl innym formacjom. Jeden
z węgierskich uczestników związany z partią rządzącą z gryzącą
ironią opowiadał - gdy debatowano wady i zalety nacisku z
zewnątrz, by potępiać ekstremistów - o burzy krytyki, jaką
na Zachodzie zareagowano kilka miesięcy temu na pewną wypowiedź
węgierskiego premiera. Viktor Orban oświadczył, że węgierscy
Romowie, by zintegrować się ze społeczeństwem, muszą zacząć
pracować oraz posyłać swoje dzieci do szkół. Gdy zwrócono
węgierskiemu uczestnikowi uwagę, że to jednak nie domniemane
lenistwo i nieuctwo Romów, ale dyskryminacja i rasizm stanowią
główną przeszkodę na drodze realizacji tej skądinąd zdroworozsądkowej
rady, a krytyka wypowiedzi Orbana tyczyła pominięcia przezeń
tego właśnie faktu, odpowiedział jedynie, że jest pewien,
iż jego premierowi sprawa ta leży bardzo na sercu.
Nie ulega jednak wątpliwości, że węgierskiej prawicy przynajmniej
tak samo leży na sercu sprawa przeciągnięcia na swoją stronę
elektoratu MIEP-u, a takie właśnie wypowiedzi, jak również
zagraniczna krytyka, która pozwoliła Orbanowi stroić się w
togę obrońcy Węgier, sprawie tej dobrze służą. Stwierdzenie
Orbana - już po konferencji w Budapeszcie - że Czechy winny
odwołać dekrety Benesza (które uderzyły nie tylko w czechosłowackich
Niemców, ale i w Węgrów), po raz kolejny potwierdziło wyraźnie
nacjonalistyczną orientację tego polityka.
Kropkę nad "i" postawił uczestnik z Austrii, który
- skrytykowawszy nadmierną jakoby wrzawę, jaka rozpętała się
w Europie w związku z dojściem partii Jörga Haidera do władzy
- jednoznacznie opowiedział się za przejmowaniem przez partie
głównego nurtu obszarów zainteresowania ekstremistów, w tym
lęku przed imigracją, niechęci do cudzoziemców i obrony zagrożonej
narodowej tożsamości. Należy - dowodził - pokazywać wyborcom,
że partie te nie boją się tej problematyki, i tym samym odbierać
argumenty ekstremistom.
Do podobnych wniosków doszedł jeden z rumuńskich polityków,
który opowiedział, jak jego partia, w odpowiedzi na groźbę
ze strony Tudora, wykreowała własnego "Tudora" odwołującego
się w ten sam sposób do lęków konserwatywnego elektoratu i
tą metodą pozbawiła przywódcę Romania Mare części głosów.
"Ten nasz Tudor był tak udany, że gdyby nie był z nami,
tobym się go bał" - zakończył z zadowoleniem, jakby nieświadomy
faktu, że w ten sposób i tak zamiast jednego Tudora mamy dziś
dwóch.
Słowacy z kolei z uznaniem mówili o deklaracji, jaką niedawno
przyjął ich parlament, postulującej, by po ewentualnym przystąpieniu
Słowacji do UE prawo słowackie w kwestiach, takich jak: aborcja,
eutanazja czy małżeństwa homoseksualistów nadal miało pierwszeństwo
przed ustawodawstwem unijnym. Przedstawiciele trzech różnych
orientacji politycznych zgodnie stwierdzali, że dzięki tej
debacie i deklaracji udało się odebrać argumenty antyunijnym
ekstremistom. Rzecz w tym wszelako, że w tych akurat kwestiach
prawo unijne niczego nie rozstrzyga, pozostawiając je w gestii
ustawodawstwa państw członkowskich. Aborcja jest nadal w Irlandii
zakazana, eutanazja z kolei jest legalna jedynie w Holandii,
a małżeństwa homoseksualiści mogą zawierać tylko w niektórych
państwach Unii. Deklaracja słowackiego parlamentu wyważa więc
otwarte drzwi, stwarza za to wrażenie, że Unii jednak należy
się bać. Równie sensowne byłoby przyjęcie deklaracji stwierdzającej,
że Węgrzy albo Romowie, albo Żydzi winni być lojalnymi obywatelami
Słowacji. Oczywiście że powinni, ale konieczność przyjęcia
takiej deklaracji sugerowałaby, że może jednak nie są - i
ekstremiści, zamiast stracić argumenty, zyskaliby ich olśniewające
potwierdzenie.
Gramatyka totalizmu
Strategia uczniów czarnoksiężnika jest bowiem niezwykle ryzykowna.
Jest oczywiście prawdą, że problemy, o których mówią ekstremiści,
są jak najbardziej realne, i że liberalna demokracja źle sobie
z nimi w Europie radzi. Logiczną konsekwencją postawy liberalnej
jest bowiem zgoda na ewentualne przekształcanie się społeczeństw
narodowych w wielokulturowe i wieloetniczne, co funkcjonować
może w społeczeństwach imigracyjnych jak USA, lecz znakomitej
większości Europejczyków wydaje się obecnie nie do przyjęcia.
W konsekwencji partie głównego nurtu zmuszone są do lawirowania
między deklarowanymi wartościami a koniecznością odpowiadania
na lęki elektoratu i optują za restrykcjami imigracji czy
ograniczeniem autonomii dla mniejszości etnicznych. Tym samym
narażają się na atak ze strony ekstremistów, którzy mówią:
jeżeli multi-kulti jest dobre, to czemu je ograniczać? A jeżeli
nie, to czemu na nie pozwalać?
Fakt ten pozwala zrozumieć, dlaczego ekstremizm środkowoeuropejski
jest dziś tak mocno przesiąknięty nacjonalizmem, mimo że znamy
z historii także ekstremizm antynacjonalistyczny. Obserwujemy
wyraźny zmierzch tej drugiej, lewicowej jego postaci, mimo
że istnieją jeszcze organizacje, które się do niej odwołują.
Jednak w naszej części kontynentu komunizm skompromitował
ten ekstremizm do szczętu, a jego niedobitki, poza Czechami
i Węgrami, znalazły schronienie nie we własnych organizacjach,
lecz w wielkich formacjach postkomunistycznych.
Dla niektórych wyborców dotkliwie pamiętających rządy tej
formacji jest to wystarczający powód, by popierać ekstremistów
prawicowych, których zwycięstwo byłoby gwarancją, że do komunistycznej
przeszłości nie ma powrotu. Ale na rzecz prawicowego ekstremizmu
pracują także dwa inne elementy komunistycznej spuścizny -
generalna rehabilitacja nacjonalizmu, do której doszło w reakcji
zarówno na rządy komunistyczne, jak i na ich upadek, oraz
cała odziedziczona po komunizmie struktura publicznego dyskursu.
Odwołując się do metafory, którą posługiwałem się już w przeszłości:
gdy się chce tłumaczyć z języka komunizmu na język nacjonalizmu,
trzeba zmienić i słownictwo, i gramatykę. Gdy jednak tłumaczyć
z języka komunizmu na język nacjonalizmu, wystarczy zmienić
tylko słownictwo. Gramatyka pozostaje ta sama. Nadal nadrzędną
wartością jest jedność (narodowa tym razem, nie "polityczno-moralna")
w walce aż do zwycięstwa z wrogiem, który z klasowego stał
się etniczny, ale nic nie utracił ze swej podstępności i szpetoty.
Język demokracji odwołujący się nie do kategorii zwycięstwa,
lecz kompromisu między różnymi uprawnionymi interesami, sceptyczny
wobec jedności i promujący różnorodność, postulujący, że nie
ma wrogów, a co najwyżej przeciwników, jest w tej rywalizacji
bez szans.
Antysemityzm wiecznie żywy
Szczególną cechą języka nacjonalizmu jest - na co zwracało
uwagę wielu uczestników debaty - stała obecność w nim antysemityzmu.
Pojawił się on nawet ostatnio w historycznie wolnej od antysemityzmu
Serbii, funkcjonuje w najlepsze w Polsce, na Słowacji i w
Rumunii, gdzie gminy żydowskie są przecież nieliczne. Sformułowanie
to jest wprawdzie niebezpieczne, gdyż zdaje się sugerować,
wbrew intencjom osób, które się do niego odwołują, że istnieje
taki poziom liczebności ludności żydowskiej, przy którym antysemityzm
staje się w jakiś sposób zrozumiały. Wskazuje jednak na gigantyczną
dysproporcję między rolą, jaką Żydzi w tych krajach odgrywają,
a znaczeniem, jakie antysemityzm (a w odpowiedzi i "filosemityzm")
ma w programach ekstremistów.
Jedynie na Węgrzech istnieje znaczniejsza społeczność żydowska,
której liczni członkowie popierają niemal bez wyjątku partie
demokratyczne, tam akurat antysemityzm ekstremistów ma jakieś
polityczne uzasadnienie. Dużo jednak groźniejszy w sensie
bezpośrednim jest rasizm wymierzony w Romów, którego skutki
mierzy się już nie w ilości nienawistnych wypowiedzi, lecz
w stale rosnącej liczbie ofiar rasistowskich napaści.
Dokonują się one, co gorsza, w klimacie społecznej obojętności.
Jeden ze słowackich uczestników przytoczył fakt, że gdy po
kolejnym zamordowaniu na Słowacji Roma czołowy tygodnik zapytał
wiele znanych osobistości, czy w kraju istnieje dyskryminacja
Romów, wszyscy odpowiedzieli przecząco.
Mdła demokracja
Uczestnicy spotkania w Budapeszcie z pewną bezradnością stwierdzali,
że w obliczu namiętności, do jakich odwołują się ekstremiści,
umiar demokracji z konieczności jawi się jako jałowy i mdły.
Demokracja z ekstremizmem nie bardzo umie sobie radzić, a
czasem jest po prostu bezradna.
Postulowane przez niektórych uczestników ograniczenia, jeśli
nie samej politycznej działalności ekstremistów, czego nikt
nie sugerował, to ich zdolności siania propagandy nienawiści
poprzez kontrolowane przez nich media, spotkały się - w imię
nadrzędnej wartości wolności słowa - z żywym sprzeciwem uczestnika,
który jest czynnym dziennikarzem. W odpowiedzi jeden z polityków
przytoczył wymianę zdań, jaka w latach 20. miała miejsce przed
niemieckim sądem.
Oskarżony działacz partii hitlerowskiej niezwykle ostro zaprotestował
przeciwko ograniczeniu prawa do obrony, które jakoby go dotknęło.
Sędzia zapytał go, jak godzi tę swoją obronę praworządności
z nieustającymi atakami, jakie sam w swych wystąpieniach na
zasadę praworządności przypuszał. "Domagam się prawa
do obrony w imię wartości, które pan, panie sędzio, głosi
- odpowiedział faszysta. - A kiedy dojdziemy do władzy, to
pozbawię pana tego prawa w imię wartości, które głoszę ja".
Trudno było nie czynić analogii między tą porażającą w swej
klarowności wypowiedzią a mową obrończą wygłaszaną w Hadze
w tych samych co seminarium PER dniach przez najbardziej osławionego
i najkrwawszego ze środkowoeuropejskich ekstremistów Slobodana
Miloszevicia.
Wydaje się więc, że demokracje zagrożone przez ekstremizm
nie bardzo umieją mu się przeciwstawić. Naciski z zewnątrz,
zgodzili się uczestnicy, są konieczne choćby dlatego, by ofiary
ekstremizmu nie czuły się samotne, lecz bywają kontrproduktywne
i nie są zbyt skuteczne. Gdy swojego czasu spytano Istvana
Csurkę, czy nie obawia się, że jeśli dojdzie do władzy, Europa
zareaguje tak, jak zareagowała wcześniej wobec Austrii, ten
odpowiedział spokojnie: "A co takiego zdarzyło się w
Austrii?". Istotnie, gdy emocje opadły, okazało się,
że głównym sukcesem europejskich sankcji było odsunięcie się
Haidera od uprawiania polityki na szczeblu krajowym - lecz
jego partia pozostaje przy władzy, a jej koalicyjny partner,
demokratyczna Partia Ludowa, przejął część jej stylu i programu.
A przecież możliwości przeciwdziałania ekstremizmowi istnieją.
Chodzi o to, by się do nich odwołać wystarczająco wcześnie.
Przewodniczący PER Allen Kassof przedstawił wynik przeprowadzonego
niedawno przez jego organizację w Ulcinju w Czarnogórze, nad
albańską granicą, seminarium dla przedstawicieli partii ogólnonarodowych
i albańskich. Albańczycy wystąpili zrazu z wieloma żądaniami
konstytucyjnymi. Domagali się utworzenia reprezentującej narodowości
izby wyższej parlamentu, prawa weta dla mniejszości w kwestiach,
które ich dotyczą - słowem, z zestawem roszczeń, za pomocą
których Albańczycy w sąsiedniej Macedonii omal nie storpedowali
w ubiegłym roku tamtejszego procesu pokojowego.
Poważne potraktowanie tych żądań w Ulcinju nieuchronnie skończyć
by się musiało podobnym fiaskiem. Kassof jednak zaproponował
im, by zgłosili także postulaty bardziej praktyczne, które
dałoby się przeprowadzić bez reformy konstytucji. Albańczycy
zgodzili się i nazajutrz przedstawili nową listę sześciu żądań,
z których głównymi było zbudowanie w zamieszkałym przez Albańczyków
i zaniedbanym przez władze Ulcinju szpitala położniczego,
otwarcie w tym mieście przejścia granicznego z Albanią, utworzenie
na uniwersytecie w Podgoricy wydziału kształcącego po albańsku
nauczycieli dla albańskich szkół oraz uznanie przez ten uniwersytet
dyplomów albańskich uniwersytetów w Prisztinie, Tiranie i
Tetovie. Po namyśle przedstawiciele najpierw opozycji, a potem
i rządzącej koalicji uznali te żądania za jak najbardziej
do spełnienia - i Albańczycy wycofali postulat zmiany konstytucji.
Potencjalny kryzys polityczny, którego nieuchronnym skutkiem
byłoby rozniecenie politycznego ekstremizmu po obu stronach,
został zażegnany.
Chodzi o to, że młode demokracje nie
wydają się szczególnie skuteczne we wczesnym rozpoznawaniu
sytuacji kryzysowych - a w tym akurat demokracja powinna być
dobra. Ostateczna więc odpowiedzialność za rozwój ekstremizmów
spada na system, w którym one powstają. Jest prawdą, że nie
da się często przekonać ludzi, którzy postanowili odrzucić
wartości demokratyczne, iż nie mają racji. Dużo trudniej jest
jednak przekonać tych, którzy - słusznie bądź nie - uznali,
że to ich system demokratyczny odrzucił, i dlatego ekstremistom
postanowili zawierzyć swoje nadzieje.
Dawid Warszawski (27-02-02 19:22)
|