|
Dwie Polski - do Unii
|
Tadeusz Mazowiecki
Fot.
Jerzy Gumowski / AG
|
Z Tadeuszem Mazowieckim rozmawia Jarosław Kurski 28-11-2002,
ostatnia aktualizacja 28-11-2002 18:31
Istnieje niebezpieczeństwo,
że przed referendum pogłębi się już w znacznej mierze anachroniczny
podział na Polskę posierpniową i Polskę postkomunistyczną.
Uważam, że te dwie wielkie historyczne opcje muszą razem wprowadzać
Polskę do Unii
Czy śpi Pan spokojnie, czy też
śnią się Panu koszmary: co to będzie, gdy Polacy odrzucą Unię
Europejską w referendum, lub że to referendum nie będzie ważne?
- Sondaże podpowiadają optymizm, ale sondażom nie do końca
bym wierzył. Czeka nas burzliwy czas. Polacy w sprawie UE
odbijają się od ściany do ściany. Najpierw myśleli, że będzie
to skok do raju, a teraz zaczyna upowszechniać się przekonanie,
że "oni nas jednak wykiwają". To bardzo niebezpieczne
dla wyniku referendum. Stąd niezwykle istotna jest przejrzystość,
rzetelna informacja o warunkach, na jakich wchodzimy, by pokazać,
że to żadne "kiwanie", ale partnerstwo.
Czy Polska negocjuje wystarczająco
twardo?
- Uważam, że tak. Mam wielkie uznanie dla kompetencji Jana
Truszczyńskiego. Trzeba pamiętać, że niesłychanie ważne są
ostatnie tygodnie negocjacji. Więcej, tak się składa, że w
historii UE najważniejsze decyzje zapadały w ciągu ostatniej
nocy - i to wcale nie w pełnym składzie krajów członkowskich,
lecz w gronie przede wszystkim najpotężniejszych: Francji
i Niemiec, a także Wielkiej Brytanii i kraju przewodniczącego.
Czy Polska jest na tę ostatnią noc przygotowania? Czy premier
Miller będzie miał poparcie pozostałych dziewięciu kandydujących
krajów?
Ale negocjacje o rybach, stali czy o oscypku nie mogą przesłonić
politycznego wymiaru rozszerzenia dla krajów dzisiejszej Unii
i dla krajów kandydackich.
Jaki jest ten polityczny wymiar?
- Nie do przecenienia. To ostateczne zakończenie podziału
jałtańskiego. Wspólna Europa to jest projekt, którego fiasko
byłoby gigantyczną polityczną porażką - zarówno dla Dziesiątki,
jak i dla Piętnastki. Szefowie państw, którzy podejmują decyzje
o warunkach akcesji, nie mogą być tylko buchalterami, muszą
wykazać format mężów stanu, którzy mają świadomość, że oto
decyduje się pozycja Europy w nowym, globalnym układzie świata.
Jak postrzega Pan miejsce Europy
i Polski w nowym globalnym układzie świata?
- To nie jest wybór między Ameryką a Europą. Chodzi o to,
by Europa była zdolna do tego, by być partnerem Stanów Zjednoczonych
i innych światowych potęg gospodarczych. To jest też kwestia,
w jaki sposób Europa będzie oddziaływać na swoje bezpośrednie
sąsiedztwo na Wschodzie - na Rosję i Ukrainę. Miejsce Polski
w tym układzie jest niezmiernie istotne. Dzięki obecności
Polski i pozostałych dziewięciu krajów to będzie już zupełnie
inna Unia Europejska.
Jaki będzie nasz wkład we wspólnotę?
Co Unia zyska na naszym przyjęciu?
- A dlaczego kiedyś zależało Unii na słabej Irlandii, słabej
Hiszpanii i Portugalii? Dlaczego dla Unii było to ważne? Otwarcie
na Wschód jest jeszcze ważniejsze, bo integruje i stabilizuje
cały kontynent. Nie mówiąc już o tym, że Unia wzbogaca się
o nowy rynek. Jest poza wszelkim sporem, że Polska zyskuje
na umocnieniu demokratycznego porządku w tej części Europy.
Wiele sobie obiecuję po tym, że reguły unijne trzymać nas
będą w demokratycznych karbach.
Wiąże Pan z przystąpieniem do Unii
nadzieję na to, że polskie sądy będą działać lepiej, że zwiększy
się bezpieczeństwo, a zmniejszy korupcja, że staniemy się
zamożniejsi, że cywilizacyjny dorobek Europy Zachodniej stanie
się naszym udziałem. Ale czy nie jest to pośrednio przyznanie
się do naszej porażki? Czy dopiero "biurokraci z Brukseli"
muszą nauczyć nas, jak się segreguje śmieci, bo od 13 lat
nie jesteśmy w stanie sami tego przeprowadzić, czy dopiero
"Bruksela" będzie w stanie znieść monopol polskiej
energetyki, tak by siłownie wiatrowe mogły działać na równych
prawach?
- Bruksela Brukselą, ale to my sami będziemy musieli zrobić.
Unia za nas tego nie zrobi. My tylko przyjmujemy reguły, które
zmuszą nas do zmian. I tu nurtuje mnie pytanie, na ile jako
państwo i jako społeczeństwo jesteśmy przygotowani do wejścia
do UE. I z jednym, i z drugim nie jest najlepiej.
Czy będziemy potrafili wykorzystać środki strukturalne, które
otrzymamy? Podaje się dwa przykłady. Pozytywny Irlandii i
negatywny Grecji. Powiadają nam unijni negocjatorzy, że "przecież
i tak całej pomocy nie potraficie zagospodarować". To
jest...
...trafny i bolesny argument.
- Argument, który trzeba podważyć. Ale nie słowami, lecz
faktami. I jeszcze jedno - trzeba tak gospodarować tymi pieniędzmi,
by nie stały się one kolejną okazją do korupcji.
Jak patrzę na Pana, to widzę wzrok
pełen obaw.
- Bo nie wiem, jak to będzie. Czy rząd i samorządy są na
tyle przygotowane, że skontrolują wszystkie te agendy, agencje,
urzędy? Czy to nie będzie jedna wielka korupcja?
Będzie czy nie będzie?
- Mam nadzieję, że nie, ale trzeba do tego twardej ręki i
zmiany tej filozofii politycznej znanej pod nazwą TKM lub
po ostatnich bezpośrednich wyborach samorządowych - TKJ ...teraz
... ja.
Rozumiem, że liczy Pan, iż Leszek
Miller, Sławomir Wiatr i Aleksander Bentkowski będą stali
na straży cnót publicznych.
- Musimy mówić im to bardzo twardo.
Na Boga, jacy "my"? Tadeusz
Mazowiecki, który właśnie opuścił szeregi Unii Wolności, bo
kierował się odruchem moralnym. My, obywatele...
- ...pan, "Gazeta Wyborcza" oraz wszystkie media,
czyli czwarta władza, która patrzy rządzącym na ręce, oraz
pozarządowe organizacje społeczne, oraz opinia publiczna.
Musimy twardo od nich tego wymagać. Od nich teraz i od tych,
którzy po nich przyjdą.
Pan, który większość swego życia
poświęcił walce o suwerenność Polski, teraz dobrowolnie będzie
rezygnował z części tej suwerenności. Co Pan będzie czuł?
- Wiele razy mówiłem, także na forum europejskim, że dla
narodu, który dopiero co odzyskał pełną suwerenność, scedowanie
wykonywania suwerenności nie jest łatwe. Dla mnie to problem,
z którym ciągle się zmagam. Pomagam sobie w ten sposób, że
sięgam do historycznego przykładu panów krakowskich, doradców
królowej Jadwigi, którzy musieli zdecydować, czy iść na unię
z Litwą, czy nie iść. I mądrze zdecydowali...
Oddając tron poganinowi i wydając
młodą dziewczynę w ręce tego nieokrzesanego Litwina?
- I ustanawiając tym samym potężne państwo europejskie. Dziś
sytuacja cywilizacyjna jest odwrotna, ale w sensie zmagania
się z taką decyzją zachodzą pewne analogie. Ja nie myślę wcale,
że jeżeli Polska nie wejdzie do Unii, to przestanie istnieć.
Będzie istnieć, tylko w otoczeniu sąsiadów, którzy w Unii
już będą. Nadal, tak jak dziś, będziemy mieli 60 proc. obrotów
handlowych z krajami UE, ale bez możliwości korzystania z
dobrodziejstw funduszy strukturalnych. I co więcej, Polska
rezygnując z udziału w szerszej suwerenności, zrzeknie się
tym samym prawa do współdecydowania o polityce europejskiej.
Wejście do Unii jest wreszcie zamknięciem problemu bezpieczeństwa
Polski. Jest przekroczeniem progu różnic cywilizacyjnych,
które są starsze niż Polska komunistyczna.
One sięgają końca XVII wieku.
- No właśnie. Czy możemy sobie pozwolić na to, by do Unii
nie wejść? Przykład panów krakowskich jest tu zupełnie na
miejscu.
A jaka jest Pana wizja przyszłej
Unii?
- Na początek uwaga. Nie do przyjęcia jest teza, że europejski
traktat konstytucyjny zostanie podpisany przed rozszerzeniem
Unii, bo to by oznaczało, że dziesięciu nowych członków nie
będzie miało nic do powiedzenia. Jak partnerstwo to partnerstwo.
Nie może być takiego partnerstwa, które nas z udziału w tej
konstytucyjnej decyzji wyklucza. Wizje są ciekawe i pobudzają
myślenie, ale przez wszystkie lata rozwój Unii następował
krok po kroku i dlatego ta Unia trwała i się nie rozpadła,
choć często trzeszczała. Europa jest zbyt skomplikowanym tworem,
by jednym skokiem można było dokonać zmiany jej ustroju i
z Europy państw utworzyć jedno superpaństwo. Nie wierzę w
to superpaństwo i nie chcę go.
Dlaczego Pan nie wierzy?
- Bo jak słusznie mówi Zbigniew Brzeziński, nie ma jednego
narodu europejskiego. Na tym polega różnica między Europą
a Ameryką, gdzie z tygla ludzi pochodzących z różnych krajów
wytworzył się jeden wspólny naród. Europejskiego narodu nie
ma i w rozumnej perspektywie nie widzę, by miał powstać.
Unia może być federacją państw, społeczeństw i regionów,
która nie niszczy państw narodowych, bo one nadal mają bardzo
ważną rolę do odegrania.
Ale sam Pan przecież nieraz mówił,
że istnieje pilna potrzeba ujednolicenia europejskiej polityki
zagranicznej.
- Sam tego mocno doświadczałem, na przykład w kwestii bałkańskiej.
Teraz rzecz ma się podobnie w sprawie irackiej. Jestem realistą
i wiem, że Unia nie jest w stanie zdobyć się na własne jednolite
stanowisko. Trudno się spodziewać, że Wielka Brytania zrezygnuje
ze zbliżenia z USA, że Hiszpania odwróci się od Ameryki Łacińskiej,
krajów jej języka, że Francja wyzbędzie się swoich ambicji
i że wreszcie Niemcy - największy kraj Unii - po ostatnim
politycznym zwrocie i rozluźnieniu stosunków ze Stanami Zjednoczonymi
zrezygnują z pretensji do odgrywania bardziej znaczącej roli
w Europie. Otóż w tych warunkach myślenie, że mogą powstać
Stany Zjednoczone Europy, jest moim zdaniem utopią.
Unia Europejska to ciągły projekt, który nie ma określonego
finału. To zarazem słabość i siła Unii. Słabość, bo nie można
się bez przerwy reformować, i to nie wiadomo do czego. Siła,
że to posuwanie do przodu instytucji europejskich dokonuje
się we wzajemnym ucieraniu poglądów.
W Unii trwa właśnie debata nad konstytucją europejską.
- Jestem zwolennikiem określenia "traktat konstytucyjny",
a nie "konstytucja". Jeśli będziemy obstawać przy
nazwie "konstytucja", natychmiast natkniemy się
na nierozwiązywalny dla obywatela z każdego z państw unijnych
problem - która konstytucja jest dla niego ważniejsza.
Po drugie, zupełnie niepotrzebny jest prezydent europejski.
Byłaby to persona całkowicie fikcyjna. Czy prezydent Francji
albo premier brytyjski podporządkowałby się prezydentowi europejskiemu?
Po trzecie, bezpośredni wybór przewodniczącego Komisji Europejskiej
(przez obywateli wszystkich krajów UE w wyborach powszechnych)
wydaje mi się pomysłem całkowicie chybionym. Gdyby kandydatem
na przewodniczącego Unii był gen. de Gaulle, postać wszystkim
znana i oczywista swą wielkością, gdyby kandydatem był Konrad
Adenauer czy Jacques Delors, który ma wielkie zasługi dla
Unii, to może jeszcze byłoby to do zaakceptowania. Ale jaką
identyfikację personalną będzie miał Sycylijczyk, Portugalczyk,
Szwed czy Polak z jakimś panem Smithem czy Dupontem - kandydatem
na szefa komisji? To jest pokonywanie deficytu demokracji
za pomocą sprowadzania demokracji do fikcji.
Duże emocje budzi preambuła, spór
jest o to, czy ma zawierać odniesienie do Boga, tzw. Invocatio
Dei.
- W Unii mówi się o deficycie demokratycznym, mając na myśli
brak utożsamienia się obywateli Europy, jej mieszkańców z
samą Unią. Ja to nazywam brakiem tożsamości europejskiej.
I sprawa preambuły jest tu absolutnie kluczowa. Invocatio
Dei jest pojęciem umownym. Przecież nie chodzi o to, by Traktat
Europejski zaczynał się od słów: "W imię Boga Wszechmogącego".
Tego nikt nie oczekuje. Ale z drugiej strony pominięcie znaczenia
chrześcijaństwa dla historii Europy jest niemożliwe. I na
Boga, nie rozumiem, dlaczego fundamentaliści laiccy nie chcą
skorzystać z polskiej kompromisowej formuły preambuły konstytucyjnej.
Ona wywoływała tysiące sporów, a dziś stawiana jest za wzór
i inspirację dla szukania formuły europejskiej.
Dziś już rozsądni ludzie rozumieją, że w życiu społeczeństw
religia jest nie do zastąpienia, że można samemu nie wierzyć
w Boga, ale nie można negować wartości odniesienia do istoty
wyższej.
Wszyscy rozumieją, że państwo musi być świeckie. Nikt nie
chce uczynić Unii unią wyznaniową. Na tym tle można się przecież
porozumieć. A bez tego nie nastąpi określenie tożsamości europejskiej
i traktat konstytucyjny będzie tylko zbiorem pragmatycznych
reguł, nie będzie miał ducha, nie będzie wiódł do identyfikacji
obywatela Europy z UE.
Głos socjalistycznej posłanki do Parlamentu Europejskiego,
"że Polska to taki tradycyjny kraj, to niech sobie robią
Invocatio Dei, ale nie tu u nas, w Europie", jest głosem
zapatrzonego w siebie współczesnego laickiego fundamentalizmu!
Co współtwórca polskiej konstytucji
sądzi o prezydenckim projekcie nowelizacji ustawy o referendum...
- Jakieś rozwiązanie prawne sytuacji, w której frekwencja
będzie poniżej 50 proc, trzeba znaleźć, ale zróbmy wszystko,
by ta frekwencja przekroczyła wymagany próg.
Czy Polska powinna poczuwać się
do reprezentowania interesów państw Europy Środkowej i prowadzić
politykę "jagiellońską", czy raczej powinniśmy skoncentrować
się na sobie, starając się uczynić zadość wymaganiom Unii?
- To nie są rzeczy sprzeczne. Odwrotnie. To są rzeczy współzależne.
Tylko wtedy możemy odgrywać istotną rolę w regionie, jeśli
sami nie będziemy słabym ogniwem tego regionu. Roli lidera
nie odgrywa się tylko dlatego, że się ma 40 mln mieszkańców,
a inni mają mniej. Wszystkie pozostałe kraje nie lubią, jak
im się mówi, że Polska jest największym krajem i z tego tylko
tytułu ma być ich reprezentantem. To jest kwestia, na ile
my sami potrafimy uszanować zasady partnerstwa z tymi krajami.
Myślę, że bardzo pozytywnym przykładem polskiej roli w regionie
była ostatnia konferencja ukraińska, którą zorganizował prezydent
Kwaśniewski.
Jak sprawić, by nasze partnerstwo
ze Stanami Zjednoczonymi nie było utożsamiane z brakiem lojalności
wobec Unii Europejskiej?
- Tu trzeba bardzo rozumnej polityki. Trzeba rozumieć potrzebę
dalszej amerykańskiej obecności w Europie, ale też nie można
kierować się nieograniczonym zaufaniem do prezydenta Busha.
Trzeba również rozumieć opory Europy i świata, że skoro ma
być interwencja w Iraku, to niech będzie za zgodą ONZ. Nie
możemy przy okazji rujnować prawa i ładu międzynarodowego.
Dlatego pokrzykiwania niektórych publicystów, np. Jerzego
Marka Nowakowskiego, który w swym myśleniu politycznym jest
bardziej amerykański niż Amerykanie, wydają mi się nie na
miejscu. Jeżeli sam Zbigniew Brzeziński jest powściągliwy
i martwi się, czy interwencja w Iraku nie będzie oznaczać
zaniechania w dokończeniu spraw Afganistanu... A więc nie
bądźmy bardziej amerykańscy niż sami Amerykanie.
Czy Pan podpisał apel wawelski?
- Mam żal, bo moi przyjaciele krakowscy...
...Raczej panowie krakowscy...
- ... (śmiech) Tak, panowie krakowscy mnie na tego 11 listopada
nie zaprosili.
Ale gdyby Pan był, toby Pan podpisał.
- Bez wątpienia.
No to proszę posłuchać. "Niestety,
są tacy, którzy wniosek o konieczności wstąpienia do Unii
bez względu na warunki już sformułowali. W Krakowie przedstawiła
go grupa polityków, artystów uczonych i przedsiębiorców, a
także duchownych. Oświadczenie powyższe nie zawiera żadnej
merytorycznej analizy warunków akcesji. Próżno szukać w nim
wsparcia dla polskich postulatów wobec Unii. (...) Działanie
takie uznać należy za co najmniej nierozważne".
- Znam list Ryszarda Bugaja, Zbigniewa
Romaszewskiego, Jana Olszewskiego, Jarosława Kaczyńskiego
i innych i z ich opinią się nie zgadzam.
Ale nie zgadzam się też z opinią, że
nie ma o czym gadać. Dlatego publicznie wystąpiłem z propozycją,
że Polska Fundacja im. Roberta Schumana, której jestem współzałożycielem,
stworzy płaszczyznę do takiej debaty. Rozmawiałem i z Jarosławem
Kaczyńskim, Ryszardem Bugajem, i z prof. Andrzejem Zollem.
I taka debata się odbędzie 10 grudnia."
Debata społeczna - piszą sygnatariusze
listu - powinna być wolna od dzielenia jej uczestników na
dobrych i złych patriotów w zależności od tego, czy chcą akcesji,
czy są jej przeciwnikami".
- Ja się z tym zgadzam. Oczywiście,
że nie należy ludzi, którzy mają wątpliwości, oceniać jako
nie dość patriotycznych, ale nie należy też ludzi, którzy
widzą potrzebę zdecydowania, odsądzać od czci i wiary. Trzeba
zaprzestać oskarżeń, które padały także przy uchwalaniu konstytucji,
że ci, którzy są za wstąpieniem, to Targowica, i że chcą wstępować
na klęczkach, bo to też nieprawda.
Mam nadzieję, że media nadadzą tej debacie
echo, choć wiem, że jedna debata niewiele załatwi. Trzeba
się liczyć z tym, że sprawy nabiorą ostrości tuż przed referendum
i że głosy negatywne będą zawsze formułowane.
Czy sprawa akcesji nie powinna
być objęta ponadpolitycznym konsensusem, że - owszem - toczymy
debatę, ale zgadzamy się co do zasadniczej jej części, że
Unia to nasza wielka cywilizacyjna szansa.
- Wiele razy mówiłem, jeszcze za rządów
Jerzego Buzka, i teraz to mówię za rządów Leszka Millera,
że istnieje niebezpieczeństwo, iż przed referendum jeszcze
raz pogłębi się już w znacznej mierze anachroniczny podział
na Polskę posierpniową i Polskę postkomunistyczną. Otóż uważam,
że te dwie wielkie historyczne opcje muszą razem wprowadzać
Polskę do Unii. To nie może być tak, że jedni mówić będą,
tak do Unii, ale nie z Millerem, a drudzy będą mówić: "myśmy
wynegocjowali więcej niż oni i to my wprowadzamy Polskę do
UE". Temu niebezpieczeństwu próbuje zaradzić wielu mądrych
ludzi w Kościele, ale z drugiej strony mamy Radio Maryja i
LPR, które mówią, że to zdrada, i Samoobronę, która mówi,
że UE niszczy Polskę. Oczywiście, że z tymi ekstremami dialogu
nie ma. Ale tylko z ekstremami, bo one tego dialogu po prostu
nie chcą. Z partiami, które się wahają, a nawet z tymi, którzy
żonglują sprawą europejską, dialog jest absolutnie konieczny.
Wracam do pytania z początku naszej
rozmowy. Czy Pan śpi spokojnie? Bo ja wcale nie uważam, że
referendum jest wygrane.
- No więc, nie śpię spokojnie, ale i
nie patrzę na to, co się dzieje, bezradnie. Uważam, że trzeba
działać. I trzeba robić wszystko, by nie upowszechniła się
fałszywa teza, że "oni jednak chcą nas wykiwać".
Czy Polsce grozi członkostwo drugiej
kategorii?
- Postanowienia szczytu w Nicei pokazują
raczej coś wręcz przeciwnego. Mamy pozycję piątego państwa
Unii, równorzędną z pozycją Hiszpanii. Ale też trzeba pamiętać,
jak było z tą Niceą. O mały włos odebrano by nam jakieś głosy.
Powiedzmy sobie szczerze, gdzie
nam do ekonomicznego potencjału Hiszpanii!
- No właśnie. Natomiast, co zaś dotyczy
rolników, mam nadzieję, że uda się nam jeszcze ich sytuację
poprawić. Ale czy polskiej wsi będzie lepiej, gdy nie wejdziemy
do Unii? Krótko mówiąc, na wyrównanie sytuacji rolników Unii
i Polski potrzeba trochę czasu. Przecież my również narzucamy
Unii pewne okresy przejściowe. Ale podzielam też argument,
że jeśli teraz Unia będzie skąpa dla krajów kandydujących,
tym większe później będzie miała kłopoty z wyrównywaniem poziomów
w krajach nowych członków.
Jak Pan odebrał wypowiedzi Jarosława
Kaczyńskiego? Czy opóźnienie wstąpienia do UE mogłoby przynieść
Polsce jakieś konkretne korzyści?
- Nie zgadzam się z tą tezą. Nasze opóźnienie
skutkowałoby w ten sposób, że fundusze przeznaczone dla Polski
wykorzystałyby inne kraje, a my byśmy w tym czasie czekali.
Po wtóre, nie ma pewności, że po odłożeniu akcesji Polska
uzyskałaby lepsze warunki członkostwa, bo niby dlaczego? I
wreszcie, do kiedy mielibyśmy czekać?
Natomiast zastanawiam się, czy gdyby
owa ostatnia noc negocjacji przedłużyła się o jeszcze jedną
czy parę nocy, to czy byłoby to takie dramatyczne? Myślę,
że nie.
W jaki sposób objaśnia Pan sobie
dwa sprzeczne ze sobą zjawiska - z jednej strony optymistyczne
sondaże dotyczące unijnego referendum, a z drugiej wzrost
poparcia dla partii radykalnie antyunijnych: LPR i Samoobrony?
- Nie jestem pewien, czy popularność
Samoobrony wzrasta na tle problemu europejskiego. To jest
raczej negacja porządku prawnego połączona z demagogią. Co
do LPR to rzeczywiście istnieje straszenie Europą. Bp. Pieronek,
komentując wypowiedź Ojca Świętego w parlamencie włoskim,
napisał w "Tygodniku Powszechnym", że teraz żaden
katolik - ani duchowny, ani świecki - nie będzie w Polsce
mógł deformować stanowiska Papieża, bo on bardzo jasno wypowiedział
się za integracją. Otóż je nie jestem takim optymistą jak
bp Pieronek. Inwencja LPR jest nie do przecenienia.
Cóż, im bliżej referendum, tym ostrzejsza
będzie polaryzacja.
|