|
Jedwabne - Rozpaczliwe poszukiwanie
pozytywow
Anna Bikont
Gazeta Wyborcza, 23-24 marca 2002
Opowieść o Krzysztofie Godlewskim, który
odebrał wczoraj Nagrodę im. Jana Karskiego za swą postawę
jako burmistrz Jedwabnego. Funkcji tej już nie pełni. Za zorganizowanie
obchodów rocznicy wymordowania jedwabińskich Żydów został
zmuszony przez radnych do dymisji. Żadnych innych zarzutów
mu nie stawiano
Pierwszy raz rozmawiałam z burmistrzem
Krzysztofem Godlewskim przeszło rok temu. Przyszłam do urzędu
gminy po zebraniu mieszkańców 7 lutego 2001 r. - jedwabiński
proboszcz ks. Edward Orłowski wygłaszał podczas niego przemówienie
"w obronie dobrego imienia Polaków" ("Nie chodzi
tylko o szkalowanie Jedwabnego, ale całego narodu"),
a zebrani kolejno opowiadali o Żydach, którzy po wkroczeniu
Sowietów wstąpili do NKWD i wywozili Polaków na Sybir. Już
od miesięcy było wtedy głośno o sprawie Jedwabnego. Trwało
prowadzone przez Instytut Pamięci Narodowej śledztwo, które
miało ustalić, co dokładnie stało się 10 lipca 1941 r. i jaki
był udział Polaków w spaleniu w stodole jedwabińskich Żydów.
Godlewski wypowiadał się w zupełnie
innym tonie. - Okrutnie wymordowano obywateli jedwabińskich
narodowości żydowskiej. Mieszkańcy wypowiadali się na tematy
zastępcze, jak współpraca Żydów z NKWD. Tymczasem z chrześcijańską
pokorą musimy przyjąć fakt tej zbrodni. Napis na postawionym
w latach 60. pomniku głoszący, że Żydów zabili faszyści, powinien
zostać zmieniony.
Spytałam, jak zamierza to przeprowadzić
w mieście, gdzie ksiądz wzywa swych parafian do obrony przed
prawdą. Godlewski wydawał się spokojny.
- W zbrodni brała udział garstka mieszkańców
- mówił. - W 1949 r. było śledztwo, ludzi skazali na więzienie.
To było stalinowskie śledztwo. Może udałoby się udowodnić,
że kogoś skazano niewinnie, to by przekonało mieszkańców,
że IPN chce dojść do prawdy. Wtedy dowiedzą się też, że sporo
osób uniknęło sprawiedliwości. To naturalna reakcja ludzi,
że jak jest możliwość wyboru, przyjmuje się łatwiejszą prawdę.
Ale widzę po radnych, jak stopniowo i do nich dociera ta trudniejsza
prawda.
I wtedy właśnie wszedł jeden z radnych
z pomysłem, by wyryć na pomniku, że posądzanie o mord Polaków
jest kłamstwem i oszczerstwem. Godlewski, wysoki, z sumiastym
wąsem, obdarzony talentem aktorskim, stał za nim i robił do
mnie rozpaczliwe miny, zasłaniał oczy, uszy, wznosił ręce
do nieba.
Dowiedziałam się od niego, że nie pochodzi
stąd, jego rodzice zamieszkali tu, gdy miał kilkanaście lat.
Po szkole średniej w Jedwabnem zdał na elektronikę na Politechnice
Gdańskiej. Pracował w Zakładach Bawełnianych w Łomży, jako
nauczyciel w Jedwabnem, jako urzędnik w gminie. W 1992 r.
został burmistrzem, to już była jego trzecia kadencja. Ma
żonę nauczycielkę i trójkę dzieci.
Nie pasował do roli samotnego szeryfa.
Przeciwnie - wesoły, sympatyczny brat łata, raczej typ osoby,
która nie chce się nikomu narazić.
Jego konflikt z radą miasta zaczął się
10 lipca 2000 r., kiedy to w rocznicę zbrodni wraz z przewodniczącym
rady Stanisławem Michałowskim złożyli pod pomnikiem wieniec
z napisem: "Pomordowanym mieszkańcom Jedwabnego narodowości
żydowskiej ku pamięci i przestrodze - społeczeństwo".
Wcześniej przeczytali "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa
i artykuły Andrzeja Kaczyńskiego w "Rzeczpospolitej".
Choć szli jako reprezentanci władz miasta, wiązankę kupili
za własne pieniądze. Musieli czuć, że rada nie zgodziłaby
się na taki wydatek.
Na następnej sesji radny Stanisław Jańczyk
postawił wniosek o kupienie Godlewskiemu i Michałowskiemu
jarmułek, by podkreślić "antypolski charakter ich działań".
Potem już radzie nic się nie podobało, a najmniej to, że burmistrz
przyjmował w urzędzie zachodnich dziennikarzy i telewizje.
Innymi słowy - Żydów.
Na przestrzeni roku wiele razy prowadziłam
z Godlewskim jedną i tę samą rozmowę. Ja relacjonowałam mu,
jakie antysemickie kwestie wygłosił któryś z jego radnych,
a on powtarzał swoje: - Mieszkańcy Jedwabnego znaleźli się
pod ostrzałem, są oskarżani o zbrodnie, a przecież ci, którzy
żyją tu dzisiaj, ich nie popełnili. Dlatego tak trudno im
przyjąć, że to tutaj tych zbrodni dokonano. Muszą dojrzeć
do dźwigania tego ciężaru. To wymaga czasu, ale obserwuję
powolną przemianę.
Przemiana jednak nie następowała.
Nie bronić złego imienia
Gdy na początku marca 2001 r. prezydent
Kwaśniewski pierwszy raz powiedział, że Polacy z Jedwabnego
dokonali tej zbrodni i że powinniśmy za to przeprosić, w mieście
rozległy się głosy: "Żyd przyjedzie przepraszać Żyda",
a na zwołanym pospiesznie zebraniu mieszkańców postanowiono
zawiązać Komitet Obrony Dobrego Imienia Miasta. Z serwisu
PAP-u dowiedziałam się, że na czele Komitetu stanął burmistrz.
Zadzwoniłam do niego.
- Nie obawia się pan, że celem Komitetu
jest zatuszowanie prawdy?
- Chcemy przeciwstawiać się przypisywaniu
zbiorowej odpowiedzialności mieszkańcom Jedwabnego. Przecież
większość z nich przyjechała tu po wojnie. A każdą prawdę
przyjmiemy, nawet tę najbardziej bolesną.
Nazajutrz Godlewskiego utwierdził w
przyrodzonym optymizmie wywiad kard. Glempa dla Radia Józef.
Prymas mówił, że "mord dokonany przez spalenie żywcem
ludności żydowskiej spędzonej siłą przez Polaków do stodoły
jest niezaprzeczalny" i że "łączy się to z uznaniem
odpowiedzialności pokoleniowej, która polega na przeproszeniu
Boga za grzechy przodków". - Wiedziałem, że musi się
coś przełamać - mówił rozpromieniony Godlewski. - Komitet
powinien wyjść naprzeciw orędziu Prymasa. Zastanawiam się
nad spektakularną akcją, żeby pociągnąć za sobą grupę ludzi
i iść pomodlić się w miejscu mordu, klęknąć tam wspólnie.
Gdy następnego dnia ponownie rozmawiałam
z burmistrzem, był mniej optymistyczny. - W mieście słyszę
całkiem inne interpretacje kazania Prymasa - że musimy przeciwstawić
się nagonce Żydów na Polskę. Albo Komitet przyjmie oświadczenie
zgodne z moim rozumieniem przesłania Prymasa, albo odejdę.
Cała nadzieja w tym, że biskup łomżyński Stanisław Stefanek
przyjedzie z dobrym, jednoznacznym kazaniem.
11 marca biskup Stefanek powiedział
podczas mszy w miasteczku o "niespotykanym ataku na Jedwabne"
i o "inspiratorach rozpętujących spiralę nienawiści".
Burmistrz zrezygnował z przewodniczenia Komitetowi.
Mówił mi: - Wszedłem tam z nadzieją,
że uda się wypracować stanowisko pojednawcze. Chciałem przytemperować
tych, którzy zamiast w poście głowy posypać popiołem, chcieli
bronić złej sławy miasta. Dobrego imienia można przecież bronić
przez przyznanie się do winy. Uważałem, że nie mogę zostawić
mieszkańców na pastwę krzykaczy.
Wytrwał kilkanaście dni, ale ten krótki
czas wystarczył, by przez kolejne miesiące przychodziły do
niego entuzjastyczne listy z poparciem, wiele z nich od chicagowskiej
Polonii. "Solidaryzujemy się z panem. Jedwabne to goebbelsowska
prawda w wydaniu żydowskim"; "Szanowni państwo,
nie zgadzajcie się, żeby robili tu jakiś cmentarz. Nawet w
Ewangelii jest napisane, że Żydzi to żmijowe plemię. Działajcie
tak, aby mniejszość nie była większością. Grupa Otwartej Integracji
Polskich Organizacji Patriotycznych".
Po oświadczeniu prezesa Kongresu Polonii
Amerykańskiej Edwarda Moskala wyrażającym oburzenie z powodu
oskarżenia Polaków o zbrodnię w Jedwabnem, a kończącym się
słowami: "Postanowili Żydzi, by Polska nie była Polską,
ale by wyglądała na przedmieście Izraela", Leszek Bubel,
redaktor naczelny antysemickiego pisemka "Tylko Polska",
przekonał część radnych, że trzeba nadać Moskalowi honorowe
obywatelstwo miasta. Był już wtedy na trwałe wpisany w krajobraz
miasta. Przyjeżdżał często, uczestniczył w otwartych posiedzeniach
rady, jadał obiady u proboszcza i objeżdżał radnych.
- Wydzwania do mnie w sprawie tego obywatelstwa
- opowiadał mi Godlewski. - Mówi: "Pan może zrobić karierę,
jak pan będzie mówił to, co ludzie chcą słyszeć. Pan ma szansę
stać się kimś, zabłysnąć, przejść do historii".
Może by nawet inicjatywa Bubla przeszła,
gdyby nie to, że przewodniczący rady miasta Stanisław Michałowski
wyprosił go z jej posiedzenia.
Dymisja za drogę
Ta część mieszkańców Jedwabnego, która
głośno krzyczała, że i tak wszystkiemu są winni Żydzi - choć
była to tylko garstka ludzi - zaczęła wieść prym w mieście.
Pozostali mieszkańcy zostali przez nich zastraszeni, dostawali
telefony z pogróżkami, obrzucano ich na ulicy czy w sklepie
epitetami, najczęściej "ty żydowski pachołku".
Najbardziej aktywni negacjoniści pochodzą
z pokolenia obecnych 40-latków, najczęściej z rodzin spokrewnionych
bądź spowinowaconych z tymi, którzy brali udział w zbrodni
i byli skazani w 1949 r. Na straży zafałszowanej pamięci stanęło
drugie pokolenie. Wcześniej byli sfrustrowanymi ludźmi żyjącymi
w miasteczku bez perspektyw i nadziei, z dala od głównych
szlaków i wielkich spraw. Teraz poświęcali im swój czas ludzie
ze świecznika, politycy, jak poseł ZChN Michał Kamiński czy
senator Jadwiga Stokarska. Odwiedzały ich znane osobistości,
np. reżyser filmowy Bohdan Poręba. Podtrzymywały ich na duchu
autorytety, jak profesor Tomasz Strzembosz. A gdy wybierali
się do Ameryki - wyjazd na saksy to w tych stronach jedno
z podstawowych źródeł utrzymania - mieli pewność, że powita
ich owacyjnie chicagowska Polonia i pomoże znaleźć pracę.
Godlewski z Michałowskim, jako burmistrz
i przewodniczący rady, zobowiązani byli do przygotowania miasta
na przyjęcie gości, którzy mieli przyjechać na zapowiedziane
przez prezydenta uroczyste obchody 60. rocznicy mordu. Atmosfera
w mieście była taka, że najdrobniejszy akt poparcia dla nich
oznaczał akt odwagi. Godlewski odnotowywał je skrupulatnie,
pomagały mu zachować wiarę w ludzi.
- Usłyszałem od kolegi: "Masz rację,
korona ci z głowy nie spadnie, jak powiesz przepraszam"
- i zrobiło mi się ciepło na sercu. Jak woda rybie, tak Jedwabnemu
jest potrzebne, by jego mieszkańcy pokazali się od dobrej
strony. Inny kolega mi mówił, że jego dwie ciotki mieszkające
dziś koło Pisza przez cały 10 lipca 1941 r. piekły placki,
zanosiły je tam, gdzie były stawy za dworem, to było zarośnięte,
opustoszałe miejsce, dobre do ukrycia się, i placki znikały.
Chciałbym, żeby to powiedziały głośno, żeby stało się jasne,
że mieszkańcy Jedwabnego też współczuli Żydom i ich ratowali
(okazało się, że ciotki za żadne skarby nie chcą publicznie
o tym opowiedzieć).
- Mówili przedtem: żadnych Żydów, żadnych
bożnic, żadnych grobów, zaoramy drogę w poprzek. Ale ostatnio
na zarządzie zaczyna się zmieniać (okazało się w pewnym momencie,
że zarząd miasta postanowił wstrzymać prace nad drogą prowadzącą
do pomnika).
- Ja sobie to tak wyobrażam, że wnuk
rabina Bakera, który wyemigrował przed wojną do Stanów, a
jego rodzina zginęła w Jedwabnem, i wnuk mordercy podają sobie
rękę. Albo choćby ja wymieniam uścisk z Bakerem. Tylko żeby
to nie było nadęte przywitanie, ale takie, żeby komuś łza
się zakręciła, coś poruszającego, żeby ludzie sami z siebie
uklękli. Chciałbym powiedzieć: "Bracia Żydzi, którzy
się tu urodziliście, jesteśmy wzruszeni tym, że was u nas
gościmy" (okazało się wkrótce, że rada zabrania Godlewskiemu
reprezentowania miasta w czasie obchodów).
Wszystko szło jak po grudzie. Burmistrzowi
udało się zdobyć od "góry" pieniądze na remont rynku
i drogi na cmentarz, bo rada za nic nie chciała dołożyć z
pieniędzy gminnych. Ale problemy piętrzyły się dalej. Przy
zmianie planu zagospodarowania miasta (formalności, bez której
nie dałoby się postawić pomnika) wszyscy obecni radni poza
Michałowskim wstrzymali się od głosu. Dopiero później zorientowali
się, że wniosek przeszedł jednym głosem - przewodniczącego.
Na posiedzeniach rady Godlewski powtarzał:
"Mamy tylko zrobić to, co każdy chrześcijanin powinien
robić, zabezpieczyć godne miejsce pochówku". Próbował
raz namówić radnych, by tam, gdzie stała synagoga, tuż obok
rynku - a teraz stoi czyjaś stodoła - postawić znak, a może
ten kawałek ziemi odsprzedać gminie żydowskiej. Usłyszał,
że chce całe Jedwabne odsprzedać Żydom. Wiceprzewodniczący
rady Piotr Narewski, rolnik, mówił: "Burmistrz jest wykształcony,
dlatego myśli inaczej niż my".
Już zapowiedziano oficjalne uroczystości,
a w Jedwabnem nic nie było przygotowane. Nawet ziemi pod pomnik
nie udawało się kupić. Henrykowi Biedrzyckiemu, którego dziadek
udostępnił stodołę na spalenie Żydów, Bubel zaproponował 100
tys. zł. Po długich pertraktacjach Biedrzycki zgodził się
w końcu sprzedać ziemię państwu za cenę dwukrotnie niższą.
Na początku czerwca 2001 r. teren okalający
dawną stodołę zamaskowano zieloną siatką i obstawiono policją.
Prowadzona przez IPN ekshumacja wywołała wielkie poruszenie
w mieście. - Siedzę w poczekalni u dentysty - opowiadał mi
Godlewski - a tu wpada człowiek wykształcony i do mnie z pretensjami:
"Ty tu siedzisz, a tam kości dowożą". W mieście
uważano, że dowiozą kości, tak by wyszło na to, że zginęło
tylu Żydów, "ile chciał Gross" - 1600.
Do miejsca mordu i położonego naprzeciw
niego cmentarza żydowskiego prowadziła wiejska droga, która
rozmiękała w czasie deszczu. Właśnie przedsiębiorstwo remontowe
miało przystąpić do jej asfaltowania, kiedy - jak usłyszałam
- Bubel zarządził: "Dalej już chłopcy nie robimy".
To znaczy przekonał zblatowanych radnych, żeby zagłosowali
tak, by wstrzymać budowę uliczki wiodącej do pomnika.
- Nikogo to nie obchodzi - relacjonował
mi Godlewski - że są już zatrudnione firmy na całość robót.
Przecież wojewoda cofnie nam dotację i cały remont rynku będziemy
musieli pokryć z własnej kieszeni. Miasto się nigdy nie wypłaci.
Większość tak rozumuje: "Dają nam pieniądze, trzeba brać,
a zrobimy z tym, co chcemy. Poprawimy rynek, nie drogę do
cmentarza". Chcą za wszelką cenę zostawić prace tak,
że fizyczną niemożliwością będzie dotrzeć do pomnika. Zaproponowałem
im swoją rezygnację w zamian za ukończenie drogi. Powiedziałem:
"Uznaję, że popełniłem błąd, i złożę urząd, ale dokończmy
to, co zaczęliśmy, bo miasto będzie musiało za to płacić".
Wystąpił radny Dmoch: "To składaj od razu rezygnację,
na co czekasz?".
Głosowanie w sprawie drogi skończyło
się wynikiem 7:7. Drogę udało się skończyć, ponieważ głos
przewodniczącego rady w sytuacji pata liczy się podwójnie.
- Rozpaczliwie poszukuję pozytywów - mówił mi Godlewski zaraz
po głosowaniu. - Tych siedmiu, którzy głosowali za kontynuacją
drogi, pewnie jest rozsądniejszych od innych - przestraszyli
się, że tyle pieniędzy pójdzie na marne. Ale chcę wierzyć,
że oni pojawią się na uroczystości, że przyjdzie więcej niż
połowa mieszkańców.
Najbardziej cierpimy my
Godlewski dotrwał do 10 lipca 2001 r. jako burmistrz. W oświadczeniu
rady z czerwca można przeczytać, że odcina się ona od uroczystości,
a także "nie wyraża zgody na zabieranie głosu i wyrażanie
opinii" w jej imieniu przez przewodniczącego i burmistrza.
Cały wysiłek organizacji obchodów ze strony miasta spadł na
ich barki, a do tego Godlewskiemu zabroniono się tym zajmować
w godzinach pracy.
- Deszcz pada, roboty rozkopane, nikt nam nie pomaga - opowiadał
mi, gdy przyjechałam przed obchodami popatrzeć, jak sobie
radzi. - To długotrwały stres przekładany na paczki wypalanych
papierosów. A koledzy tylko zwracają się do mnie z propozycjami
nie do odrzucenia - żebym na ten dzień wziął urlop albo wyjechał
na badania do szpitala. Mój ojciec siedział we Wronkach kilka
lat za AK, to teraz opowiadają kłamstwa, że też brał w tym
udział, głowę żydowską kopał, i że teściowa, która mieszka
w Stanach, wyszła za rabina.
Kiedyś wszedł na jakieś spotkanie radnych i burmistrzów z
województwa łomżyńskiego, powiedział "dzień dobry",
ktoś odpowiedział "szalom" i wszyscy wybuchnęli
śmiechem. W aptece usłyszał za sobą szept: "O, ten Żyd
Godlewski". Kolejni znajomi, po których się tego nie
spodziewał, przekonywali go, że to żydowski spisek i chodzi
o odszkodowania.
W programie lokalnej telewizji mówił o dwóch marzeniach -
żeby czasem nowożeńcy poszli złożyć kwiaty na cmentarzu, tak
jak to ma miejsce w Katyniu, i żeby pomnik stał się jedną
ze stacji drogi krzyżowej. W lokalnej radiostacji powiedział,
że pójdzie na uroczystości z potrzeby serca. Wielu mieszkańców
odczuło to jako zniewagę. Czuł na sobie ich niechętne spojrzenia.
Jeden zaczepił go przed obchodami: "K..., zastrzelę,
jak tylko ktoś mi wejdzie w żyto".
10 lipca 2001 r. Krzysztof Godlewski przemawiał na rynku,
zwracając się do rodzin pomordowanych: "Przypadł mi zaszczyt
przemówienia w imieniu władz samorządowych i mieszkańców.
Witam was na gościnnej jedwabińskiej ziemi. Jestem wzruszony,
że spotykamy się dziś, by dać świadectwo prawdzie".
Rozmawiałam z nim zaraz po skończonych uroczystościach. -
Wszystko się udało, prawda, i chyba dużo było mieszkańców?
- pytał, ledwo przytomny z napięcia.
W wywiadzie dla antysemickiego pisma "Myśl Polska"
proboszcz Orłowski na pytanie, kto z mieszkańców Jedwabnego
brał udział w uroczystości 10 lipca, odpowiedział: - Można
ich policzyć na palcach jednej ręki.
- Co zadecydowało o tak niezłomnej postawie? - dopytywał
dziennikarz.
- My, mieszkańcy Jedwabnego, znaliśmy prawdę i znaliśmy cenę
kłamstwa.
Próbowałam na własną rękę policzyć, ilu ich było. Nie szło
mi o gapiów, którzy przyszli na rynek popatrzeć na prezydenta
w mycce (najszerzej komentowane wydarzenie tego dnia), ani
o grupki młodych mężczyzn, którzy na prowadzącej ku cmentarzowi
drodze wykrzykiwali w kierunku przyjezdnych: "Żydki",
a później zagłuszali mowę rabina Bakera muzyką z magnetofonów.
Chodziło mi o tych, którzy zdecydowali się wziąć udział w
milczącym pochodzie drogą prowadzącą niegdyś do stodoły -
ostatnią drogą jedwabińskich Żydów.
Obejrzałam z zaprzyjaźnionymi jedwabnianami nagraną na wideo
relację z uroczystości pokazywaną w telewizji. Moi przewodnicy
wyłuskali z tłumu kilka pojedynczych osób - mieszkaniec wioski
pod Jedwabnem, nauczycielka, sprzątaczka... Może proboszcz
trochę umniejszył rachunek, może należałoby dołożyć jeszcze
kilka palców z drugiej ręki. Ale nie więcej.
Odwiedziłam tych kilka osób. Prosiły, bym nie wymieniała
ich z nazwiska.
- Pomyślałem, że niech już się stanie, co się ma stać - opowiadał
mi jeden z uczestników, bezrobotny. - I poszedłem z nożem
schowanym za mankiet. Jak wracałem z cmentarza, słyszałem
zaczepki: "Gdzie pejsy masz?", "Do Izraela
wyjeżdżasz?", "Po ch... tam łaziłeś?".
- I tak wystarczająco ciężko się nam tu żyje, żebym moje
nazwisko podawała - tłumaczyła mi inna uczestniczka, nauczycielka.
- Jedyny akceptowany tu model życia to w niedzielę dać na
tacę, potem cały tydzień pić, tłuc żonę i nadawać na Żydów.
Posłuchałaby pani, co się mówi w pokoju nauczycielskim. Jest
takie zacietrzewienie, że żadne argumenty nie dochodzą. Już
najspokojniej to żaliła mi się koleżanka, że mieszka w domu
komunalnym, nic wcześniej nie wiedziała, że to mienie pożydowskie,
a teraz przyjdą Żydzi, zabiorą i gdzie jej córka z dwójką
dzieci się podzieje. Dzieci na okrągło opowiadają kawały o
Żydach, na lekcji potrafią wstać i zapytać, po co ich tylu
jest w Polsce. Raz próbowałam zwekslować temat, mówiłam, że
czują się zagrożone, ponieważ nie wiedzą nic o Żydach, że
w ogóle potrzebna jest im wiedza, wtedy łatwiej w życiu, na
co uczeń wstał: "A po co mi się uczyć, jak i tak Żydki
rządzą?". Na lekcji o noweli Konopnickiej "Mendel
Gdański" dzieci mówiły, że dobrze byłoby tego Mendla
ukamienować. A jak koleżanka zadała raz pytanie, jak wyobrażają
sobie inne nacje, to to, co dzieci wypisywały o Żydach, po
prostu wstyd opowiadać. Powtarzało się, że Żydzi ognia się
boja
Jedna radna oglądała uroczystości z okna na rynku zza firanki.
Gdy Godlewski miał przemawiać, skomentowała: "No, przywitaj
ich teraz, k..., przywitaj, to jutro nie będziesz pracował".
Kiedy po obchodach przyszedł do urzędu, ktoś przywitał go
słowami: "To ty jesteś w Polsce? Jeszcze cię Żydzi nie
zabrali do Ameryki?".
- Nie mogę ich wyleczyć. Mam już dosyć - mówił, gdy spotkałam
się z nim nazajutrz po uroczystościach. - To się cały czas
powtarza, że my interes robimy, że nas Żydzi sponsorują. Oni
są przekonani, że jesteśmy razem ze Staszkiem Michałowskim
sprzedawczykami, że musieliśmy za to coś dostać.
Chwalić Boga cisza
W Jedwabnem większość jest przyjezdnych i ci nie mają w sobie
tej zaciętości co niektórzy rodowici mieszkańcy, ale mają
skądinąd zrozumiałe poczucie krzywdy, że odium tamtego czasu
spadło na nich. Tym, co łączy jednych i drugich, jest odmowa,
niechęć, by współodczuwać cierpienie.
Gdy nazajutrz po uroczystościach 10 lipca wróciłam do Jedwabnego,
zabrałam ze sobą mieszkającego w Izraelu Jakuba Pecynowicza
i jego trzy córki. Pecynowicz w czasie okupacji sowieckiej
był wcielony do wojska, dlatego przeżył, większość jego rodziny
spłonęła w jedwabińskiej stodole. Pecynowicze mieszkali na
końcu ulicy Przytulskiej, mieli młyn. W tym miejscu stoi dziś
stacja benzynowa. Z domu obok wychyliła się przez płot młoda
kobieta.
- Tu my obok mieliśmy młyn - zagadnął Jakub Pecynowicz, malutki
pan o nieśmiałym uśmiechu.
- Najbardziej cierpimy my, którzy tu nie mieszkaliśmy.
- Tam była droga do cmentarza. To była nasza prywatna droga
- ciągnął Pecynowicz, uśmiechając się dalej.
- Czemu nasze dzieci mają przez to cierpieć?
- Dom był cały z drzewa. Parterowy, długi, a dalej kaszarnia
i olejarnia. Miałem braci i siostry, był Josef, Frumka, Mosze,
potem ja przyszedłem na świat i jeszcze Sara i Jenon.
Kobieta przy płocie, już wyraźnie zniecierpliwiona: - Ja
nic nie wiem, co się stało z domem. My pobudowaliśmy sobie
nowy.
Potłuczone świeczki, gnijące wiązanki kwiatów złożonych 10
lipca, wyrwane przewody do lampek, które w nocy miały oświetlać
pomnik - taki widok zastałam, gdy w sierpniu zeszłego roku
przyjechałam do Jedwabnego. Usłyszałam, że szef zakładu oczyszczania
miasta boi się tam sprzątać, bo zaraz przyjdzie nowy burmistrz,
który może go za to zwolnić z pracy, a o pracę tutaj wyjątkowo
trudno. Rzeczywiście, bezrobocie obejmuje jedną trzecią mieszkańców
miasteczka.
Rozmawiałam o tym z dyrektorem zakładu oczyszczania miasta
Waldemarem Barbachowskim. Tłumaczył, że sprzątanie cmentarza
nie wchodzi w zakres jego obowiązków, że musi mieć stałe pisemne
zlecenie. Pytałam, czy czeka na takie zlecenie, by uporządkować
teren przed cmentarzem katolickim. - Czasem świadczymy takie
usługi - przyznał.
- Moja rodzina nie pochodzi z Jedwabnego - opowiadał - i
nigdy wcześniej nie słyszałem o tym, co stało się 10 lipca
1941 r. Jak byłem chłopcem, wszyscy chodziliśmy na orzechy
na tzw. mogiłki, czyli żydowski cmentarz, a temat spał. Jak
się obudził, to nasz zakład dostał pracę. A sytuacja była
kryzysowa, żadnych zleceń nie było, ten rok mógł być dla pracowników
kataklizmem. I wtedy pojawiła się szansa - front robót przy
kładzeniu nowej powierzchni ulic dla 14 osób i pieniądze spływające
z ministerstwa równo. A jeszcze mieszkańcy byli zatrudnieni
przy pracach archeologicznych przygotowujących ekshumację.
Dużo dobrego stało się w tym roku dla miasta. Zyskało ogromnie
na swojej infrastrukturze. Trzeba być niewidomym, żeby tego
nie zauważyć. Tu cały czas powtarzano: "Przyjadą, zwiną
dywany, zabiorą, co swoje, i pojadą". Pytałem: "Co,
asfalt zabiorą?". Przecież cały rynek składał się tylko
z wybojów i kałuż. A teraz jest pięknie odnowiony.
- Po 10 lipca już się o Żydach więcej nie mówi - słyszę w
Jedwabnem. Albo: - Mieli swoje żydowskie święto, my w nim
udziału nie brali, a teraz chwalić Boga cisza.
Taka sama cisza jak ta, która trwała od 10 lipca 1941 roku.
O mordzie jeśli w ogóle mówiono, to ściszonym głosem, w gronie
rodzinnym albo po dużej wódce. Przerwała ją na jakiś czas
książka Grossa "Sąsiedzi". Na rynku pojawiali się
coraz to nowi obcy z kamerą albo mikrofonem. Ale po 10 lipca
2001 r. obcy zniknęli. O Żydach przypomina tylko gazetka "Najjaśniejszej
Rzeczypospolitej" wyłożona przy wejściu do jedwabińskiego
kościoła. Parafianie mogą w niej przeczytać, że "lepiej
jest polec wśród boju, niż być pod Żyda kijem".
Trudno, żeby było inaczej, skoro proboszcz Orłowski szeroko
propaguje swoją własną wersję wydarzeń z 1941 r. Wyłuszczył
mi ją szczegółowo, a później słyszałam jeszcze raz, w lutym
tego roku, jak wykładał to wszystko w sali katechetycznej
mieszkańcom. Siedziało wielu starych ludzi, niektórzy z nich
musieli być świadkami wydarzeń z 1941 r. Przytakiwali głowami
księdzu, gdy mówił o wielkich posiłkach niemieckich.
- Zbrodni dokonali gestapowcy z Ciechanowa. Przez Białystok,
Ostrołękę, Suwałki szły meldunki z Berlina z instrukcją, że
trzeba zlikwidować Żydów komunistów. Po rozpoczęciu wojny
Niemcy zidentyfikowali 60 żydowskich jednostek, które walczyły
ramię w ramię z NKWD. Wtenczas postanowiono, że Niemcy muszą
je zwalczyć. Na rynku w Jedwabnem został przeczytany rozkaz
rozstrzelania 60 komunistów. A listę komunistów, których należy
zlikwidować, z Jedwabnego i okolicy, razem z 27 miejscowości,
przekazał do gestapo białostocki Judenrat, który miał na pieńku
z komunistami, bo oni członkom Judenratu za współpracę z gestapo
obcinali uszy i genitalia.
Co więcej, dowodził proboszcz, to właśnie te praktyki, zastosowane
przez Żydów na Żydach, Szmul Wasersztajn opisał w swoim zeznaniu,
kłamiąc, że to Polacy, mieszkańcy Jedwabnego, robili to Żydom.
- Zeznania Żyda Kapłana z białostockiego getta są złożone
w Yad Vashem. Wasersztajn się tego w książce Kapłana naczytał
i te sceny z ksiąg żydowskich przyłożył do Jedwabnego.
- Nie można mówić, że chodziło o Żydów - argumentował dalej
ksiądz - bo nie dlatego ich zwalczano, że Żydzi, ale dlatego,
że walczyli razem z NKWD. A Niemcy mieli już taką zasadę,
że wroga trzeba wyniszczyć do trzeciego pokolenia, stąd spędzono
też rodziny tych komunistów. Na dowód tego, że oni zginęli
nie jako Żydzi, ale jako komuniści, jest znak, że oni zostali
zakopani razem z głową Lenina. No przecież wiadomo, po co
była ta cała ekshumacja. Żeby ten symbol usunąć, który przypominał,
za co ich zabili. Nic innego przecież w czasie ekshumacji
nie zrobiono.
Dalej usłyszałam, że przyjechały do Jedwabnego trzy grupy:
oddziały szturmowe SA, jednostki zmotoryzowane NSDAP i przysposobienie
lotnicze spod Ciechanowa w błękitnych mundurach. I jeszcze
samochód cywili. To byli Mazurzy, którzy mieli się za Niemców,
a mówili po polsku. Ubrani po cywilnemu dla uprawdopodobnienia
wersji, że to zrobili Polacy.
- Przyszedł do mnie dziennikarz na wywiad, z Ameryki - ciągnął
ksiądz. - Mówi mi: "Jestem Żydem", a ja na to: "Od
razu tak pana oceniłem". Spytał, czy Żydzi by przeżyli
w Jedwabnem, gdyby się nie włączyli w komunizm. Odpowiedziałem,
że w każdym razie na pewno żyliby dłużej, bo nie zostaliby
już w lipcu 1941 r. spaleni jako komuniści. Takie są fakty
historyczne.
Według proboszcza Żydzi nie tylko wskazali, kogo zamordować,
ale też Żyd tę usługę wykonał. Całą akcją miał kierować komendant
gestapo na ten region kapitan Marchol.
- Pawłowski vel Marchol to był Żyd z Suwałk - kontynuował
ksiądz. - On wydawał żydowskie jednostki oporu i za zdradę
przeciwko własnemu narodowi awansowali go i dali mu kapitana.
Niemcy protestowali, że on obrzezany, ale Himmler powiedział,
że on decyduje, kto jest Żydem, a kto przyjacielem Rzeszy.
Taka jest prawda.
Ksiądz swoje przemyślenia prezentował już w "Myśli Polskiej"
("Wyłożyłem sto egzemplarzy dla moich parafian i już
następnego dnia nie było ani jednego"). Powtórzyła je
też za nim Jadwiga Stokarska, senator poprzedniej kadencji,
podczas posiedzenia senackiej komisji poświęconego działalności
IPN.
Zapytałam księdza, jak by skomentował doniesienia IPN, że
odkryte w stodole łuski nie zostały wystrzelone w 1941 r.,
ale albo pochodzą z czasu I wojny, albo były wyprodukowane
po 1942 r. Powiedział, że mieszkańcy mają pochowane po domach
inne łuski niż te, o których IPN twierdzi, że znalazł je w
stodole.
- Mam za sobą siedem operacji na nowotwór jelita, usunęli
mi razem 27 centymetrów, i żyję - mówi mi ksiądz Orłowski.
- Jasne, że to dzieło boskie. Im więcej takich klątw nade
mną wisiało, tym prędzej wracałem do zdrowia. Żeby została
powiedziana prawda. A najważniejsze, że moi parafianie zachowali
się właściwie. Kłamstwo uderzyło w nich boleśnie, ale ich
nie złamało. Kłamstwo przeminęło. Jestem dumny z mieszkańców
Jedwabnego.
Mógł chodzić w glorii bohatera
Kiedy w sierpniu 2001 roku Godlewski na posiedzeniu rady
podawał się do dymisji, Bubel siedział rozparty w pierwszym
rzędzie wśród radnych. Dymisję przyjęto gromkimi brawami.
- Bubel podchodził do zakolegowanych radnych i dawał im instrukcje
- opowiadał mi Stanisław Michałowski. - Jak spojrzałem na
jego zadowoloną minę, to mnie aż poderwało, bo uprzytomniłem
sobie jasno, kto tu zwyciężył.
Po sesji Bubel podszedł do Godlewskiego: - Mógł pan chodzić
w glorii bohatera, a teraz co? Zrobił pan Żydom, co chcieli,
i pana zostawili.
Na kilku kolejnych posiedzeniach rady zajmowano się wybieraniem
nowego burmistrza. Byłam obecna na jednym z nich. To był październik,
słoneczna niedziela, tłumnie przybyli mieszkańcy. Atmosfera
była wiecowa. Wystąpienie radnego Dmocha: "Było święto
10 lipca, a konsekwencje poniosło nasze społeczeństwo. Wydatki
publiczne ponieśliśmy my, mieszkańcy, a sala gimnastyczna,
nasze oczko w głowie, jest nieskończona" - powitała burza
oklasków. O tym, że wydatki na "święto 10 lipca"
zostały pokryte na wyższym szczeblu, i jeszcze, dla uspokojenia
nastrojów, dołożono co nieco na salę gimnastyczną, wiedział
oczywiście radny Dmoch, członek komisji budżetowej. Wiedziała
o tym też spora część klaszczących.
Z początku proboszcz Orłowski upatrzył sobie na kandydata
Piotra Narewskiego, rolnika, ale nie dość radnych było gotowych
na niego głosować. Oponenci argumentowali, że radny Narewski
słabo czyta i nie rozumie, co jest napisane w pismach urzędowych.
Dwakroć nie wybrano burmistrza i groziło miastu, że Godlewski
będzie urzędował dalej jako zarządca komisaryczny. Zapytałam
księdza wtedy, kto jest jego faworytem. Wskazał tym razem
na Michała Chajewskiego, weterynarza, o poglądach tych samych
co proboszcz i Narewski, ale o wykształceniu stanowczo wyższym
niż kontrkandydat. W następnym głosowaniu rada wybrała Chajewskiego.
W kuluarach rozmawiałam z radną.
- Burmistrz, którego mieliśmy, był dobry, nic mu nie można
było zarzucić, pierwszy taki, bo przedtem to zawsze były jakieś
machlojki, nadużycia, kombinacje. Tylko przez tych Żydów poszło,
że on ich wpuścił.
- Miał nie wpuszczać?
- I tak źle, i tak niedobrze, bo ja pani powiem prywatnie,
jak myślę. Żyd też jest człowiekiem. Ja nie jestem stąd, ale
uważam, że nie powinny były te polskie rodziny przyłączyć
się do Niemców w czasie mordowania Żydów. Tylko niech pani,
broń Boże, nie podaje mojego nazwiska.
To był jedyny taki spokojny głos. Inni uczestnicy otwartego
posiedzenia rady pokrzykiwali na mnie, że dobrze znają moje
kłamliwe teksty, pytali, dlaczego tak nienawidzę Polaków.
Jeden wykrzykiwał, że jego ojca Szmul Wasersztajn (na którego
relacji oparł swoją książkę Jan Gross) bił w śledztwie na
UB w Łomży w latach 50., czyli kiedy Wasersztajn był już od
dawna na Kubie (zresztą nigdy nie był w UB).
Michał Chajewski zgodził się na rozmowę, ale odpowiadał półsłówkami.
- Przeminęło już i dzięki Bogu. Jeśli czemuś to miało służyć,
to na pewno nie wyjaśnianiu prawdy - taka jest opinia społeczna.
- A czemu naprawdę, pana zdaniem, miało służyć?
- Nie będę się wypowiadał na ten temat.
- Czy werdykt IPN zostanie przyjęty przez mieszkańców Jedwabnego?
- Przy ekshumacji obok zasieków i policji powinni byli być
przedstawiciele społeczności Jedwabnego. A to się odbyło poza
nimi.
- Dorzucano kości?
- Nie będę się wypowiadał.
W wywiadzie dla "Myśli Polskiej" proboszcz Jedwabnego
opowiadał, że Polonia amerykańska z Chicago chce ufundować
w Jedwabnem pomnik. Dostał od tamtejszych działaczy faks z
propozycją napisu: "Ku czci Polaków, którzy oddali życie
w obronie Żydów, oraz tych naszych Rodaków, którzy byli ofiarami
kolaboracji Żydów z Armią Czerwoną i NKWD oraz okupantem niemieckim,
w wyniku czego zostali wywiezieni na Sybir i tam zakatowani
bądź też zginęli w hitlerowskich obozach śmierci". Już
od wielu miesięcy ksiądz rozmawia z mieszkańcami o tym pomniku,
proponował, by uroczystości wmurowania kamienia węgielnego
miały miejsce 10 lipca, tak żeby mieszkańcy też mieli swoje
obchody.
Wojciech Kubrak, starosta ziemi łomżyńskiej, drugi po księdzu
Orłowskim rozgrywający w mieście, gdy pytam go, jaki jego
zdaniem procent mieszkańców Jedwabnego pogodzi się z ostatecznymi
ustaleniami IPN. - Mniejszość - odpowiada. - Bo to odbywało
się ponad społeczeństwem i nie było dialogu. Miasto zostało
spacyfikowane. Społeczeństwo zostało zdegradowane. Teraz mają
być wyniki śledztwa, jak już wszystko zostało w temacie zrobione?
Przez pryzmat samego siebie
- Co pana najbardziej zabolało? - spytałam Godlewskiego.
- Kiedy złożyłem rezygnację i ani jedna osoba nie zabrała
głosu w mojej obronie. Miałem taki dołek psychiczny, że najchętniej
kupiłbym sobie bilet na pociąg dokądkolwiek. Przecież ja nie
chciałem nikogo obrażać. Przekonywałem: "Nie jestem prokuratorem,
ale zróbmy to, co jest do zrobienia. Jak się okaże, że prawda
jest inna, to będzie tylko dla nas lepiej". Powtarzałem:
"Ja tylko mówię, że tu został dokonany straszny mord
i że trzeba uczcić ofiary". Wierzyłem, że najważniejsze
jest, by rodziny zamordowanych, które przybędą na obchody,
zobaczyły ciepło w naszych sercach, a wtedy zrozumieją, że
to zrobiła garstka, nie społeczeństwo.
Próbowałem stworzyć lobby, nie udało się. Jeden z radnych
na przykład opowiadał mi kiedyś historie, które sam zapamiętał
z opowieści rodzinnych i sąsiedzkich, jak i gdzie zabijali
Żydów. A jak mu odmówili wizy do Stanów, to zaczął mówić,
że to przez Żydów, i całkowicie zmienił front. Przez cały
rok tylko słyszałem albo że to nieprawda, albo że tego nie
można wywlekać, bo Żydzi wykorzystają i nas rozgrabią. Nam
nikt nie pomagał. Najwyżej usłyszałem: "Krzysiek, uważaj,
powiesz słowo niepotrzebne, może cię krzywda spotkać".
To są takie rady, że za nimi stoi groźba. Już najżyczliwsze,
co słyszałem, to uwagi typu: "A po ci to, stracisz dobrą
pracę".
Cały czas szukałem tej struny, którą można by poruszyć. Próbowałem
moich rodaków usprawiedliwić przez pryzmat samego siebie sprzed
dziesięciu lat. Byłem podobny do innych jedwabiniaków. Jeszcze
niedawno przecież nie zastanawiałem się nad tym wszystkim
i byłem antysemitą. Może nie aż tak, ale byłem zwolennikiem
spiskowej teorii dziejów. W latach 80. krążył po Jedwabnem
wywiad Hanny Krall z Bronisławem Geremkiem, w którym opowiadają
sobie, jak to oni, Żydzi, nienawidzą Polaków, i ja w to uwierzyłem.
Dopiero z pani tekstu o Jedwabnem dowiedziałem się z ulgą,
że to była ubecka fałszywka. Dostałem opasłą książkę Henryka
Pająka "Piąty rozbiór Polski", przeczytałem drugi
raz i trzeci, i wszystko mi się zgadzało. Bolało mnie, że
jesteśmy w ślepym zaułku, że jestem niepotrzebny, bo Żydzi
opanowali Polskę. Potem rozmawiałem z jedną nauczycielką z
Jedwabnego. Przypomniała mi "Mendla Gdańskiego",
że żyła tu przecież biedota żydowska i że to bzdura, że oni
Polską rządzili.
W innych sprawach się też myliłem, w szkole uległem propagandzie,
wierzyłem, że Rosjanie to przyjaciele, a Amerykanie - imperialiści.
Dlatego pewnie, choć pierwszy raz podsłuchałem rozmowę ze
strasznymi opisami zbrodni, jak miałem 12 lat, nie dotarło
do mnie, że to zrobili sąsiedzi. Byliśmy pod wpływem propagandy,
że są źli Niemcy i dobrzy Rosjanie, i to się w ogóle nie mogło
pomieścić w wyobraźni, że można było współpracować z Niemcami.
Jak mi kolega z klasy mniej więcej w tym samym czasie powiedział
o Katyniu, też nie chciałem uwierzyć. Z czasem zmieniłem poglądy,
więc wierzyłem, że każdy ma szansę je zmienić.
Dużo siły mi dał ten rok. Wiele myślałem o cierpieniu, o
bólu, o przebaczeniu. Już dziś nie jestem taki sam jak przed
rokiem. Nie wiedziałem o sobie, że jestem taki uparty. Nie
wiedziałem też, że mam tak mało dobrych kolegów. Ale cieszę
się, że los mnie obdarował takim zaszczytem, jakim był udział
w uroczystościach 10 lipca. Można przecież życie przeżyć i
nie zostawić po sobie śladu.
To, czym się zajmowałem przez cały ten rok, nie miało żadnego
związku ze sprawowaniem funkcji burmistrza i nie byłem do
tego ani merytorycznie, ani duchowo przygotowany. Burmistrzem
się zostaje, żeby zbudować drogę, polepszyć funkcjonowanie
ośrodka zdrowia, a nie, żeby uczyć miłości między narodami
i zapłakać nad cudzą śmiercią. Przez 20 ostatnich lat planowałem
wyjazd z tego miasta. Myślałem, jak stąd uciec, i teraz znalazłem
wytłumaczenie, dlaczego zostałem.
Krzysztof Godlewski nie ma pracy, siedzi w domu. - Raz dziennie,
rano, wychodzę na zakupy. Chyba trwałe rany mi pozostały,
bo - choć trudno się do tego przyznać - zadali mi je ludzie
bliscy. Uważam, że to, co robiłem, robiłby każdy przyzwoity
człowiek, i przykro mi, że moi byli przyjaciele podejrzewali
mnie o zupełnie co innego. Wylizywać rany wolę w samotności.
|